Atlas wysp odległych (okładka żółta)

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

czyli wydanie rozszerzone tytułu, który 11 lat wcześniej ukazał się w okładce niebieskiej .

Czym, poza kolorem okładek, różnią się te dwa książki ? W wersji żółtej przybyło pięć wysp oraz wstęp o tytule „Isolario. Zmutowane myszy, milczące kanarki, nieznane wyspy”. Autorka rozpoczyna go następująco:

W pewien letni dzień roku 2009, dwa tygodnie po tym, jak w mogunckiej drukarni upewniłam się, że praca nad „Atlasem wysp odległych” – a w każdym razie nad jego pierwszym wydaniem – dobiegła końca, zauważyłam w bibliotece książkę o intrygującym tytule „Isolario”. Zajrzałam do środka i ze zdumieniem odkryłam, że gatunek, który, jak mi się wydawało, stworzyłam i zapoczątkowałam swoim atlasem, istnieje już od dawna: była to bowiem jedna z podręcznych encyklopedii wysp, zwanych po włosku właśnie isolario. Powstawały one w XV i XVI wieku zwłaszcza w Republice Weneckiej – ważnym ośrodku żeglugi morskiej, ale także wczesnego drukarstwa – i dotyczyły wyłącznie wysp: bliskich i dalekich, znanych i nowo odkrywanych, legendarnych i dziwnych, które przybliżano za pomocą map, widoków wybrzeża oraz opisów historycznych i literackich, w tym informacji o położeniu, wielkości, ewentualnych mieliznach i możliwościach lądowania.

Nie zdając sobie z tego sprawy, ożywiłam ten już niemal zapomniany, a przecież wspaniały gatunek literacki, sytuujący się gdzieś pomiędzy atlasem a dziennikiem podróży…

Kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, nie bez racji nazywano go przecież pierwotnie Theatrum orbis terrarum – „teatrem świata”…

„Atlas wysp odległych” to jedna z tych książek, które pozornie wyglądają jakby były przeznaczone dla dzieci (bo przecież mają dużo obrazków), ale są zdecydowanie dla dorosłych. Jakiś czas temu popełniłam na ich temat artykuł, który ukazał się w piśmie Kontakt. Joanna Rzyska z wydawnictwa „Dwie Siostry” powiedziała mi wtedy: Ciągle spotykamy się z pomyłkami – jednak ten stereotyp działa. Książka z obrazkami ? W wydawnictwie dziecięcym ? To na pewno dla dzieci. Zdarzyło nam się, że bibliotekarze proponowali nam poprowadzenie warsztatów dla dzieci na temat „Atlasu wysp odległych”, bo skoro poprzednio wydałyśmy „Mapy” i one są dla dzieci, to „Atlas” zapewne też.

Pięćdziesiąt (pięć) wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę…

Judith Schalansky wykorzystała formę atlasu geograficznego, żeby opowiadając historie o niemal nikomu nieznanych wyspach stworzyć parabolę świata, zastanowić się nad człowiekiem i nad tym, co wnosi on do miejsca, w którym żyje.

Bo wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, kontynenty zaś jedynie bardzo wielkimi wyspami…

„Atlas Wysp Odległych” to pięćdziesiąt pięć opowieści – przypowieści o odległych (przynajmniej z naszej perspektywy), odludnych i niegościnnych skrawkach lądu, z których wyraźnie wynika, że zdecydowanie lepiej jest im bez ludzi. Poprzedza je fascynującym wstęp – esej autorki. Zatytułowany jest „Raj jest wyspą. Piekło też” i opowiada o sensie i bezsensie podróży, iluzji odkrywania świata na jego antypodach oraz o tym, że mapy przy całym swoim obiektywizmie wcale nie oferują odbicia rzeczywistości, lecz jedynie jej śmiałą interpretację.

Odległe wyspy są nieosiągalne w dwojakim sensie. Trudno do nich dotrzeć, trudno do nich przybić (o ile jest to w ogóle możliwe) i nawet, gdy próby kończą się powodzeniem, wytęskniony kraj okazuje się – jakby nie było tego wiadomo wcześniej – pustynny i nieprzydatny.

Dla badaczy każda wyspa jest świętem, prawdziwym laboratorium natury; przedmiotów badań nie trzeba tutaj mozolnie wyszukiwać, rzeczywistość jest uchwytna i policzalna przynajmniej dopóty, dopóki fauna i flora nie zostaną zniszczone przez napływowe zwierzęta albo ludność nie wymrze na skutek przywleczonych chorób.

Na skraju niekończącej się kuli ziemskiej nie ma żadnego dziewiczego, rajskiego ogrodu. A przybywający z daleka ludzie sami stają się potworami, które z takim trudem przepędzili z map, gdy dokonywali odkryć.

Wyspa Samotności, Thule, Possesion, Napuka, Wyspa Zwodnicza czy Amsterdam…

Spośród pięćdziesięciu wysp wymienionych w tej książce znałam wcześniej (w sensie: wiedziałam, że istnieją i jeszcze coś więcej) tylko dwie – Św. Helenę i Wyspę Wielkanocną. Z zaskoczeniem odkryłam także trzecią, której nazwa brzmiała znajomo – Tristan da Cunha. Przypomniał mi się wiersz Mariana Hemara, pierwszy raz przeczytany niemal 30 lat temu w Londynie – podobnie jak wszystkie napisane na emigracji przesiąknięty bolesną tęsknotą do Polski. Poświęcony jest on wydarzeniu, które Judith Schalansky tylko zaznaczyła na osi czasu historii tej wyspy – ewakuacji jej całej, niezbyt licznej ludności z powodu wybuchu wulkanu w latach 1961 – 1963 i ich późniejszemu powrotowi do niewielkiej, skalistej ojczyzny. Podobnie jak dla urodzonej w nieistniejącym już NRD autorki „Atlasu”, także dla Hemara, tytułowa egzotyczna wyspa, której nazwę znał wcześniej ze znaczka pocztowego w klaserze, jest tylko pretekstem – do opowieści o jego własnych smutkach i tęsknotach.

Pamiętam znaczek pocztowy, // Duży błękitny prostokąt, // Kosztował dziesięć centów. // Marzyłem – którędy – dokąd // Droga na taką wyspę ? // Jaka ona szczęśliwa, // Że tak się pięknie nazywa, // Że tak się dźwięcznie nazywa – // „Tristan da Cunha” – jak gdyby // Dźwiękła harfa eolska. // Nie tak zwyczajnie jak u nas – // Galicja… czy Lwów… czy Polska…

W nowym, żółtym wydaniu przybyło jeszcze pięć wysp – Gough, Sentinel Północny, Agalega, Nukulaelae i Midway. Myślę, że nie tylko ja znałam ze słyszenia wyłącznie tę ostatnią, choć spodziewałam się przy jej okazji historii bardziej wojennej, a mniej… Zresztą, przeczytajcie sami. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Sentinelu Północnym. Nie przypuszczałam, że nadal jest na Ziemi wyspa, której ludność konsekwentnie (i skutecznie) broni się przed kontaktem ze światem zewnętrznym. Wyspa, o której mieszkańcach nic nie wiadomo – ani o tym, ilu ich jest, ani jak żyją, ani jakim językiem ze sobą rozmawiają. A opisana przez Judith Schalansky historia misjonarza Johna A. Chau brzmi, jakby wydarzyła się w czasach filmu „Misja”, a nie w roku 2018. Może więc jednak jest tam ten ostatni na kuli ziemskiej dziewiczy rajski ogród ?

Mam nadzieję, że mieszkańcy tej wyspy nie będą więcej niepokojeni przez przedstawicieli zewnętrznych cywilizacji, bo nigdy jeszcze to się dobrze dla wyspiarzy nie skończyło. Ta książka pokazuje to dobitnie.

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt pięć wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2024
Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013

Pokręcone życie dżdżownicy

Pokręcone życie dżdżownicy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z !!!

Lokomotywową nominację uzasadnialiśmy następująco:

Żartobliwy traktat naukowy czy pełna dramatyzmu opowieść o poszukiwaniu sensu i samoakceptacji?

Błyskotliwy picturebook Noemi Vola wychodzi od Darwina, ale w cudowny sposób zawodzi oczekiwania i prowadzi czytelnika w rejony pełne już nie skrzętnie zbieranych faktów o życiu dżdżownic, ale domysłów i niedookreśleń co do ich miejsca w porządku świata, do stron pełnych tragikomicznych prób i monotonnych powtórzeń...

Tak właśnie jest z tą książką – na pierwszy rzut oka wydaje się pasować bardziej do kategorii: fakt, bo zaczyna się od takich zwyczajnych informacji o dżdżownicach jako gatunku oraz o tym, że ZDECYDOWANIE nie są one gąsienicami 😉

Od samego początku widzimy jednak, że nie będzie to typowa publikacja przyrodnicza, a potem robi się coraz bardziej zaskakująco…

O co w niej właściwie chodzi ? Odpowiedź na to pytanie nie jest ani prosta, ani oczywista…

Może o to, żeby czytelnik postawił sobie pytania – o siebie samego ? O sens swojego bycia tym, kim jest ? O to, kim mógłby być, gdyby nie był sobą ? I wreszcie o to, po co to wszystko ?

A może tak naprawdę ta książka jest tylko po to, żeby jej czytelnicy dowiedzieli się, jak się zachować podczas burzy ? 😉

P.S. Kiedy zobaczyłam dżdżownice w roli numerków na początku rozdziałów, przypomniałam sobie opowieść Małgorzaty Musierowicz o tym, jak uczyła swojego młodszego brata Stanisława Barańczaka liter układając je patykiem z dżdżownic właśnie. Mają więc one swoje miejsce także w historii literatury 😉

Noemi Vola „Pokręcone życie dżdżownicy”, przekł.: Justyna Kukian, wyd.: Debit, Katowice 2022

Między światem a zaświatem

Między światem a zaświatem

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z !!!

To jest druga książka, jaką napisała Katarzyna Jackowska-Enemuo i druga, która w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA wygrała w kategorii: Od A do Z. I to w dodatku rok po roku !!! Ale w kolejnej edycji LOKOMOTYWY już tak nie będzie, jestem tego pewna. A to dlatego, że kolejna książka tej autorki zapowiadana jest dopiero za rok 😉

„Tkaczkę chmur”, o której pisałam —>>> tutaj , ilustrowała Marianna Sztyma, natomiast w „Między światem a zaświatem” tekstom Katarzyny Jackowskiej-Enemuo towarzyszą malarskie ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Są one nieco poważniejsze, jakby doroślejsze, bo też i ta książka jest adresowana do nieco starszych czytelników. Trudno sobie wyobrazić, że mogłoby one wyglądać inaczej i właśnie tej niezwykłej spójności tekstu i obrazu obie zawdzięczają nominacje w naszej kategorii przeznaczonej dla książek totalnych, domyślanych i dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach.

Zanim przejdziecie przez tajemną furtkę, za którą spotykają się świat i zaświat, musimy wyjaśnić sobie kilka rzeczy.

Czy wiecie, czym jest tradycja ? Ktoś powie, że to takie stare, dziwne rzeczy nie wiadomo po co. A ja wam powiem, że tradycja to czasem po prostu zwyczaj. Ale też sposób myślenia i to, jak sobie wyobrażamy świat, jak go rozumiemy. To taki sposób, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenia – ale nie poprzez naukę w szkole, lecz poprzez uczestnictwo, działanie i opowieści. (…)

Niektóre takie tradycyjne rzeczy czy wyobrażenia, które są bardzo stare, dzisiaj mogą nam się wydawać dziwaczne i niezrozumiałe. Wiele jest jednak bardzo interesujących. Pięknych. I warto o nich pamiętać. A może nawet czasami z nich korzystać. I zmieniać je po swojemu – bo prawdziwa, żywa tradycja to taka, która się nieustająco zmienia. Zachowuje coś z przeszłości, ale jest giętka i elastyczna, daje się formować jak glina po to, żeby nasze życie było bogatsze i piękniejsze. I pomaga nadawać sens codziennym sprawom. W tej książce znajdziecie bardzo dużo takich tradycyjnych obrazów i wątków.

Katarzyna Jackowska-Enemuo pisze o sobie: Z urodzenia – Pomorzanka, z wykształcenia – antropolog kultury po UJ, z natury – nomada, muzykantka i opowiadaczka historii. Karierę pisarki rozpoczęła dopiero niedawno, ale od wielu lat opowiada ilustrując muzyką bajki, baśnie, historie prawdziwe i zmyślone dzieciom i dorosłym…

W tej książce znajdziecie nie tylko poetyckie i opowiedziane przepięknym językiem historie – o Drzewie Świata, o Leszym – opiekunie lasu czy o Mikołaju – opiekunie wilków, ale także dodatkowe uzupełnienia dla dociekliwych. Można się z nich dowiedzieć skąd się wzięły te opowieści i jakie symboliczne znaczenie mają pojawiające się w nich osoby, stworzenia czy artefakty. Jest tam także Słownik dziwnych nazw dla jeszcze dociekliwszych – bardzo ciekawy !

A czym jest zaświat ? I co to za dziwny tytuł „Między światem a zaświatem”? Czy zaświat to piekło? Kraina umarłych? Bo świat – to wiadomo (niby). To my: nasze ręce, głowy i nogi. Nasze domy. Nasze ulice, lasy, rzeki, pola, psy i ptaki. Nasze samochody, komputery i zabawki. Słowa, dźwięki, uczucia i myśli. Atomy i czarne dziury. Mrówki i galaktyki. Cały wielki nieskończony wszechświat. Za którym nie ma nic, bo jest on nieskończony.

No to czym jest zaświat ? Zaświat to piąta strona świata. To część rzeczywistości, którą człowiek od zawsze wyłącznie przeczuwa i której nie może dotknąć. Tam według niektórych starych opowieści mieszkają dusze, stamtąd przychodzą i tam wracają. To kraina – niekraina, która rządzi się swoimi prawami. W której możliwe jest to, co na świecie nie jest możliwe. W zaświecie czas płynie inaczej lub nie ma go wcale. W zaświecie można wędrować od gwiazdy do gwiazdy, wspinać się po moście utkanym ze światła… Ale też nie każdy może się tam dostać, a tym bardziej – wydostać stamtąd. Zaświat jest blisko, bliziutko, lecz nie dla wszystkich jest dostępny. Otwiera się nagle – albo też trwa zamknięty i trzeba wiedzieć, jak go otworzyć. (…)

Ta opowieść jest właśnie o bliskości zaświata. I nie, nie jest o duchach, zmorach, zjawach i demonach, bo nie chcę pisać bestiariusza. A poza tym zjawy, zmory i inne paskudztwa powstają głównie z naszego strachu. Według starych, bardzo starych, najstarszych opowieści zaświat wcale nie jest straszny. On zwyczajnie jest. Inny niż nasz – ludzki- świat.

Podobnie jak w „Tkaczce chmur” także i tutaj Autorka dotyka spraw ostatecznych, tematów, których zazwyczaj staramy się unikać – nie tylko w rozmowach z dziećmi, ale w ogóle. Bo sami się ich boimy, nie rozumiemy i wydaje nam się, że nie mówiąc o nich, odsuwając je od siebie spowodujemy, że znikną.

Wydaje nam się też często, że nie rozmawiając o nich z dziećmi, chronimy je, ale przed czym ? Przed smutkiem ? Strachem ? Życiem ?

Nie wiemy i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy życie przyniesie nam to, co nieuniknione. Baśnie z tego zbioru pomagają się z tą świadomością oswoić – dzieciom i dorosłym. Pozwalają zacząć rozmowę, zadać pytania, które męczą i trapią.

To jest ta droga, o której nikt nie wie, // Która się dwa razy otwiera dla ciebie, // Raz – gdy przychodzisz, // I raz – gdy powracasz, // Kiedy się w kole niebieskim obracasz.

Katarzyna Jackowska-Enemuo jest, jak wspomniałam, opowiadaczką historii. Kilka dni temu miałam ogromną przyjemność oglądać ją w tej roli, kiedy w ramach współpracy Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA z Izabelińskimi Spotkaniami z Książką wystąpiła dla uczniów Szkoły Podstawowej w Izabelinie. Opowiadała dzieciom pochodzące z tej książki historie o Drzewie Świata i o Leszym – opiekunie lasu, akompaniując sobie na akordeonie. Towarzyszył jej, grający na cymbałach i lutni arabskiej Mateusz Szemraj.

To był niezwykły spektakl. Bez dekoracji, rekwizytów czy efektów specjalnych – tylko słowa, żywa muzyka i fascynująca osobowość Katarzyny Jackowskiej-Enemuo. To wystarczy 😉 Mimo że przecież znałam te historie, słuchałam zafascynowana.

Dzieci także dały się jej opowieściom uwieść i wciągnąć do wspólnego śpiewania i wygłaszania zaklęć. Jeśli będziecie mieli kiedyś możliwość posłuchania jej na żywo – skorzystajcie, nie będziecie żałować !!!

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między światem a zaświatem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2023

Idea

Idea

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: obraz !!!

Nikt nie wiedział skąd dokładnie pochodziła myśl. Opowiadano potem, że nadleciała wraz ze wschodnim wiatrem, który rozpędził burzowe chmury. Krążyła nad archipelagiem, szukając miejsca, w którym mogłaby odpocząć i zostać najdłużej. Wyspy przykuły jej uwagę, bo w pierwszej chwili wydały jej się bezludne.

Dopiero gdy przyjrzała im się z bliska, spostrzegła, że na każdej z nich mieszka jedno dziecko. Wyspy były oddalone od siebie na tyle, że dzieci widziały linie brzegowe, ale nie siebie nawzajem. Najwyraźniej nie widziały o swoim istnieniu…

„Idea” to książka nieoczywista. Trudno właściwie powiedzieć – o czym jest ? O myśli, która stała się ideą ? O idei, która zmieniła się w marzenie, żeby potem stać się działaniem ?

O tym, że żaden człowiek nie jest samoistną wyspą ? Trochę o tym, ale to jednak nie Hemingway 😉 Nie ma wyraźnej puenty i na pewno nie znajdziemy w niej morału. Więc w sumie – po co w ogóle ją czytać ?

To książka z gatunku: koszmar bibliotekarzy, bo trudno jednoznacznie określić – dla kogo jest ? Do jakiej grupy wiekowej ją przypisać ?

I w dodatku ta dziwna forma – leporello…

Przyzwyczajeni jesteśmy, że takie harmonijkowe to są sztywnostronicowe książeczki dla najmłodszych, choć przecież bywały też inne. Wystarczy wspomnieć „Księcia w cukierni” Marka Bieńczyka i Joanny Concejo – książkę równie nieoczywistą ja ta i w dodatku adresowaną do jeszcze starszych czytelników.

Bardzo cieszę się, że Wydawnictwo Widnokrąg odważyło się wydać tę książkę i mam nadzieję, że znajdzie ona odważnych dorosłych, dzięki którym trafi w ręce niedorosłych czytelników. Fakt, że do czytania tam jest zdecydowanie mniej niż w powieści, którą można nabyć za porównywalną cenę, ale myśli się potem o niej długo. Ten tekst, te ilustracje i ta forma pobudzają do tego. Powodują, że otwierają się rozmaite klapki w mózgu i nagle wędrujemy myślami gdzieś, dokąd nie zaprowadziłaby nas inna, bardziej konwencjonalna książka.

Spróbujcie – naprawdę warto !!!

Dziękuję Wydawnictwu Widnokrąg za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego 🙂

Anna Paszkiewicz (tekst), Kasia Walentynowicz (ilustr.) „Idea”, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2023

Co lubią uczucia ?

Co lubią uczucia ?

Kiedy dowiedziałam się, że ukaże się druga książka o życiu prywatnym uczuć, miałam sporo obaw. Pierwsza – „Co robią uczucia?” – była fantastyczna, bo taka… w sam raz. Miała dokładnie tyle słów, ile było potrzebne i ilustracje doskonale z nimi współgrające. Nie przypadkiem nominowaliśmy ją w kategorii Od A do Z Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA, w której całkowicie zasłużenie wygrała. W tym roku ukazała się jej kolejna wersja w formie zbioru pocztówek, które można wysłać komuś bliskiemu.

Obawiałam się, że próba kontynuacji może mi tylko ten zachwyt popsuć, ale na szczęście tak nie jest, mimo że słów jest w niej zdecydowanie więcej. Opowiada tym razem nie tylko o ulubionych czynnościach uczuć, ale także o tym, co je łączy, a co dzieli. Słów jest więcej, ale układają się one w pełne uroku historie. Posłuchajcie:

Co roku o tej porze, gdy ciemność wcześnie zapada, Nostalgia zdejmuje z szafy ozdoby na choinkę. Zabawne, jak delikatna i uroczysta jest dla niej ta chwila, kiedy otwiera stare pogniecione pudełko po swoich pierwszych łyżwach. Oddycha głęboko, podnosi kartonowe wieczko. Odgarnia nitki anielskich włosów i bierze w palce kruche figurynki. W srebrzystej bombce odbijają się jej oczy i nos, ale w głębi Nostalgia widzi coś więcej…

Spotykamy tu znajomych z poprzedniej części i warto do niej przy tej okazji sięgnąć, bo punktem wyjścia są często sytuacje stamtąd.

Pojawia się tez kilka uczuć, których tam nie było, w tym dwa dla mnie szczególnie ważne – Bezwartościowość i Upór. To, co mnie ujęło w tej pierwszej, zachowam dla siebie, a ten drugi… No cóż – większość życia upłynęła mi z osobą, która jest kwintesencją tego pojęcia 😉 Nie będę ściemniać – bywa trudno, ale są też chwile, kiedy okazuje się on przydatną cechą.

Bo Upór jest potrzebny. Z nim inni czują się bezpieczniej. Tak, jest okropnie irytujący, gdy nie chce ustąpić w sprawach drobnych i nieważnych. Lecz nic go nie zastąpi, gdy trzeba być nieustępliwym w sprawach ważnych i dużych . Upór pomaga innym, gdy to oni muszą wytrwać w jakiś niemożliwym miejscu. On i jego klej są wówczas na wagę złota. Ale wtedy nikt nie nazywa go uporem – mówią o nim „Determinacja” i „Wytrwałość”.

Sięgnijcie po tę książkę – to cudowna lektura nie tylko na tę porę gdy ciemność wcześnie zapada. Dowiecie się z niej, z kim najlepiej rozumie się Nostalgia, czemu Lęk koleguje się z Ciekawością, a jakiej porze roku najlepiej czuje się Cierpliwość, kiedy Złośliwość jest szczęśliwa i do czego najbardziej lubi wracać Wdzięczność. A kiedy doczytacie do końca, okaże się, że tak naprawdę jest on początkiem i można ją czytać na okrągło. I jeszcze raz, i jeszcze…

Tina Oziewicz „Co lubią uczucia ?”, ilustr.: Aleksandra Zając, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Tina Oziewicz (tekst), Aleksandra Zając (ilustr.), „Komu wyślesz uczucia. Zestaw pocztówek z książki „Co robią uczucia ?” wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Praktycznie wszystko. Podpowiednik dla dzielnych dzieciaków

Praktycznie wszystko. Podpowiednik dla dzielnych dzieciaków

Wśród masy książek dla czytelników niedorosłych, które ukazują się u nas co roku, sporą część stanowią takie, które można zaliczyć do kategorii non fiction. Jest to coraz większy i coraz bardziej interesujący segment rynku wydawniczego – w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA dla takich tytułów przeznaczona jest kategoria: fakt. Naprawdę nie jest nam łatwo wybrać, które z nich nominować !

Większość z nich, niezależnie od tego, jak bardzo pasjonującej gałęzi nauki czy dziedzinie życia są poświęcone, można jedynie przeczytać i (ewentualnie) przyswoić zawartą w nich wiedzę. A potem odstawić na półkę i… sięgnąć po smartfona, pograć w coś albo zobaczyć, czy ktoś znajomy wrzucił może do sieci coś interesującego.

Książka, którą mam przed sobą jest inna. Dlaczego ? Najlepiej wyjaśnią to sami Autorzy, którzy tak o niej piszą na początku:

Znajdziecie w niej „praktycznie wszystko”, czyli to, co jest potrzebne do fajnego, wesołego, ale też bezpiecznego spędzania czasu.

Zabierzemy was do ogrodu, lasu, kuchni, a nawet nad jezioro ! Damy do ręki badyle, kredki, garnki i latarkę. Pokażemy, jak czerpać radość z zabawy, nawet kiedy leje deszcz. Podpowiemy, jak wezwać pomoc i co zrobić, jeśli biegnąc przez leśną gęstwinę, zadrapiecie sobie kolano (czego oczywiście nikomu nie życzymy, ale wszyscy wiemy, jak to z leśnymi gęstwinami bywa). Będzie coś dla początkujących, coś dla zaawansowanych, coś dla przyszłych mistrzów i mistrzyń kulinarnych oraz dla ekonomistów i ekonomistek.

Całość podzielona jest na pięć działów, a ich tytuły mówią właściwie wszystko: Przyjemne, Pożyteczne, W terenie, Tylko spokojnie oraz Różne różności. Znajdziemy tam pomysły na rozmaite aktywności, zabawy i umiejętności – absolutnie wykonalne przez dzieci w wieku, do którego adresowana jest ta książka czyli ze szkoły podstawowej. Wiem to z własnego doświadczenia, bo moje dzieciństwo i dorastanie było harcerskie, żeglarskie i turystyczne. Wszystko to uczyło samodzielności. Wiązałam węzły, znałam alfabet Morse’a, wiedziałam, do czego służy kompas. Robiłam większość rzeczy opisywanych tutaj i nikt nie uważał, że w wieku 10 lat mogę nie radzić sobie z nożem czy zapałkami 😉

Obawiam się, że teraz większy problem z tym mogą mieć dorośli – żeby dzieciom na to wszystko pozwolić – niż one same.

A co, jeśli coś się wydarzy ? Po to jest rozdział Tylko spokojnie, żeby nauczyć się podstaw pierwszej pomocy, w tym także tego, jak tę pomoc wezwać. Jeden z współautorów Jarosław Sowizdraniuk jest ratownikiem medycznym z dużym doświadczeniem zawodowym oraz wykładowcą akademickim, więc wszystko jest tam bardzo jasno wyłożone oraz czytelnie zobrazowane przez ilustrującego tę książkę Tomasza Samojlika.

Ogromną jej zaletą jest to, że nie tylko odrywa dzieci od ekranów i podsuwa im pomysły na aktywności analogowe, ale także zachęca je do własnych pomysłów. A ja zachęcam dorosłych, żeby się odważyli pozwolić im na samodzielność. Autorzy – Justyna Dżbik-Kluge i Jarosław Sowizdraniuk mają w sumie sześcioro dzieci, więc mieli na kim sprawdzać te pomysły i nikomu nic się nie stało. Większość ich propozycji jest naprawdę zupełnie bezpieczna 😉

Ruszajmy więc! Bo gdy jest się dzielnym dzieciakiem, szkoda czasu na nicnierobienie.

A przygoda czeka na każdym kroku.

Nawet między dużym pokojem a kuchnią.

Justyna Dżbik-Kluge, Jarosław Sowizdraniuk „Praktycznie wszystko. Podpowiednik dla dzielnych dzieciaków”, ilustr.: Tomasz Samojlik, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Dwa słowa

Dwa słowa

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: Od A do Z !!!

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY w kategorii graficznej oraz nagrodzona Nagrodą Literacką m.st. Warszawy w kategorii literatury dziecięcej  !!!

W starym pożółkłym Słowniku z przeszklonej biblioteczki płynęło słownikowe życie. Słownik – jak to słownik – podzielony był na hasła, czyli wyrazy, które ktoś postanowił wyjaśnić innym ludziom. Ułożone alfabetycznie, stały w równych kolumnach, przez co przypominały poprzecinane ulicami kwartały wielkiego miasta. Można by je też porównać do gładko przystrzyżonych trawników ogrodu w stylu francuskim, z biegnącą przez środek alejką główną, albo do ciągnących się aż po horyzont poletek ryżowych na Nizinie Chińskiej.

„Dwa słowa” to powieść z akcją w słowniku. Tak, takim papierowym, zwyczajnym, a nie na ekranie komputera czy smartfona. Czytając ją uświadomiłam sobie, że dla czytelników, do których jest adresowana, jest to zabieg podwójnie oryginalny – oni już takich słowników w zasadzie nie znają, przeszklone biblioteczki też są coraz rzadsze. Ja należę do być może ostatniego pokolenia, które ma wspomnienia z nimi związane. Uwielbiałam sięgać po „Słownik wyrazów obcych” Kopalińskiego, otwierać na przypadkowej stronie i czytać to, co mi tam akurat przypadek podsunął. A kiedy pojawił się jego „Słownik mitów i tradycji kultury” to już w ogóle była uczta ! Z całym szacunkiem – Wikipedia, mimo że łatwiejsza w obsłudze i bardziej dostępna, nie ma tego uroku.

Oldskulowość tej książki podkreślają dodatkowo ilustracje Dominiki Czerniak – Chojnackiej. Pozornie niezbyt starannie nabazgrane, a miejscami jakby wyklejane z (także już odchodzącego w niebyt i zapomnienie) papieru gazetowego z czarnym drukiem. Oprócz bieli tła i czerni liter jedynym kolorem, jaki się na nich pojawia, jest żółty. Okazuje się jednak, że tak ograniczone środki pozwalają na swobodne wyrażenie bardzo wielu treści i sensów.

Na stronie siódmej mieszkało wydrukowane grubą czcionką słowo Bóg, a kilka stron dalej – tej samej wielkości słowo Człowiek. Bóg i Człowiek wpadli kiedyś na siebie podczas wieczornej przechadzki między hasłami na literę C, a dokładnie przy słowie Czas…

Tak zaczyna się ta historia, a to, dokąd nas doprowadzi, jest wyłącznie kwestią naszej wyobraźni. „Dwa słowa” to książka nie tylko z otwartym zakończeniem (co, jak się dowiedziałam z recenzji Małej czcionki, nie wszystkim się podoba) – ona jest, można powiedzieć, otwarta na przestrzał. Każde jej zdanie, każdy akapit mogą być rozmaicie rozumiane i prowadzić w różne strony. Tylko od czytelnika zależy, jaki kierunek interpretacyjny wybierze. Można ją czytać (i to się nasuwa jako pierwsze) teologicznie, zastanawiając się nad naturą Boga i Człowieka. Ale nie trzeba – to, że jednym z jej bohaterów jest Bóg, wcale tego nie narzuca.

Jest w niej przestrzeń na rozważania nad naturą języka i zmieniającymi się znaczeniami słów. Każde ze słów, które się na drodze bohaterów pojawia, też otwiera wiele możliwych kierunków, w których mogą powędrować myśli czytelnika.

Zastanawiałam się, dla kogo jest ta książka i z pierwszej mojej myśli (że dla wszystkich) wykluł się pomysł, że świetnie się nadaje na wakacyjną, wspólną lekturę dla całej rodziny. Długie letnie wieczory, bez perspektywy rannego pospiesznego wstawania to wymarzony czas, żeby sobie te historie poczytać, porozmawiać o nich i zobaczyć, dokąd nas to zaprowadzi. Wydaje mi się, że jeśli zrobimy to bez żadnych wcześniejszych założeń i planów, z pełną otwartością na wyobraźnię dzieci, możemy dojść w bardzo ciekawe miejsca…

Najciekawsze jest w niej to, że niczego nie narzuca. Myślę, że kiedy wrócę do niej za jakiś czas, mogę się bardzo zdziwić, dokąd mnie tym razem zaprowadzi – jakie skojarzenia wywoła, do jakich wspomnień się odwoła i co dzięki niej odkryję ?

Anna Taraska „Dwa słowa”, ilustr.: Dominika Czerniak – Chojnacka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Kołysanki | Колискові

Kołysanki | Колискові

Rok 2022 to był dziwny rok… – tak być może będzie się kiedyś pisać parafrazując Sienkiewicza. Po dwóch latach obsesyjnego strachu przed wirusem, testowania i zamykania wszystkiego, co tylko dało się przenieść w sferę działań zdalnych, Polacy bez chwili wahania otworzyli granice oraz swoje domy przed uchodźcami z Ukrainy. Wśród setek tysięcy uchodźców dominowały kobiety z dziećmi i to właśnie dzieci (jak to zawsze bywa) stały się największymi, bo nieświadomymi tego, czemu to wszystko się dzieje, ofiarami tej wojny. Nawet jeśli nie doznały jej bezpośrednio, nie chowały się w schronach przed ostrzałem i nie widziały rzeczy strasznych, sama konieczność porzucenia dotychczasowego życia, znanych miejsc i ludzi, rozstanie z Tatą, bezradność, często strach Mamy i wędrówka w nieznane w tłumie obcych ludzi – to wszystko razem jest doświadczeniem, na które nikt nie chciałby narażać własnych dzieci.

W pierwszym odruchu serca Polacy starali (i starają) się pomagać tak, jak potrafią. Wśród rozmaitych oddolnych inicjatyw bardzo ważną dla mnie było wydawanie książek dla dzieci po ukraińsku – zarówno takich, które mogą pomóc w rozmawianiu z nimi o wojnie, jak i takich, które mają być po prostu rozrywką i oderwaniem myśli od niej. Pojawiły się też książki – cegiełki, a dochód z nich przeznaczany jest na pomoc uchodźcom. „Kołysanki | Колискові” należą do tej ostatniej kategorii.

ilustracja Martyny Kostrzyckiej

Publikacja powstała jako wyraz solidarności z Ukrainą, po inwazji Rosji w lutym 2022 roku. Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przekazany Stowarzyszeniu „SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, które objęło opieką dzieci i rodziny z Ukrainy. Wszystkie osoby zaangażowane w ten projekt pracowały wolontariacko.

Mamy nadzieję, że książka zachęci dzieci oraz rodziców, zarówno polskich jak i ukraińskich, do wzajemnego poznania i integracji – napisali jej twórcy we wstępie do niej.

Znajdziesz w niej ludowe kołysanki z Ukrainy i z Polski, przetłumaczone na oba języki. Każdej towarzyszy wyjątkowa ilustracja. Całość otwiera autorska bajka, stanowiąca zaproszenie do świata kołysanek. Dodatkowo przygotowaliśmy plik w formacie PDF z zapisem nutowym oraz chwytami na gitarę i ukulele. Na stronie internetowej książki ( nieśpieszne.pl/kolysanki ) zamieściliśmy playlistę – zaproszeni muzycy nagrali własne aranżacje kołysanek, śpiewane po polsku i ukraińsku.

ilustracja Hani Kmieć

„Kołysanki | Колискові” to książka na pierwszy rzut oka niepozorna – nieduża, wydana na papierze, który nie błyszczy i robi takie skromne wrażenie. Jest w niej jednak ogromny ładunek pozytywnych emocji wszystkich osób zaangażowanych w jej powstanie. Od Pawła Pawlaka, który stworzył ilustrację okładkową, przez Maję Głowacką, która napisała przepiękną, oniryczną baśń, liczne grono ilustratorów i tłumaczy, muzyków i innych osób, które były w to zaangażowane, a których nazwiska zajmują dwie strony na jej końcu. Tę serdeczność czuje się podczas lektury.

Kołysanka utula do snu, pozwala zapomnieć o trudach dnia, sprawia, że czujemy się bezpiecznie.

Chcemy, aby ta książka niosła ukojenie. Tylko tyle. Aż tyle.

Po jej przeczytaniu miałam taką wizję (a może marzenie), że niedługo w różnych miejscach Polski i Ukrainy (do której przecież kiedyś, mam nadzieję, powrócą) polskie mamy będą śpiewać dzieciom ukraińskie kołysanki, a dzieci ukraińskie zasypiać będą przy kołysankach polskich. I wszyscy będą się w swoich domach czuli bezpiecznie…

ilustracja Karoliny Pawlak

„Kołysanki | Колискові”, wyd.: Nieśpieszne, Kraków 2022

P.S. Ja swój egzemplarz kupiłam podczas Izabelińskich Spotkań z Książką, ale można ją nabyć na stronie wydawnictwa. Sami decydujecie, ile chcecie za nią zapłacić – cena minimalna to 29 złotych.

Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu

Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

Pomysł na tę książkę…

pojawił się, gdy patrzyłam na moją nowo narodzoną siostrzenicę, która – opatulona niczym mumia – leżała w łóżeczku i przyglądała się światu. Pomyślałam: „Przed tobą wyjątkowa podróż”. Z jednej strony zazdrościłam jej tych wszystkich wspaniałych, czekających ją rzeczy, z drugiej – współczułam jej z powodu przykrych doświadczeń, które staną się jej udziałem.

I wówczas w pobliżu przejechał samochód. Przekręciła główkę w stronę, z której dochodził dźwięk. Jeszcze nie wiedziała, że nie ma on dla niej żądnego znaczenia.

Gdy po kilku tygodniach znów ją zobaczyłam, nie zwracała już uwagi na odgłosy samochodów. Rozpoczął się nieustanny proces kolejno następujących po sobie: zdziwienia, ewaluacji i selekcji – proces, których chroni nas przed nadmiarem bodźców, żebyśmy mogli kiedyś dotrzeć z punktu A do punktu B, nie podnosząc po drodze każdego pięknego kamienia i nie wskakując do każdej napotkanej kałuży. Aż w końcu jako dorośli przyzwyczajamy się do świata i nawet tak wspaniałe rzeczy, jak góry, pełnia czy miłość – uznajemy za oczywiste. Aby ponownie dostrzec ich wielkość, musimy spojrzeć na nie z innej perspektywy. Książka ta mówi właśnie o tym, jak z biegiem lat zmienia się nasz punkt widzenia – napisała jej Autorka w posłowiu, które jest zdecydowanie dłuższe o tekstu właściwego.

„Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu” to książka, która pokazuje, że każdy wiek przynosi nam coś nowego. W każdym momencie życia poznajemy nowe rzeczy, nowe odczucia, zyskujemy nowe spojrzenie na świat. Heike Faller nie opierała się wyłącznie na własnym doświadczeniu, bo wiekowo jest dopiero gdzieś w połowie zbierania go. Rozmawiała z wieloma osobami w różnym wieku, żyjącymi w różnych miejscach i mającymi za sobą różne przeżycia. Wszystkim zadawała to samo pytanie: Czego nauczyło cię życie ? Odpowiedzi były różne, nie wszystkie oczywiście wykorzystała, ale to właśnie dzięki jednemu z rozmówców pojawiła się tam marmolada z jeżyn, która powraca w tekście jako proustowska magdalenka.

Valerio Vidali zilustrował to w sposób, który nazwałabym ogólnikowym. Trochę schematycznie, bez drobiazgowego cyzelowania szczegółów i bez wyraźnych rysów twarzy, co powoduje, że każdy może zobaczyć w bohaterach siebie samego.

Książka powstała w języku niemieckim, a w nim w drugiej osobie mówimy tak samo, niezależnie od płci osoby, do której się zwracamy. To było problemem polskiego przekładu, ale Iwona Mączka wybrnęła z tego, tłumacząc na zmianę w rodzaju żeńskim i męskim.

Autorka zakończyła swoje posłowie następująco: Z doświadczeniami życiowymi związany jest jednak pewien problem: niewiele nam one mówią, dopóki nie staną się również naszym udziałem. Jednym ze sposobów, by temu zaradzić, jest przeczytanie tej książki z kimś, kto przeżył więcej od nas. I podyskutowanie o tym, co dla niego oznaczają zawarte w książce stwierdzenia. Na przykład przed snem, kiedy rozmawiamy o podobnych sprawach z rodzicami czy z dziadkami. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałam.

Podoba mi się ten pomysł i bardzo Was to takiej międzypokoleniowej rozmowy o tej książce zachęcam !

Heike Faller „Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu”, ilustr.: Valerio Vidali, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Format, Wrocław 2021

Maleńkie królestwo

Maleńkie królestwo

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2021

Maleńkie Królestwo było naprawdę małe, niektórzy mówią, że było najmniejszym królestwem na świecie. I ze wszystkich stron świata przybywali goście, by się zdumiewać jego pięknem i maleńkością.

Było tak wąskie, że kiedy Król i jego Mądry Doradca chcieli pograć we frisbee, musieli przekraczać granice sąsiednich państw…

Tak zaczyna się „Maleńkie królestwo” Etgara Kereta, o którym Paweł Smoleński reporter i przyjaciel autora napisał na okładce, że jest ciepłe jak ulubiona poduszka, mądre jak sowa i głębokie jak morze. I to prawda, takie właśnie jest !!! W dodatku zostało ono przepięknie zwizualizowane przez Tami Bezaleli. Zachwycił mnie zarówno jej koncept królestwa jako książki, jak i wizja całego świata trochę kojarzącego się z tym z „Małego Księcia”. Fantastyczne są te państwa – planety krążące wokół siebie tak, że można się między nimi swobodnie przemieszczać, skacząc z jednej na drugą !

Ostatnie miesiące w moim życiu to był emocjonalny rollercoaster. Równolegle musiałam się zmierzyć z odchodzeniem Mamy i ślubem Najstarszej z córek, w tym wszystkim nie miałam już siły na poznawanie nowych historii i czytanie książek, szczególnie tych dla dzieci (z literatury dorosłej stać mnie było właściwie tylko na kryminały). Nie znajdywałam już w sobie miejsca na nowe światy i nowe emocje. „Maleńkie królestwo” przełamało tę niemoc. Przeczytałam je na Targach Książki w Warszawie i to dosłownie, bo przycupnęłam z tą książką na krześle w stoisku wydawnictwa. Mam więc wobec jej autorów szczególny dług wdzięczności.

Etgara Kereta kojarzyłam przede wszystkim z najmniejszym domem w Warszawie, którego jest patronem, a który opisany został w „ArchiTekturkach”. Z jego dorosłej twórczości czytałam chyba tylko „Siedem dobrych lat” – zbiór opowiadań (czy też bardziej felietonów) pisanych przez niego w pierwszych latach życia syna. Ich tematyka osnuta jest wokół rodziny, ale do mnie bardziej od tych o synu trafiały te o rodzicach i siostrze, która u progu dorosłości nawróciła się na ortodoksję. Wzruszyła mnie historia specjalnej wersji jednej z jego książek – przeznaczonej dla siostrzeńców. Nie pamiętam już, o jaki tytuł wtedy chodziło, ale myślę że (przy całym szacunku dla konsekwencji w wierze i prawie rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z nią) szkoda by było, gdyby pozbawić ich kontaktu z mądrością zawartą w „Maleńkim królestwie”.

Ta książka to napisana prostymi słowami przypowieść o tym, co jest w życiu najważniejsze. Nie będę zdradzać, co to jest – sądzę, że sami się domyślacie i nie będzie to dla Was zaskoczeniem.

Mali ! Każcie Dużym czytać sobie „Maleńkie Królestwo”. Nie tylko otworzą oczy na dawno już zamglone własne dzieciństwo, ale zobaczą o wiele więcej w dorosłym świecie – napisał na okładce Paweł Smoleński, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami. Dawno nie czytałam niczego równie pięknego i za te wzruszenia dziękuję i autorom, i tłumaczce, i wydawnictwu 🙂

Update 13.10.2021:

Już po napisaniu tej recenzji trafiłam na bardzo ciekawy wywiad z Etgarem Keretem (—>>> tutaj ), w którym opowiada on między innymi o ilustracjach do tej książki i ich autorce.

Historia o tym, jak nawiązałem współpracę z Tami Bezaleli, ilustratorką „Maleńkiego Królestwa”, jest dość zabawna. Miałem tekst i wyobrażałem sobie do niego obrazy, które będą wyrażały samotność, ale i nadzieję. Zazwyczaj takich emocji nie znajdzie się w izraelskich grafikach, pasują raczej do wschodnioeuropejskiego stylu. Przez rok nie mogłem znaleźć nikogo, kto zilustrowałby książkę. W końcu mój redaktor pokazał mi wideo na YouTube, w którym nie widać było twarzy artysty, tylko ręce pracujące nad szkicem. Zawołałem: o, to ta osoba!

Okazuje się, że Tami Bazaleli ilustrowała już wcześniej książkę dla dzieci, ale było to przed 45 laty ! Wtedy nie była zadowolona z efektu i nie chciała już więcej to tego rodzaju twórczości wracać. Na szczęście dała się przekonać 🙂

Dowiedziałam się z tego wywiadu także, że wszystkie znajdujące się na ilustracjach postaci mają twarze autentycznych osób i przed dopasowaniem twarzy do ich książkowych odpowiedników autorzy przeprowadzili coś w rodzaju castingu tak, aby jak najlepiej ich dobrać. Na przykład księciem został bratanek żony Kereta, którego ojciec jest gwiazdorem rocka i jego syn jest przyzwyczajony do różnych przywilejów.

Etgar Keret opowiada tam również o tym, dlaczego w swojej twórczości sięga do baśni i robi to nie tylko w w wersji książkowej 😉 Niedawno powstał także krótki film „Outside”, którego był współautorem. To krótki metraż, przy którym współpracowałem, specyficzna bajka, przypominająca trochę „Jasia i Małgosię”, nawiązująca do trwającej pandemii. Film można obejrzeć online. Pracowałem przy nim z choreografką Inbal Pinto, którą podziwiam — bardzo chciałem zrealizować z nią jakiś projekt. To oznaczało też, że musiałem spróbować tańca.

Obejrzyjcie, warto !

Etgar Keret (tekst), Tami Bazaleli (ilustr.) „Maleńkie królestwo”, przekł.: Agnieszka Maciejowska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2021