Rodzina Monet. Skarb

Rodzina Monet. Skarb

To jest wpis, którego miało nie być 😉

Widziałam, co prawda kolejne tomy „Rodziny Monet” w księgarniach, ale zupełnie mnie do tego cyklu nie ciągnęło. Uważałam, że jest wystarczająco popularny i moje zainteresowanie nie jest mu do niczego potrzebne.

Potem zobaczyłam zdjęcia kolejki nastolatek, które na targach książki stoją godzinami, żeby dostać autograf, zamienić kilka słów i zrobić sobie selfie z autorką. Dowiedziałam się też, jak zmieniły się ostatnio wskaźniki czytelnictwa wśród tej grupy wiekowej i uznałam, że jeśli chcę uchodzić za eksperta od książek dla niedorosłych, to jednak muszę się z tym fenomenem zapoznać.

Przeczytałam pierwszy tom i włos mi się na głowie zjeżył…

Dalej będą spioilery jak stąd do księżyca, więc zastanówcie się, czy na pewno chcecie to czytać. Jeśli tak – zapraszam pod zdjęcia.

Zdjęcia przedstawiają kolejkę czytelniczek, które ustawiły się w oczekiwaniu na Weronikę Annę Marczak. Na tegorocznych targach książki na warszawskim Stadionie Narodowym zrobił je Michał Zając, któremu bardzo dziękuję za ich użyczenie !!!

Nie czytałam następnych tomów cyklu, ale to dla tego wpisu nie ma znaczenia, bo właśnie na podstawie tego, co jest w pierwszym, czytelniczki podejmują decyzję o tym, czy chcą sięgnąć po kolejne.

Kiedy czytałam tę książkę, wiedząc, że powstawała ona na platformie Wattpad, uznałam, że autorką jest nastolatka trochę starsza od bohaterki. Dlatego byłam w stanie przymknąć oko na pewną nieporadność językową czy brak wiedzy o realiach życia w USA, szczególnie w bogatszych warstwach społeczeństwa, bo widać, że głównym jej źródłem były seriale 😉

Cała historia jest jak z baśni o dziewczynie wychowywanej w dość prostych warunkach, która nagle dowiaduje się, że jest zaginioną dziedziczką odległego królestwa. Tak właśnie jest z Hailie, brytyjską czternastolatką, która na pierwszej stronie tej książki traci w wypadku samochodowym wszystkie bliskie sobie osoby (czyli mamę i babcię), aby następnie dowiedzieć się, że ma w Pensylwanii pięciu przyrodnich braci i najstarszy z nich zostanie jej prawnym opiekunem. Cała rodzinna historia bohaterki pozostaje w tym tomie niewyjaśniona – jak to się stało, że w ogóle przyszła na świat ? Czy ojciec się nią interesował i czy łożył na jej utrzymanie ? A jeśli nie, co sugerowałaby rażąca różnica w poziomach życia między nią a braćmi, to dlaczego ? Tego Autorka nie była łaskawa nam wytłumaczyć – nie wiem, czy w ogóle nie zaprzątała sobie tym głowy, czy wyjaśnienie pozostawiła na dalszy ciąg tej historii.

Opis rezydencji Monetów, w której Hailie zamieszkała po przyjeździe do Stanów oraz opisy ich życia też są niespecjalnie wymyślne. Autorka wie, że bogaci ludzie mają wszystko duuuuże i tak jest tutaj – duży dom z dużym salonem, w którym jest duży telewizor i konsola do gier. Duży garaż, a w nim dużo dużych samochodów. A ! I jeszcze duża siłownia. I basen na zewnątrz, ale już opróżniony na zimę (widać, że basen w domu jest już poza wyobraźnią Autorki).

Również poza jej wyobraźnią jest to, że taki duży dom wymaga ludzi do obsługi – dlatego bardzo rozśmieszyło mnie to, że bohaterka uznaje za niebywały luksus fakt, że w tej rezydencji, w której mieszka pięć (a potem sześć) osób, jest dochodząca gosposia. Sztuk jeden. I daje radę ze wszystkim – sprzątaniem, praniem i gotowaniem dla pięciu obdarzonych solidnymi apetytami facetów, którzy zdecydowanie nie mają żadnych obowiązków domowych !!! Chętnie bym ją podkupiła Monetom, ale obawiam się, że mnie na nią nie stać 😉

Potem dowiedziałam się, że Weronika Anna Marczak zaczęła to pisać po licencjacie, więc moja życzliwa wyrozumiałość trochę się skurczyła. Nadal jednak od tej strony patrząc, ta książka nie odstaje specjalnie od niższej półki tego nurtu w literaturze, który określany jest mianem kobiecej. Problemem, jaki z nią mam, nie jest jednak niewyszukany język i toporna konstrukcja akcji – jest nim natomiast obraz absolutnie porypanych relacji rodzinnych oraz dominujący w niej wzór męskich bohaterów.

No i przemoc.

Zawsze twierdziłam, że lepiej jest, kiedy ktoś czyta cokolwiek, byleby czytał – nawet jeśli to nie jest literatura najwyższych lotów. Wtedy ma chociaż szansę na to, że (być może – przypadkiem) sięgnie po coś wartościowszego. Osoba nie czytająca NIC, takiej szansy nie ma. Lektura „Rodziny Monet” spowodowała, że zmieniłam zdanie.

Ten cykl czytają nastolatki – w wieku bohaterki i młodsze, a więc osoby, które wcześniej czytały Astrid Lindgren czy serię o Harrym Potterze, a z naszego podwórka – na przykład książki o Majce i Ciabci Marcina Szczygielskiego. W tamtych historiach nie było ambiwalencji – dobro to dobro, a zło to zło. Nastolatki nie mają jeszcze wiedzy o życiu, która spowoduje, że w pewnych sytuacjach opisanych przez Weronikę Annę Marczak zapali im się lampka ostrzegawcza. One czytają wprost i przyjmują wszystko, tak jak Autorka napisała i tak jak to przyjmuje bohaterka, choć na początku trochę się buntuje.

Wbrew wrażeniu, jakie można z tej książki wynieść – kochająca się rodzina nie wygląda jak Monetowie. Zdecydowanie NIE !!! W kochającej się rodzinie zasady są jednakowe dla wszystkich, a tutaj zupełnie inne standardy obowiązują Hailie, która zaraz po przyjeździe obchodzi piętnaste urodziny, a inne jej starszych raptem o dwa lata braci bliźniaków. Tony i Shane także są nieletni (świadomie używam tego określenia, mimo że jest on zastrzeżone dla sprawców przestępstw), a jednak ich nie dotyczy zasada: żadnych używek. Wręcz przeciwnie – palą jawnie nie tylko w domu, ale także w szkole. Piją też alkohol podczas rodzinnego wyjścia do restauracji, a przypomnijmy, że w USA mogą to robić osoby, które skończyły 21 lat.

Kiedy Tony w obecności wielu uczniów bije (żeby nie powiedzieć – katuje) kolegę, reprymendę w domu dostaje tylko Hailie, która próbowała go powstrzymać, podczas gdy powinna była się oddalić bez słowa. Nie jest to jedyna sytuacja, kiedy słyszy on tylko, że powinien zacząć bardziej panować nad swoją agresją.

Wbrew wrażeniu, jakie można z tej książki wynieść – troska o młodszą siostrę i o jej bezpieczeństwo nie usprawiedliwia inwigilacji, kontrolowania tego, co robi w internecie, śledzenia jej oraz terroryzowania wszystkich chłopców w szkole, którzy po prostu wiedzą, że jakakolwiek interakcja z siostrą Monetów grozi śmiercią lub kalectwem. I nie wystarczy, że się ją nazywa Maleńką i Siostrzyczką oraz mówi Jesteś naszym skarbem, który się odnalazł, bo to wszystko razem wyczerpuje znamiona przemocy psychicznej, a nie miłości.

Cała historia z Jasonem spowodowała, że przed ciśnięciem tą książką o ścianę powstrzymała mnie tylko niechęć to zniszczenia Kindle’a 😉 Wszystko zaczyna się od tego, że Hailie, która przecież absolutnie nie może sama wrócić ze szkoły do położonej na odludziu Rezydencji Monetów, spędza czas oczekiwania na to, że brat skończy zajęcia, w szkolnej bibliotece. Tam zagaduje do niej kolega, z którym chodzi na francuski i namawia ją, żeby pomagała mu w lekcjach, a ona się zgadza. Powtórzę – całe ich przestępstwo polega na tym, że razem odrabiają lekcje w szkolnej bibliotece i na tym przyłapuje ich jeden z jej braci. Potem, mimo zakazu – spotykają się dalej (w rzadko odwiedzanej damskiej toalecie), a następnie idą razem do kina (wersja dla jej rodziny: idą tam z nią dwie koleżanki). Wtedy bracia Monet przechodzą od ustnych pogróżek do czynów i Jason spada ze schodów. Odnosi to należyty skutek, bo od tej chwili przestaje nawet spoglądać na Hailie i zaczyna prowadzać się z inną dziewczyną. Hailie cierpi, ale po jakim czasie:

po pierwsze – uświadamia sobie, że Jason to dupek (przepraszam !), więc w sumie jej bracia mieli rację i w ogóle należało mu się;

a po drugie – kiedy dowiaduje się, że tę kolejną dziewczynę rzucił po pierwszym seksie, co robi ? W porywie wściekłości biegnie do niego i publicznie uderza go w twarz. Czyli nauczyła się już, że przemoc to znakomita metoda na rozwiązywanie takich problemów.

Wbrew wrażeniu, jakie można z tej książki wynieść – przemoc nie jest oznaką męskości. Poza Hailie występują tam zaledwie trzy postaci kobiece na drugim planie – gosposia i dwie jej szkolne koleżanki. Poza tym – sami faceci, którzy dzielą się na tchórzy, rozglądających się ze strachem, czy gdzieś w pobliżu nie ma braci Monet oraz na samych Monetów, których różni wyłącznie stopień, w jakim są w stanie zapanować nad swoją agresją. Im starsi – tym bardziej opanowani, ale dochodzę do wniosku, że bardziej obawiałabym się jednak tych starszych. I jeszcze jedno – facet, który deklaruje, że na siostrę nigdy by ręki nie podniósł, natomiast kogoś, kto chciałby ją skrzywdzić, osobiście zabije – nie wyraża w ten sposób miłości.

Już podczas pierwszej rozmowy po przyjeździe, kiedy Vincent przedstawiał jej zasady, których przestrzegania oczekuje od niej, Hailie dowiedziała się, że jest zdecydowanie za młoda na randki. I znów – ta zasada nie dotyczy jej starszych o dwa lata braci – oni mogą nie tylko spotykać się z dziewczynami, ale także za absolutnie normalne uchodzi to, że traktują je wyłącznie jako obiekt seksualny i określają mianem suk (tak – zasada o używaniu należytego słownictwa też obowiązuje tylko ich siostrę). Kiedy się jeden z braci (tak, ten nieletni 😉 ) czepnął się jej o za krótką sukienkę, Hailie odpaliła mu, że u jego dziewczyny mu to jakoś nie przeszkadza. Odpowiedział coś w tym stylu: Maleńka, to jest dziewczyna, z którą być może jeszcze dziś pójdę do łóżka. Nie chciałbym, żeby o tobie ktokolwiek myślał tak, jak ja o niej myślę. Tego to nawet nie podejmuję się skomentować 😦

Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba wystarczy. Jeśli chcecie więcej – obejrzyjcie film, który jest poniżej. Jego autorka dokładnie streszcza pierwszy tom i pokazuje jeszcze więcej miejsc, od których włos się jeży na głowie. Z tego, co udało mi się znaleźć w sieci na temat kolejnych tomów, wnioskuję, że później Hailie nauczyła się żyć w tej rodzinie tak, aby w jak największym stopniu korzystać z tego, co daje jej ich bogactwo, wpływy i pokrętnie rozumiana miłość.

Wiem, że „Rodzina Monet” jest bardzo popularna wśród nastolatek, a z takimi modami trudno walczyć. Nie namawiam więc rodziców do tego, żeby zabraniali swoim córkom czytania tego cyklu, bo to (plus moda) może wywołać jedynie zwiększone zainteresowanie owocem zakazanym. Jesli jednak Wasze córki czytają te książki, proszę – porozmawiajcie z nimi o nich !!! Dowiedzcie się, co im się tam tak bardzo podoba i spróbujcie wyjaśnić, że oswojony brutal to nie jest dobry kandydat na chłopaka marzeń…

Weronika Anna Marczak „Rodzina Monet. Skarb”, wyd.: You&YA, Warszawa 2022

I jeszcze obiecany film, tam są dopiero spoilery !!! 😉

Nieśmiała myszka

Nieśmiała myszka

Książka nominowana i wyróżniona w konkursie Książka Roku 2023 IBBY w kategorii literackiej !!!

Była sobie raz myszka. // Myszka bardzo nieśmiała, // która wciąż się wstydziła // i wszystkiego się bała.

Myszka z tej książki natychmiast skojarzyła mi się z wcześniejszą „Myszką” tej samej autorki*, którą wtedy zwizualizowała nam Dobrosława Rurańska. Tamtą szarpały najrozmaitsze emocje, natomiast ta spętana jest nieśmiałością i lękliwością. Te cechy bardzo utrudniają jej życie…

Była sobie raz myszka, // której łatwo nie było. // Czasem w nocy płakała, // bo coś jej się przyśniło.

Na ogół, kiedy mówimy o takich nieśmiałych dzieciach, skupiamy się na tym, jakie problemy stwarzają one innym. Bo nie chcą leżeć same w ciemnym pokoju i trzeba z nimi siedzieć, aż zasną… Bo płaczą kiedy mają rozstać się z rodzicami i zostać bez nich w obcym miejscu (na przykład – w przedszkolu)… Bo swoją nieśmiałością psują innym dzieciom przedszkolne występy… Dorota Gellner pokazuje nam jednak, że najwięcej problemów z nimi mają… one same.

Czy jest na to sposób ? Na pewno nie jest nim mówienie: nie przesadzaj ! czy weź się w garść ! Wie o tym mały królik – okularnik. Myślę, że te okulary, w które ubrała go na ilustracjach Marianna Oklejak, nie są przypadkowe – pewnie jemu też to życie utrudniało. On potrafi po prostu być z nieśmiałą koleżanką, wspierać ją swoją obecnością i dodawać jej w ten sposób otuchy w trudnych momentach.

W obu tych książkach Dorota Gellner mówi dzieciom bardzo ważną rzecz – że mają prawo do swoich uczuć oraz że mają prawo sobie z nimi nie radzić. Warto, żeby usłyszeli i zrozumieli to także dorośli…

* Jest jeszcze trzecia myszka, tym razem zakochana, ale to jest zupełnie inna historia 😉

Dorota Gellner „Nieśmiała myszka”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2023

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016

Zwierzątko dla Pellego

Zwierzątko dla Pellego

„Zwierzątko dla Pellego” to fragment powieści Astrid Lindgren, która w Polsce ukazała się pod trzema tytułami i mam teraz spory problem z decyzją, który z nich wybrać, kiedy o niej wspominam. Dla mnie było to „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”, ale tutaj będę używać tytułu oryginalnego.

Dawno już nie wracałam na Saltkråkan, a kiedyś była to moja ukochana książka.

I wakacje marzeń – wtedy i teraz, bo gust mi się od tego czasu nie bardzo zmienił. Najbardziej lubię, jak jest woda (najchętniej słona 😉 ), dużo zieleni i mało ludzi. Niestety jakoś trudno mi znaleźć takie miejsca, które spełniałyby wszystkie te trzy warunki i jeszcze na dodatek byłyby w zasięgu niezbyt długiej podróży.

„Zwierzątko dla Pellego” obudziło we mnie wspomnienia nieco świeższe niż moje dzieciństwo, bo związane z naszą rodzinną wyprawą do Skandynawii 15 lat temu. Nie udało nam się wtedy dotrzeć ani do Sztokholmu, ani na wysepki Archipelagu Sztokholmskiego, gdzie Astrid Lindgren lubiła spędzac wakacje i gdzie umieściła powieściowe Saltkråkan. Odwiedziliśmy jednak Vimmerby – tam się urodziła, tam spędziła dzieciństwo i tam mieści się „Astrid Lindgren Varld”. Przejrzałam nasze zdjęcia stamtąd, ale jedyne, które jakoś wiąże się z tą powieścią, przedstawia kolejkę do kolejki, wagonikami której odbywało się podróż na Saltkråkan. Ta podróż związana była bardziej z serialem nakręconym na podstawie tej powieści. Niestety, nie miałyśmy szansy na jego bliższe poznanie, bo w Polsce nie był nigdy wyświetlany, a płyty, które można była tam kupić, miały tylko cztery wersje językowe: szwedzką, duńską, norweską i fińską 😉

„Zwierzątko dla Pellego” to fragment rozdziału o tym samym tytule, który opowiada historię tego, jak Pelle Melkerson, który marzył o swoim własnym zwierzątku, wszedł w posiadanie królika. Jest to fragment z samego środka powieści, więc czytając go nie dowiemy się, kim są bohaterowie i skąd się wzięli na Saltkråkan. Nie wiemy, że Pelle spędza tam tylko wakacje z rodziną, a Tjorven jest wyspiarką z urodzenia i doskonale zna okoliczne szkiery oraz ludzi tam mieszkających. Ją także wszyscy tam znają. Mam nadzieję, że dziecięcy czytelnicy skupią się na przygodach bohaterów i nie będą się zastanawiać nad tymi szczegółami, choć jak się je zna, chyba łatwiej jest tę historię zrozumieć.

Astrid Lindgren pisała „Vi på Saltkråkan” sześćdziesiąt lat temu. Kiedy czytam tę książkę dziś, uderza mnie przede wszystkim to, jak bardzo zmienił się od tego czasu zakres swobody pozostawianej dzieciom. Trudno sobie obecnie wyobrazić parę siedmiolatków (nawet z psem takim jak Bosman), którzy znikają z rodzicielskich radarów na parę godzin, w tym czasie odbywają z sąsiadem wyprawę na sąsiednią wysepkę, potem jeszcze na kolejną, tym razem sami i łódką, od której w drodze powrotnej gubią wiosła, a kiedy wracają okazuje się, że nikt się ich nieobecnością podczas burzy nie zaniepokoił.

„Zwierzątko dla Pellego” to historia pogodna i beztroska. Dzieci spędzają ciekawie czas, a Pellemu udaje się zrealizować marzenie o własnym zwierzątku. Po jej przeczytaniu dzieci pewnie będą chciały poznać inne ich przygody i tu muszę ostrzec – „Vi på Saltkråkan” to powieść przeznaczona dla czytelników starszych niż ci, do których adresowana jest ta wersja obrazkowa. Jest tam wiele naprawdę śmiesznych fragmentów, ale są też momenty trudne i smutne. Historia króliczka, którego Pelle nazwał Jocke, tak się właśnie kończy. Pamiętam do dziś, jak bardzo to przeżywałam, a Mamie, która czytała mi tę książkę, głos się łamał.

Pamiętam jednak też, że były miejsca, których nie była w stanie czytać, bo tak się śmiała. „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?” to było jedno z naszych najcudowniejszych wspólnych przeżyć czytelniczych i nigdy tego nie zapomnę.

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Astrid Lindgren (tekst) & Maria Nilsson Thore (ilustr.) „Zwierzątko dla Pellego”, przekł.: Maria Olszańska , wyd.: Zakamarki, Poznań 2023

Między światem a zaświatem

Między światem a zaświatem

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z !!!

To jest druga książka, jaką napisała Katarzyna Jackowska-Enemuo i druga, która w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA wygrała w kategorii: Od A do Z. I to w dodatku rok po roku !!! Ale w kolejnej edycji LOKOMOTYWY już tak nie będzie, jestem tego pewna. A to dlatego, że kolejna książka tej autorki zapowiadana jest dopiero za rok 😉

„Tkaczkę chmur”, o której pisałam —>>> tutaj , ilustrowała Marianna Sztyma, natomiast w „Między światem a zaświatem” tekstom Katarzyny Jackowskiej-Enemuo towarzyszą malarskie ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Są one nieco poważniejsze, jakby doroślejsze, bo też i ta książka jest adresowana do nieco starszych czytelników. Trudno sobie wyobrazić, że mogłoby one wyglądać inaczej i właśnie tej niezwykłej spójności tekstu i obrazu obie zawdzięczają nominacje w naszej kategorii przeznaczonej dla książek totalnych, domyślanych i dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach.

Zanim przejdziecie przez tajemną furtkę, za którą spotykają się świat i zaświat, musimy wyjaśnić sobie kilka rzeczy.

Czy wiecie, czym jest tradycja ? Ktoś powie, że to takie stare, dziwne rzeczy nie wiadomo po co. A ja wam powiem, że tradycja to czasem po prostu zwyczaj. Ale też sposób myślenia i to, jak sobie wyobrażamy świat, jak go rozumiemy. To taki sposób, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenia – ale nie poprzez naukę w szkole, lecz poprzez uczestnictwo, działanie i opowieści. (…)

Niektóre takie tradycyjne rzeczy czy wyobrażenia, które są bardzo stare, dzisiaj mogą nam się wydawać dziwaczne i niezrozumiałe. Wiele jest jednak bardzo interesujących. Pięknych. I warto o nich pamiętać. A może nawet czasami z nich korzystać. I zmieniać je po swojemu – bo prawdziwa, żywa tradycja to taka, która się nieustająco zmienia. Zachowuje coś z przeszłości, ale jest giętka i elastyczna, daje się formować jak glina po to, żeby nasze życie było bogatsze i piękniejsze. I pomaga nadawać sens codziennym sprawom. W tej książce znajdziecie bardzo dużo takich tradycyjnych obrazów i wątków.

Katarzyna Jackowska-Enemuo pisze o sobie: Z urodzenia – Pomorzanka, z wykształcenia – antropolog kultury po UJ, z natury – nomada, muzykantka i opowiadaczka historii. Karierę pisarki rozpoczęła dopiero niedawno, ale od wielu lat opowiada ilustrując muzyką bajki, baśnie, historie prawdziwe i zmyślone dzieciom i dorosłym…

W tej książce znajdziecie nie tylko poetyckie i opowiedziane przepięknym językiem historie – o Drzewie Świata, o Leszym – opiekunie lasu czy o Mikołaju – opiekunie wilków, ale także dodatkowe uzupełnienia dla dociekliwych. Można się z nich dowiedzieć skąd się wzięły te opowieści i jakie symboliczne znaczenie mają pojawiające się w nich osoby, stworzenia czy artefakty. Jest tam także Słownik dziwnych nazw dla jeszcze dociekliwszych – bardzo ciekawy !

A czym jest zaświat ? I co to za dziwny tytuł „Między światem a zaświatem”? Czy zaświat to piekło? Kraina umarłych? Bo świat – to wiadomo (niby). To my: nasze ręce, głowy i nogi. Nasze domy. Nasze ulice, lasy, rzeki, pola, psy i ptaki. Nasze samochody, komputery i zabawki. Słowa, dźwięki, uczucia i myśli. Atomy i czarne dziury. Mrówki i galaktyki. Cały wielki nieskończony wszechświat. Za którym nie ma nic, bo jest on nieskończony.

No to czym jest zaświat ? Zaświat to piąta strona świata. To część rzeczywistości, którą człowiek od zawsze wyłącznie przeczuwa i której nie może dotknąć. Tam według niektórych starych opowieści mieszkają dusze, stamtąd przychodzą i tam wracają. To kraina – niekraina, która rządzi się swoimi prawami. W której możliwe jest to, co na świecie nie jest możliwe. W zaświecie czas płynie inaczej lub nie ma go wcale. W zaświecie można wędrować od gwiazdy do gwiazdy, wspinać się po moście utkanym ze światła… Ale też nie każdy może się tam dostać, a tym bardziej – wydostać stamtąd. Zaświat jest blisko, bliziutko, lecz nie dla wszystkich jest dostępny. Otwiera się nagle – albo też trwa zamknięty i trzeba wiedzieć, jak go otworzyć. (…)

Ta opowieść jest właśnie o bliskości zaświata. I nie, nie jest o duchach, zmorach, zjawach i demonach, bo nie chcę pisać bestiariusza. A poza tym zjawy, zmory i inne paskudztwa powstają głównie z naszego strachu. Według starych, bardzo starych, najstarszych opowieści zaświat wcale nie jest straszny. On zwyczajnie jest. Inny niż nasz – ludzki- świat.

Podobnie jak w „Tkaczce chmur” także i tutaj Autorka dotyka spraw ostatecznych, tematów, których zazwyczaj staramy się unikać – nie tylko w rozmowach z dziećmi, ale w ogóle. Bo sami się ich boimy, nie rozumiemy i wydaje nam się, że nie mówiąc o nich, odsuwając je od siebie spowodujemy, że znikną.

Wydaje nam się też często, że nie rozmawiając o nich z dziećmi, chronimy je, ale przed czym ? Przed smutkiem ? Strachem ? Życiem ?

Nie wiemy i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy życie przyniesie nam to, co nieuniknione. Baśnie z tego zbioru pomagają się z tą świadomością oswoić – dzieciom i dorosłym. Pozwalają zacząć rozmowę, zadać pytania, które męczą i trapią.

To jest ta droga, o której nikt nie wie, // Która się dwa razy otwiera dla ciebie, // Raz – gdy przychodzisz, // I raz – gdy powracasz, // Kiedy się w kole niebieskim obracasz.

Katarzyna Jackowska-Enemuo jest, jak wspomniałam, opowiadaczką historii. Kilka dni temu miałam ogromną przyjemność oglądać ją w tej roli, kiedy w ramach współpracy Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA z Izabelińskimi Spotkaniami z Książką wystąpiła dla uczniów Szkoły Podstawowej w Izabelinie. Opowiadała dzieciom pochodzące z tej książki historie o Drzewie Świata i o Leszym – opiekunie lasu, akompaniując sobie na akordeonie. Towarzyszył jej, grający na cymbałach i lutni arabskiej Mateusz Szemraj.

To był niezwykły spektakl. Bez dekoracji, rekwizytów czy efektów specjalnych – tylko słowa, żywa muzyka i fascynująca osobowość Katarzyny Jackowskiej-Enemuo. To wystarczy 😉 Mimo że przecież znałam te historie, słuchałam zafascynowana.

Dzieci także dały się jej opowieściom uwieść i wciągnąć do wspólnego śpiewania i wygłaszania zaklęć. Jeśli będziecie mieli kiedyś możliwość posłuchania jej na żywo – skorzystajcie, nie będziecie żałować !!!

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między światem a zaświatem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2023

To i owo tu i tam

To i owo tu i tam

Jest w tej książce coś takiego, że już zobaczywszy jej wiosenną, radosną i beztroską okładkę, ma się ochotę wziąć ją do ręki i czytać. To, co jest w środku, nie rozczarowuje – także jest radosne i beztroskie. I w dodatku na każdą porę roku !!!

Jej podtytuł – Pierwsza książka małego dziecka – trochę mnie zaskoczył, bo wydawnictwo Bajka ma w swojej ofercie sporo lektur adresowanych do jeszcze młodszych czytelników. Tamto jednak są książeczki – małe i sztywnostronicowe, a „To i owo tu i tam” jest pełnowymiarową KSIĄŻKĄ (dużą i ze lekko tylko usztywnionymi kartkami), trzeba ją więc traktować trochę poważniej. Jednak bez przesady z tą powagą 😉

W parku, w lesie, na ulicy // jest ciekawie, kolorowo, // więc lubimy spacerować // i oglądać to i owo.

I tak sobie spacerując i oglądając, mimochodem poznajemy pory roku, uczymy się liczyć na wiosennych listkach, naśladujemy głosy zwierząt, szykujemy smakowite przekąski i odgadujemy zagadki (a przy ich okazji możemy poczytać sobie razem, bo niektóre słowa zastąpione zostały obrazkami). Od samego rana aż do wieczora – zawsze znajdzie się coś ciekawego 🙂

Cieszę się za każdym razem, kiedy trafiam na nowe wydania wierszy dla dzieci, bo mowa wiązana ma tę zaletę, że i łatwiej się ją czyta na głos (dorosłym), i łatwiej zapamiętuje (dzieciom, ale dorosłym także). A jak wiersz jest naprawdę dobry, to daje się go czytać wiele razy bez znudzenia czytającego 😉 Twórczość Małgorzaty Strzałkowskiej należy właśnie do tej kategorii, a ilustracje Ewy Poklewskiej – Koziełło znakomicie z nią współbrzmią.

– Śpij misiaczku… Nad chmurkami // noc już stuka obcasami, // już zabawy się kończyły – // czas na jutro zebrać siły.

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Małgorzata Strzałkowska „To i owo tu i tam. Pierwsza książka małego dziecka”, ilustr.: Ewa Poklewska-Koziełło, wyd.: Bajka, Warszawa 2023

Przyjaciel Północy

Przyjaciel Północy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: Od A do Z

oraz wyróżniona w konkursie Nagroda Magellana i nominowana do nagród: Literacka Podróż Hestii i Nagrody imienia Ferdynanda Wspaniałego

a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2022

Autorką wszystkich zdjęć, które towarzyszą temu wpisowi, jest Maja Kupiszewska i pochodzą z jej bloga Maki w Giverny. Przeczytajcie, co ona napisała o tej książce —>>> tutaj

Nazywam się Daniel, mam dwanaście lat i właśnie pierwszy raz lecę samolotem bez rodziców. Dzieciaki w moim wieku jeszcze nie latają same, więc siedzę obok pani, której nigdy wcześniej nie widziałem, a której mama uścisnęła dłoń na lotnisku. Obiecałem dobrze się zachowywać, nie znikać bez słowa i słuchać poleceń…

„Przyjaciel Północy” to przede wszystkim przygodowa książka wakacyjna, ale są to wakacje inne niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Wyjazd do cioci kojarzy nam się z jakimś miejscem, gdzie będzie można się kąpać, opalać, biegać w krótkich spodenkach i bluzkach bez rękawów. Tymczasem po przylocie na miejsce okazuje się, że: Jest koniec czerwca, początek wakacji, a ciocia mówi, że są tylko dwa stopnie na plusie. Trudno się temu dziwić, skoro Daniel przyleciał na Spitsbergen czyli na najbardziej północną na świecie wyspę, gdzie żyją ludzie i niedźwiedzie polarne. Jego ciocia jest Polką, mieszka tam od dawna i pracuje w gazecie, a chłopiec pochodzi z mieszanej polsko – norweskiej rodziny, więc nie ma problemów językowych w kontaktach z mieszkańcami wyspy. Od razu po przylocie Daniel wpada nieomal w sam środek tajemniczej historii kłusowników, którzy na wyspie zabijają niedźwiedzie polarne…

„Przyjaciel Północy” to nie tylko typowa przygodówka – znajdziemy tam też sporo wiedzy o Spitsbergenie, przyrodzie i realiach życia na dalekiej Północy. Autorka mieszkała na wyspie pięć lat i zna ją doskonale. Udało jej się znakomicie zbilansować wątki przygodowo – kryminalne z przekazywaniem tej wiedzy, więc wychodzi to zupełnie naturalnie, bez przydługich encyklopedycznych wywodów. Opisy przyrody, które na ogół kojarzą się z czymś nudnym, są tu równie fascynujące jak perypetie życie codziennego w warunkach polarnego dnia (przez cały dwutygodniowy pobyt chłopca tam ani na chwilę nie zachodzi słońce) czy historie polarników z przeszłości (nierzadko tragiczne). A rozdział, w którym chłopiec razem ze spotkanym tam badaczem, wypływa na obserwację wielorybów jest po prostu niezapomniany !!!

Bardzo podoba mi się w tej historii relacja Daniela z ciotką, która traktuje go z jednej strony opiekuńczo (w końcu to dwunastolatek, pierwszy raz tak daleko od rodziców i w takich warunkach), ale z drugiej – z szacunkiem, bez nadmiernego infantylizowania, pozostawiając mu odpowiedzialność, którą on może udźwignąć oraz (co najważniejsze !) z humorem.

W tegorocznym Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA ta książka została nominowana w kategorii: Od A do Z. Doceniamy w niej pozycje stworzone szczególnie starannie, w których tekst, ilustracje i sposób, w jaki została wydane, znakomicie się dopełniają, tworząc całość. W „Przyjacielu północy” tekstowi nie tylko ciekawie skonstruowanemu, ale także napisanemu żywym i w tym samym stopniu współczesnym, co ponadczasowym językiem, towarzyszą malarskie ilustracje Mariusza Andryszczyka. Nie, źle napisałam ! One mu nie towarzyszą, tylko go otulają – od pierwszej okładki, przez wysmakowaną wyklejkę, po ilustracje w tekście. Na początku każdego rozdziału spotykamy zwierzę, które w jakiś sposób będzie w nim obecne, a w środku – jakąś scenę z tego, co się w nim wydarzy. Mamy więc tam i niedźwiedzie polarne, i wieloryba, i maskonury, i niesporczaki, i… pewnego rudego kota imieniem Raptus.

Doczytawszy do ostatniej strony, rozstajemy się z bohaterami tej książki bogatsi nie tylko o wiedzę przyrodniczą. Czas, który Daniel i ciocia spędzają razem, uczy chłopca (a przy okazji czytelników tej książki) pokory wobec przyrody i reguł nią rządzących oraz szacunku dla życia.

Każdego. Niezależnie od rozmiaru.

Ilona Wiśniewska „Przyjaciel Północy”, ilustr.: Mariusz Andryszczyk, wyd.: Agora dla dzieci, Warszawa 2022

Gra o spadek

Gra o spadek

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: przekład !!!

Słońce znika za horyzontem na zachodzie (wie to prawie każdy), tymczasem Wieże Zachodzącego Słońca były zwrócone ku wschodowi. Osobliwe !

Wieże Zachodzącego Słońca zwrócone ku wschodowi nie były zresztą wieżami tylko lśniącym, przeszklonym apartamentowcem. Stał on samotnie na brzegu jeziora Michigan, wysoki na cztery piętra. Cztery puste piętra.

Aż tu pewnego dnia (był to akurat czwarty lipca), chłopiec na posyłki o wyjątkowo niepospolitej powierzchowności, objechał całe miasto, by dostarczyć listy adresowane do wybranych przyszłych lokatorów. Pod każdym listem widniał podpis: Barney Northrup.

Chłopiec na posyłki miał sześćdziesiąt dwa lata, a osoba o nazwisku Barney Northrup nie istniała…

„Gra o spadek” to czwarta nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA książka, do której powstania przyczyniła się Emilia Kiereś i druga (po „Była raz starsza pani” ) jej nominacja za przekład. Ta powieść to nie lada wyzwanie dla tłumacza . Bardzo duże znaczenie w całej intrydze mają gry słowne, kalambury i skojarzenia, często nieprzekładalne i ukryte na przykład w nazwiskach.

„Gra o spadek” to książka dziś trochę oldskulowa, bo powstała ponad 40 lat temu, kiedy życie wyglądało inaczej niż dziś. Jak na swoje czasy też już chyba była taka, czerpiąc z tradycji klasycznego kryminału i książek Agathy Christie. Mamy więc tajemnicę pewnej śmierci, której rozwikłanie jest warunkiem otrzymania tytułowego spadku i coś na kształt zagadki zamkniętego pokoju, którym jest odcięty przez śnieżycę od świata apartamentowiec na jeziorem Michigan. More a puzzle than a novel – jak napisano o niej w magazynie Kirkus Reviews.

Jest to jednak także książka przewrotna, w której ostatecznie okazuje się, że nic nie jest takie, jak się na początku wydawało i…

Obawiam się, że nie mogę napisać nic więcej, żeby nie popsuć Wam lektury, do której bardzo zachęcam 🙂

P.S. Książka w oryginale (czego wydawnictwo nie odnotowało w stopce redakcyjnej) nosi tytuł „The Westing Game”, podobnie jak jej ekranizacja, która powstała w 1997 roku (i ma alternatywny tytuł „Get a Clue”), ale nie udało mi się znaleźć o niej żadnych informacji poza —>>> tym i —>>> tym

Ellen Raskin „Gra o spadek”, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Śpiący rycerze

Śpiący rycerze

Cykl „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane” został nominowany w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: Od A do Z !!!

czyli siódma, ostatnia z serii „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”. O trzech pierwszych i zamyśle, jaki towarzyszy całej, serii pisałam —>>> tutaj, o czwartej i piątej —>>> tutaj, a o szóstej —>>> tutaj

„Śpiący rycerze” to ta z części cyklu „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”, na którą czekałam z największym zainteresowaniem już od momentu, kiedy ukazały się jego pierwsze tomy. Zastanawiałam się, czy w zamyśle Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel ma być to po prostu siedem oddzielnych historii o siedmiu dziewczynkach szukających szczęścia, czy też może ostatnia z nich będzie jakimś zamknięciem i podsumowaniem cyklu ? A jeśli taki jest jej zamiar – to jak to zrobi ? I czy będą to konsekwentnie historie wyłącznie o dziewczynkach ? Odpowiedź na te pytania (a raczej jej zapowiedź 😉 ) można zauważyć już patrząc na okładkę tej części.

Była raz sobie dziewczynka imieniem Ronja, która widziała i czuła więcej. Więcej niż inni, a nawet więcej niż sama sądziła, ze widzi i czuje. A do tego nie umiała udawać, że jest inaczej…

Bohaterka „Śpiących rycerzy” nieprzypadkiem nosi kojarzące się ze Skandynawią imię i również nieprzypadkowo podobna jest z twarzy do Grety Thunberg, ale czytanie tej historii tylko w kontekście tego podobieństwa i kwestii kryzysu klimatycznego byłoby sporym uproszczeniem.

Baśń tę dedykuję wszystkim wrażliwym dziewczynkom i chłopcom, którzy tak jak Ronja czują się bezsilni i samotni…

Bohaterki poprzednich sześciu części mierzyły się z problemami, które dotyczyły tylko ich, wręcz – były w nich, a ich rozwiązanie miało pomóc tylko im samym. Problem, wobec którego staje Ronja dotyczy wszystkich ludzi, całego świata – jednak wbrew pozorom to nie jest historia o zmianach klimatu, które symbolizuje płonące morze. „Śpiący rycerze” to baśń o niebyciu obojętnym, o pokonywaniu własnej bezsilności i o sile, jaką daje wspólnota.

W tym zamykającym cały cykl tomie pojawiają się oprócz Ronji nie tylko wszystkie bohaterki poprzednich części. Znaczącą rolę odgrywają w nim także tytułowi śpiący rycerze, ale wbrew temu, co stereotypowo mogło by nam się kojarzyć z ich płcią i profesją, nie siła i męstwo są ich największą mocą tylko wrażliwość.

„Śpiący rycerze” to opowieść o tym, że świat może zostać uratowany tylko przez dziewczyny, które nie boją się krzyczeć, kiedy dzieje się zło, i przez chłopców, którzy nie boją się płakać nad niegodziwością. Stanie się to jednak tylko wtedy, kiedy będą działać razem. Szczęśliwi możemy być tylko z innymi.

Teraz, kiedy już znamy wszystkie części tej serii, warto przyjrzeć się jej jako całości i docenić to, jak jej strona wizualna autorstwa Marianny Oklejak, współgra z tekstami Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Każdy z tomów ma swój kolor, widoczny nie tylko na grzbiecie, ale także dominujący w ilustracjach w środku, nadający im ton, bo wynikający z treści tej baśni. Kolejność, w jakiej się te kolory w poszczególnych częściach pojawiają, też nie jest przypadkowa. W otwierającym cykl „Kwiecie paproci” mamy dość oczywistą zieleń zestawioną z trochę dziecinnym różem, a potem robi się coraz poważniej. Kolorystyka tomów odpowiada dorastaniu bohaterek do coraz trudniejszych wyzwań i dorastaniu wraz z nimi czytelniczek tej książki.

„Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane” to cykl niezwykle starannie wymyślony, stworzony i wydany – chapeau bas dla wszystkich, którzy się do tego przyczynili !!!

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Śpiący rycerze. Baśń o wspólnocie” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2023

Idea

Idea

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: obraz !!!

Nikt nie wiedział skąd dokładnie pochodziła myśl. Opowiadano potem, że nadleciała wraz ze wschodnim wiatrem, który rozpędził burzowe chmury. Krążyła nad archipelagiem, szukając miejsca, w którym mogłaby odpocząć i zostać najdłużej. Wyspy przykuły jej uwagę, bo w pierwszej chwili wydały jej się bezludne.

Dopiero gdy przyjrzała im się z bliska, spostrzegła, że na każdej z nich mieszka jedno dziecko. Wyspy były oddalone od siebie na tyle, że dzieci widziały linie brzegowe, ale nie siebie nawzajem. Najwyraźniej nie widziały o swoim istnieniu…

„Idea” to książka nieoczywista. Trudno właściwie powiedzieć – o czym jest ? O myśli, która stała się ideą ? O idei, która zmieniła się w marzenie, żeby potem stać się działaniem ?

O tym, że żaden człowiek nie jest samoistną wyspą ? Trochę o tym, ale to jednak nie Hemingway 😉 Nie ma wyraźnej puenty i na pewno nie znajdziemy w niej morału. Więc w sumie – po co w ogóle ją czytać ?

To książka z gatunku: koszmar bibliotekarzy, bo trudno jednoznacznie określić – dla kogo jest ? Do jakiej grupy wiekowej ją przypisać ?

I w dodatku ta dziwna forma – leporello…

Przyzwyczajeni jesteśmy, że takie harmonijkowe to są sztywnostronicowe książeczki dla najmłodszych, choć przecież bywały też inne. Wystarczy wspomnieć „Księcia w cukierni” Marka Bieńczyka i Joanny Concejo – książkę równie nieoczywistą ja ta i w dodatku adresowaną do jeszcze starszych czytelników.

Bardzo cieszę się, że Wydawnictwo Widnokrąg odważyło się wydać tę książkę i mam nadzieję, że znajdzie ona odważnych dorosłych, dzięki którym trafi w ręce niedorosłych czytelników. Fakt, że do czytania tam jest zdecydowanie mniej niż w powieści, którą można nabyć za porównywalną cenę, ale myśli się potem o niej długo. Ten tekst, te ilustracje i ta forma pobudzają do tego. Powodują, że otwierają się rozmaite klapki w mózgu i nagle wędrujemy myślami gdzieś, dokąd nie zaprowadziłaby nas inna, bardziej konwencjonalna książka.

Spróbujcie – naprawdę warto !!!

Dziękuję Wydawnictwu Widnokrąg za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego 🙂

Anna Paszkiewicz (tekst), Kasia Walentynowicz (ilustr.) „Idea”, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2023

Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy

Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy

Kilka lat temu nakładem Wydawnictwa Bajka ukazały się dwie książki: „Orzeł Biały. Znak państwa i narodu” Alfreda Znamierowskiego i „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy” Małgorzaty Strzałkowskiej. Pierwsza z nich od dawna stoi na półkach Małego Pokoju z Książkami ( —>>> tutaj ), a o drugiej zdecydowałam się napisać teraz, bo właśnie ukazało się jej wznowienie.

Od wydania pierwszego odróżniają ją dwie rzeczy – brak płóciennego grzbietu oraz kody QR, które pojawiły się w tekście. Dzięki nim można wysłuchać kilku wersji naszego hymnu – w wykonaniu orkiestrowym oraz chóru.

Wydawać by się mogło, że co jak co, ale hymn Polski to pieśń, której znajomość wszyscy powinniśmy wynieść ze szkoły… Niestety, wystarczy posłuchać, jak bywa on śpiewany spontanicznie i nie przez profesjonalistów, żeby przekonać się, że wcale tak nie jest. Kuleje nie tylko warstwa melodyczna, ale także tekst. Póki my żyjemy czy może kiedy ? Czarnecki czy Czarniecki rzucał się przez morze czy może jednak wracał ?

W przedmowie to tej książki Małgorzata Strzałkowska napisała:

Ze znajomością słów hymnu bywa różnie. (…) Ale w naszej świadomości pokutują też i inne błędy. Dotyczą one interpretacji tekstu „Mazurka Dąbrowskiego”. I to były główne powody, dla których podjęłam się napisania tej książki.

Fakt, że pisałam ją ponad rok, budzi zdziwienie. Tak długo ? Przecież hymn znamy wszyscy ! I wszystko o nim wiemy ! A jeśli nawet nie, wystarczy zajrzeć tu i tam. Jednak tak nie jest. Przekonałam się, że wokół „Mazurka Dąbrowskiego” narosło wiele zagadek, mitów i tajemnic…

Książka podzielona jest na dwie części: „Co każdy Polak o hymnie wiedzieć powinien” oraz „Dla wnikliwych”. W tej drugiej znajdziemy także dwie nieużywane obecnie zwrotki, kalendarium oraz rozdział poświęcony innym utworom, które w historii pełniły rolę polskiego hymnu narodowego. Towarzyszą im (oprócz zdjęć i reprodukcji artefaktów z epoki) ilustracje Adama Pękalskiego – jak zawsze doskonale wpisane w realia czasów, które przedstawiają.

Obie te książki – i ta o hymnie, i ta o godle i fladze należą do tych, które nie tylko warto przeczytać, ale także mieć na półce. Nie znamy dnia ani godziny, kiedy może się okazać, że mamy jakieś wątpliwości związane z tym, o czym jest mowa w którejś ze zwrotek (na przykład – z tym Czarnieckim), albo jeśli mielibyśmy problem z wywieszeniem flagi – a wtedy… wystarczy tylko po nie sięgnąć 🙂

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2023

Alfred Znamierowski „Orzeł Biały. Znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016