Historyczka, literaturoznawczyni, zaczytana mama trzech dorosłych już córek.
Wolontariuszka Muzeum Powstania Warszawskiego.
Członkini Polskiej Sekcji IBBY.
Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Marianna Sztyma opowiada w „Pustce” o stracie i jej przeżywaniu. Jest w tej książce spokój, pogodzenie z nieuchronnym i namysł nad tym, czym jest tęsknota za kimś, kogo straciliśmy. W tej historii jest to kot, ale przecież może być to także człowiek, pies, chomik albo jeszcze ktoś inny, kogo obecność była dotychczas ważną oczywistością w życiu.
Ktoś tutaj był i był, // a potem nagle zniknął // i uporczywie go nie ma.*
„Pustka” to książka autorska, a więc taka, w której Autor mówi do nas językiem i słów, i obrazów. Dopełniają się one i uzupełniają tworząc nierozdzielną całość.
Tytułowa pustka to zagadka ontologiczna – coś, co równocześnie jest i czego nie ma. To te chwile, kiedy zdarza nam się widzieć kątem oka cień osoby, której już nie ma, tam gdzie przywykliśmy ją widywać. I kiedy przechodząc najwęższym miejscem korytarza odruchowo patrzymy pod nogi, żeby nie potknąć się o psa, który tam zawsze leżał. To łzy i wspomnienia, których nie trzeba się bać, nie trzeba ich tłumić w sobie.
Pustka to smutek, pamięć i pogodzenie z odejściem. Najważniejszą prawdą, którą wynosimy z tej opowieści, jest to, że pustka po kimś naprawdę bliskim nigdy nie znika. Pozostaje z nami na zawsze, choć oczywiście odczuwamy ją już dużo mniej, ale jest – choć maleńka. I to bardzo dobrze – bo jeśli przestalibyśmy ją odczuwać, to znaczyłoby, że ta osoba zniknęła w niebycie, że jej już nie pamiętamy.
A jeśli tak by się stało, to czy znaczyłoby to, że jednak nie była dla nas ważna ?
Marianna Sztyma „Pustka”, wyd.: Kropka, Warszawa 2023
* To oczywiście cytat z wiersza Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”
Jak rozpoznać fake newsy, dezinformację i teorie spiskowe.
Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: fakt !!!
Mimo że określenie fake news funkcjonuje w naszym potocznym języku od niedawna, to samo zjawisko jest stare jak świat. Dotychczas najczęściej nazywane było plotką. Z licznych synonimów, jakie ma ona w polszczyźnie najbardziej podobają mi się: blaga, bujda na resorach, humbug, kaczka dziennikarska oraz pic na wodę fotomontaż 😉
Chyba najstarszym znanym mi jej przypadkiem jest historia, którą usłyszałam lata temu, kiedy na pierwszym roku studiów uczęszczałam na wykłady o epigrafice łacińskiej. Ponieważ było to dawno temu, mogłam coś pokręcić, ale wydaje mi się, że w starożytnych Pompejach odnaleziono napis na murze, który głosił: Ampilus Pedania fur est czyli pomawiał rzeczonego Ampilusa o to, że jest (a raczej był) złodziejem. Wykładowca mówił nam, że nic nie wiadomo o tym człowieku, ale już po wsze czasy pozostanie podejrzenie, że być może z tym złodziejstwem w jego przypadku było coś na rzeczy…
Przez tysiąclecia głównym kanałem przekazywania takich plotek było właśnie pisanie na murach czy płotach (oraz innych powierzchniach płaskich) oraz szeptanki typu: jedna pani drugiej pani… Z własnego dzieciństwa pamiętam zasięg plotki (tym razem z gatunku urban legend) o Czarnej Wołdze czyli samochodzie, który miał porywać dzieci. Wystarczyło, że ktoś na podwórku krzyknął: Czarna Wołga jedzie !!! a wszystkie dzieci uciekały i chowały się do klatek schodowych.
A potem zaczął się internet, dzięki któremu te zjawiska dostały turbo przyśpieszenia o zasięgu globalnym…
„Fake newsy. Inwazja morderczych majtek” to komiks, adresowany do wszystkich, którzy z internetu korzystają samodzielnie czyli do czytelników w wieku od… No właśnie – w jakim wieku są dziś dzieci, które samodzielnie się po sieci poruszają ? 10 lat ? Mniej ? Górnej granicy wiekowej dla tej książki nie ma. Bywają (zbyt często) dorośli, którzy jeszcze gorzej niż dzieci radzą sobie z zagrożeniami, jakie na nich w sieci czyhają.
Elise Gravel przystępnie wyjaśnia, po co powstają fake newsy, kto na nich (i w jaki sposób) zyskuje, a kto traci oraz dlaczego czasem w nie wierzymy, a nawet puszczamy dalej. W dziesięciu prostych krokach pokazuje, jak zachować czujność i nie dać się oszukać (a przynajmniej próbować). Do 90 strony tej książki byłam pewna, że będę mogła o niej napisać same dobre rzeczy…
Ostatni z tych kroków ma tytuł: Ostrożnie wybieraj, komu ufać. To bardzo słuszna rada, stosuję się do niej od dawna i dlatego właśnie w tym miejscu (konkretnie na stronie 91), włączył mi się system ostrzegawczy.
Wśród grup zawodowych godnych zaufania Elise Gravel wymienia naukowców, którzy poświęcają wiele, wiele lat na naukę swojej specjalności. Są świetni w researchu. Wiedzą o czym mówią. ( Zgoda !) Kiedy większość ekspertów i naukowców ma takie samo zdanie na jakiś temat, istnieje duża szansa, że mają rację. (Tu także zgoda !) Następnie w dymku pojawia się taka kwestia: 98% naukowców i naukowczyń wierzy, że zmiana klimatu jest prawdziwa i w dużej mierze spowodowana przez człowieka. (Dzwonek alarmowy zabrzęczał mi tu przy pierwszej połowie tego zdania).
Nie podejmuję się dyskutować na temat prawdziwości oraz przyczyn zmian klimatu, nie znam się na tym. Sformułowanie: 98% naukowców i naukowczyń wierzy, że… sugeruje natomiast, że przeprowadzono jakąś ankietę i naukowcy odpowiedzieli na tak postawione pytanie, a tak nie było (odłóżmy też na bok pytanie, czy chodzi o naukowców w ogóle czy tylko o specjalizujących się w klimatologii). Consensus Projekt polega na tym, że analizuje się teksty, w których występują wybrane słowa kluczowe, wybierając je randomowo z puli tekstów opublikowanych (3000 z 88125). Osiągnięty wynik to procent publikacji, które tę tezę popierają, a nie naukowców.
Całe to zdanie nie jest może fake newsem, ale na pewno można je uznać za manipulację danymi. Zupełnie nie wiem, jak je w kontekście tej książki potraktować. Przeoczenie ? Świadome działanie ? A może zadanie praktyczne dla czytelników ?
Niezależnie od tych moich wątpliwości, warto sięgnąć po ten komiks i warto podsuwać go dzieciom, bo internet jest i będzie nieodłączną częścią ich życia, a fake newsy są i będą nieodłączną częścią internetu. Nic na to nie poradzimy, możemy tylko nauczyć się, jak je rozpoznawać, omijać i nie dawać im się.
Davide Cali jest mistrzem tworzenia lapidarnych i uniwersalnych historii o rzeczach ważnych. Potrzebują one jednak oparcia w bardzo dobrych ilustracjach. Na na półkach Małego Pokoju stały dotychczas dwie jego książki, które zilustrował Serge Bloch – „A ja czekam…” i „Wróg”.
„Głosujcie na wilka !” z ilustracjami Magali Clavelet to trochę „Folwark zwierzęcy” Orwella a rebours, bo tym razem nie jest to parabola komunizmu, ale demokracji. W gospodarstwie nie ma (już ?) ludzi, są tylko zwierzęta i swoje władze wybierają w sposób demokratyczny. Właśnie odbywają się wybory, a przed nimi – kampania wyborcza, w której kandydaci mają przekonać do siebie wyborców.
To książka bardzo na czasie w kontekście naszych wyborów za tydzień, a ten temat pewnie często pojawia się w rozmowach z dziećmi. Trudno od niego uciec. W dodatku tłumaczka Katarzyna Skalska puszcza dyskretnie oko do polskich czytelników, bo hasła wyborcze na plakatach mogą się z naszymi realiami kojarzyć trochę bardziej niż to, co zapewne było w wersji oryginalnej 😉 Nie odbiera to jednak tej historii uniwersalności – będzie aktualna również przy okazji kolejnych (i kolejnych, i kolejnych, i…) wyborów.
Inaczej niż u Orwella – tu kiedy zwierzęta orientują się, kogo sobie na przywódców wybrały, wybucha rewolucja…
Wilki zostają z gospodarstwa wyrzucone i zorganizowane zostają kolejne, demokratyczne wybory, w których wilk już nie startuje. Pojawia się za to inny kandydat…
Kiedy czytałam tę książkę, przypomniało mi się usłyszane wiele lat temu (chyba z usta Jana Pietrzaka) zdanie: Historia uczy tylko jednego – że nigdy nikogo niczego nie nauczyła.
Czy tak będzie również i tym razem ?
Dziękuję wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂
Davide Cali (tekst) & Magali Clavelet (ilustr.) „Głosujcie na wilka !”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2023
To Ciri i Shuri – kociaki Najmłodszej z moich Córek, która zrobiła to i inne zdjęcia z nimi, za co jej dziękuję, ale nie pytajcie mnie, która jest która 😉
Barbara Gawryluk napisała wiele książek o psach. Pierwszy był chyba Kaktus, a najbardziej znane to „Dżok” i „Baltic”. Jest też cała seria o psach na medal – wykonujących różne zawody. Napisała też książki o foce Klifce, o świstaku Gwizdku, ale kotów w tym książkowym zwierzyńcu nie było. Do teraz.
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Ale jak to zwykle bywa, kiedy ludzie ją opowiadają, dodają coś od siebie, zmieniają, zmyślają.
Żeby ją opisać, wyruszyłam na szwedzką wyspę położoną na Bałtyku. Wyspa nazywa się Gotlandia, a jej stolicą jest małe, stare miasto Visby. Jak każde stare miasto, Visby ma swój centralny punkt – Duży Rynek. A na rynku nie sposób nie zauważyć pewnego kota…
Knäcken (czyli po polsku Cwaniak) wiele lat temu odszedł do wiecznej kociej krainy, ale nadal żyje w pamięci mieszkańców Visby, a przypomina o nim jego stojący na rynku pomnik. Mieszkał tam ze swoją rodziną, ale był stałym rezydentem centrum miasteczka. Wszyscy go tam znali i dokarmiali, bo apetyt miał adekwatny do swoich rozmiarów 😉 Wszyscy wiedzieli, skąd się wzięły lody cwaniakowe, sprzedawane w miejscowej lodziarni. Wiedzieli też, że ma swój dom i nie trzeba go odwozić do schroniska, jak to czasem robili przyjezdni.
Kiedy jego rodzina wyprowadziła się z wyspy, wszystkim go brakowało. Stąd decyzja o upamiętnieniu go pomnikiem, która zapadła, kiedy przyszła wiadomość o tym, że nie żyje…
Książka Barbary Gawryluk przypomniała mi o tym, że Gotlandia ciągle pozostaje moim niespełnionym marzeniem i może w końcu sprowokuje mnie to do tego, żeby się tam wybrać ? Marzę o niej od dawna, odkąd jakieś pięćdziesiąt lat temu zobaczyłam serial o Pippi. Miasteczko, w którym toczyła się jego akcja, bardzo mi się podobało, ale dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że to było Visby. Potem czytałam serię gotlandzkich kryminałów Mari Jungstedt i choć po ich lekturze można się trochę obawiać wizyty tam, to jednak nie zniechęciło mnie to 😉 No i wreszcie – na Gotlandii spędzali wakacje bohaterowie innej książki Barbary Gawryluk„Czarnej, Klifki i tajemnic z dna morza”.
Uprasza się więc o trzymanie kciuków, żeby udało mi się tam w końcu dotrzeć ! A jeśli i Wy po tej lekturze zapragniecie tam pojechać, to pamiętajcie, że uprzedzałam ! 😉
P.S. Autorką ilustracji do tej książki jest Iwona Kalenik. Wydały mi się one zadziwiająco podobne do tych, które towarzyszyły historiom o Dżoku, Balticu i Klifce, a których autorką była Iwona Cała. Tych rumianych postaci nie pomylę z żadnymi innymi ! Okazuje się, że moje skojarzenie było całkiem na miejscu, bo jest to ta sama osoba, tylko w tak zwanym międzyczasie zmieniła nazwisko 😉
Barbara Gawryluk „Cwaniak. Kot z wyspy wikingów”, ilustr.: Iwona Kalenik, wyd.: Literatura, Łódź 2023
Książka nominowana i NAGRODZONA w kategorii: komiks Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA 2022 !!!
W kategorii: komiks Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA mieszczą się nie tylko komiksy typowe czyli takie, w których opowieść zawarta jest w obrazach oraz w tzw. dymkach z tekstem. Jest w niej także miejsce dla książek, w których tekstu nie ma w ogóle, a cała historia mieści się w tym, co pokazują obrazy. Taka właśnie jest „Jedynaczka”.
Na półkach Małego Pokoju z Książkami jest to (po „Fali” i „Przybyszu”) trzecia tego rodzaju powieść obrazowa. Autorami wszystkich są osoby pochodzące z krajów Dalekiego Wschodu. Suzy Lee jest Koreanką, Shaun Tan – Australijczykiem pochodzenia malezyjsko – chińskiego, a Guo Jing – Chinką.
We wstępie do „Jedynaczki” napisała: Opowieść w tej książce to fantazja, odzwierciedla jednak bardzo realne uczucia izolacji i samotności, których doświadczyłam, dorastając w Chinach lat osiemdziesiątych, w czasach obowiązywania polityki jednego dziecka.
Kiedy byłam mała, mama i tata musieli pracować na utrzymanie rodziny, więc w ciągu dnia opiekowała się mną Nai Nai, czyli babcia. Ale i tak czasami, gdy rodzice spieszyli się do pracy lub Nai Nai była zajęta, zostawałam w domu sama. To doświadczenie było wówczas powszechne w wielu rodzinach. Należałam do bardzo samotnego pokolenia dzieci.
Jedynacy są samotni nie tylko w Chinach, wiem coś o tym. Dlatego ta książka już tytułem zwróciła moja uwagę. Jedynacy są ubożsi o ten szczególny rodzaj uczuć, które się ma do rodzeństwa, bo to są jedyni ludzie, z którymi trzeba się dzielić rodzicami i jedyni, z którymi do końca łączą nas wspomnienia domu i rodziców właśnie. Ale może dlatego jedynacy mają w sobie więcej przestrzeni na wyobraźnię, na własne światy…?
Guo Jing napisała też: Pewnego razu – miałam wtedy sześć lat – tata przed wyjazdem do pracy wsadził mnie do autobusu do babci. Zasnęłam, a kiedy się obudziłam, autobus był prawie pusty. Spanikowałam i uciekłam. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, więc ruszyłam przed siebie. Szłam we łzach, podążając za siecią trakcyjną trolejbusu. Na szczęście znalazłam drogę powrotną na ulicę, która wyglądała znajomo i wreszcie po trzech godzinach dotarłam do domu babci.
Historia w tej książce zaczyna się i kończy tak samo. Mała dziewczynka nudząc się w domu sama decyduje się pojechać do babci, ale wysiada w zupełnie innym miejscu. Rusza więc przed siebie, aby odnaleźć drogę powrotną, a to co dzieje się potem, to wspaniała przygoda, która może wydarzyć się tylko w wyobraźni…
Ilustracje Guo Jing utrzymane są we wszystkich możliwych odcieniach szarości – nie tylko wtedy, kiedy jest na nich smutne, przemysłowe miasto, w którym mieszka dziewczynka. Dzieciństwo urodzonej w 1983 roku autorki było właśnie takie szare, pewnie nawet bardziej niż moje w PRL. Zastanawiałam się, dlaczego nie sięgnęła po kolory tam, gdzie jej bohaterka przeżywa fantastyczne przygody i doszłam do wniosku, że wychowywana w szarości po prostu ich nie zna. Najważniejsze jednak jest tam to, że w końcu wraca do domu i może przytulić się do mamy, bo miłość i bezpieczeństwo nie potrzebują kolorów.
Gdy dorosłam, zdałam sobie sprawę, że łatwo się zgubić, ale jeśli dobrze poszukam, zawsze istnieje ścieżka – jak linia trolejbusowa – prowadząca do domu…
Guo Jing „Jedynaczka”, przekł.: Raraku.pl, wyd.: Mandioca, Warszawa 2022
Gdybyśmy mieli w Plebiscycie Lokomotywa kategorię: wznowienie roku, to ta książka byłaby w niej czarnym (nomen omen ! 😉 ) koniem. Klasyka angielskiego humoru w znakomitym przekładzie, zilustrowana… Nie ! To nie są tylko ilustracje, to cała koncepcja wizualna książki – czegoś takiego właśnie szukamy nominując w naszej kategorii: Od A do Z. Wiersze Edwarda Leara mają już ponad 150 lat, natomiast przekład oraz strona wizualna tej edycji – ponad 60 i absolutnie się nie zestarzały. Bo też, prawdę mówiąc – tu nie ma się co zestarzeć, to jest po prostu ponadczasowe !
Nie udało mi się ustalić, ile razy była wznawiana od pierwszej edycji w 1961 roku, ale wiem, że kiedy moje córki były małe, wydało ją wydawnictwo Drzewo Babel. Obecna wersja Dwóch Sióstr różni się od tamtej nieco rozmiarem, jest mniejsza, ale też w twardej oprawie, natomiast z czasów swojego dzieciństwa pamiętam mgliście edycję większą i broszurową.
Pisałam już o tym przy innych okazjach, że kiedy byłam dzieckiem niespecjalnie lubiłam kreskę Bohdana Butenki. Do moich ukochanych książek należały wtedy te ilustrowane przez Bożenę Truchanowską, Jana Marcina Szancera, Antoniego Uniechowskiego czy Marię Orłowską-Gabryś. Z „Dongiem, co ma świecący nos i innymi wierszykami pana Leara” jakoś się wówczas nie spotkałam. Odkryłam tę książkę dopiero jako osoba dorosła i zachwyciłam się nią. Rzadko używam tego określenia, ale tutaj ono pasuje – uważam, że to co Butenko zrobił z tymi wierszami było kongenialne. Czyli: nie tylko dorównujące tekstowi wyjściowemu, ale razem z nim tworzące coś jeszcze znakomitszego. Czarne kartki z białym tekstem czyli odwrócenie tradycyjnego wyglądu książki od razu wciągają czytelnika w absurdalnego ducha tej poezji, a biała kreska Butenki pasuje do purnonsensu Leara jak żadna inna.
Kto to czy co to ? Skąd, gdzie i jak ? Wziął się Akond ze Skwak ?
Kiedy Wydawnictwo Dwie Siostry ogłosiło zapowiedź wznowienia tej książki, ktoś gdzieś zapytał, czy będzie to ten sam przekład co wcześniej ? Nie mogło być inaczej, bo przecież spora część tekstu została wpisana przez Bohdana Butenkę ręcznie, więc nie da się tu bez niego nic zmienić.
Na ostatniej okładce można przeczytać takie słowa: Znajdziecie w niej poetycki absurd i dziecięcą beztroskę, dużo czułości, trochę melancholii – i wielu ekscentrycznych bohaterów. Tytułowy Dong, Akond ze Swak czy tajemnicze Takie coś, które żyło sobie w kraju Dżolibolibo – tak, ekscentryczni to określenie, które najlepiej do nich pasuje 😉
Dalekie są kraje i bliskie są kraje, gdzie Dżamble pędzą życie; zielone głowy mają, niebieskie ręce mają i po morzu pływają w sicie…
Te wiersze to kolejna w moim Mały Pokoju książka bez górnej granicy wieku. Im człowiek starszy, inaczej je rozumie, dostrzega w nich tę zapowiadaną na okładce melancholię. Historia o Dżamblach jest taka najbardziej, przekonałam się o tym, kiedy wróciłam do niej po wielu latach. Jednak w każdym wieku miło jest znać pana Leara 🙂 Niezależnie od tego, ile ma się lat, każdy kto ma choć odrobinę wyobraźni, odnajdzie się w tym świecie. Spróbujcie !!!
Edward Lear „Dong, co ma świecący nos i inne wierszyki pana Leara”, przekł.: Andrzej Nowicki, ilustr.: Bohdan Butenko, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2023
„Mika i Bulgot” była nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: komiks !!!
Seria Arcygroźne Domostwory adresowana jest do najmłodszych czytelników – takich jak jej bohaterka Mika, która na oko ma jakieś dwa, góra trzy lata. W pierwszej części widzimy ją, jak odkrywa sposób na opuszczenie łóżeczka ze szczebelkami, co staje się początkiem jej pierwszej wielkiej przygody. W swojej tygryskowej piżamce wyrusza samodzielnie eksplorować świat. Jako że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku, ta część świata, od której zaczyna to jej własny dom.
Świat za progiem własnego pokoju jest pełen niespodzianek i dziwnych, arcygroźnych domostworów. Czasem huczą i wsysają wszystko wokół, niekiedy zieją chłodem albo przeżuwają i ciumkają godzinami to, co wpadnie im do paszczy. Warczą, buczą i hurgocą po całym mieszkaniu…
Wszystkie trzy części tego cyklu to komiksy – historie opowiedziane obrazami z niewielką ilością tekstu, a znaczącą jego część stanowią onomatopeje 😉 To nie są typowe książki do czytania dzieciom, natomiast znakomicie nadają się do wspólnego oglądania i rozmawiania o tym, co się w nich dzieje, co robi Mika, a co Domostwory i dlaczego wszystko kończy się tak, jak się kończy.
Nie będę spoilerować, nie ujawnię, kim są tajemniczy: Wyjec, Bulgot i Chłodek, wymyśleni przez Agatę Loth-Ignaciuk, a zwizualizowani przez Berenikę Kołomycką. Myślę, że się sami tego domyślacie 😉
Mika jest dzielną dziewczynką, nieprzypadkowo nosi tygryskowy kombinezon. Napotkawszy podczas swoich wędrówek owe Domostwory, nie ucieka przed nimi do rodziców, tylko dzielnie stawia im czoła. Nie może przecież zostawić przyjaciół: Żaby i Robaka na ich pastwę. I choć Rodzice nie są zachwyceni skutkami tych starć, myślę, że dobrze jej to wróży na przyszłość.
Dobrze rokuje też sposób, w jaki na te przygody reagują właśnie Rodzice. Patrząc z bardziej tradycyjnego punktu widzenia można by uznać te książki za niepedagogiczne, bo nie ma w nich żadnego morału, żadnej nauki do wyniesienia, no i oczywiście żadnej kary 😉
Myślę, że najważniejszą naukę z tych przygód wynoszą właśnie Rodzice Miki. Brzmi ona następująco: żaden hałas towarzyszący dziecięcej zabawie nie brzmi tak groźnie jak cisza. Po cichu dzieci psocą najbardziej 😉
Berenika Kołomycka & Agata Loth-Ignaciuk „Mika i Wyjec”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2021
Berenika Kołomycka & Agata Loth-Ignaciuk „Mika i Bulgot”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2022
Berenika Kołomycka & Agata Loth-Ignaciuk „Mika i Chłodek”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2023
To jest chyba najdłuższy tekst, jaki tutaj umieściłam – mam nadzieję, że ktoś go przeczyta do końca 😉
„Lot jaskółek” to kontynuacja wydanej dwa lata wcześniej „Wojny skowronków”, o której pisałam ––>>> tutaj.
Pierwsza część bardzo mi się podobała, była też nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład. Kiedy zobaczyłam zapowiedź kolejnego tomu, byłam pewna, że i on będzie mocnym kandydatem do nominacji w następnej edycji. Niestety – tym razem bardzo się rozczarowałam, choć sprawiedliwiej będzie, jeśli napiszę, że wzbudził w mnie uczucia mieszane.
W „Wojnie skowronków” zachwycił mnie sposób, w jaki Hilary McKay opisywała pierwszą wojnę światową. Napisałam wówczas: Tę wojnę nazywano potem Wielką, bo jeszcze takiej w historii ludzkości nie było. Pamięć o niej ginie w tej chwili w cieniu następnej, która zaczęła się dwadzieścia lat później i była jeszcze większa, jeszcze bardziej absurdalna i jeszcze straszniejsza. Ale o tym jeszcze bohaterowie tej książki nie wiedzą.
W „Locie jaskółek” McKay powraca do tych samych bohaterów, aby opisać kolejną wojnę, ale zdążyło się już pojawić kolejne pokolenie. Mamy więc dwie bohaterki pierwszoplanowe – mieszkającą w Oxfordzie Kate czyli Katherinę Clarissę Penrose, córkę znanych z poprzedniej części Vanessy i Petera, oraz Ruby Amarylis z Plymouth, córkę Violet. Mamą chrzestną obu dziewczynek jest Clarry.
Ponieważ wspomniałam o tym, że ta książka wzbudziła we mnie uczucia mieszane, zacznę od tego, co mi się w niej podobało. Są to właśnie Kate i Ruby Amarylis, a także ich najbliżsi. Ucieszyłam się, że Peter i Vanessa mają taką fajną, kochającą się rodzinę i że mimo braku wzoru wyniesionego z dzieciństwa, Peter potrafi być dobrym ojcem. Podoba mi się też wątek Clarry i Ruperta, choć tu miałam wątpliwości, czy happy end, który zafundowała im Autorka, nie jest za bardzo harlekinowaty ? Ojciec Clarry i Petera jest w tej części dużo bardziej interesującą postacią, widać, że nieco lepiej (z naciskiem na nieco) odnajduje się w roli dziadka niż ojca. To co działo się w trakcie jego wizyty świątecznej rozśmieszyło mnie – obawiam się jednak, że może to być odbierane jako swego rodzaju bagatelizowanie alkoholizmu. Niemniej – duże brawa dla tłumacza za przekład przeróbek kolęd śpiewanych przez Charliego po bliższym zapoznaniu się z zawartością piersiówki dziadka !!!
Bohaterem pierwszoplanowym „Lotu jaskółek” jest także pies, początkowo bezimienny, i on także ma swój ciekawie poprowadzony wątek. Szczególnie spodobała mi się scena, w której Rupert go znajduje – choć odpowiedniej będzie powiedzieć, że to pies znalazł Ruperta 😉
Na tym kończy się lista rzeczy, które mi się w tej książce podobały i gdyby Autorka na tych wątkach poprzestała, wszystko byłoby w porządku. W „Wojnie skowronków” opisywała wojnę widzianą tylko z jednej strony frontu, w tej – postanowiła pokazać ją z obu jego stron. Nie ma w tym pomyśle nic złego, problemem jest jedynie to, jak to zrobiła.
Dalej będą spoilery, więc tu się żegnamy z tymi, którzy nie mają na nie ochoty.
W „Locie jaskółek” równorzędnymi bohaterami pierwszoplanowymi są, obok dwóch angielskich dziewczynek i ich rodzin (oraz psa), dwaj niemieccy chłopcy – Erik i Hans, obaj z Berlina.Ich ojcowie walczyli na wojnie sprzed dwudziestu lat. Konsekwencje dla obu rodziny były odczuwalne jeszcze długo. Tata Erika po zatruciu gazem bojowym na froncie nigdy nie wrócił do pełni zdrowia. Umarł młodo na dwa miesiące przed narodzinami syna. Tata Hansa też był słabego zdrowia, a jego lewa noga kończyła się za kolanem. Zrobiono mu drewnianą protezę i chodził na niej sztywno, a pracował w urzędzie pocztowym, co miał tę zaletę, że spędzał prawie cały dzień w pozycji siedzącej. Matka Hansa nie pracowała, w odróżnieniu od matki Erika.
Obu chłopców oraz ich rodziny mieszkające w tym samym domu poznajemy w latach trzydziestych. Hans i Erik są rówieśnikami, chodzą razem do szkoły i tym, co ich łączy, poza przyjaźnią jest ich konsekwentna niechęć do wszelkich form, jakie w ich otoczeniu przybiera narodowy socjalizm. Te uczucia podzielają także ich rodziny – z wyjątkiem Lisy, starszej siostry Hansa, która wstąpiła do BDM, ale dość szybko przestało jej się tam podobać. Lisa jednak przedstawiona jest tam jako dziewczyna niespecjalnie myśląca i dość szybko znika na dalszym planie, aby w końcu zginąć. Nawet ich nauczyciel, przekonując chłopców, aby dla dobra swojego i swoich rodzin zapisali się do Hitlerjugend, argumentem: To są nowe Niemcy (…) Otwórzcie oczy. Koniec z bujaniem w obłokach ma w głosie jakiś przeraźliwy smutek.
To są już wszyscy Niemcy, jacy pojawiają się na kartach tej książki w Berlinie w pierwszych latach III Rzeszy. Nie ma nikogo, kto słuchałby z przejęciem i wiarą przemówień Hitlera, kto maszerowałby z wyciągniętą ręką podczas nazistowskich parad, kto w jakikolwiek sposób popierałby NSDAP.
Jest jeszcze Fräulein Trisk – ich żydowska sąsiadka, niezbyt zamożna, samotna staruszka, która w pewnym momencie znika, jakoś tak w 1935 albo 1936 roku. Potem okazuje się, że ukrywa ją mama Erika (i z pomocą rodziny Hansa przechowuje ją do końca wojny).
Naprawdę ?
Zaraz po ustawach norymberskich i jeszcze przed Kristallnacht ?
Ograniczenia prawne w tym okresie dotyczyły małżeństw mieszanych, wykonywania zawodu lekarza czy posiadania majątku i jakoś trudno mi przypuszczać, żeby bardzo dotknęły takiej osoby jak Fräulein Trisk, szczególnie że już wcześniej prawie nie wychodziła z domu. Trudno wtedy jeszcze było przypuszczać, że dojdzie do tego, do czego w końcu doszło.
Mamy więc z jednej strony bohaterów niemieckich stawiających opór nazistom od pierwszych dni po ich dojściu do władzy (w tym jedną Sprawiedliwą Wśród Narodów Świata antycypującą ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej jakieś 6 lat przed konferencją w Wannsee), a z drugiej… no właśnie, nikogo kto miałby twarz i nazwisko. Są jakieś bezimienne nazistowskie zbiry, z którymi biją się gdzieś Hans i Erik, ale generalnie całe dziejące się wówczas zło opisane jest bezosobowo. Na przykład Kristallnacht, tak odebrana przez Erika który przyjechał na przepustkę z wojska dzień czy dwa potem:
Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej. Berlin był niespokojny. Na miejskich placach dochodziło do brutalnych ekscesów, widmo przemocy krążyło nad ulicami. W powietrzu czuć było spaleniznę. Wszędzie leżało potłuczone szkło, pozgarniane na kupki, które przypominały spłachetki brudnego śniegu. Erik patrzył z niedowierzaniem na sterty odłamków przed sklepami i warsztatami Żydów, którzy jeszcze niedawno uważali to miasto za swój dom.(podkreślenia moje)
Czytając to, czułam się trochę jak wtedy, jeszcze w czasach NRD, kiedy zwiedzałam tam jakieś muzeum w zamku, którego nazwy już nie pamiętam. Ekspozycja była bardzo interesująca dopóki nie doszliśmy do lat trzydziestych i czterdziestych. Z tego, co tam było pokazane, można było wywnioskować, że w tej części Niemiec mieszkali WYŁĄCZNIE antyfaszyści, natomiast wszyscy naziści zamieszkiwali tereny ówczesnych Niemiec zachodnich 😉
Hans i Erik pojawili się na stronach tej książki, aby (jak to możemy przeczytać na okładce) pokazać wojnę z bardzo różnych perspektyw. W ich przypadku jest to perspektywa oficerów Luftwaffe i to właśnie jest dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania. Chłopcy znaleźli się w lotnictwie dzięki pomocy wujka jednego z nich, który służył w lotnictwie w czasach, kiedy ich ojcowie byli żołnierzami. O ile jednak tamci dwaj zapamiętali ten okres jak najgorzej, o tyle wuj Karl miał głównie miłe wspomnienia. Dlatego i on, i ich rodzice uznali, że tak będzie dla chłopców lepiej. Jak mówił ojciec jednego z nich: lepiej bujać w przestworzach niż leżeć w błocie.
Jednak ta wojna, która nadchodziła, miała być zupełnie inna i dla osób tak dobrze zorientowanych jak ów wuj Karl powinno to być już wtedy oczywiste. Próbą generalną do niej była wojna domowa w Hiszpanii – szczególnie to, co zaprezentował niemiecki Legion Condor w Guernice w kwietniu 1937 roku. Nasi bohaterowie rozpoczęli służbę w Luftwaffe w styczniu roku następnego, a w 1939 roku byli już oficerami. Kampanię wrześniową Autorka skwitowała jednym zdaniem o tym, że Erik musiał wsiąść do myśliwca i eskortować niemieckie bombowce w czasie nalotów na Polskę. W tej kampanii lotnictwo niemieckie po raz pierwszy nie tylko zrzucało bomby na cele cywilne, ale także ostrzeliwało ludzi na ziemi z karabinów maszynowych. Amerykański dziennikarz Julien Bryan zrobił wtedy wstrząsające zdjęcie dziewczynki rozpaczającej nad ciałem siostry zabitej przez pilota niemieckiego myśliwca podczas kopania ziemniaków…
Potem mamy rok 1940 – wojnę z Francją i bitwę o Anglię, w której Hans i Erik biorą udział, ale Hilary McKay tak to opisuje, że możemy tylko im (a wraz z nimi wszystkim innym niemieckim żołnierzom) współczuć:
Erik po raz pierwszy ujrzał morze w pewien szary sierpniowy poranek. Było to nad kanałem La Manche. Francja znalazła się pod niemiecką okupacją, więc jego dywizjon znów przeniesiono. Stacjonowali teraz w sadzie jabłoniowym niedaleko francuskiego wybrzeża. Zaimprowizowane lądowiska były grząskie, poczty kazano im się spodziewać nie częściej niż raz w miesiącu, a rolnik, do którego należała ziemia, szczerze ich nie znosił, podobnie zresztą jak cała miejscowa ludność. W miasteczku byli oszukiwani i znienawidzeni. Nowo przybyłym opowiadano historię z innego obozu kilka kilometrów dalej, gdzie pewnego ranka znaleziono wartownika z podciętym gardłem…(podkreślenia moje)
Autorka bardzo podkreśla to, że tej wojnie chodzi wyłącznie o zniszczenie francuskiego lotnictwa (…). Nie Francuzów, tylko ich samolotów. I jeszcze lotnisk, hangarów, pasów startowych i zakładów lotniczych (…). I linii zaopatrzenia tych zakładów. Czyli dróg i torów kolejowych. Podobnie w Anglii. Na celowniku Luftwaffe znalazł się teraz RAF, czyli Królewskie Siły Powietrzne. Rozpoczęto naloty na lotniska w południowej Anglii. Zadaniem messerschmittów było zwalczanie brytyjskich myśliwców Hurricane i Spitfire, które zrywały się do obrony kraju. Dochodziło do walk powietrznych, w których jedna niewielka maszyna usiłowała zniszczyć drugą, tłukąc do niej z działek, kręcąc zawijasy pod błękitnym letnim niebem. Czasem pilot rozplątywał te zawijasy i wracał do bazy w jednym kawałku. A czasem pętla się rwała, niebo kołysało, a rudy płomień i czarny dym buchały tam, gdzie ich być nie powinno. Często pojawiał się spadochron, opadający powoli niczym puchata kula dmuchawca, obserwowany w milczącym bezruchu przez ludzi na ziemi. Między wrogami obowiązywał niepisany kodeks honorowy: nigdy nie strzelało się do lotnika na spadochronie. Przez tych kilka minut, zawieszony między niebem a ziemią, mógł się czuć bezpieczny.
Bardzo romantyczna wizja. Niestety, według mojej wiedzy – bardzo odległa od prawdy. I w dodatku zrównująca tych, którzy lecieli zrzucać bomby, z tymi, którzy swojego kraju, swoich domów i bliskich bronili. Jej ukoronowaniem jest scena z brytyjskim lotnikiem którego samolot zestrzelono, ale on sam miał dużo szczęścia i zdołał wylądować ze spadochronem na ich wyboistym lądowisku. Wszyscy go tutaj polubili: na kilka godzin został bohaterem całego obozu, niemalże ich towarzyszem. Częstowali go papierosami, czekoladą i prawdziwym niemieckim piwem. Opowiadał o premierze Churchillu i cholernym Hitlerze i zapewniał ich, że Brytyjczycy nigdy się nie poddadzą.
– Gdybyście się poddali – usłyszał od nich w odpowiedzi – nasze kraje mogłyby ze sobą współpracować.
– Tak, ale nie poddamy się – odparł brytyjski lotnik i pokręcił głową. – No i tak.
Był równie uparty, jak reszta jego rodaków. Po kilku godzinach, wielu uściskach dłoni i życzeniach szczęścia odwieziono go do obozu dla jeńców.(podkreślenia moje)
Tak, wiem, że jeńców brytyjskich Niemcy traktowali inaczej niż polskich i jest to do pewnego stopnia prawdopodobne, choć wniosek, jaki z tej sceny płynie dla młodych czytelników jest taki, że winny wojnie jest niezrozumiały opór Brytyjczyków przed współpracą z Niemcami. Autorka nie wyjaśniła jednak, jak ta współpraca miałaby wyglądać…
Wiele rzeczy w tej historii budzi mój opór, mimo że oddzielnie być może są prawdopodobne. Nasuwają mi się tu słowa biskupa Krasickiego z jego „Wstępu do bajek”:A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! // Prawda, jednakże ja to między bajki włożę.
Nie mam nic przeciwko bajkom, choć wolę kiedy zaczynają się od Dawno, dawno temu, za górami i za lasami… 😉 Jednak jako historyczka nauczona zostałam tego, aby opisywać to, co się zdarzyło, w sposób najbardziej zgodny z tym, co mówią źródła. Mówi się, że historia magistra vitae est. Zastanawiam się, czego ma uczyć taka wygładzona i wypolerowana wersja historii, w której wszyscy są ofiarami, tylko nie wiadomo czyimi ? Jaką lekcję o tym, skąd się biorą totalitaryzmy, wyniosą z tej książki jej czytelnicy ? Czy znajdą w niej odpowiedź na postawione na okładce pytania: Co jest najcenniejsze ? Kto naprawdę jest wrogiem ? Na czym polega odwaga ?
Nie wiem, co jeszcze mogę tu napisać i jak zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się niezawodny Jacek Kaczmarski: I pamiętaj, że dana Ci pamięć – nie kłam sobie, a nikt Ci nie skłamie…
I z tym Was zostawię, jeśli w ogóle doczytaliście aż dotąd.
Hilary McKay „Lot jaskółek”, przekł.: Łukasz Witczak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2023
Rzadko popełniam wpisy okolicznościowe, ale ten taki właśnie jest. Nie chodzi mi jednak bynajmniej o przypadające w tym roku 60 urodziny Emila, lecz o to, że dziś jest 15 rocznica naszych odwiedzin w Vimmerby, w Astrid Lindgrens Värld . Kiedy na początku lipca 2008 roku wyruszaliśmy z dziećmi w podróż przez Niemcy, Danię i Szwecję, nie mieliśmy żadnego ustalonego programu. Wędrowaliśmy z przyczepą od campingu do campingu, gdzie nam przyszła ochota, ale jednego miejsca na tej trasie byliśmy pewni – właśnie Vimmerby. Tam urodziła się i spędziła dzieciństwo Astrid Lingren, tam jest także pochowana.
Ach, co to był za dzień !!! Astrid Lindgrens Värld okazał się miejscem, które mnie zachwyciło, bo tak bardzo czuć tam ducha jej twórczości, ale także dlatego, że jest tak bardzo skandynawskie. Bilety (jak wszystko w Szwecji) tanie nie były, ale potem już wszystko, poza gastronomią i sklepikami z pamiątkami, było w ich cenie. Każda z książek Astrid ma tam swoją część zanurzoną w jej treści i klimacie, a pamiątki, które można tam nabyć są z nimi związane i wyglądają zupełnie tak, jak na ilustracjach. Na przykład Nisiek Lotty, którego nie kupiliśmy, bo Najmłodsza już miała swojego prosiaczkowego misia i nie chciała innego. Można też kupić ukochaną czapkę Emila i jego wystruganą z drewna strzelbę, a że większość dzieci reprezentowała skandynawski typ urody, można powiedzieć, że Emilów było tam na pęczki 😉
Dziewczynki natomiast dzieliły się na Lotty z Niśkami i Pippi w ilościach hurtowych.
Nie znajdziecie tam żadnego plastiku, nie usłyszycie głośnej muzyki – wszystko jest nie tylko analogowe, ale wręcz unplugged 😉 Moje córki pierwszy (i nie wiem, czy nie ostatni) raz spróbowały chodzenia na szczudłach, pływały promem po małym i niegłębokim akwenie wodnym, uważały, żeby nie wpaść do Diabelskiej Czeluści i wychodziły z domu Mateusza w Dolinie Dzikich Róż tajnym przejściem za kredensem.
Najmłodsza mogła naśladując Emila spróbować uciec po desce z drewutni…
a kto był na to za duży, mógł sobie zrobić zdjęcia w scenach z ulubionych książek – na przykład wcielić się w Emila, który wciągnął Idę na maszt od flagi.
Poprzedni mój wpis o Emilu i książkach o nim powstał jeszcze zanim tam wyruszyliśmy. Znajdziecie go —>>> tutaj.
W zbiorze „Emil i Ida. Trzy opowiadania” zgodnie z tytułem znajdują się trzy opowiadania o przygodach Emila i jego siostry Idy, których nie ma we wcześniejszym zbiorowym wydaniu Naszej Księgarni. Wszystkie trzy ukazały się już wcześniej pojedynczo nakładem Zakamarków. Najbardziej lubię „Mała Ida też chce psocić”, bo bardzo fajnie pokazuje to, jak rodzice przywiązują się do ról, które ich dzieci zwykły pełnić. Ida co prawda rzeczywiście napsociła, ale przecież psoty to zawsze była domena Emila, więc i tym razem on poniósł karę. Brzmi to może bardzo niesprawiedliwie, ale wiemy przecież, że kara w postaci siedzenia w drewutni nie była specjalnie dolegliwa, a wręcz przez niego lubiana 😉
Astrid Lindgren pisała historie o Emilu i jego rodzinie w początku lat sześćdziesiątych, ale realia życia tam opisane dotyczą bardziej jej własnego dzieciństwa w Vimmerby. Teraz, kiedy minęło kolejnych 60 lat, można zastanawiać się, na ile życie w Katthult jest zrozumiałe dla współczesnych dzieci – i w Szwecji, i w Polsce? Myślę, że i ja wtedy, kiedy poznawałam rodzinę Emila jakieś pięćdziesiąt lat temu, i moje córki – ponad piętnaście lat temu, i dzieci teraz traktowałyśmy i traktują te realia trochę jak świat z baśni, inny od naszego. Niezależnie od realiów, chłopiec, który najpierw działa, a potem myśli oraz rodzice, którzy go kochają i choć czasem mają dość, to zawsze mu wybaczają jego psoty, są ponadczasowi.
Jeśli jednak dla czytelników z trzeciej dekady XXI wieku te historie mogłyby okazać się zbyt długie, a ilość nieaktualnych już szczegółów życia – przytłaczająca, warto zacząć najpierw od „Ach ten Emil!” czyli książki, w której Astrid Lingren zrekapitulowała wszystkie najważniejsze przygody swojego bohatera. Jeśli się spodoba, wtedy warto sięgnąć po resztę 🙂
Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki książki „Emil i Ida. Trzy opowiadania” 🙂
Astrid Lindgren „Emil i Ida. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2023
Astrid Lindgren „Ach, ten Emil!”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007
„Tajemnicę Lost Lake” przeczytałam już jakiś czas temu i długo nosiłam się z zamiarem umieszczenia jej na półkach Małego Pokoju z Książkami. Trudno było mi jednak zabrać się za napisanie o niej, bo (jak w przypadku każdej książki, której treścią jest rozwiązywanie jakiejś tajemnicy) nie jest łatwo zrobić tego tak, żeby jej nie zdradzić. Na dodatek w tak zwanym międzyczasie zapoznałam się z pierwszym tomem „Rodziny Monet” i imperatyw podzielenia się wrażeniami z tej lektury był tak duży, że Lost Lake musiało poczekać na swoją kolej. Ale z Pensylwanii do Nowej Anglii nie jest tak daleko, więc dotarłam i tu 😉
„Tajemnicę Lost Lake” można czytać na dwóch płaszczyznach. Ta pierwsza, najbardziej oczywista to powieść grozy z elementami paranormalności (i z poziomem straszności odpowiednim dla wczesnych nastolatków oczywiście), w którym kluczową rolę odgrywa biblioteka i pewna tajemnicza książka. Wszystko to widać już na okładce 😉
Rodzina Fiony Crane właśnie przeprowadziła się na drugi koniec stanu Massachusetts do tytułowego miasteczka. Dom, który kupili państwo Crane, nazywano kolonialnym – nie dlatego, że miał okiennice i rozległą fasadę z tarasem na całej długości, ale dlatego, że wybudowano go w czasach kolonialnych. Deski parkietu skrzypiały, okna były podzielone na małe kwadraty, a drzwi zdążyły się wypaczyć i powykrzywiać tak, że nie pasowały do framug.
W Lost Lake jest wiele takich starych domów zatopionych w zieleni. Są wakacje, dziewczynka nikogo tam nie zna, a rodzice są zajęci (dlaczego – o tym potem), więc jedynym miejscem, gdzie może spędzać czas, jest miejscowa biblioteka, która mieści się właśnie w takiej starej rezydencji. Tam też znajduje książkę zaczynającą się od słów: Dawno temu żyły sobie dwie siostry, które wszystko robiły razem. Do momentu, gdy jedna z nich zniknęła.
Fionę zafascynowała ta książka, a ona pojawiała się i znikała, tak jakby sama sobie wybierała czytelników. Potem okazało się, że jej akcja ma coś wspólnego z Lost Lake, a nawet z budynkiem, w którym obecnie jest ta biblioteka i że nie tylko Fiona została przez tę książkę wybrana do rozwikłania tajemnicy sprzed lat…
Gdyby zekranizować „Tajemnicę Lost Lake”, mógłby z tego wyjść film momentami przerażający i chyba nieodpowiedni dla widzów w wieku, dla którego jest ona przeznaczona. Czym innym jest wyobrażanie sobie czytanych scen i sytuacji, bo odbywa się to w ramach posiadanej wiedzy i doświadczenia, a czym innym – zobaczenie tego na ekranie tak, jak sobie to wyobraził ktoś inny. Jednak poza tym nieco strasznym wątkiem, który z czasem przechodzi z książki w książce do tej właściwej, a Fiona i jej nowo poznany kolega z czytelników stają się uczestnikami wydarzeń, „Tajemnica Lost Lake” jest historią o rodzinie, a przede wszystkim o siostrach.
Najwcześniejsze wspomnienie Fiony Crane to wielogodzinne oczekiwanie na mrozie. A wszystko przez siostrę.
Kiedy Fiona wracała pamięcią do tego wydarzenia, widziała siebie, jak siedzi opatulona kocem, na szarej metalowej barierce przed dużym metalowym budynkiem. Na ławce obok niej leżała kolorowanka i pudełko kredek, ale zziębnięte palce w wełnianych rękawiczkach nijak nie mogły skorzystać z tych dobrodziejstw. Dziewczynka patrzyła z góry na białe owalne lodowisko, na którym jeździła na łyżwach jej siostra Arden.
Łatwo było dostrzec Arden wśród innych łyżwiarzy figurowych. Wszystkie dzieci z grupy początkującej sunęły po lodzie na jednej nodze, z ramionami na boki. Arden rozpościerała ramiona najszerzej i najwyżej ze wszystkich unosiła nogę. Fiona w tym czasie marzła na ławce… (…)
Ale już wtedy, choć miała zaledwie trzy lata, zdążyła się zorientować, że tak właśnie będzie wyglądało życie z Arden Crane. Wieczne czekanie i przyglądanie się z boku. Szukanie resztek wolnej przestrzeni, by wcisnąć w nie własne życie.
Rodzina Crane’ów przeprowadziła się do Lost Lake właśnie ze względu na łyżwiarskie treningi Arden. Dojazdy z Pittsfield, gdzie mieszkali wcześniej, zajmowały zbyt wiele czasu. Trudno się dziwić młodszej z sióstr, że ma żal o rozstanie z przyjaciółmi i ukochanym domem, ale z czasem możemy się przekonać, że sytuacja nie jest tak oczywista, jak się jej wydaje.
Bardzo podoba mi się to, jak Jacqueline West opisuje tę rodzinę. Rodzice dziewczynek starają się pogodzić zbyt wiele racji – chcą aby starsza z córek mogła należycie rozwijać swój talent, ale równocześnie muszą pracować, aby na to zarobić i w dodatku naprawdę myślą jeszcze o tym, co jest ważne dla Fiony. Tylko czasem ich to wszystko przerasta, czegoś nie zapiszą, o czymś zapomną…
Fiona, która ma żal o to, że ze względu na siostrę musiała zrezygnować z dotychczasowego życia, z czasem przekonuje się, że Arden też w tym wszystkim nie jest łatwo, a świadomość tego, jak krótka jest kariera łyżwiarska i jak niewiele ma czasu na to, żeby osiągnąć sukces, jest dla niej też źródłem stresu. W dodatku zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko ona ponosi tego koszty.
„Tajemnica Lost Lake” to powieść o siostrach – tych z przeszłości i tych, które tam się właśnie przeprowadziły. To opowieść o istocie więzi, która je łączy. Sama jestem jedynaczką i bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy nie tylko mają rodzeństwo, ale naprawdę łączy ich coś więcej niż tylko przynależność do tej samej rodziny i życie pod jednym dachem. Zazwyczaj nie lubię w książkach takich sytuacji, kiedy bohaterowie robią coś w tajemnicy przed rodzicami, ale kiedy tutaj Arden powiedziała do Fiony: Jesteśmy już na tyle duże, że pewne problemy możemy rozwiązywać między sobą, prawda ? poczułam, że jest to początek czegoś szczególnego między siostrami. Czegoś bardzo ważnego.
Wakacyjna powieść grozy z książką roli głównej i biblioteką w tle, trochę staroświecka i trochę współczesna – czy jest lepszy czas na taką lekturę niż właśnie teraz ?
Jacqueline West „Tajemnica Lost Lake”, przekł.: Maria Jaszczurowska, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023