Wojna, która ocaliła mi życie; Wojna, którą w końcu wygrałam

Wojna, która ocaliła mi życie; Wojna, którą w końcu wygrałam

Pierwszą z tych książek czytałam w zeszłym roku, a pisałam o niej 1 lipca 2018 roku. Druga ukazała się niedawno i sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem i nadziejami 🙂

Historia, która opowiadam, rozpoczyna się przed czterema laty, w pierwszych dniach lata 1939 roku. Anglia stała wtedy u progu kolejnej Wielkiej Wojny, tej, która nadal się toczy. Większość ludzi się bała. Ja miałam dziesięć lat (chociaż wtedy o tym nie wiedziałam) i mimo że słyszałam o Hitlerze – fragmenty rozmów i przekleństwa, które dolatywały z uliczki do mojego okna na trzecim piętrze – wcale nie przejmowałam się ani nim, ani żadną wojną między narodami.

1 września, jeszcze przed przystąpieniem Wielkiej Brytanii do wojny, w obawie przed niemieckim nalotami rozpoczęto ewakuację dzieci z Londynu na wieś. O tym, że mógł to być początek niezwykłych przygód, wiemy już z „Opowieści z Narnii”, ale ta historia jest inna…

Jedyni ludzie, których Ada dotychczas znała to matka i młodszy braciszek, jedyny świat – jednopokojowe mieszkanie i widok z okna, a jedyny dotyk – bicie. Gdyby nie podjęła ryzyka ucieczki od brutalnej matki, która w taki sposób odreagowywała wstyd związany z posiadaniem kalekiego dziecka, byłoby tak nadal.

„Wojna, która ocaliła mi życie” – tytuł paradoksalny ale prawdziwy. Wojna kojarzy się ze śmiercią i tragediami, ale dla Ady i Jamiego stała się szansą.

Ich droga do innego świata nie prowadziła przez szafę, ale przez czerwone drzwi domu panny Susan, a to co ich potem spotkało nie miało nic wspólnego z magią. Choć może to właśnie była magia ? Gdzieś w tle działa się wojna, która początkowo zupełnie ich nie dotyczyła, a między rodzeństwem z Londynu i samotną, pogrążoną w żałobie kobietą, która przecież wcale nie chciała ich przyjąć do siebie, rodziła się więź silniejsza niż ta, która wynika z pokrewieństwa.

„Wojna, która ocaliła mi życie” to zaskakująco piękna, prosta opowieść o odkrywaniu własnej wartości, o miłości, która rodzi się z zaufania i o rodzinie, którą buduje miłość.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2017

Wkrótce po wydarzeniach, które kończyły pierwszy tom, w życiu Ady zmienia się wszystko. Dziewczynka trafia do szpitala na operację szpotawej stopy, a wkrótce potem przychodzi wiadomość o tym, że ich matka zginęła w wyniku bombardowania. W krótkim czasie kończą się dwa największe koszmary jej życia – kalectwo i obawa przed tym, że razem z bratem będą musieli opuścić Susan i wrócić do domu, do Londynu.

W tej książce są dwie wojny – pierwszą jest ta, która toczy się dookoła nich, ale jej obraz, jaki poznają czytelnicy jest mocno ograniczony. Z perspektywy dzieci przebywających na angielskiej prowincji widzimy w miarę normalne (jak na naszą polską wiedzę o tych czasach) codzienne życie, w którym wojna oznacza jedynie: zaciemnienie, zagrożenie nalotami, ograniczenia w dostępności jedzenia, a najtrudniejszym doświadczeniem, które przynosi, jest strach o tych spośród najbliższych, którzy służą w wojsku. O tym ostatnim tak opowiadała Adzie Maggie:

Od drogi prowadzącej do szkoły ciągnie się taki długi podjazd, który widać z okien każdej klasy. Za każdym razem, gdy chłopak rozwożący telegramy skręca w ten podjazd, aż do chwili, gdy dociera do drzwi, wszystkie go obserwujemy. Stoimy w oknach, wstrzymując oddech w nadziei, że wiadomość, którą wiezie, nie jest dla nas.(…) Przyglądamy się, jak chłopak pedałuje wzdłuż podjazdu, a potem dyrektorka wywołuje kogoś z klasy i wszyscy wiemy, co się stało. I cieszymy się, że to nie nas zawołano. Czujemy nie tyle smutek, co ulgę. To straszne.

Ada niewiele wie o tym, co dzieje się na kontynencie. Nowe spojrzenie na wojnę pojawia się w życiu bohaterów wraz z Ruth – żydowską uciekinierką z Niemiec, którą Susan przygotowuje do egzaminów na studia. Ten wątek poszerza jej nieco obraz sytuacji, ale pozostawia wrażenie, jakby jedynymi ofiarami Hitlera na kontynencie byli Żydzi w Niemczech i nie tylko tam. Nawet kiedy Jonatan wspomina swojego kolegę – lotnika z Polski, robi to dlatego, że jest on Żydem i także niepokoi się o pozostawioną w Łodzi rodzinę. W tym wątku zadziwiająca dla mnie jest reakcja lady Thorton na obecność w jej domu i posiadłości pochodzącej z Niemiec dziewczyny, którą przecież umieścił tam jej mąż. Trudno mi uwierzyć w to, że tak długo nie mogła zrozumieć tego, że Ruth jest uciekinierką i ofiarą wojny – przecież jej wiedza o świecie była zdecydowanie szersza niż ta, którą dysponowała Ada. Zaczęłam raczej podejrzewać, że był w tym podskórny, niezwerbalizowany antysemityzm i że to o żydowskie pochodzenie dziewczyny chodziło, a nie o to, skąd przyjechała.

Wojna (od pewnego momentu) światowa pozostaje jednak w tle całej opowiadanej przez autorkę historii. Dużo ważniejsza jest w niej prywatna wojna Ady z całym światem o to, żeby żyć i funkcjonować normalnie i nadrobić to wszystko, co straciła przez nieudolną i przemocową matkę. Dziewczynka powoli uczy się normalności, zaufania i miłości, a także odwagi w życiowych wyborach.

„Wojna, którą w końcu wygrałam” to książka, która, mimo dekoracji i kostiumów z czasu wojny, prezentuje bardzo współczesne spojrzenie na świat. Widać to szczególnie w postaci Susan, której związek z nieżyjącą już Becky oraz to, dlaczego żyje ona w odrzuceniu przez rodzinę, pozostaje do końca w sferze niedomówień. Warto pamiętać o tym, że wszystko to dzieje się w czasie, kiedy związki homoseksualne mężczyzn były w Wielkiej Brytanii karane więzieniem. O kobiecych prawo nie wspominało, co jednak nie oznacza, że były powszechnie akceptowane. Jej stosunek do przybranych dzieci i metody wychowawcze są także zdecydowanie odległe od tego, jak wówczas traktowano i wychowywano dzieci w Wielkiej Brytanii. Jednak to właśnie dzięki jej miłości i zrozumieniu Ada wygrała swoją wojnę o normalne życie.

P.S. Trochę szkoda, że w polskim wydaniu tej książki nie znalazł się choć krótki przypis dopowiadający czytelnikom informacje o roli polskich lotników w bitwie o Anglię oraz roli naszych kryptologów w złamaniu kodów Enigmy.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, którą w końcu wygrałam”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2019

Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren

Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren

Wydawnictwo Zakamarki świętuje jutro w swoim rodzinnym Poznaniu 12 urodziny 🙂 a ja do najlepszych urodzinowych życzeń dołączam przypomnienie pierwszego wpisu na ich temat, jaki znalazł się w Małym Pokoju z Książkami 5 września 2007 roku (plus parę aktualizacji z roku 2019 🙂 ):

Poznańskie wydawnictwo „Zakamarki” pojawiło się na naszym rynku wydawniczym jakby w odpowiedzi na moje narzekania (edit: dotyczące polityki wydawniczej Naszej Księgarni w stosunku do książek Astrid Lindgren – vide: cykl o Katie) i od razu zabrało się za realizację moich życzeń. Wygląda na to, że jeszcze w tym roku możemy się spodziewać książeczek Astrid Lindgren: o tym, jak Lotta uczyła się jeździć na rowerze, o Madice i śniegu oraz o Bożym Narodzeniu w Bullerbyn. Książki innych skandynawskich autorów zapowiadane w najbliższym czasie również wyglądają bardzo smakowicie 😉 A potem… cóż szkodzi pomarzyć… może będziemy mogli poznać Kajsę… może doczekam się się też wreszcie baśni o grającej lipce (nie mylić ze „Śpiewającą lipką”, z którą Astrid nie miała nic wspólnego)…. a może  książki o Peterze i Lenie  ???

(edit: książki o Peterze i Lenie rzeczywiście wydały wkrótce potem Zakamarki, natomiast historię o dzielnej Kajsie – Nasza Księgarnia w zbiorze pod takim samym tytułem, a baśń o grającej lipce znalazła się w „Południowej łące”).

Na początek wydano „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren” i jest to zdecydowanie dobry początek 🙂

Jakaż to urocza książka !!! Począwszy od okładki z dziewczynką beztrosko bujającą się na gałęzi, przez wyklejkę, która wygląda wypisz wymaluj tak, jak owe prześliczne tapety z małych, malutkich bukiecików kwiatów, jakie miała Lisa w swoim pokoiku w Bullerbyn, a skończywszy na treści. Jej tematem, zgodnie z tytułem, jest dzieciństwo Astrid i jej rodzeństwa, uzupełnione swoistymi przypisami – czyli wskazówkami, w której z jej książek możemy znaleźć odniesienia  opisywanych tam zdarzeń.

Zastanawiam się, dla kogo bardziej jest ta książka – dla mnie czy dla moich córek ? Książki Astrid były moimi ukochanymi lekturami od zawsze. Mam do nich ogromny sentyment i dlatego towarzyszą również dzieciństwu moich córek. Wieczorne czytanie „Przygód Astrid” Najmłodszej z córek (w towarzystwie córki Środkowej) przerodziło się w rodzinną zgaduj zgadulę – kto szybciej powie, z jakiej to książki ? Stało też się dla nas zachętą, by sięgnąć do tych z książek Astrid, które dotychczas mniej lubiłyśmy. Na pierwszy ogień poszła Madika z Czerwcowego Wzgórza.

Ta książka to prosty przepis na szczęśliwe dzieciństwo – kontakt z naturą, dużo swobody i jeszcze więcej miłości. Proste prawda ? Astrid i jej rodzeństwo prawie nie mieli zabawek, nie znali też telewizji i komputerów, a jednak nie brakowało im pomysłów na wspaniałe zabawy. Dziwne, ze nie zabawiliśmy się na śmierć ! – mówiła potem. Książki dostawali tylko na Boże Narodzenie, nikt im nie czytał od niemowlęctwa 20 minut dziennie, a mimo to wyrośli na ludzi obdarzonych wspaniałą wyobraźnią (nie znaczy to oczywiście, ze mam coś przeciwko czytaniu dzieciom książek !!! 😉 ). W ich domu rodzinnym żyło się skromnie i pracowicie, ale jednego nigdy im nie brakowało – miłości i akceptacji rodziców.

Oprócz opowieści o Astrid i jej rodzeństwie, znajdziemy tam również przewodnik po miejscach, w których żyli – Vimmerby, Nas i Sevedstorp, które było pierwowzorem Bullerbyn. W Vimmerby można również odwiedzić „Świat Astrid Lindgren” – bajkowe miasteczko poświęcone jej książkom. Nasza wakacyjna podróż marzeń czyli tour de Bałtyk zyskała w ten sposób kolejny punkt programu. (edit: i rzeczywiście byliśmy tam w następnym roku 🙂 )

Autorka „Przygód Astrid” – Christina Bjork popełniła jeszcze kilka innych książek opowiadających dzieciom o świecie sztuki. „Linneę w ogrodzie Moneta” pożyczałyśmy z biblioteki, ale chętnie miałybyśmy ją na własność. „Vendela w Wenecji” i „Alicja w rzeczywistości” budzą moje żywe zainteresowanie – pierwsza ze względu na Wenecję, a druga… ze względu na Alicję 😉 A może… cóż szkodzi pomarzyć…wydawnictwo „Zakamarki” uwzględni w swoich planach… kiedyś tam, w przyszłości… może „Linneę”… i jeszcze może „Vendelę”… i jeszcze „Alicję” ;-)))  Ech, rozmarzyłam się…

(edit: Linneę rzeczywiście Zakamarki wydały niebawem, na pozostałe wciąż czekamy 😉 )

Christina Bjork „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren”,przekł.: Hanna Dymel – Trzebiatowska, ilustr.: Eva Eriksson, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Kasieńka

Kasieńka

„Kasieńka” to pierwsza książka tej autorki, która ukazała się w Polsce. Pisałam o niej 9 kwietnia 2016 roku, a niebawem napiszę o kolejnej 🙂

Mam dwanaście lat.

Prawie trzynaście.

Rosną mi piersi,

I mam miesiączkę.

A jestem w klasie z

Jedenastolatkami.

Kasieńka do niedawna mieszkała w Gdańsku – z Mamą, bo Tata dwa lata temu odszedł od nich.

Olu, wyjechałem do Anglii.

To wszystko, co napisał.

Mnie nie zostawił listu.

I nie wspomniał o mnie w liściku do Mamy.

Mama płakała przez dwa lata,

A Babcia przez cały ten czas trzymała ją w ramionach.

Ja nie płakałam, chociaż Tata o mnie zapomniał,

Chociaż miałam prawo płakać.

Po jakimś czasie przyszedł od niego czek, a pieczątka na liście wskazywała na to, że został wysłany z Coventry. Wtedy Mama spakowała ostatnią walizkę, jaka im została i pojechały tam, aby go odnaleźć. Jednak to nie jest takie proste, a na razie muszą sobie radzić z życiem w obcym kraju. Z problemami z językiem, z powodu których Kasia trafia do niższej klasy. Z biedą, brakiem pieniędzy, mieszkaniem w pokoju ze wspólnym łóżkiem.

Nic nie mówi.

Udaje, że śpi.

Ale gdy na zewnątrz przejeżdża samochód,

Zauważam w ciemności

Błysk łzy

Na policzku Mamy.

I choć chciałabym ją pocieszyć,

Nie wiem, jak to zrobić,

Żeby jej nie rozzłościć.

„Kasieńka” to nie tylko historia dziewczynki, która staje wobec rozstania rodziców. To także opowieść o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości, problemach z rówieśnikami oraz o odnajdywaniu tego, co we własnym życiu najważniejsze.

Woda to inny świat.

Kraina z własnym językiem.

Którym mówię płynnie.

Muszę zaufać sobie.

Zaufać terytorium i

Swojemu ciału,

Sile każdej kończyny.

Chcę tej ciszy.

Chcę czuć ciężar wody

Na sobie –

Dookoła –

Bezpieczną ciszę zanurzenia.

Może na brzegu jestem brzydka,

Ale gdy mówię językiem wody

Jestem piękna.

„Ciężar wody” („The Weight of Water”) to oryginalny tytuł tej książki, bo (co w pierwszej chwili może być zaskakujące) powstała ona po angielsku, a jej autorka jest Irlandką, która studia ukończyła w Wielkiej Brytanii, a potem przez jakiś czas pracowała jako nauczycielka w USA. Jednak problemy, które porusza są uniwersalne, a sposób w jaki to robi jest fascynujący.

„Kasieńka” jest chyba pierwszą wydaną po polsku książką z gatunku verse novel – to właściwie zbiór białych wierszy. Prostych, lapidarnych, często skupiających się na jakimś szczególe, ale właśnie dzięki temu znakomicie oddających emocje bohaterki.

Jeżeli mam jakąś wątpliwość z nią związaną, to dotyczy ona wieku bohaterki – trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie niespełna trzynaście lat. Wydaje mi się, że wszystko, co w tej książce robi, myśli i jak się zachowuje, byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby dodać je jakieś dwa lata.

„Kasieńka” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie. Gdyby ktoś zapytał mnie o grono jej potencjalnych czytelników, odpowiedziałabym, że jest ona dla każdego, kto zechce ją przeczytać i zrobi to z przyjemnością – w tym samym stopniu dla dorosłych, co dla rówieśników jej bohaterki.

Sarah Crossan „Kasieńka”, przekł.: Katarzyna Domańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

Bezdomny ptak

Bezdomny ptak

Wpis z 24 sierpnia 2008 roku, ale książka została wznowiona przez Wydawnictwo Dwie Siostry w 2015 roku i nadal można ja kupić.

Środkowa z moich córek skończyła w czerwcu dwanaście lat. Koli, bohaterka książki, którą dostała na urodziny, ma lat trzynaście. Są rówieśniczkami, ale poza wiekiem i płcią nic ich nie łączy. Żyją w dwóch różnych światach.

Środkowa po wakacjach zacznie szóstą klasę, a przed nią jeszcze ładnych parę lat nauki. Koli do szkoły nie chodziła wcale, bo jak tłumaczyła jej Maa: Na nic ci się to nie przyda, jak wyjdziesz za mąż. Pieniądze, które wydalibyśmy na podręczniki i czesne, lepiej odłożyć na twój przyszły posag, byśmy mogli znaleźć ci odpowiedniego męża.

Ciepła woda w kranie, pralka i centralne ogrzewanie to dla mojej córki rzeczy oczywiste. Bez nich nie wyobraża sobie życia. Koli codziennie nosi wodę z rzeki, pierze tam ubranie i myje naczynia, pali w piecu i ma masę innych obowiązków. Czytając o jej życiu można mieć wrażenie, że akcja tej książki dzieje się dawno temu – dopiero wzmianki o telewizji i komputerze uświadamiają nam, że jest inaczej.

W naszej kulturze nastolatka to właściwie jeszcze dziecko. W Indiach trzynaście lat to wiek, w którym dziewczynka gotowa jest do małżeństwa. Po ślubie opuszcza swój dom rodzinny i staje się częścią rodziny męża, poddaną władzy męża i jego rodziców.

Czytałam tę książkę z perspektywy matki córek i trudno mi sobie wyobrazić, że oddaję moje dziecko w ciemno do obcego domu i pod władzę obcych ludzi i tracę z nią kontakt. Czytając nie mogłam się pogodzić z tym, że Koli nie może zrobić tego, co nam wydawałoby się naturalne… Kiedy okazało się, że ich oszukano, że jej mąż jest śmiertelnie chory, a jej posag potrzebny był na ostatnią próbę jego wyleczenia, potem kiedy Hari umarł, a ona została wdową i wreszcie kiedy Sass zostawiła ją w mieście wdów – w żadnym z tych momentów nie myślała o powrocie do rodzinnego domu pod opiekę rodziców. Wiedziała, że byłoby to hańbą dla jej rodziny. Musiała radzić sobie sama. I poradziła sobie.

Koli jest prostą dziewczyną i dlatego opowieść o jej życiu też jest prosta. Jest w niej jednak ogromna potrzeba obcowania z pięknem. Przy pomocy Sassura udało jej sie nauczyć czytać, a odziedziczony po nim tom wierszy Rabindranatha Tagore stał się jej największym skarbem. Ta prosta, niewykształcona dziewczyna jest też artystką, obdarzoną niezwykłym talentem – potrafi haftować i tworzyć piękne, niespotykane wzory. Dzięki temu udało jej się przeżyć w mieście wdów, znaleźć pracę i poznać Radżiego.

Na  swojej stronie internetowej Gloria Whelan napisała: Często jestem pytana o to, czy napiszę dalszy ciąg „Bezdomnego ptaka”. Nie mam takich planów. Myślę, że Koli i Radżi są szczęśliwi i bardzo zajęci swoim ogrodem i dziećmi. Jestem pewna, że Koli nadal haftuje swoje przepiękne sari… Ja również tak sądzę. Mam też nadzieję, ze mogła wreszcie spotkać się z rodzicami – już bez obawy, że swoim powrotem do domu zhańbi rodzinę.

P.S. Przeczytajcie również  artykuł w „Wysokich Obcasach” o Wrindawanie – mieście wdów  – mnie się otwiera w całości, mimo że nie mam wykupionej subskrybcji.

Gloria Whelan „Bezdomny ptak”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2008

Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

W 31 numerze kwartalnika „Ryms” ukazał się mój artykuł, o książkach stanowiących swoiste przeglądy kobiet znanych z historii – zapraszam do czytania 🙂

Boom Herstoryczny ???

Puryści językowi i oddani idei prawdy etymolodzy mogą wpaść w furie, słysząc ten termin: herstoria. Święte oburzenie jest po części uzasadnione, pod względem językowym „herstoria” ma się do „historii” jak „feminoteka” do „biblioteki”, stanowi sztuczny twór o fałszywej etymologii, fantazję słowotwórczą, która ma jednak czelność bronić się w inteligentny, przemyślny i nie pozbawiony humoru sposób. [1]

Herstoria to termin, który powstał na skutek zabawy słowami – angielskie HISTORY można też czytać jak dwa słowa HIS STORY czyli Jego Historia (albo opowieść czy też wręcz bajka).

Przez długi czas w historii – tej uprawianej i nauczanej tradycyjnie dominowały kwestie polityczne. Skupiała się ona na wielkich postaciach i przełomowych datach, pomijając kompletnie te obszary życia, których tradycyjnie dotyczyła aktywność kobiet. Tak pojmowana historia była rzeczywiście historią mężczyzn, kobiety pojawiały się w niej tylko wtedy, kiedy wchodziły w role i zadania tradycyjnie uznawane za męskie. Zaczęło się to zmieniać już w XX wieku, kiedy (przede wszystkim pod wpływem francuskiej szkoły „Annales”) zwrócono się ku historii społecznej.

Odpowiedzią na tak postrzeganą HIStorię jest HERstoria rozumiana jako taki rodzaj narracji historycznej, w której ważnym (jeśli nie najważniejszym) punktem odniesienia będą kobiety – ich sprawy, problemy i osiągnięcia. Oczywiście termin ten nie ma zastosowania w poważnym dyskursie historycznym, ale, moim zdaniem, znakomicie nadaje się do opisania pewnego trendu, z którym od niedawna mamy do czynienia w świecie książek dla dzieci młodzieży. Z pewną przesadą nazwałabym go nawet herstorycznym boomem.

W 2017 roku ukazały się w Polsce trzy książki będące zbiorami opowieści o niezwykłych kobietach, które zmieniały świat: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, „Superbohaterki” oraz „Damy, dziewuchy, dziewczyny”. Spróbujmy im się przyjrzeć – o czym i w jaki sposób opowiadają ?

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” to polski przekład książki „Good Night Stories for Rebel Girls”, która ukazała się w 2016 roku, a jej autorkami są Elena Favilli i Francesca Cavallo. Wydano ją dzięki największej dotychczas akcji crowdfundingowej dotyczącej książek, w której zebrano ponad milion dolarów. W poprzedzającym ją motcie autorki tak zwracają się do swoich czytelniczek: Do młodych buntowniczek ze wszystkich stron świata: wyzwólcie marzenia, mierzcie wysoko, stawiajcie opór, a w chwilach zwątpienia pamiętajcie: macie rację.

Opisano tam historie 100 kobiet żyjących na przestrzeni trzech i pół tysiaca lat na całej ziemi. Chciałyśmy przedstawić kobiety z tylu krajów, z ilu to tylko możliwe, ponieważ w produkcjach mediów dla dzieci brakuje różnorodności nie tylko pod względem płci, ale także pod względem rasy, orientacji seksualnej czy wyznania. Naszym celem było również przedstawienie kobiet różnych zawodów; chciałyśmy mieć: puzonistki, oceanolożki, sędzie, działaczki polityczne, szpiegów, szefowe kuchni, surferki, poetki i piosenkarki rockowe. I na koniec, wybierałyśmy kobiety, których życie osobiste miało w sobie coś, co mogło zainteresować dzieci, na przykład Julia Child, sławna szefowa kuchni, która zaczęła swoją karierę jako szpieg i gotowała ciastka, które miały za zadanie podczas drugiej wojny światowej odstraszać rekiny od podwodnych materiałów wybuchowych. – powiedziały autorki w wywiadzie dla pisma „Kosmos”.[2]

Swego rodzaju paradoksem tej (i innych podobnych) publikacji jest to, że opowiadając o życiu kobiet przełamujących schematy sama wtłacza je w swój własny schemat. Opowieść o każdej z nich, utrzyma jest w konwencji bajki (Dawno, dawno temu żyła dziewczyna imieniem...) i mieści się na jednej stronie, drugą zajmuje jej portret. Jest to w tym samym stopniu dobrą stroną tej książki, co jej słabością. Z jednej strony – nie wyróżnia nikogo, pokazuje, że każda ze stu bohaterek jest tak samo ważna, z drugiej – w wielu przypadkach wymusza spłycenie opowieści, bo trudno jest opisać dokonania takich postaci jak Maria Skłodowska – Curie na jednej stronie i w efekcie często skupia się tylko na tym, w czym wychodziły poza tradycyjną rolę kobiety.

Portrety bohaterek zostały stworzone przez 60 artystek z całego świata, w tym Zosię Dzierżawską z Polski. Wybór kobiet graficzek był celowy. Uważamy, że to nasz obowiązek, by pozwolić dojść do głosu tym wspaniałym dziełom, które tworzą na co dzień artystki z każdego zakątka świata. Zależało nam również na przedstawieniu szerokiego wachlarza stylów każdej z nich, który wynika z ich różnych osobowości. Media mają skłonność do pokazywania kobiet w bardzo uproszczony sposób. My chcemy pokazać, że kobiecość ujawnia się bardzo różnorodnie, tak jak nie ma jednego sposobu bycia kobietą, lub dziewczynką – buntowniczką. [3]

Zastanawiałam się nad tym, jakie były kryteria doboru setki bohaterek i trudno mi znaleźć jakiś klucz (poza płcią oczywiście). Na jednym końcu osi czasu mamy faraona Hatszepsut, która żyła ok. 1500 lat p.n.e. i była pierwszą kobietą zasiadającą na egipskim tronie, a na drugim – Coy Mathis, dziesięcioletnią obecnie transseksualną dziewczynkę, której rodzice wywalczyli dla niej w sądzie prawo do korzystania z damskich toalet w przedszkolu. Pomiędzy nimi – artystki, działaczki społeczne, naukowczynie i władczynie, żyjące w różnych czasach, różnych krajach i różnych sytuacjach społecznych. Ponieważ ułożone są alfabetycznie, więc powstaje misz masz, w którym, obawiam się, czytelnicy słabiej zorientowani w historii i nie zawsze kojarzący konteksty kulturowe, mogą się pogubić. Dlatego nie jest to książka z którą można zostawić dziecko sam na sam i oczekiwać, że ją sobie samodzielnie przeczyta. To raczej 100 historii, które powinny być wstępem do rozmowy z dzieckiem.

Elena Favilli i Francesca Cavallo powiedziały: Od kobiet oczekuje się mówienia o pokoju i harmonii, nawet w sytuacji gdy są wiktymizowane i odmawia im się podstawowych praw. Czujemy, że nie ma potrzeby pisania kolejnych książek dla kobiet o tym jak unikać nieporozumień. Świat potrzebuje książek, które będą zachęcały kobiety do bycia sobą, nawet jeśli to oznacza bycie nielubianą. Właśnie dlatego użyłyśmy słowa „buntowniczka” w tytule książki. [4] Trudno się wobec tego dziwić, że wśród jej bohaterek znalazła się Katarzyna II, choć zarówno sama jej osoba, jak i sposób, w jaki została opisana wydają mi się dyskusyjne (szczególnie w kontekście polskiego wydania „Opowieści”). To również może być ciekawy punkt wyjścia do rozmowy – czy zawsze robiąc to, co się chce, ma się rację ?

Niedawno pojawiła się angielska edycja drugiego tom z kolejną setką niezwykłych kobiet. Tym razem kandydatury zgłaszali sami czytelnicy.

„Superbohaterki” Małgorzaty Frąckiewicz różnią się od „Opowieści na dobranoc” zarówno ilością bohaterek (jest ich tylko 14), jak i kluczem ich doboru (kobiety, które dokonały ważnych, a równocześnie mało znanych odkryć naukowych) oraz sposobem ich opisywania. Autorka dość skrótowo traktuje życie opisywanych przez siebie kobiet, wyjaśnia natomiast szerzej znaczenie oraz sens ich odkryć i wynalazków. Udaje jej się zrobić to w sposób przystępny i zrozumiały dla młodych czytelników także dzięki interesującej, nowoczesnej formie graficznej książki, która zawiera również propozycje doświadczeń możliwych do przeprowadzenia w domu.

Anna Dziewit – Meller w książce „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” ograniczyła się do kobiet znanych z historii Polski. Narratorką uczyniła Annę Henrykę Pustowójtównę, która walczyła w Powstaniu Styczniowym i była adiutantem jego dyktatora Mariana Langiewicza. Poza nią poznajemy kilkanaście kobiet – od Świętosławy, córki Mieszka I po Wandę Rutkiewicz. Są wśród nich takie, o których pamięta się do dziś nie tylko w Polsce jak Irena Sendlerowa czy Maria Skłodowska – Curie (nota bene – jedyna bohaterka, która znalazła się we wszystkich tych trzech książkach), ale też zupełnie zapomniane jak poetki Elżbieta Drużbacka i Maria Komornicka (pisząca pod pseudonimem Piotr Włast).

Mnie najbardziej zainteresował rozdział o architektkach Warszawy, bo są to osoby, o których rzadko się pamięta. Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że z czterech wspomnianych tam kobiet tylko Halina Skibniewska pracowała na własne nazwisko, pozostałe trzy znane są niemal wyłącznie jako część małżeńskich duetów. Mówi się albo o Oskarze Hansenie, albo o Hansenach, a żeby przypomnieć sobie jak miała na imię jego żona, musiałam się chwilę zastanowić. Podobnie jest z Barbarą Brukalską i Heleną Syrkusową.

Kwestią dyskusyjną jest konwencja tej książki, którą albo się kupuje od razu albo nie. Ja, muszę przyznać, miałam z nią dwa problemy. Pierwszym był pomysł, aby narratorką została bohaterka z XIX wieku, która opowiada zarówno o bohaterkach z odległej przeszłości, jak i o tych, które żyły już po niej (a jedna nawet żyje nadal). Drugim, może nawet większym, okazał się na wskroś współczesny język, którym się ona posługuje i nadmiar bezpośredniości, taka kumplowska maniera, z jaką zwraca się do czytelników. Z trudem byłam w stanie zaakceptować to, że sama siebie nazywa Heńką, przerosło mnie natomiast pisanie o królu Polski per Jadźka… Zastanawiam się – czy cel, jakim jest dotarcie do współczesnych czytelników, uświęca środek w postaci kompletnej ahistoryczności przekazu ? Jest to zresztą problem nie tylko tej książki, pojawia się też często w filmach na tematy historyczne. Mamy w nich dekoracje i kostiumy z przeszłości, a w nich bohaterów, którzy mówią, myślą i zachowują się całkiem współcześnie. Stwarzać to może wrażenie, że co prawda z upływem czasu zmieniały się warunki życia, natomiast sposób myślenia i mentalność ludzi zawsze były takie, jak teraz.

Mówiąc o herstorycznym boomie w literaturze dla dzieci młodzieży miałam na myśli nie tylko te trzy zbiory. W ostatnim czasie ukazuje się coraz więcej książek historycznych, których bohaterkami są kobiety. Kiedy opisuje się biografię tylko jednej osoby można o niej napisać bardziej wyczerpująco i pokazać jej życie na szerszym tle, niż wtedy, kiedy ogranicza to schemat zbioru.

Prekursorką tego nurtu na gruncie polskim można nazwać Annę Czerwińską- Rydel i te z jej książek biograficznych, które poświęcone są kobietom. Bohaterami pierwszej Gdańskiej Trylogii byli bardzo znani gdańszczanie – Jan Heweliusz, Daniel Gabriel Fahrenheit i Artur Schopenhauer, ale kolejną poświęciła zdecydowanie mniej znanym gdańszczankom – Elżbiecie Heweliusz, Konstancji Czirenberg i Joannie Schopenhauer. W ramach trylogii „Bo góry są” obok biografii Jerzego Kukuczki napisała też „Pięć skarbów pod wielkim śniegiem. Opowieść o Wandzie Rutkiewicz”. „W poszukiwaniu światła” to historia Marii Skłodowskiej – Curie, a niebawem ukaże się także książka „Listy w butelce” poświęcona Irenie Sendlerowej.

„Z Bożej łaski Jadwiga, król” Zuzanny Orlińskiej opowiada historię Jadwigi Andegaweńskiej i początków jej panowania w Krakowie. Autorka nie spoufala się ze swoją bohaterką, starannie odtwarza natomiast średniowieczny obyczaj, sposób myślenia i życie na dworze, aby na tym tle ukazać sytuację ówczesnych dziewcząt nie tylko z królewskich rodów. Wprowadza do tej opowieści także kolejną, mniej niż Jadwiga znaną żonę Władysława Jagiełły, Annę Cylejską. Uświadamia, w jak niewielkim stopniu miały one wpływ na swoje życie i jak bardzo było ono zależne od decyzji opiekujących się nimi mężczyzn.

Książki o dziewczętach i kobietach w historii nie są lekturami tylko dla dziewczynek, podobnie jak wcześniej książki o historii z mężczyznami w roli głównej nie były tylko dla chłopców. Przeszłość mamy wspólną, nie dzieli się na męską i żeńską i wspólne powinny być doświadczenia z niej płynące.

Elena Favilli i Francesca Cavallo „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, wyd. Debit, Katowice 2017

Małgorzata Frączek „Superbohaterki. Świat i wielkie odkrycia”, wyd. Ezop, Warszawa 2017

Anna Dziewit – Meller „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”, wyd. Znak, Kraków 2017

[1] Lucyna Marzec „Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa”, „Czas kultury” 5/2010

[2], [3], [4] https://fundacjakosmos.org/marzymy-by-ta-ksiazka-znalazla-sie-na-polce-kazdej-dziewczynki-autorki-opowiesci-na-dobranoc-dla-mlodych-buntowniczek-pierwszy-polski-wywiad

Pasztety, do boju !

Pasztety, do boju !

Myślę, że to już najwyższa pora, żeby wstawić na półkę w Małym Pokoju „Pasztety, do boju !”, bo to książka znakomita – świetnie napisana dowcipna, pełna energii oraz ucząca dystansu i pozytywnego myślenia 🙂

Wpis z 13 października 2017 roku:

Obraz widziany w tym lustrze może być zniekształcony przez powszechnie uznane kanony piękna – taki napis zobaczyłam w łazience jednego z campingów, który odwiedziliśmy w czasie wakacji. Czytałam wtedy akurat „Pasztety, do boju !” i ta naklejka bardzo dobrze korespondowała z treścią tej książki.

Trochę żałuję, że nie udało mi się napisać o niej latem, bo to książka bardzo wakacyjna – taka lipcowa powieść drogi. Jednak z drugiej strony – problem, którego dotyczy nie jest tylko problemem letnim.

Kanony piękna zmieniają się od wieków i to, co w jednym stuleciu budziło zachwyt, w innym już niekoniecznie… Jednak czasy, w których żyjemy są pod tym względem wyjątkowe, bo jeszcze nigdy wcześniej dyktatura jednego wzorca nie była tak dominująca. Nie ma ucieczki od obrazu idealnie pięknych i idealnie szczupłych kobiet, a żadna z nich nie wygląda w realu tak, jak na billboardach, w prasie czy na reklamach, która atakują nas kiedy tylko włączymy telewizor czy komputer.

Czasy, w których żyjemy są wyjątkowe także dlatego, że nigdy wcześniej nie było internetu – medium hiperdemokratycznego, które daje KAŻDEMU prawo do wyrażenia KAŻDEJ opinii na KAŻDY temat. Jest to w dodatku medium, rzec można, eksterytorialne, funkcjonujące obok czy też poza tak zwanym realem, ale wywierające na niego ogromny wpływ.

Dlatego nigdy wcześniej nie było możliwe, aby w jakiejś szkole odbyły się (już po raz trzeci) wybory Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta czyli najbrzydszych dziewczyn, w których KAŻDY chłopak może napisać KAŻDEJ dziewczynie w sposób dowolnie obraźliwy, a szkoła mogła umyć od tego ręce, bo rzecz dzieje się w internecie czyli nigdzie. Słowa napisane w internecie ranią tak samo, jak te wypowiedziane prosto w twarz, tylko łatwiej je napisać niż powiedzieć wprost, bo w internecie wydaje się one jakoś tak jakby oderwane od rzeczywistości. A przecież przemoc jest przemocą niezależnie od medium…

No i wyniki są na fejsie: jestem Brązowym Pasztetem.

Trochę słabo. Przez dwa lata miałam tytuł Złotego Paszteta i myślałam, że nikt mi go nie odbierze, a tu co ? Figa.

Tytułowe Pasztety są trzy – Astrid, Hakima i Mireille, ale najlepiej poznajemy tę ostatnią. To ona, jako najbardziej doświadczony Pasztet wspiera debiutantki na podium, ona jest narratorką tej książki i spiritus movens wszystkiego, co się w niej wydarza. Mireille to dziewczyna fantastycznie inteligentna, bystra i złośliwa, także pod swoim adresem. Brak urody zgodnej z aktualnymi kanonami nie jest jej jedynym życiowym problemem, ale ze wszystkimi radzi sobie podobnie – uczyniła sobie pancerz ze swojej inteligencji, bezpośredniości i zjadliwego poczucia humoru.

Okazuje się, że w powiedzeniu: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jest jakieś ziarno prawdy, bo dzięki rzeczy tak paskudnej jak te wybory rodzi się fajna przyjaźń między dziewczynami i przydarza im się fantastyczna przygoda, której początkiem są trzy rowery w garażu u Mireille i pomysł, żeby razem pojechać do Paryża. Każda z dziewczyn ma inny powód, żeby tam się udać, a towarzyszy im na swoim wózku Kader – brat Hakimy, inwalida wojenny.

„Pasztety, do boju !” to książka, która wpisuje się w nurt tzw. body positivity. Dziewczyny nie wyruszają ani po to, żeby schudnąć, ani po to, żeby tym, którzy je wybrali, udowodnić cokolwiek, ani w żadnym innym celu, który by z wynikał z tego nieszczęsnego konkursu, który je połączył. Jadą z sobie tylko znanych powodów, a ta wyprawa, jak to w powieściach drogi bywa, pomaga im znaleźć w sobie te skrzydła, o których mówi Hakima w ostatnim zdaniu książki.

Clementine Beauvais „Pasztety, do boju !”, przekł.: Bożena Sęk, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017

Ronja córka zbójnika

Ronja córka zbójnika

Wpis z 25 marca 2006 roku:

Nie znałam Ronji w dzieciństwie, bo kiedy ja byłam dzieckiem, jej nie było jeszcze na świecie. Gdy ukazał się polski przekład tej książki, byłam już studentką. Pamiętam jednak dokładnie pierwsze z nią spotkanie. Było lato, żeglowaliśmy po Mazurach i wieczorami słuchaliśmy przez radio audycji dla dzieci, w której ktoś (chyba Krzysztof Gosztyła, ale nie jestem pewna) czytał właśnie tę książkę. Robił to wspaniale. Nie było z nami na łódce dzieci, a jednak nie opuściliśmy żadnego odcinka.

Czytałam ją potem kilkakrotnie moim córkom i zawsze chętnie wracałam z nimi do Lasu Mattisa, jego bujnej przyrody i mieszkańców – rozmaitych zwierząt oraz fantastycznych stworzeń – zabawnych, głupiutkich Pupiszonków, groźnych, pięknych Wietrzydeł, ponurych Szaruchów i tajemniczych Mgłowców.

Historia przyjaźni Ronji i Birka – dwójki dzieci samotnych w świecie dorosłych, na pierwszy rzut oka zdaje się być dziecięcą wersją Romea i Julii. Ich ojcowie są hersztami zwalczających się zbójnickich band i zamieszkują dwie części zamku, oddzielone Diabelską Czeluścią – przepaścią równie głęboką jak nienawiść, która od pokoleń łączy rody Mattisa i Borki. W tej opowieści nie ma uczuć letnich i obojętności – namiętności kipią i miotają bohaterami od miłości do nienawiści. Również okoliczności przyrody – albo budzą zachwyt taki, że trzeba krzyczeć z radości, albo przerażają śmiertelnie.

Dziecko czytające tę książkę pierwszy raz znajdzie w niej trochę scen rodzajowych z życia rozbójników oraz przygody dwójki swoich rówieśników, którzy próbują samodzielnego życie w lesie. Znajdzie też ich przyjaźń – trudną, bo wbrew dorosłym, ale tak silną, że doprowadza do pogodzenia rodów zwaśnionych od pokoleń.

Dla mnie „Ronja córka zbójnika” jest jednak przede wszystkim opowieścią o rodzicach i córce – ich miłości, wzajemnych relacjach oraz o bolesnym procesie dorastania, które polega na odchodzeniu od rodziców i wyborze własnej drogi w życiu.

Mattis, pozornie silny i szorstki, jest bezradny wobec swojej miłości do Ronji od chwili jej narodzin. Kocha ją porywczo i histerycznie. Zachwyca sie wszystkim, co mała robi i panicznie boi się o nią. Ronja dorastając odkrywa stopniowo, że jej ojciec nie jest ideałem, ale nie przeszkadza jej to kochać go ponad wszystko. Jej przyjaźń z Birkiem to dla Mattisa zdrada największa z możliwych i dużo czasu musi upłynąć, żeby to zrozumiał i zaakceptował. Lojalność wobec ojców jest jedyną rzeczą silniejszą od przyjaźni dzieci i stanowi jedyny powód, który może ich rozdzielić. Aby nie musieć dokonywać takich wyborów, decydują się na życie w lesie.

Bardzo lubię w tej książce postać Matki Ronji, mimo że pozostaje w tle. Lovis jest dla mnie uosobieniem siły i mądrości prawdziwej kobiety. Córkę rodzi śpiewając, nigdy nie załamuje rąk i potrafi znaleźć wyjście z każdego problemu. Jej miłość do Ronji (w przeciwieństwie do histerycznej miłości Mattisa) jest mądra i spokojna, jak ona sama. Zawsze wie, czego jej bliscy potrzebują – kiedy trzeba zostawić ich w spokoju, kiedy pomóc, a kiedy – przytulić i zaśpiewać Pieśń Wilków. Mimo że w tej historii kobiety występują w zdecydowanej mniejszości, to one właśnie organizują i porządkują świat. Widać wyraźnie, że bez nich cały ten tłum mężczyzn nie poradziłby sobie, nie przetrwałby nawet jednej zimy. Choć wydają się silni i robią mnóstwo zamieszania, w rzeczywistości są słabi i bezradni wobec normalnego biegu życia i jego nieuchronnego końca.

Astrid Lindgren znana jest powszechnie jako autorka beztroskich powieści dla młodszych dzieci – „Dzieci z Bullerbyn” czy „Pippi Pończoszanki”. Dlatego spotykam sie czasem z propozycjami, aby i „Ronję” czytać kilkulatkom. Tymczasem taki maluch będzie w stanie zrozumieć tylko niewielką część jej treści, może za to się przestraszyć (Środkowa, która przysłuchiwała się, kiedy czytałam Najstarszej, bardzo bała się Wietrzydeł). Jest to trochę tak, jakby zlizywać z tortu samą polewę – smakuje, ale pełnię smaku poczuje się dopiero jedząc całość. Nie warto się spieszyć – lepiej poczekać z lekturą tej książki do wieku, w którym można już ją przeczytać samodzielnie i przeżyć do końca.

Astrid Lindgren “Ronja córka zbójnika”, przekł. Anna Węgleńska, ilustr. Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia 1985 (I. Wyd)

Felix, Net i Nika oraz koniec świata jaki znamy

Felix, Net i Nika oraz koniec świata jaki znamy

Wpis z 12 stycznia 2019 roku:

Pierwszy raz zobaczyłam ich na billboardzie przy jednej z warszawskich ulic… – pisałam tutaj w lipcu 2006 roku o dwóch pierwszych tomach cyklu „Felix, Net i Nika”

Zaskoczyli mnie. Książka dla młodzieży (w dodatku rodzimego i nieznanego autora) reklamowana w taki sposób ??? Następne zdziwienie – książka dla młodzieży, a JA nic o niej nie wiem ??? Co prawda zestaw bohaterów (dwóch chłopaków oraz dziewczyna z dużą ilością włosów) sugerował kolejną próbę „podczepienia się” pod sukces medialny Harrego, Rona i Hermiony, ale szukałam wtedy nerwowo prezentu dla Najstarszej z jakiejś okazji i intuicja podpowiedziała mi, że warto zaryzykować. Nie zawiodłam się na swoim przeczuciu, a Felix, Net i Nika powiększyli grono ulubionych bohaterów mojej córki.

Oni sami pierwszy raz spotkali się w dniu rozpoczęcia roku szkolnego w Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego i natychmiast (już w drodze z auli do klasy) wpadli w tarapaty. Tak miało być potem cały czas – ich koledzy brnęli mozolnie od jednej klasówki do drugiej, narzekając, że „w tej szkole nigdy nie dzieje się nic ciekawego”, natomiast Felix, Net i Nika jak trzyosobowy MacGywer – od zagadki do zagadki i od przygody do przygody. Zaczęło się od bandy szkolnych złodziejaszków, a potem już poszło – skarb zaginiony podczas wojny, tajemnica ducha na szkolnym strychu, gang Mortena… – żadna tajemnica nie jest zbyt trudna do rozwikłania, jeśli tylko robią to razem.

Od tego czasu minęło 12 lat, w czasie których ukazało się 13 kolejnych tomów cyklu – „Felix, Net i Nika oraz koniec świata, jaki znamy” jest jego częścią piętnastą. Najstarsza z moich córek, która zaczęła gimnazjum dwa lata po jego bohaterach, zdążyła już skończyć studia i zacząć doktorat, a oni ciągle nie mogą opuścić murów swojego Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego. W najnowszym tomie są już co prawda licealistami, ale zawdzięczają to wyłącznie twórczemu podejściu swojej szkoły (oraz Autora) do kwestii reformy (zwanej przez niektórych deformą) edukacji 😉

Nie czytałam kilku ostatnich części cyklu, ale fragmenty, które gdzieś mi wpadały w oko, a także tłumy młodzieży, które przybywały na targowe spotkania z Rafałem Kosikiem, utwierdzały mnie w przekonaniu, że cykl trzyma poziom. Tylko nielicznym się to udaje – na ogół autorzy takich popularnych cyklów po jakiś czasie ograniczają się do odcinania kuponów popularności pierwszych części i kolejne tomy są coraz słabszymi wersjami tego samego.

Autor robi wrażenie, jakby świetnie się bawił wymyślając kolejne perypetie swoich bohaterów i tworząc misz-masz z motywów zaczerpniętych z kultury masowej (od „Terminatora” przez „Archiwum X” po kabaret „Munio”), mieszając style i konwencje – napisałam wtedy, a po przeczytaniu „Felixa, Neta i Niki oraz końca świata, jaki znamy” widzę, że tak jest nadal.

Przy okazji uświadomiłam sobie, że do lektury tych książek dorastają już czytelnicy, których nie było na świecie, kiedy wychodził pierwszy tom. Ani oni, ani zapewne większość tych nieco starszych nie skojarzą już chyba, dlaczego Net zmienił hasło szkolnej sieci na KOPYTKO ;-), ale nie ma to dla całości akcji większego znaczenia

„Felix, Net i Nika oraz koniec świata, jaki znamy” to tom utrzymany w konwencji Postapo ze wszystkim najważniejszymi motywami tego gatunku. Widać, że Autor nadal świetnie się bawi pisząc (oraz tworząc przypisy, mój ulubiony jest na stronie 430 😉 ). Tę część można czytać nie znając poprzednich, ale pewna jestem, że po jej skończeniu większość czytelników nie poprzestanie na tym.

Rafał Kosik „Felix, Net i Nika oraz koniec świata, jaki znamy”, Powergraph, Warszawa 2018

Książka nominowana w kategorii FABUŁA w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018

Ella zaklęta

Ella zaklęta

To kolejne wykopalisko z samych początków mojego blogowania, ale nieoczekiwanie nabrało aktualności, bo książka właśnie została wznowiona przez wydawnictwo Poradnia K. Od czasu jej pierwszego wydania nurt książek, które namawiają dziewczęta do niegrzeczności bardzo się rozwinął, ale IMO nadal warto po nią sięgnąć. Film z Anne Hathaway z 2004 rozczarował mnie, bo w rozbuchanej, fantastycznej rzeczywistości filmowej jakoś ginęło przesłanie książki.

Warto po nią sięgnąć także ze względu na znakomity przekład Andrzeja Polkowskiego. To się po prostu świetnie czyta !!!

A tak pisałam o „Elli zaklętej” 17 marca 2006 roku:

Gdy Ella przyszła na świat, otrzymała od szalonej wróżki Lucyndy dar bezwzględnego posłuszeństwa. Musi spełniać wszystkie polecenia – nawet głupie, śmieszne albo co gorsza groźne w skutkach. Staje się to szczególnie niebezpieczne, kiedy po śmierci Matki jej Ojciec żeni się ponownie. Macocha ma dwie córki, którym bardzo nie podoba się to, że Ella cieszy się sympatią Księcia.

Coś Wam to przypomina ??? Tak, tak – ta baśń w wyraźny sposób nawiązuje do “Kopciuszka” i “Śpiącej królewny”, ale nie jest tylko kolejną kompilacją znanych baśniowych motywów. “Ella zaklęta” to umieszczona w fantastycznych realiach całkiem współczesna opowieść o tym, jak odnaleźć w życiu własną drogę.

To jest książka o manowcach posłuszeństwa. Lucynda nie była złośliwa, nie chciała skrzywdzić Elli. Przeciwnie – sądziła, że w ten sposób ułatwia życie jej Matce. Posłuszne dziecko jest bardzo wygodne dla rodziców – bez szemrania robi to, co mu się każe, zjada wszystko, co ma na talerzu, ubiera się tak, jak lubią rodzice, można nim łatwo kierować. Takie dziecko ( a szczególnie córka) to chodzący ideał i powód do zazdrości wszystkich wokół.

Problem zaczyna sie wtedy, gdy staje się ono na tyle duże, że powinno wyjść spod opieki rodziców (albo wtedy, gdy oni nie mogą już sie nim opiekować). Od tej chwili powinno być samodzielne, zdecydowane i rozważne.

Elli zagrażali nie tylko ludzie, którzy (jak złośliwa przybrana Siostra) mogli wykorzystać jej posłuszeństwo do własnych niecnych celów, ale również przeróżne baśniowe stwory. W prawdziwym życiu nie ma ogrów – są za to dilerzy narkotyków i pedofile. W zetknięciu z nimi posłuszeństwo staje się niebezpieczne. Przydaje sie za to rozwaga i nonkonformizm – a te cechy wychowanie do posłuszeństwa skutecznie wytłumia.

To jest książka o tym, że nie istnieje nic takiego, co determinowałoby nasze życie i tylko od naszej woli zależy, jak się ono potoczy. Zaklęta dziewczynka próbuje w życiu codziennym “obchodzić” zaklęcie – jest posłuszna w stopniu niezbędnym, a niepokorna wszędzie tam, gdzie zaklęcie nie działa. Podejmuje niebezpieczne próby odnalezienia Lucyndy w nadziei, że ta zdejmie z niej czar. Niestety – ani Lucynda, ani Wróżka chrzestna dziewczyny nie są w stanie tego zrobić. Przełamać zaklęcie może tylko ona sama – siłą własnej woli. Ella musi znaleźć w sobie tę siłę – inaczej nie będzie mogła poślubić księcia.

To jest książka o sile, jaką daje miłość. Ella znalazła w sobie determinację niezbędną do przełamania mocy zaklęcia dopiero wtedy, gdy uświadomiła sobie, że jej posłuszeństwo zagraża ukochanemu. Będąc nadal posłuszną może stać się narzędziem w rękach wrogów Księcia, więc dla jego dobra musi zrezygnować ze swojej miłości. Zrezygnować albo… przełamać zaklęcie. Z miłości do ukochanego jest w stanie zdobyć się na to, czego wcześniej nie potrafiła zrobić tylko dla siebie.

Choć nie wykluczam, że są chłopcy, którym spodoba sie taka love story w świecie fantasy, wydaje mi się, ze jest to lektura raczej dla dziewczynek – dla takich, które już zaczynają odczuwać burzę hormonów, ale jeszcze lubią bajki.

„Ella zaklęta” to książka, która może pomóc dorastającej panience w znalezieniu złotego środka między posłuszeństwem autorytetom, jakie przystoi każdej grzecznej dziewczynce, a nonkonformizmem niezbędnym, aby doszła, tam, dokąd chce.

Gail Carson Levine “Ella zaklęta”, przekł.: Andrzej Polkowski, wyd. Media Rodzina, Poznań 2003

Gail Carson Levine “Ella zaklęta” (seria: Latawiec),  przekł.: Andrzej Polkowski, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019