Anyżowa warownia

Anyżowa warownia

Wpis z 18 stycznia 2012 roku:

Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to z brak pożywki, bo pomału wyczerpują nam się lektury na ten temat. Powód drugi – bo (poniekąd z powodu pierwszego 😉 ) zmuszona była sięgnąć po książki o innej tematyce i padło na Atramentową Trylogię Cornelii Funke, co skutecznie zajęło ją na dobrych kilku tygodni. Co tam zajęło ? Zassało zupełnie tak jak wcześniej książki Ricka Riordana i skłoniło do konstatacji, że to właśnie Cornelia Funke jest nieodmiennie jej ulubioną pisarką.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam – „Anyżowa Warownia”.

Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z czarodziejskich ksiąg, raz w tygodniu zdrapywanie mchu z grzyw kamiennych lwów. A tylko raz w roku turniej w Mrocznej Skale. Tutaj nigdy nie dzieje się nic ciekawego – tak przynajmniej uważała Igerna. Rzeczywiście – można by pomyśleć, że nie ma na świecie nudniejszego miejsca niż Anyżowa Warownia !!!

Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było trochę więcej, ale tego dziewczynka dokładnie nie wiedziała). Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś miały dokładnie metr grubości. Dla Igerny była to jednak najpiękniejsza warownia na świecie. Anyżowy dziedziniec zdobiły polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie.

Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na widok obcych robiły potworne miny. Lecz gdy Igerna łaskotała je w nos jaskółczym piórem, straszydła chichotały tak, że grzechotały kamienie w murach twierdzy. Przepastne pyski maszkaronów potrafiły połykać armatnie kule, a płonącymi strzałami delektowały się, jakby na świecie nie było lepszego przysmaku.

Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami Igerny, zamek często bywał szturmowany, jej rodzina posiadała bowiem czarodziejskie księgi, o których marzył niejeden możnowładca. Chcąc zagarnąć magiczny księgozbiór, Anyż najeżdżali rozbójnicy, książęta, baronowie, a nawet dwóch króli. Ale nastały spokojniejsze czasy.

Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed dziesiątymi urodzinami Igerny. Piękna Melisanda i sir Lamorak – jej rodzice, wyczarowując prezenty urodzinowe dla córki omyłkowo zamienili się w prosięta, a tymczasem pojawił się ktoś, kto bardzo chciał zająć ich zamek i wejść w posiadanie Śpiewających Ksiąg. Inny Ktoś musiał więc szybko zdobyć włosy olbrzyma, niezbędne do odczarowania rodziców, a tym kimś musiała być właśnie ona, mimo że młodsza i że dziewczynka…

Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale Igernie magia wydawała się nudna. Zaklęcia, czarodziejskie formułki, listy składników magicznych proszków i nalewek – wkuwanie tego wszystkiego przyprawiało ją o ból głowy. Wolała, jak jej pradziadek Pellas z Anyżu, być szlachetnym rycerzem, ktory walczył na turniejach i od rana do wieczora przeżywał przygody. Albert śmiał się z Igerny, ale tak to już bywa czasem ze starszymi braćmi, a tymczasem teraz on był potrzebny w Anyżu, a jego młodsza siostra musiała wyruszyć na samotną wyprawę.

„Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w żadnym momencie nie pozostawiająca wątpliwości co do tego, że wszystko skończy się dobrze. A w dodatku pokazująca wyraźnie, że jeśli dziewczynka o czymś naprawdę marzy, to nie ma powodu, aby w realizacji tych marzeń ograniczał ją fakt, że jest dziewczynką 😉 Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynach – wbrew stereotypom – ale to wcale nie znaczy, że jest to lektura wyłącznie dla nich…

Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.: Małgorzata Słabicka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s