Psie życie

Psie życie

To już jedna z ostatnich książek, które stały na półkach Małego Pokoju z Książkami w poprzedniej lokalizacji i po przeprowadzce wracają na swoje miejsce. Pisałam o niej 7 października 2012 roku, ale kiedy przeczytałam tamtą recenzję, okazało się, że jest już mocno nieaktualna i wymaga sporych zmian.

Mówię do ciebie ja, pies, twój największy przyjaciel.

Mówię w imieniu wszystkich psów świata, od ratlerka tyciego jak chomik po kaukaza ogromnego jak niedźwiedź.

Jesteśmy razem jak daleko sięga psia i ludzka pamięć. Moim przodkiem był wilk. Czasem jesteśmy podobni jak dwie krople wody.

„Psie życie” – autorska książka Mistrza Józefa Wilkoniato dzieło jedyne w swoim rodzaju. To psi manifest – apel do Człowieka ilustrowany w dodatku nietypowo, bo rzeźbami.

Psimi rzeźbami.

Mamy tam psiaki wesołe, smutne, zamyślone, skaczące, wyjące, śpiące i trzeba do tego kunsztu Mistrza, żeby przy pomocy z grubsza ociosanych kawałków drewna ukazać pełną gamę psich uczuć.

Jednak mój los jest w twoich rękach, mój przyjacielu, mój panie. Pewnie wiesz, że kocham cię z całej psiej mocy i zawsze będę przy tobie.

Będę czekał na ciebie w domu, pod sklepem, na przystanku. Kiedy rozdzielą nas setki mil, powrócę do Ciebie jak Lessie.

Będę ścigał się z tobą po łąkach, rozpędzę twoją chandrę.

Będę twoim zagłówkiem, u twoich stóp milczącą poduszką.

Dzieci dzielą się z grubsza na te, które psa maja i takie, które o nim marzą. Najmłodsza z moich córek należy do tych ostatnich, konsekwentnie od lat. W przeciwieństwie do starszych sióstr, które takie marzenia owszem miały, ale krótko, ona zamierza zostać weterynarzem. Miała chomika, teraz hoduje myszoskoczki, zakłada akwarium, a przede wszystkim – jeździ konno. I bardzo chciałaby mieć zwierzę bardziej kontaktowe od gryzoni. I żeby jeszcze można było pójść z nim na spacer… – pisałam 9 lat temu.

Od tego czasu zmieniło się bardzo wiele. Ówczesna szóstoklasistka zdążyła skończyć wszystkie szkoły i studiuje, aczkolwiek nie weterynarię. Mniej więcej wtedy, kiedy to pisałam, mój Mąż zmęczony jej nagabywaniem o psa złożył pochopną obietnicę, że jeśli skończy szóstą klasę z paskiem na świadectwie, to (cytuję:) pomyślimy o psie. Znając dotychczasowe osiągnięcia ocenowe naszej dyslektyczki mógł spokojnie spodziewać się, że w ten sposób temat zakończy się definitywnie, ale bardzo się zdziwił. Okazało się wtedy po raz pierwszy ale nie ostatni, że jeśli naszej córce na czymś bardzo zależy, to potrafi zrobić rzeczy, których byśmy się po niej nie spodziewali.

Pasek na świadectwie był, więc cóż – słowo się rzekło, kobyłka… Nie, nie kobyłka u płota, tylko pies w domu 🙂 Plan był taki, że będzie to nierasowy szczeniak i takiego na odległej wsi znalazła dla nas moja znajoma. Pojechaliśmy i przywieźliśmy malucha do nas. O perypetiach z wyborem imienia pisałam już przy okazji książki Zofii Staneckiej o Lotcie i jej ludzkim stadzie. I tak Nika jest z nami już 8 lat i trudno nam już sobie przypomnieć, jak to było bez niej.

Podrap mnie za uchem i głaszcz. Zobacz, jak wilgotnieją moje oczy.

Nie zostawiaj mnie samego na długo. Bez ciebie zdziczeję jak Dingo.

Strach pomyśleć, jakie byłoby bez ciebie moje psie życie.

Myślę, że „Psie życie” powinno być lekturą obowiązkowa dla wszystkich, i dużych, i małych, tych, którzy psa już mają, i przede wszystkim dla tych, którzy dopiero chcą go mieć.

Ta książka ukazała się 10 lat temu. Przypominam ją nie tylko dlatego, że szefowa wydawnictwa Hokus Pokus Marta Lipczyńska-Gil wspomina czasami o jej wznowieniu i chciałabym ją do tego zachęcić. Drugim powodem jest to, że rzeźby, które ilustrowały „Psie życie” (a dokładniej – ich odlewy) stanęły niedawno przed biblioteką w podwarszawskim Piasecznie. Nie są to jedyne dzieła Józefa Wilkonia, które można w tym mieście zobaczyć. Jeśli tam będziecie, rozglądajcie się uważnie !

Józef Wilkoń (tekst i ilustr.) „Psie życie”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2011

Kici kici miau

Kici kici miau

Wpis z 6 maja 2009 roku:

Kici kici miau, coś ty kotku chciał…

Rok temu (edit: czyli w 2008 roku) Marta Lipczyńska (szefowa wydawnictwa „Hokus Pokus”) powiedziała w wywiadzie, którego udzieliła mi dla (edit: nieistniejącego już) portalu „MUS”: Zawsze chciałam wydawać polskich autorów. (…) Marzyłam o wydaniu książki z ilustracjami Józefa Wilkonia i właśnie pracujemy nad jego pierwszą autorską książką na rynku polskim.

Prace trwały długo, ale efekt wart jest czekania. Prostej rymowance o psotnym kotku, który po całym dniu zabaw wreszcie idzie spać, towarzyszą jedyne w swoim rodzaju wilkoniowe ilustracje.

ilustracja ze strony wydawnictwa Hokus Pokus – pochodzi z wydanej w 2014 roku polsko-angielskiej wersji tej książki

Koty to w ogóle wdzięczny temat dla ilustratora. Przy całej mojej sympatii do psów – one są jednak takie… oczywiste. Wystarczy spojrzeć w psie oczy i wszystko wiadomo. Kot jest zawsze samoswój – nawet jeśli się daje głaskać, to dlatego, że to ON ma na to ochotę. Kot to wdzięk i gracja. Kot to tajemnica.

Kot jest kotem, jest kotem, jest kotem 😉

Przypominam sobie przeróżne koty z książek dziecięcych – Ryżego Placka (z kompanią) Janusza Grabiańskiego, Tymonka z „Domu pod kasztanami” Jana M. Szancera, rozmaite koty Pawła Pawlaka,  Leona i kotkę Piotra Fąfrowicza i wiele wiele innych. To zadziwiające – na ile sposobów można narysować kota i zawsze będzie on kotem 😉 Z nich wszystkich jednak najbardziej lubiłam chyba zawsze koty Janusza Grabiańskiego – a Wy ???

Józef Wilkoń (tekst & ilustr.) „Kici kici miau (kocia kołysanka)”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2009

Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów

Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów

Polska ilustracja dla dzieci – i ta współczesna, i tak zwana Polska Szkoła Ilustracji sprzed lat – staje się obecnie tematem modnym. W zeszłym roku ukazała się książka Barbary Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motyle z okładki i smoki bez wąsów”

oraz monumentalne wydawnictwo w języku angielskim (polska edycja zapowiadana jest w tym roku – edit: już się ukazała jako „Admirałowie wyobraźni” ) „Captains of Illustration. 100 Years of Children’s Books from Poland”

Obie są znakomite, więc poprzeczka, jaką ustawiły kolejnym publikacjom na ten temat, znajduje się bardzo wysoko. Niestety – im większe oczekiwania wobec książki, tym większe także rozczarowanie, kiedy im nie sprosta.

„Czarodzieje ilustracji” powstawali równolegle z książką Barbary Gawryluk i w znaczącej części dotyczą tych samych osób. Od samego początku lektury nie sposób więc było uciec od porównań. Zdecydowanie lepiej czytało mi się te fragmenty „Czarodziejów”, które dotyczyły twórców w poprzedniej publikacji niewystępujących. Cały czas jednak miałam wrażenie, że Autorka nie do końca wiedziała, o czym chce z nimi rozmawiać. Pozwalała więc, aby rozmowy wędrowały w kierunku narzucanym przez rozmówcę, a często niedotyczącym tematu książki. O ile opowieści Andrzeja Heidricha o projektowaniu banknotów były interesujące, choć luźno powiązane z ilustracją dziecięcą, o tyle sięgając po taką publikację niekoniecznie chcę znać (ocierające się miejscami o Pudelka) kulisy rozstania pewnej pary ilustratorów. Nie wszystko, co rozmówca powie, musi znaleźć się w wywiadzie. Rola dziennikarza nie polega tylko na włączeniu magnetofonu i spisaniu rozmowy. Czasem szacunek dla rozmówcy objawia się właśnie tym, że nie publikuje się wszystkiego, co mówił.

Kiedy mam po raz pierwszy w ręku interesującą książkę, czytam ją dość szybko i nieuważnie, więc na ogół nie zauważam zwykłych literówek. Tak było i w tym przypadku. Przez sporą część „Czarodziei” wydawało mi się, że największym zastrzeżeniem, jakie będę miała, są pewne niezręczne sformułowania w biogramach – na przykład o tym, że ktoś otrzymał srebrną Glorię Artis, podczas gdy według mojej wiedzy nazwy tego medalu się nie odmienia (i w innych biogramach tak było).

Lampka ostrzegawcza zapaliła mi się po raz pierwszy, gdy przeczytałam takie zdanie włożone w usta Edwarda Lutczyna: Świetna jest też Emilia Dudziak, ilustrowała m.in. książki Basi Kozłowskiej. Nazwisko tej ilustratorki pojawia się na jednej stronie trzy razy, wraz z informacją, że debiutowała w 2011 roku, więc zdziwiłam się bardzo, że nigdy o niej nie słyszałam. Dopiero podany tam tytuł („Rok w lesie”) naprowadził mnie na właściwe skojarzenie – chodzi o Emilię Dziubak i ilustrowane przez nią książki Barbary Kosmowskiej. Od tego momentu zaczęłam czytać uważniej i zwracać uwagę na pisownię. Niestety – tak niestarannie wydanej publikacji o ambicjach naukowych chyba nigdy nie miałam w ręku 😦

Anita Wincencjusz – Patyna jest zapewne przyzwyczajona, że jej nazwisko sprawia ludziom trudność, bo trzeba przyznać – łatwe nie jest 😉 Jednak czym innym jest przejęzyczenie w rozmowie, a zdecydowanie innym – puszczenie takiej pomyłki do druku. I to dwa razy – w samym tekście i w (niezbyt długiej przecież !) bibliografii. W dodatku chodzi o osobę należącą do bardzo wąskiego kręgu specjalistów i znawców tematu, któremu poświęcona jest ta publikacja.

Szkoda, że ta, tak dopieszczona edytorsko książka, została tak niechlujne przygotowana. Literówek w nazwiskach (czasem pisanych kilka razy w różny sposób) oraz błędów w datach jest więcej, a pewnie nie wszystkie udało mi się wyłapać. Może więc dobrze, że ukazała się w aptekarskim nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy ?

Z różnych stron słyszałam pytania o dodruk. Mam nadzieję, że, jeśli on nastąpi, to tym razem wydawnictwo zadba o staranniejszą redakcję.

Eliza Leszczyńska – Pieniak „Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – teatr NN”, Lublin 2019

Ilustratorki i ilustratorzy: Antoni Boratyński, Bohdan Butenko, Stasys Eidrigevicius, Maria Ekier, Elżbieta Gaudasińska, Janusz Grabiański, Andrzej Heindrich, Adam Kilian, Edward Lutczyn, Krystyna Michałowska, Elżbieta i Marian Murawscy, Wanda i Bogusław Orlińscy, Zbigniew Rychlicki, Olga Siemaszko, Janusz Stanny, Andrzej Strumiłło, Jan Marcin Szancer, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik, Józef Wilkoń, Zdzisław Witwicki, Bohdan Wróblewski

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

… czyli portrety 11 ilustratorek i 13 ilustratorów, których twórczość składała się na Polską Szkołę Ilustracji.

Barbara Gawryluk rozmawiała z tymi z nich, którzy jeszcze żyją, oraz z najbliższymi tych, których już nie ma. Ich opowieściom towarzyszą okładki i ilustracje – i takie, które wszyscy pamiętamy i te czasem już zapomniane, wydobyte z zakamarków pracowni, czeluści szuflad, skrzyń, czasem tapczanów, a także z przepastnych magazynów Muzeum Książki Dziecięcej, BWA w Zamościu oraz paru innych niespodziewanych miejsc 🙂

W przedmowie autorka napisała: O pamięć chodzi w tej książce przede wszystkim. Chciałabym, żeby moja opowieść, czasem dziurawa, często niekompletna, bywa, że amatorska, miejscami bardzo osobista, wywołała u Czytelników dobre powroty do dzieciństwa spędzanego z książką. Kiedy byliśmy dziećmi, my, dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie, nie zauważaliśmy przecież nazwisk wypisanych na okładkach czy stronach tytułowych. Ale obrazy tych okładek mamy wdrukowane w pamięć, zatrzymujemy się, widząc je za szybą w witrynie antykwariatu, odnajdując na jakimś blogu poświęconym literaturze dla dzieci, uśmiechamy się, odkrywając wznowienia wierne dawnym wydaniom.

Bardzo trudno jest powiedzieć o „Ilustratorkach, ilustratorach” coś więcej niż to, że jest to książka wspaniała i wciągająca, bo od razu chce się napisać tyle, że znacznie przekroczyłoby to ramy zwykłej blogowej recenzji. Pierwszy raz przeczytałam ją od razu po premierze, niemal całą w jeden wieczór. Potem już na spokojnie przeglądałam ilustracje, odnajdując w nich całą masę rzeczy, o których dawno zapomniałam. Do kolejnej lektury przystąpiłam niedawno i wtedy zaznaczałam sobie w tekście wszystkie przypomnienia, zaskoczenia i odkrycia. Oto moja lista, ale zapewne każdy z czytelników tej książki ma własną 😉

Pierwsze przypomnienie – zaskoczenie dotyczyło tego, co znajdowało się na tylnej okładce (obwolucie) „Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”. Ta ukochana książka mojego dzieciństwa obwolutę straciła dość szybko i o ile domek z tytułową cukiernią, który był z przodu, pamiętałam bardzo dobrze, to kompletnie zapomniałam londyńskie widoczki z tyłu. Zapewne dlatego, że wtedy jeszcze te miejsca z niczym mi się nie kojarzyły.

Drugie, tym razem odkrycie związane było z „Emilem ze Smalandii”, bo tak mi się jakoś wydawało, że w książce, którą czytałam dawno temu, były ilustracje podobne do tych, które pamiętałam z „Dzieci z Bullerbyn”. Okazało się, że miałam rację i pierwsze polskie wydanie „Emila” było ilustrowane przez Hannę Czajkowską.

Kolejne odkrycie to Leonia Janecka – jedyne nazwisko w tej książce, które początkowo z niczym mi się nie kojarzyło, aż odkryłam, że to właśnie ona ilustrowała jedną z moich ukochanych książek – „Jadwigę i Jagienkę” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej.

Następne dotyczyło „Fizi Pończoszanki”, bo pod takim imieniem poznałam Pippi mniej więcej w tym samym czasie co Emila. Książkę pod tym tytułem pożyczałam z biblioteki, a potem już nigdy nie miałam jej w ręku. Ilustracje pamiętałam jak przez mgłę, ale zdecydowanie nie były one podobne do tych kanonicznych Ingrid Van Nyman, z którymi teraz Pippi jest wydawana. Z rozdziału poświęconego Janinie Krzemińskiej dowiedziałam się wreszcie, że ich autorem był jej długoletni partner Zbigniew Piotrowski.

W tym samym rozdziale przypomniałam sobie okładkę i ilustracje Janiny Krzemińskiej do „Naszej mamy czarodziejki” Joanny Papuzińskiej – tę mamę płynącą nad miasteczkiem na poduszce jak księżniczka na latającym dywanie, naprawdę czarodziejską.

Potem zobaczyłam zdjęcie Jerzego Srokowskiego i zrozumiałam, skąd jego postaci brały te charakterystyczne migdałowe, rozmarzone oczy…

Jeszcze potem odkryłam z zaskoczeniem, że autorem pamiętnej drzeworytowej okładki (oraz ilustracji) do „Klechd domowych” był Zbigniew Rychlicki, którego kojarzyłam przede wszystkim z Misiem Uszatkiem .

Ostatni rozdział poświęcony Bohdanowi Butence, który niestety (podobnie jak Zdzisław Witwicki) nie dożył premiery tej książki, czytałam kilka dni po wiadomości o jego śmierci. Co prawda jako dziecko nie lubiłam jego ilustracji, ale były one częścią mojego dzieciństwa, a z czasem doceniłam ich oryginalność i absolutną niepodrabialność. Kiedy byłam już dorosła, razem z moimi córkami odkryłam „Donga, co ma świecący nos” i zachwyciłam się tą książką, tak odmienną, której wygląd doskonale korespondował z absurdalnością treści – przede wszystkim dzięki czarnym kartkom z białymi literami.

Lektura „Ilustratorek, ilustratorów” uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam WSZYSTKIM bohaterom tej książki (a także tym, dla których w niej miejsca nie starczyło, a których twórczość także współtworzyła Polską Szkołę Ilustracji), bo dzięki różnorodności ich kresek szara rzeczywistość PRLu nabierała barw, a ja nauczyłam się, jak różnie można widzieć świat.

Wiedzieliśmy, że dla dziecka wszystko musi być najlepsze. To jest jego pierwsza galeria sztuki – powiedziała pani Krystyna Michałowska. W tej galerii sztuki i ja się wychowałam – dziękuję za nią bardzo !!!

Barbara Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów”, projekt książki: Anna Pol, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Ilustratorki: Maria Orłowska – Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik

Ilustratorzy: Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko

Baśń o rumaku zaklętym

Baśń o rumaku zaklętym

Wpis z 1 października 2007 roku z aktualizacją 😉

Książka – widmo. Gdyby nie to, że leży przede mną, mogłabym zwątpić w to, że w ogóle istnieje 😉

Kupiłyśmy ją zimą w Zachęcie, kiedy zwiedzałyśmy wystawę „Arki” Józefa Wilkonia. Ach, co to była za wystawa !!! Na zewnątrz stała wspaniała szopka, którą normalnie można podziwiać przed bielańskim kościołem pokamedulskim. W środku – arka, zwierzaki i mnóstwo przepięknych ilustracji książkowych. Dziewczyny do dziś ją wspominają, podobnie jak wcześniejszą wystawę „Zachęta dzieciom”, z której zapamiętały niesamowity labirynt i przechodzenie przez szafę. Szkoda, że takie wystawy adresowane do dzieci trafiają się tylko raz na kilka lat 😦

Niedługo potem Najmłodsza z córek została zaproszona na przyjęcie urodzinowe i chciałam kupić tę książkę dla solenizanta. Poprosiłam o pomoc moją niezawodną księgarnię osiedlową. Okazało się jednak, że nie tylko nie ma jej w hurtowniach, ale też nikt tam nie słyszał o wydawnictwie, które ją wydało. Google ujawniły, że jest do dostania w kilku miejscach w internecie, a w realu – w jednej takiej księgarni specjalizującej się w książkach dla dzieci, od której dzieli mnie całe miasto (nie pierwszy raz tego żałuję !). Nie starczyło mi już czasu i solenizant musiał zadowolić się innym książkowym prezentem. A szkoda…

… bo „Baśń o rumaku zaklętym” to książka – marzenie, łącząca w sobie wszystko, co książka mieć powinna – piękny tekst, fantastyczne ilustracje i staranność wydania.

Ta książka to spotkanie dwóch mistrzów – mistrza języka i mistrza obrazu. „Klechdy sezamowe” (do których należy „Baśń o rumaku zaklętym”) powstały niemal sto lat temu, a czyta się je zupełnie współcześnie. Wcześniej czytałyśmy leśmianowskie „Przygody Sindbada Żeglarza” i już wtedy byłam zdziwiona, że wytrzymały próbę czasu i czyta się je nadal nie tylko bez przykrości, ale często z zachwytem. W prozie Leśmiana jest poezja, która uwodzi i czaruje – bogactwem języka i melodią, która sprawia, że głośne czytanie nie nuży, a wręcz sprawia przyjemność.

Uwodzą i czarują również wilkoniowe ilustracje – nie tylko w tej książce. Jeszcze zanim wybrałyśmy się do Zachęty, znalazł sie w naszym domu gazetowy album „Bóg się rodzi”. To druga z trzech książek z Jego ilustracjami, które ukazały się u nas po wieloletniej przerwie. Z podziwem patrzyłam na te szalenie wyraziste obrazki – mimo że namalowane pozornie niedbale, bez cyzelowania szczegółów. Taki zając na przykład – zaledwie kilka pociągnięć pędzla, a wyraźnie widać jaki ma wyraz twarzy 😉 W „Baśni” zachwycił mnie nie tylko cały bliskowschodni sztafaż – te minarety, kopuły, pałace i stroje (wszystko pozłacane), ale przede wszystkim tytułowy rumak. Każdy kto choć trochę próbował rysować wie, że koń to wyższa szkoła jazdy i niewielu jest malarzy, którzy to naprawdę potrafili. Ci nieliczni potrafiący przeszli do historii jak Juliusz i Wojciech Kossakowie. Koń na ilustracjach Wilkonia naprawdę jest rumakiem – nie szkapą czy chabetą tylko wspaniałym wierzchowcem. Czystej krwi arabskiej 😉

Czytałyśmy „Baśń o rumaku zaklętym” kilka razy zaraz po tym, jak została kupiona. Ostatnio wyciągnęłam ją z półki, żeby opisać tutaj i Najmłodsza natychmiast kazała ją sobie przeczytać. Na okładce tej książki znalazłam zapowiedź wydania dalszych. Niestety mimo, że minął już prawie rok – nic o nich nie słychać. Szkoda by było, gdyby na tym się skończyło 😦

Bolesław Leśmian „Baśń o rumaku zaklętym”, ilustr.: Józef Wikoń, wyd.: Oficyna Olszynka, Warszawa 2006

Warto wspomnieć, że ta baśń ukazała się także we wznowionym przez Wydawnictwo Dwie Siostry zbiorze „Klechdy sezamowe” z ilustracjami Jana Lenicy. Tam ilustracji (w przeliczeniu na jedną baśń) jest mniej i są one zupełnie inne niż wilkoniowe, ale też zdecydowanie warto po tę książkę sięgnąć. A najlepiej – porównać jak różnie dwaj Twórcy podeszli do tej samej baśni 🙂

Bolesław Leśmian „Klechdy sezamowe”, ilustr.: Jan Lenica, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017

Księga dżungli

Księga dżungli

Kolejny po „Tajemniczym ogrodzie” nowy, znakomity przekład klasyki literatury. Wpis z 27 marca 2010 roku:

Niewiele jest chyba obecnie dzieci, które nie znałyby „Księgi dżungli”. Jeśli jednak doprecyzujemy pytanie, okaże się, że ta znajomość wcale nie dotyczy książki Kiplinga, a jedynie ekranizacji – najczęściej w wersji Disney’a. Niestety – do książkowego oryginału pozostaje on w stosunku… takim, jak to zwykle bywa z filmami tej wytwórni… czyli dość swobodnym 😉 Największym zaskoczeniem, jakie czeka tych, którzy sięgną po książkę, jest to, że nie opowiada ona wyłącznie o Mouglim – chłopcu wychowanym przez wilki.

Dzięki filmowi Mougli miał zagwarantowane miejsce w świadomości społecznej , natomiast mały dzielny Riki Tiki Tavi – moja ulubiona postać- odchodził pomału w zapomnienie. Podobnie jak Tumaj Słoniomistrz (którego ja znałam jako Toomai – druha słoni) i Kotik – biała foka, której obecność w książce z dżunglą w tytule nieodmiennie mnie zaskakuje.

Jeszcze do niedawna „Księga dżungli” w wersji: książka należała do kategorii: raczej niechętnie czytywana klasyka. Znajome dzieci, które musiały się z nią zmierzyć jako z lekturą szkolną, delikatnie mówiąc, nie były nią zachwycone. Trudno im się dziwić, bo przekład Józefa Brinkenmajera, na którym się wychowałam, napisany był polszczyzną dziś już mocno archaiczną. Także realia kolonialne – szczególnie w dwóch ostatnich opowiadaniach, mogą być trudne do zrozumienia dla współczesnych europejczyków. Trudno sobie teraz wyobrazić armię, w której służyło tyle rozmaitych zwierząt. Nowy przekład Andrzeja Polkowskiego zdecydowanie ułatwia lekturę – przynajmniej w warstwie językowej, choć jego polszczyzna daleka jest od potocznej. Dzięki niemu Najmłodsza z moich córek jest już trzecim pokoleniem w naszej rodzinie, które pokochało dzielnego Riki Tiki Tavi.

W tej „Księdze dżungli” nowy jest nie tylko przekład. Nowe są także ilustracje Mistrza Józefa Wilkonia – jakże odległe od disneyowskiej, cukierkowej poetyki filmu. Ilustracje trudne, często mroczne i tajemnicze jak sama dżungla. Niech Was nie zwiedzie ich pozorna niedbałość ! Robią wrażenie maźniętych ot tak, od niechcenia, a w rzeczywistości każda kreska ma sens i wyraz.

Za każdym razem, kiedy oglądam kolejne wilkoniowe  ilustracje, zadaję sobie pytanie: jak to się robi ? Jak narysować groźne spojrzenie tygrysa, trzepot skrzydeł krawczyka Darzi czy ryk słonia ? Odpowiedź znalazłam  w tych słowach Mistrza:

Bardzo prosto, jeśli się wie i umie parę rzeczy. Najpierw trzeba wiedzieć, jak wygląda to wszystko, co chce się namalować: człowiek, ryba, ptak, liść czy zwierzę. Później wiedzieć, jak się porusza, wszystko co biega, pełza i lata. Dla wielu to już koniec edukacji. Niektórzy idą jednak dalej, potrafią namalować porę dnia, księżyc, żeby świecił, ptaka, żeby śpiewał, potrafią nawet namalować smutek i radość, strach i odwagę. Tylko nielicznym udaje się namalować sen, ciszę, a nawet zapach i smak owoców. Jeżeli się to wszystko umie, trzeba na koniec wiedzieć, co robić, żeby w książce rosło napięcie jak w teatrze, by wszystko było w swoim czasie i w dobrych proporcjach.

Proste – prawda ? 😉

Tę edycję wydawnictwa Media Rodzina śmiało można określić mianem wydania luksusowego. Twarda oprawa w dwóch wersjach, piękny, kredowy papier, słuszny rozmiar – jedyne co może rozczarowywać, to fakt, że tomisko tych rozmiarów zawiera jedynie pierwszą część „Księgi dżungli”. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie każe nam zbyt długo czekać na tom drugi.


To jest druga wersja okładki pierwszego tomu, „Drugiej księgi dżungli” nie ma do dziś 😦

Rudyard Kipling Księga dżungli”, przekł. Andrzej Polkowski, ilustr.: Józef Wilkoń, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009