Wpis z 2 kwietnia 2015 roku. Książka przypomniała mi się teraz po tym, jak w czasie niedzielnego spaceru spotkaliśmy w pobliskim lesie takich spacerowiczów 😉
Ernest jest CAŁKIEM sporym łosiem. Jest tak DUŻY, że nie może wejść do środka tej książki…
W
jaki sposób sobie poradzi ?
Ernest wykazuje ogromną determinację usiłując zmieścić się w tej książce, ale niezależnie od tego, którą stroną by się nie przymierzał, coś mu do niej nie wchodzi.
A jednak (zdradzę puentę, ale myślę, że target tej książeczki raczej nie czytuje mojego bloga) – UDA się !!! Od czego ma się przyjaciół ?
Ale jak ? Tego już nie powiem 😉
„Ernest” to przeurocza książka o niekonwencjonalnym myśleniu, twórczym podejściu do życia i odwadze w przełamywaniu trudności. 🙂
Wpis z 18 czerwca 2006 roku – wtedy ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Ciekawa jestem, co by było, gdyby ją teraz wznowiono ?
Co takiego w nim było, że go tak nienawidzono ? Czy naprawdę aż tak bardzo różnił się od reszty dzieciaków ? Wtedy tak się wydawało. (…) Może to jego imię albo pulchna budowa, może rude włosy, może wysokie czoło lub jego ubrania, albo sposób w jaki nosił torbę – przewieszoną przez pierś na skos – może chodziło o drobiazgi. Nie było nic szczególnego, co dałoby się uchwycić, ale w jakiś sposób wszystkie te cechy razem wyróżniały go i czyniły celem żartów. A to, co zaczęło się jako kpiny i podśmiewania, skończyło się zaciekłą nienawiścią.
Zaczęło się niewinnie i nikt z tych, którzy zaczynali, nie przypuszczał, że zajdą w tej grze tak daleko. Taka zabawa wciąga, daje poczucie wyższości – jesteśmy MY, ci lepsi i ON, ten gorszy, właściwie sam sobie winien, że spotyka go to wszystko, skoro jest taki niefajny.Gra Baileya zaszła tak daleko również dlatego, ze pozwoliła na to szkoła – nie zauważając w trakcie i bagatelizując, kiedy było już po wszystkim.
Od tamtej pory minęło sporo czasu i dla większości uczniów Michael Bailey jest tylko legendą z przeszłości, a tamte wydarzenia obrosły w wiele mitów. Nikt już nie zastanawia się, jak było naprawdę – najłatwiej jest zapomnieć. Zapomnieć jednak nie można, bo gra powraca, ale tym razem jest to Gra Lauren. Wszystko jest tak samo, tylko Alex już nie potrafi przyglądać się obojętnie…
Gra Baileya zostawia ślad w psychice wszystkich jej uczestników – zarówno ofiary jak i prześladowców, dotyka także tych obojętnych, którzy pozornie nie stają po żadnej ze stron. Ta książka uzmysławia, jak niewiele trzeba, by stać się ofiarą grupy. Pokazuje również, jak trudno jest nie stać się prześladowcą i jak silny charakter potrzebny jest, żeby przeciwstawić się grupie.
To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Klimat horroru, narastające napięcie – jest w niej coś, co nie pozwala o niej zapomnieć. Kiedy obejrzałam pierwszy raz „Ptaki” Hitchcocka, przez pewien czas czułam się nieswojo, gdy w pobliżu siadał ptak większy od wróbla. Po lekturze „Gry Baileya”, widząc dzieci wracające ze szkoły, nie mogłam się powstrzymać od rozważań – czy wśród nich też toczy się taka gra ? Czy koledzy i koleżanki moich córek byliby zdolni do takich zachowań ? Jak zachowałyby się w takiej sytuacji one same, czy raczej stałyby się ofiarami czy prześladowcami ? Czy ich szkoła, ich nauczyciele potrafiliby w porę zapobiec ? Nie wiem. Mogę tylko mieć nadzieję, że nigdy nie będę musiała poznać odpowiedzi na te pytania.
P.S. „Gra Baileya” to także jedna z największych napotkanych przeze mnie pomyłek wydawniczych. Przedziwnym zrządzeniem losu ukazała się w serii „Książki super” razem z perełkami typu: „Duch na luzie” czy „Mój nauczyciel jest wampirem”. Cała seria reklamowana jest jako: Najciekawsze, najśmieszniejsze i „najstraszniejsze” powieści dla fanów czarów i tajemnic, kosmicznych przygód i duchów, szkolnych kawałów i kryminalnych zagadek, zakręconych pomysłów i odlotowej zabawy ! Osoba, która podjęła taką decyzję, chyba nie czytała tej książki zbyt uważnie 😦
Ja sama nie trafiłabym na nią, gdybym wcześniej nie przeczytała niezwykłego „Dziecka czarownicy” tej samej autorki. Ale o tym napiszę innym razem… (edit: napisałam –> tędy proszę )
Festiwal książek Jacqueline Wilson w naszym domu trwa 🙂
Po ”Dziewczynce z walizkami i ”Na krawędzi” (opisanymi juz tutaj) oraz „Podwójnej roli” (o której innym razem) przyszła kolej na „Urodziny Daisy”, a jeszcze sporo przed nami. Środkowa z córek dostała tę książkę na dziesiąte urodziny i błyskawicznie ją połknęła, natomiast ja, czytając, miałam wrażenie, jakby to było o niej i jej koleżankach.
Okazuje się, że dziewczynki w tym wieku są do siebie podobne, niezależnie od tego, czy żyją w Anglii, w Polsce, czy jeszcze gdzieś indziej. Na zebraniach w początkowych klasach szkoły podstawowej dużo uwagi poświęca się zazwyczaj problemom z zachowaniem chłopców, bo to oni robią więcej zamieszania. Przypominają małe niedźwiadki, które bez przerwy się ze sobą mocują i poszturchują. Dziewczynki w tym wieku przywodzą mi raczej na myśl kłębowisko żmij 😉 Tu nie ma otwartych walk – są szepty za plecami, zmowy milczenia i szantaże: jak się będziesz z NIĄ przyjaźnić, to JA CIEBIE nie będę lubić.
Amy,
Bella, Chloe, Daisy i Emily –
koleżanki z klasy tworzą tajny Klub
Alfabetek,
bo ich imiona zaczynają się na kolejne litery alfabetu. Wszystkie
po kolei zapraszają resztę na urodzinowe przyjęcie z nocowaniem.
Daisy obawia się swoich urodzin – nie wie, jak przyjaciółki
zareagują na jej starszą, niepełnosprawną siostrę Lily, która
jeździ na wózku i nie mówi…
W każdym domu może zdarzyć się ktoś lub coś, z jakiegoś powodu zaskakujący postronnych – jakieś rodzinne zwyczaje, wystrój mieszkania, fryzura Mamy czy specyficznej urody pies 😉 Czy stanie się to tematem do kpin, czy nie, zależy w dużym stopniu od stosunku samego dziecka do własnego domu i od jego poczucia własnej wartości. Jeśli sami uważamy, że coś jest powodem do wstydu, to również nasze otoczenie będzie tak traktować ten problem. Daisy kocha siostrę, mimo że nie jest podobna do innych starszych sióstr i dlatego wbrew jej obawom koleżanki (w większości) reagują na Lily normalnie.
Wszystko to znamy z własnego podwórka – zarówno rywalizację na przyjęcia urodzinowe (a to w ZOO, a to w kręgielni czy na basenie), jak i ciągły stres, że najlepsza (jeszcze wczoraj) przyjaciółka dziś już może przyjaźni się z kimś innym. Jest wśród koleżanek Środkowej taka dziewczynka, która (zupełnie jak Chloe) zawsze i w każdych okolicznościach rządzi pozostałymi, a one się jej poddają. Trwa to już kilka lat. Ani ja, ani inni rodzice nie rozumiemy – co w niej jest takiego i skąd się bierze ta jej Moc, bo nie jest to nic, co mogliby zrozumieć dorośli: ani nadzwyczajna uroda, ani mądrość, ani możliwość imponowania gadżetami. Może jest trochę tak, jak w książce powiedziała Emily: lepiej być z nią w przyjaźni, niż mieć w niej śmiertelnego wroga. Brzmi to niemal jak rozważania kardynała Richelieu… Z wcześniejszego doświadczenia z Najstarszą wiem jednak, że z tego wieku się po prostu wyrasta i to pomaga mi przetrwać 😉
Jacqueline Wilson „Urodziny Daisy” , przekł.: Renata Kopczewska., ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006
Edit. 14 maja 2026 – „Król złodziei” został wznowiony przez Wydawnictwo Kropka w tym samym przekładzie co poprzednio, ale z innymi ilustracjami 😦
Wpis z 27 stycznia 2011 roku:
Gdy Wiktor po raz pierwszy usłyszał o Prosperze i Bo, w księżycowym mieście była jesień. Słońce odbijało się w kanałach i zalewało stare mury złotem, ale od morza wiał lodowaty wiatr, jak gdyby chciał przypomnieć ludziom o zbliżającej się zimie. W powietrzu czuło się już przedsmak śniegu, a jesienne słońce ogrzewało tylko skrzydła aniołom i smokom na dachach.
Wiktor Getz, detektyw. Śledztwa każdego rodzaju. – taki napis mieścił się na drzwiach jego biura. Estera i Max Hartlibowie właśnie kogoś takiego szukali. Kogoś, kto w labiryncie weneckich kanałów, zaułków, placów i mostów będzie potrafił odnaleźć dwóch małych uciekinierów. Po śmierci Mamy ich jedyną krewną była właśnie Estera, ale ona chciała zaopiekować się tylko młodszym z chłopców, starszego umieszczając w internacie. Bracia nie chcieli zostać rozdzieleni i uciekli – najprawdopodobniej do Wenecji.
Dlaczego akurat tam – przez całą Europę ? Bo ich Mama bez przerwy opowiadała chłopcom o tym mieście. Że są tu skrzydlate lwy i kościoły ze złota, że na dachach stoją anioły i smoki, a po schodach przy kanałach wychodzą nocami wodniki. (…) Wenecja, Wenecja, Wenecja ! MałyBo ciągle malował skrzydlate lwy, aProsper dosłownie chłonął każde słowo matki.
Wiktor sceptycznie podszedł do tego zlecenia. Nie wierzył, że chłopcom udało się dotrzeć do miasta, jednak okazało się to prawdą. Razem z kilkorgiem innych bezdomnych dzieci mieszkali w nieczynnym kinie „Pod gwiazdami”, a cała grupa pozostawała pod opieką tajemniczego Króla złodziei…
Tak zaczyna się ta książka, o której Najmłodsza z moich córek (lat obecnie 11) mówi moja ulubiona, a która wcześniej była też ukochaną lekturą córki Najstarszej. Książka niezwykła, na poły realna, na poły magiczna – tak jak niezwykłe, na poły realne, na poły magiczne jest to miasto.
Jeśli mogę tak stwierdzić na podstawie dwuosobowej próby moich córek – ta lektura rozpala apetyt na Wenecję i pozostawia jej niedosyt… Kiedy Najstarsza zaczęła domagać się kolejnych weneckich książek odkryłam z żalem, że ich właściwie nie ma 😦 Znalazłam jedną, ale w streszczeniu na okładce była mowa o walce armii weneckiej z silami egipskimi pod wodzą zmartwychwstałego z mumii faraona. W XIX wieku !!! Jest jeszcze „Vendela w Wenecji”, ale „Zakamarki” jakoś nie kwapią się z jej wydaniem 😦
Znalazłam też wtedy coś dla siebie – serię weneckich kryminałów Donny Leon i było to jedno z moich fajniejszych odkryć książkowych, a komisarz Guido Brunetti jest nadal moim ulubionym policjantem. Z każdym kolejnym tomem z radością spotykam się z nim, z jego żoną Paolą i ich dziećmi oraz jego współpracownikami z weneckiej komendy. W napięciu czekam na informację, co tym razem Paola przyrządziła na kolację, oraz na wzmianki o kreacjach signoriny Elettry. Wątki kryminalne są tam dla autorki – Amerykanki od lat mieszkającej w Wenecji jedynie pretekstem do opowieści o prawdziwym życiu w tym mieście – poza sezonem i w miejscach, gdzie nie docierają turyści. Oczywiście nie są to lektury dla nastolatków, ale jeśli prawie pełnoletnia Najstarsza będzie szukała czegoś do czytania, podsunę jej chyba „Śmierć w La Fenice”.
Najmłodsza na Donnę Leon będzie musiała jeszcze poczekać, ale dla niej „Król złodziei” miał inny ciąg dalszy. Jakiś czas temu trafiłam przypadkiem na ekranizację tej książki pod mylącym polskim tytułem„Złodziejaszki” (w oryginale i książka, i film noszą tytuł „Herr der Diebe”). Film na szczęście nie jest produkcją hollywoodzką tylko niemiecką i generalnie trzyma się treści książki. Wenecja jest tam prawdziwa, a nie zbudowana w atelier, a postaci wyglądają tak, jak je wymyśliła Cornelia Funke. Nie policzę, ile razy Najmłodsza go oglądała, ale jest to zdecydowanie jeden z jej ulubionych filmów.
Cornelia Funke „Król złodziei” (z ilustracjami autorki), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Egmont, Warszawa 2003
Edit. 14 maja 2026 roku
Dziękuję Wydawnictwu Kropka za egzemplarz recenzencki tej książki !
Bardzo ucieszyłam się z wiadomości o jej wznowieniu – szczególnie, że to jest ten sam przekład Anny i Miłosza Urbanów, co poprzednio. Szkoda mi natomiast autorskich ilustracji Cornelii Funke z tamtego wydania. Nowe, pod którymi podpisany jest Karol Kinal na pierwszy rzut oka wyglądają dobrze…
…jednak informacja o tym, że zostały wygenerowane przy pomocy Adobe Firefly czyli sztucznej inteligencji, budzi moje mieszane uczucia 😦
Cornelia Funke „Król złodziei” przekł.: Anna i Miłosz Urban, ilustr.: Karol Kinal (i Adobe Firefly) wyd.: Kropka, Warszawa 2026
Oto galeria przemiłych kotków, / Lecz każdy dziką bestią jest w środku, / W jednym lew ryczy, w drugim pantera, / W innym się tygrys odzywa nieraz…
„KOT ty jesteś ?” to książka, która powstała w podobny sposób jak „Drzewka szczęścia”. Najpierw były koty, które Elżbieta Wasiuczyńska wyaplikowała na pościel „A ja mam kota !” firmy Lela Blanc. Pomysł książki pojawił się dopiero potem i wtedy opisał je wierszem Marcin Brykczyński. Jej pojawienie się ułatwia decyzję tym, którzy mogli mieć problem, czy wybrać pościel z kotami czy też z Liczypieskami Ewy Kozyry – Pawlak, skoro tylko jedne z nich miały swoją książkę. Teraz szanse są wyrównane 😉
Niewinny wygląd każdego myli, / Lecz może zmienić się w jednej chwili, / Kły drapieżnika, ostre pazury / I już dobiera ci się do skóry.
Gwiezdny kot z futerkiem ozłoconym gwiezdnym pyłem, kot meloman, koci król, Elektrykot, anioł nie kot… „KOT ty jesteś ?” to galeria kocich portretów prawie jak „Koty” (czyli „Old Posssum’s Book of Practical Cats”) T.S. Eliota, które stały się podstawą naszego ukochanego musicalu. Kto wie ? Może kiedyś doczekamy się spektaklu w oparciu o tę książkę, a scenografię z polaru zrobi Elżbieta Wasiuczyńska ? Ech, można pomarzyć… 😉
A potem znowu łasi się miło, / Jakby się nigdy nic nie zdarzyło, / I zaraz wszystkich wdziękiem zachwyci: / Och jaki kotek, ach kici, kici…
Na okładce można przeczytać ostrzeżenie następującej treści: Uwaga ! Kto weźmie tę książkę do ręki, na pewno dostanie kota na punkcie kota ! Ja mam kota na punkcie mojego psa i to się po jej lekturze nie zmieniło, ale zdecydowanie pogłębił mi się ten kociak, którego mam a punkcie ilustracji Eli 🙂 Szczególnie urzekła mnie ta – w majowym nastroju, którą pozwoliłam sobie pożyczyć z bloga autorki (a jeśli chcecie zobaczyć, jak powstawała – proszę –>> tutaj )
Marcin Brykczyński (tekst), Elżbieta Wasiuczyńska (ilustr.) „KOT ty jesteś ?”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2016
Wpis z 28 lutego 2007 roku. W 2014 wznowiło tę książkę wydawnictwo Akapit Press i ta wersja ma okładkę zdecydowanie przyjemniejszą dla oka 😉
Życzenia wypowiadane nad tortem urodzinowym mają niezwykłą moc. Zdmuchując dziesięć świeczek ze swojego tortu Amelka pomyślała, że chciałaby zostać słynną aktorką. W jej wieku to zupełnie normalne – moje córki też mają takie marzenia. Dla dziesięciolatki z Bolków Małych wydawać by się one mogły niemożliwe do spełnienia (a w każdym razie nieprędko), a jednak…
….w
jej wsi zjawiła się ekipa filmowa kręcąca ekranizację
„Panny z mokrą głową” !!! Nastoletnia gwiazda, która miała
grać rolę tytułową, niespodziewanie zrezygnowała i Pani Reżyser
zdecydowała się szukać zastępstwa na miejscu. Do castingu
przystąpiły wszystkie dziewczynki ze wsi i okolic, ale to właśnie
Amelka – elokwentna i oczytana, a przy tym najstarsza z szóstki
rodzeństwa i cała w siniakach od łażenia po drzewach – dostała
tę rolę. Wkrótce okazało się, że zadania aktorskie nie będą
wcale najtrudniejszą z rzeczy, które ją czekają. Dużo
trudniejszy był późniejszy powrót do szarej codzienności i
szkolnych obowiązków. Musiała też sprostać ciężarowi sławy i
stawić czoła zazdrości rówieśników. Na szczęście udało jej
się w końcu odróżnić popularność od prawdziwej przyjaźni –
być może dzięki życzeniu pomyślanemu przez kogoś nad innym
tortem 😉
Amelia, Tycjan, Oktawian, Lukrecja, August, Emma. Kiedy spotykamy się z takim zestawem (i ilością !) imion w rodzinie, szczególnie wiejskiej, natychmiast wyobrażamy sobie dom ocierający się o patologię i niewydolny wychowawczo. Nie wiem, czy celem twórczości pisarskiej pani Katarzyny Majgier jest obalanie stereotypów związanych z wielodzietnością, czy wychodzi jej to „przy okazji”, ale po rodzinie z bloków w ”Trzynastce na karku” w tej książce upada stereotyp wielodzietnej rodziny wiejskiej. Rodzice Amelki nie są bezmyślnymi dzieciorobami z marginesu – tworzą w pełni wydolną wychowawczo i kochającą się (choć niezamożną) rodzinę. W dodatku czytają książki, co w ich środowisku nie jest takie częste. Ich marzenia tez są z książkami związane: Mamusia marzy o dużej bibliotece pełnej książek, bo lubi czytać. Tatuś marzy o ciekawej pracy, w której mógłby zarabiać tyle, żeby wyremontować nasz dom i kupić książki, o których marzy mamusia. 😉 Równocześnie poznajemy zamożne rodziny w których kuleje wychowanie jedynaków. Może trochę szkoda, że autorka wpada z jednego stereotypu w drugi – chyba, że zostawia sobie temat do następnych powieści. Kiedy już wyczerpie jej się tematyka wielodzietności, wtedy rozprawi się ze stereotypami jedynaków 😉
Jedyną rzeczą, która mi się w tej książce nie podoba, są ilustracje. Kojarzą się z najgłupszymi kreskówkami na Cartoon Network 😦 Za każdym razem, kiedy mam okazję poobcować trochę z tymi filmami, zastanawiam się – w czyim umyśle mogą powstać takie idiotyczne pomysły ? Doszłam wreszcie do tego, że ich twórcami są zapewne ludzie, którzy sami wychowali się już wyłącznie na kreskówkach. Jak będą wyglądały dzieła tych, którzy wyrosną na ich twórczości ? Boję się nawet pomyśleć.
Jeśli jednak te piękne inaczej ilustracje, zachęcą do lektury „Amelki” klientelę Cartoon Network, to niech już sobie takie będą. Czasami cel uświęca środki. Dzieciom o bardziej rozwiniętych gustach jednorazowy kontakt z tą poetyką nie zaszkodzi. Środkowa z moich córek oprócz „Amelki” znalazła pod choinką jeszcze piękny album ”Sztuka nie tylko dla dzieci” wydany przez „Znak”. Tak na wszelki wypadek 😉
Katarzyna Majgier „Amelka” (seria: Magnes), ilustr.: Wojciech Stachyra, wyd.: Egmont, Warszawa 2006
i kolejne części cyklu o Neli – „Kawa dla kota” i „Miłość bez konserwantów”.
Wpis z 28 listopada 2007 roku:
Być może przegapiłabym tę książkę, gdyby nie mała burza, jaka się wokół niej rozpętała na jednym z forów. Zaintrygowała mnie, więc znalazłam ją i przeczytałam. Spodobała mi się. Potem pomyślałam sobie, że może wrodzona przekora wykrzywia mi optykę, więc dałam ją do przeczytania Najstarszej z córek. Też jej się spodobała 🙂
Nela ma trzynaście lat i właśnie rozpoczęła naukę w gimnazjum. W nowej szkole nie czuje się dobrze, nie potrafi znaleźć wspólnego języka z koleżankami z klasy. Sytuacja rodzinna również jej się komplikuje – w jej życiu pojawia się nagle rodzina Taty, który od lat nie utrzymuje z córką kontaktu, oraz dziecko, które ma się urodzić Mamie i Artyście. Co prawda Nela znakomicie dogaduje się z ze swoim ojczymem, ale nie wiadomo, co się stanie, kiedy pojawi się nowy członek rodziny. Poznaje też pewną starszą panią, która przypomina mi trochę Vianne Rocher, bohaterkę „Czekolady” – z tą różnicą, że pani Lila czaruje dżemami….
„M jak dżeM” to taka jesienna książka. Pełna barw i smaków, ale podszyta smutkiem i melancholią. Można ją też zaliczyć do książek świątecznych, bo przecież kończy się przygotowaniami do Wigilii.
Pierwszym zarzutem, jaki pojawił się we wspomnianym wątku, był pewna stygmatyzacja, jakiej dokonała Autorka, nazywając negatywne postaci – Wanessa Gwóźdź, Isaura Kowalska i Sandra Wątroba, w przeciwieństwie do bohaterki pozytywnej o imieniu Aniela. No fakt – coś w tym jest, ale z drugiej strony…. Nela odziedziczyła swoje imię po prababci i jest to szczegół istotny dla całości akcji – trudno wobec tego, żeby była Nikolą czy Sabriną. Natomiast jej szkolne prześladowczynie przez większą część książki znamy jako Goły Pępek, Miss Perfumerii i Rudą – ich imiona pojawiają dopiero na setnej stronie. Do tego czasu zdążyliśmy już poznać je od najgorszej strony. Najstarsza stwierdziła, że te imiona świadczą bardziej o ich rodzinach niż o nich samych. Poza tym – są kompatybilne z zamiłowaniem owych dziewczyn do głupich seriali 😉
Imiona owych dziewczyn mieszczą się ponadto w nieco groteskowej (żeby nie powiedzieć – tragikomicznej) konwencji, w jakiej Agnieszka Tyszka opisuje szkołę Neli – trochę podobnej do tego, jak widzi te instytucję Małgorzata Musierowicz w nowszych tomach „Jeżycjady”. Książka momentami jedzie po stereotypach (że się wyrażę kolokwialnie 😉 ), ale te stereotypy nie biorą się znikąd. To że istnieją środowiskowe mody na imiona wiadomo nie od dziś – tak było od wieków. Nie jest tajemnicą również to, że nauczyciele bywają różni i obok mądrych trafiają się tacy, którzy wybrali ten zawód jedynie z braku innych pomysłów na życie.
Czy jednak można powiedzieć, że ta książka pokazuje złe wzorce radzenia sobie (a raczej nieradzenia) z problemem agresji w szkole? Czy przeniesienie Neli do innej szkoły było ucieczką? O to samo zapytała ją pani Lila:
– Nie wiem, jakie powinno być zakończenie tej historii.W bajce wszystko byłoby proste – złe dziewczyny ukarane, a pokrzywdzona zyskuje zasłużoną nagrodę. Ale to nie bajka… Może więc warto zastanowić się chociaż, co dla ciebie stanowiłoby zasłużoną nagrodę ?
Nela
pomyślała przez chwilę, przywołując w pamięci zakończenia
znanych jej bajek.
– Żaden przystojny książę, żaden piękny pałac, klejnoty i inne bogactwa, ani to słynne „żyli długo i szczęśliwie…”. Po prostu święty spokój – powiedziała w końcu. – Normalna klasa. Nic nadzwyczajnego.
Dla mnie było to naturalne działanie rodziców poszukujących odpowiedniego miejsca dla swojej córki. Nie ma szkoły idealnej dla wszystkich, ale chodzi się tam po to, żeby się uczyć, a nie po to żeby uprawiać walkę z wiatrakami, w pojedynkę przeciw wszystkim (z dyrekcją włącznie). Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, a już na pewno nie delikatna i wrażliwa Nela.
Jedno wiem na pewno – to nie jest książka do osób na diecie. Kiedy się ją czyta, przychodzi ochota na herbatę i jakąś konfiturę, albo dżem. Może aksamitne morele na jesienną zadumę ? Albo rozgrzewające malinki na pierwsze mrozy ? Albo szarlotkę – z jesiennych jabłek oczywiście? Zaczynam rozumieć, czemu ostatnio chodzi za mną ta szarlotka… 😉
Agnieszka Tyszka „M jak dżeM”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007
Wpis z 30 marca 2008 roku:
Weszłam do Empiku właściwie tylko po to, żeby kupić ”Cukiernię pod Pierożkiem z Wiśniami” dla kolejnej solenizantki z klasy Najmłodszej z córek. Nie znalazłam jej od razu, musiałam trochę poszperać po półkach i wtedy stało się…
Najpierw moją uwagę zwróciła okładka w kolorze kawy latte – ma w sobie coś ciepłego, a równocześnie romantycznego. Potem wpadł mi w oko kawowy tytuł. Wreszcie – nazwisko autorki wywołało jakże słuszne skojarzenie. Tak – to właśnie jest ciąg dalszy kontrowersyjnej książki ”M jak dżeM”.
Od Świąt zamykających tamtą część minęło pół roku, a życie Neli dalekie jest o happy endu, które sugerowało jej zakończenie. Malutka siostrzyczka zupełnie nie przypomina słodkich bobasów z reklam pampersów. Mama i Artysta umęczeni jej kolkami i ciągłym płaczem nie mają ani czasu, ani siły, żeby interesować się starszą córką. Ojciec, obdarowany przez nią „Tatownikiem”, nie potrafił odnaleźć się w tej sytuacji. W dodatku jeszcze – najlepsza przyjaciółka wróciła z wakacji zakochana. Ogólnie jest niewesoło i wtedy z pomocą przychodzi nieoceniona pani Lila…
O czym jest ta książka ? Przede wszystkim o miłości – we wszystkich jej aspektach: męsko – damskim (czy lepiej chłopięco – dziewczęcym 😉 ), rodzinnym, a także o miłości człowieka do zwierzęcia. O odpowiedzialności. I wreszcie – o zapomnianej już zupełnie (a jakże urokliwej) mowie kwiatów.
Czytając „Kawę dla kota” miałam nieodparte wrażenie, że autorka niejako dyskutuje w niej z krytycznymi głosami dotyczącymi poprzedniej części. Świadczy o tym choćby poprowadzenie postaci pani Purchawki, która okazuje się być kimś zupełnie innym niż by to sugerowało jej zimowe nakrycie głowy. Pojawia się w tam także niejaka Sandra Wątroba (zwana również Gołym Pępkiem) w nieoczekiwanym wcieleniu. Speech o przemocy znajdujący się na stronie 58 brzmi zupełnie tak, jakby był postem w podlinkowanym przeze mnie wątku.
Otwarte
zakończenie „Kawy
dla kota” sugeruje,
że może będzie miała ona ciąg dalszy… Czekamy z ciekawością
🙂
Agnieszka Tyszka „Kawa dla kota”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008
Ciąg dalszy i zamknięcie cyklu ukazało się pod tytułem „Miłość bez konserwantów”. Jeśli spodobają Wam się pierwsze dwa tomy, na pewno sięgniecie i po ten 🙂
Dawno, dawno temu, na skraju olbrzymiego lasu stała niewielka chatka. Mieszkał w niej staruszek z prosięciem, kogucikiem i myszką.
Dziadek uwielbiał wygrzewać się na słońcu, prosiaczek taplać w błocie, kogucik podskakiwać i trzepotać piórkami, a myszka chrobotać. Żyło im się całkiem przyjemnie i bardzo się lubili.
Aż tu pewnego razu przed samotną chatkę zajechał z wielkim hałasem kolorowy wózek zaprzężony w osiołka…
Tym
wózkiem wjechał w ich życie handlarz starzyzną. Póty tłumaczył
i namawiał, aż wreszcie przekonał Dziadka, że do pełni szczęścia
brakuje mu kilku rzeczy. Ten niewiele myśląc wymienił swoich
przyjaciół na przedmioty: fajkę, nożyk i tabakierkę. Wszystkie
były śliczne i błyszczące, ale on wcale nie był z tego powodu
szczęśliwszy. Wręcz przeciwnie.
Świat, w którym żyjemy, wkłada wiele wysiłku w tłumaczenie nam, że bardzo potrzebujemy wciąż nowych przedmiotów. Sklepy pełne są jeszcze lepszych wersji tego, co już mamy. Wszystko oczywiście jest najwspanialsze i niepowtarzalne, choć powielane w tysiącach sztuk. Sens współczesnego życia nie polega na korzystaniu z rzeczy już posiadanych, tylko na dążeniu do posiadania następnych.
Dzieciństwo, które przypadło w udziale naszym dzieciom, w coraz większym stopniu składa się z reklam – wylewających się z dziecięcych gazetek i wciskających się w środek dobranocki. Zanim uda im się obejrzeć jakikolwiek film, zostaną poinformowane o kilku innych, które też muszą konieczne zobaczyć czyli namówić rodziców na kupno kasety (płyty, biletu do kina – niepotrzebne skreślić 😉 ), że o całej masie gadżetów z nimi związanych nie wspomnę.
“Bajka
o szczęściu” to mały moralitet, uczący nas, że tego, co
naprawdę ważne, nie można kupić za żadne pieniądze. Dziadkowi
udaje się w końcu odzyskać (nie odkupić !!!) przyjaciół, ale w
życiu takie historie rzadko kończą się happy endem.
Ta książka została wydana przez wydawnictwo Ezop w pięknej serii “Z zebrą”. Składają się na nią książki mądre, pięknie ilustrowane (ta – przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch) i niezwykle starannie wydane – wszystkie z przyjemnością czytałam moim córkom.
“Bajka o szczęściu”stała się również kanwą przedstawienia w warszawskim teatrze “Baj”. Warto wybrać się na nie – jest spokojne, proste i czytelne w przesłaniu i adresowane (tak jak książka) do starszych przedszkolaków. (Edit: w repertuarze Teatru Baj już go nie ma, ale widzę, że tę baśń wystawiały tez inne teatry – m.in. Pleciuga w Szczecinie i Opolski Teatr Lalki i Aktora)
Izabela Degórska “Bajka o szczęściu”, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd. Ezop, Warszawa 2003
Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Tłumacza, więc przyszło mi do głowy, że warto z tej okazji przypomnieć ten wpis z 3 lipca 2007 roku, bo chyba w żadnym innym przypadku nie poświęciłam takiej uwagi własnie pracy tłumaczy:
Była noc i wszystkie dzieci w sierocińcu już spały. Tylko jedna mała dziewczynka nie mogła zasnąć – przeszkadzał jej w tym promień księżycowego światła wpadający przez szparę w zasłonach. Chciała je zasunąć, więc wstała i wyjrzała przez okno na uśpioną ulicę. Nagle usłyszała kroki. Nie mógł być to człowiek – wykluczone. Stwór ten był cztery razy wyższy od najwyższego człowieka, tek wysoki, że głową sięgał ponad okna pierwszego piętra. Kiedy zorientował się, że dziewczynka go zobaczyła, wsunął rękę przez okno, zabrał ją zawiniętą w kołdrę i oddalił się wielkimi krokami…
Tym stworem był BFG, a tego, dokąd ją zabrał i co było dalej, można dowiedzieć się z książki. Tylko której ? Patrząc na te dwie okładki trudno się od razu domyślić, że jest to ta sama książka. Kolejna, którą mogę zaliczyć do kontrowersyjnych – tym razem z powodu tego, co robili z nią polscy wydawcy.
Po raz pierwszy ukazała się w Polsce jako „Wielkomilud”. Tytuł miły, tylko dlaczego tak odmienny od oryginalnego ? We wszystkich przekładach na inne języki, które udało mi się znaleźć brzmiał on nadal „BFG”.
„Wielkomiluda” zilustrował Franciszek Maśluszczak – twórca niewątpliwie wybitny. Dlaczego jednak nie skorzystano z kanonicznych ilustracji Quentina Blake’a ? Blake był przyjacielem Dahla, pracowali razem przez 15 lat, aż do śmierci pisarza. Te ilustracje zostały przez autora zaakceptowane – takiego BFG sobie wymyślił.
Bardzo cenię twórczość Franciszka Maśluszczaka, ale moim zdaniem jego wizje nie pasują do treści książki. Nie są też odpowiednie dla dzieci. Środkową z moich córek skutecznie zniechęciły do tej lektury. Sposób w jakim deformują rzeczywistość – o ile w pewnym stopniu uzasadniony jest tam, gdzie rzecz dzieje się w ponurej krainie olbrzymów – już w części londyńskiej, która dzieje się Pałacu Buckingham, nie ma sensu. U Blake’a Królowa wygląda tak, jak wyglądać powinna – czyli jak prawdziwa angielska dama, jak królowa Elżbieta.
BFG to przecież Big Friendly Giant. O Wielkomiludzie Maśluszczaka można wiele rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie wygląda przyjacielsko. Co innego BFG Blake’a – to jest naprawdę sympatyczny potwór ! W pierwszym odruchu chciałam napisać, że ma miłe oczy, ale przyjrzałam mu się jeszcze raz i zauważyłam, że przecież jego oczy to kropeczki. A jednak te kropeczki patrzą ciepło i serdecznie. Wielkomilud ma oczy smutne. Smutne to w ogóle jedyne określenie, jakie nasuwa mi się na widok tych ilustracji. Dlaczego takie, skoro BFG jest stworem opiekuńczym i wielkodusznym, a książka o nim – pełna ciepła i śmieszna ? Zastanawiam się – po co robić jeszcze raz tylko gorzej coś, co ktoś już zrobił lepiej ?
Po raz drugi po „BFG” sięgnęło poznańskie wydawnictwo „Zysk i S-ka” wydając całą serię książek Roalda Dahla. Na pierwszy rzut oka to wydanie robi dużo lepsze wrażenie – dzięki tytułowi, który już się bardziej kojarzy z oryginałem, i ilustracjom Blake’a. Niestety potem jest już tylko gorzej 😦
Ta książka to ogromne wyzwanie dla tłumacza, bo BFG mówi w sposób bardzo specyficzny (inne olbrzymy też). Przekręca słowa, kaleczy składnię, tworzy rozmaite neologizmy. Jerzy Łoziński, tłumacząc„BFO”, miał podwójnie trudne zadanie, bo dodatkowo musiał jeszcze zrobić to inaczej niż Michał Kłobukowski w „Wielkomiludzie”. Efekty tego są różne. Czasem powstały wersje równorzędne jak w przypadku warzyny i jarzywa. W niektórych przypadkach zdania są podzielone – mi np. bardziej podobają się durnialuki, ale baniałupy też mają swoich zwolenników. Czasami jednak nie dało się znaleźć nic dorównującego pomysłowi poprzednika. Przykład jeden z wielu – napój gazowany, który piją olbrzymy to w „Wielkomiludzie” bąbliżada (z brąbelkami). U BFO piją one podniachę (z bzy bzy) i to już nie jest to. W „BFO” brakuje mi tej nuty poezji, którą miał „Wielkomilud”. Nie znalazłam też tam takich perełek językowych jak: ksztyliony , każdziuteńkie każdziuteniectwo (a nie najszczególniejszy drobnik), tędy i szwędy czy co diabli, to ponagli, które niepostrzeżenie weszły do mojego języka.
Kiedy wiele lat temu pojawiła się nowa wersja Kubusia Puchatka czyli Fredzia Phi Phi, praca tłumaczki została przez kogoś skwitowana jako kawał roboty ze słownikiem w ręku odwalony zupełnie niepotrzebnie. Tu jest podobnie. Zastanawiam się – po co robić jeszcze raz tylko gorzej coś, co ktoś już zrobił lepiej ?
A
więc – BFG
czyli Wielkomilud czy BFO ?
Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało 😉 Jeśli nie mam szans na edycję marzeń – z tytułem RoaldaDahla, tekstem w przekładzie Michała Kłobukowskiego i ilustracjami Quentina Blake’a, to z bólem serca wybiorę „Wielkomiluda”. W książce jednak najważniejszy jest tekst – przecież służy ona do czytania.
Roald
Dahl „Wielkomilud”, przekł.:
Michał Kłobukowski, ilustr.: Franciszek Maśluszczak, wyd.: GIG,
Warszawa 1991
Roald Dahl „BFO”, przekł.: Jerzy Łoziński, ilustr.: Quentin Blake, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2003
Żeby kwestię jeszcze bardziej skomplikować, juz po ekranizacji tej książki Dahla ukazała się w Polsce jej kolejna wersja. Tym razem pod tytułem „BFG – Bardzo Fajny Gigant” wydało ją Wydawnictwo Znak, a przełożyła ją na nowo Katarzyna Szczepańska – Kowalczuk. Niestety również ten przekład (a przynajmniej te fragmenty, które miałam okazję przeczytać w sieci) nie zachwycił mnie tak, jak „Wielkomilud”. Nie wiem też, jak brzmiała polska lista dialogowa w ekranizacji.
zdjęcie z facebookowego profilu Wydawnictwa Entliczek
Pierwszą z tych książek czytałam w zeszłym roku, a pisałam o niej 1 lipca 2018 roku. Druga ukazała się niedawno i sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem i nadziejami 🙂
Historia, która opowiadam, rozpoczyna się przed czterema laty, w pierwszych dniach lata 1939 roku. Anglia stała wtedy u progu kolejnej Wielkiej Wojny, tej, która nadal się toczy. Większość ludzi się bała. Ja miałam dziesięć lat (chociaż wtedy o tym nie wiedziałam) i mimo że słyszałam o Hitlerze – fragmenty rozmów i przekleństwa, które dolatywały z uliczki do mojego okna na trzecim piętrze – wcale nie przejmowałam się ani nim, ani żadną wojną między narodami.
1
września, jeszcze przed przystąpieniem Wielkiej Brytanii do wojny,
w obawie przed niemieckim nalotami rozpoczęto ewakuację dzieci z
Londynu na wieś. O tym, że mógł to być początek niezwykłych
przygód, wiemy już z „Opowieści z Narnii”, ale ta historia
jest inna…
Jedyni
ludzie, których Ada dotychczas znała to matka i młodszy braciszek,
jedyny świat – jednopokojowe mieszkanie i widok z okna, a jedyny
dotyk – bicie. Gdyby nie podjęła ryzyka ucieczki od brutalnej
matki, która w taki sposób odreagowywała wstyd związany z
posiadaniem kalekiego dziecka, byłoby tak nadal.
„Wojna, która ocaliła mi życie” – tytuł paradoksalny ale prawdziwy. Wojna kojarzy się ze śmiercią i tragediami, ale dla Ady i Jamiego stała się szansą.
Ich
droga do innego świata nie prowadziła przez szafę, ale przez
czerwone drzwi domu panny Susan, a to co ich potem spotkało nie
miało nic wspólnego z magią. Choć może to właśnie była magia
? Gdzieś w tle działa się wojna, która początkowo zupełnie ich
nie dotyczyła, a między rodzeństwem z Londynu i samotną,
pogrążoną w żałobie kobietą, która przecież wcale nie chciała
ich przyjąć do siebie, rodziła się więź silniejsza niż ta,
która wynika z pokrewieństwa.
„Wojna, która ocaliła mi życie” to zaskakująco piękna, prosta opowieść o odkrywaniu własnej wartości, o miłości, która rodzi się z zaufania i o rodzinie, którą buduje miłość.
Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2017
Wkrótce po wydarzeniach, które kończyły pierwszy tom, w życiu Ady zmienia się wszystko. Dziewczynka trafia do szpitala na operację szpotawej stopy, a wkrótce potem przychodzi wiadomość o tym, że ich matka zginęła w wyniku bombardowania. W krótkim czasie kończą się dwa największe koszmary jej życia – kalectwo i obawa przed tym, że razem z bratem będą musieli opuścić Susan i wrócić do domu, do Londynu.
W tej książce są dwie wojny – pierwszą jest ta, która toczy się dookoła nich, ale jej obraz, jaki poznają czytelnicy jest mocno ograniczony. Z perspektywy dzieci przebywających na angielskiej prowincji widzimy w miarę normalne (jak na naszą polską wiedzę o tych czasach) codzienne życie, w którym wojna oznacza jedynie: zaciemnienie, zagrożenie nalotami, ograniczenia w dostępności jedzenia, a najtrudniejszym doświadczeniem, które przynosi, jest strach o tych spośród najbliższych, którzy służą w wojsku. O tym ostatnim tak opowiadała Adzie Maggie:
Od drogi prowadzącej do szkoły ciągnie się taki długi podjazd, który widać z okien każdej klasy. Za każdym razem, gdy chłopak rozwożący telegramy skręca w ten podjazd, aż do chwili, gdy dociera do drzwi, wszystkie go obserwujemy. Stoimy w oknach, wstrzymując oddech w nadziei, że wiadomość, którą wiezie, nie jest dla nas.(…) Przyglądamy się, jak chłopak pedałuje wzdłuż podjazdu, a potem dyrektorka wywołuje kogoś z klasy i wszyscy wiemy, co się stało. I cieszymy się, że to nie nas zawołano. Czujemy nie tyle smutek, co ulgę. To straszne.
Ada niewiele wie o tym, co dzieje się na kontynencie. Nowe spojrzenie na wojnę pojawia się w życiu bohaterów wraz z Ruth – żydowską uciekinierką z Niemiec, którą Susan przygotowuje do egzaminów na studia. Ten wątek poszerza jej nieco obraz sytuacji, ale pozostawia wrażenie, jakby jedynymi ofiarami Hitlera na kontynencie byli Żydzi w Niemczech i nie tylko tam. Nawet kiedy Jonatan wspomina swojego kolegę – lotnika z Polski, robi to dlatego, że jest on Żydem i także niepokoi się o pozostawioną w Łodzi rodzinę. W tym wątku zadziwiająca dla mnie jest reakcja lady Thorton na obecność w jej domu i posiadłości pochodzącej z Niemiec dziewczyny, którą przecież umieścił tam jej mąż. Trudno mi uwierzyć w to, że tak długo nie mogła zrozumieć tego, że Ruth jest uciekinierką i ofiarą wojny – przecież jej wiedza o świecie była zdecydowanie szersza niż ta, którą dysponowała Ada. Zaczęłam raczej podejrzewać, że był w tym podskórny, niezwerbalizowany antysemityzm i że to o żydowskie pochodzenie dziewczyny chodziło, a nie o to, skąd przyjechała.
Wojna (od pewnego momentu) światowa pozostaje jednak w tle całej opowiadanej przez autorkę historii. Dużo ważniejsza jest w niej prywatna wojna Ady z całym światem o to, żeby żyć i funkcjonować normalnie i nadrobić to wszystko, co straciła przez nieudolną i przemocową matkę. Dziewczynka powoli uczy się normalności, zaufania i miłości, a także odwagi w życiowych wyborach.
„Wojna, którą w końcu wygrałam” to książka, która, mimo dekoracji i kostiumów z czasu wojny, prezentuje bardzo współczesne spojrzenie na świat. Widać to szczególnie w postaci Susan, której związek z nieżyjącą już Becky oraz to, dlaczego żyje ona w odrzuceniu przez rodzinę, pozostaje do końca w sferze niedomówień. Warto pamiętać o tym, że wszystko to dzieje się w czasie, kiedy związki homoseksualne mężczyzn były w Wielkiej Brytanii karane więzieniem. O kobiecych prawo nie wspominało, co jednak nie oznacza, że były powszechnie akceptowane. Jej stosunek do przybranych dzieci i metody wychowawcze są także zdecydowanie odległe od tego, jak wówczas traktowano i wychowywano dzieci w Wielkiej Brytanii. Jednak to właśnie dzięki jej miłości i zrozumieniu Ada wygrała swoją wojnę o normalne życie.
P.S. Trochę szkoda, że w polskim wydaniu tej książki nie znalazł się choć krótki przypis dopowiadający czytelnikom informacje o roli polskich lotników w bitwie o Anglię oraz roli naszych kryptologów w złamaniu kodów Enigmy.
Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, którą w końcu wygrałam”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2019