Sztuka nie tylko dla dzieci

Sztuka nie tylko dla dzieci

Wpis z 30 sierpnia 2007 roku – od tego czasu sytuacja na naszym rynku książki zmieniła się diametralnie i naprawdę nie mamy już na co narzekać. Chyba, że na nadmiar ciekawych pozycji 😉

Po niedawnym powrocie z Londynu i odwiedzinach w tamtejszych przymuzealnych sklepach narzekałam, że brakuje u nas książek dla dzieci o sztuce. Okazało się, że jednak troszeczkę przesadziłam. Przegląd półek moich córek, jakiego ostatnio dokonałam, ujawnił kilka takich pozycji. Dokładnie mówiąc – trzy, nawet w porywach do czterech, jeśli dwa tomy komiksu muzealnego uznamy za oddzielne pozycje 😉 Jedną z nich jest „Sztuka nie tylko dla dzieci”, którą Środkowa z moich córek znalazła pod choinką. To album przedstawiający 32 najrozmaitsze dzieła sztuki – różnych form, autorów i epok. Nie są ułożone chronologicznie – w odbiorze dzieła sztuki nie ma większego znaczenia, gdzie i kiedy owo dzieło powstało. Ważne jest tylko to, co czujemy obcując z nim.

Który z kształtów na obrazie Miró jest kobietą, a który ptakiem? Dlaczego płacze „Płacząca kobieta” Picassa ? Ilu żołnierzy walczy w „Bitwie Aleksandra Wielkiego” ? Dlaczego zwierzęta wchodzące na Arkę Noego są takie spokojne ? Jaką tajemnicę skrywa pod swoim uśmiechem Mona Lisa ? Czy przebieranie się można uznać za sztukę ?

W tym albumie nie znajdziecie odpowiedzi na te pytania – on je tylko zadaje. Odpowiedzi musimy poszukać sami – w swojej wyobraźni.

Oryginalny tytuł tej książki brzmi „The Art Book for Children”. Polski wydawca zmienił go – i słusznie ! Nie tylko dzieci, ale także dorośli znajdą tam wiele interesujących rzeczy. Dzięki niej możemy dostrzec w obrazach widzianych już wiele razy szczegóły i znaczenia, jakich się nawet nie domyślaliśmy.

To nie jest historia sztuki w obrazkach – nie trzeba jej czytać solennie od deski do deski. Można sięgać po nią w wolnych chwilach, otwierać na chybił trafił i oglądać. Zawsze znajdzie się tam coś ciekawego.

Sztuka nie tylko dla dzieci”, przekł.: Barbara Kęsek, wyd.: Znak, Kraków 2006

Kocie sprawki

Kocie sprawki

Z okazji dzisiejszego Dnia Kota przypominam naszą ukochaną książkę sprzed lat – wpis z 25 lipca 2007 roku 🙂

„Kocie sprawki” były naszą pierwszą ulubioną kocią książką. Ulubioną, wstyd się przyznać, do tego stopnia, że dla Najmłodszej z córek musiałam kupić drugi egzemplarz, bo pierwszy został zaczytany na śmierć. 😉

W sielskiej scenerii podmiejskiego osiedla domków z ogrodami żyje gromadka kotów. Są to: Kacper, Balbin, Teofil, Felek – zawsze razem z Burasem, Kajtek oraz gość honorowy w ogrodach – Julka, obiekt westchnień wszystkich tu wymienionych. Każdy z tych kotów ma swój dom i swoją Panią lub Pana. Wobec ludzi zachowują się zwyczajnie – po kociemu. Nie ma tu żadnych popisów kociej elokwencji, szalonych zabaw w rodzaju przerabiania wanny na odrzutowiec czy rejsów fortepianem jak w kocich książkach Tomasza Trojanowskiego, które przypomnę niebawem. Koty z tej książki mruczą i miauczą, lubią być głaskane, całymi dniami wylegują się na fotelach, ostrzą pazury o meble, a w napadach złego humoru rozrzucają dzieciom ich budowle z klocków.

Między sobą zachowują się bardziej po ludzku. Kocie chłopaki w tej książce to niemal bez wyjątku łobuziaki. Kłócą się, dogryzają sobie, biją się i szarpią za uszy. Ich wzajemne relacje przypominają mi nieco Mikołajka i jego kolegów, u których każdy powód do bójki był skwapliwie wykorzystywany. Jedyny odmieniec w osobie Teofila – gwiazdy kocich wystaw został przez inne koty sprowadzony na właściwą drogę 😉

Ta nieduża książeczka nie byłaby tak urocza, gdyby nie wypełniające ją ilustracje Anny Nowakowskiej. Jest ich dużo – stanowią połowę zawartości książki i dzięki nim nadaje się ona juz dla wczesnych przedszkolaków. Jest w niej równie dużo do czytania co do oglądania. I dużo kotów :-)))

Bożena Kaniewska – Pakuła „Kocie sprawki”, ilustr.: Anna Nowakowska, wyd.: Arkady Warszawa 2000

Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów

Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów

Polska ilustracja dla dzieci – i ta współczesna, i tak zwana Polska Szkoła Ilustracji sprzed lat – staje się obecnie tematem modnym. W zeszłym roku ukazała się książka Barbary Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motyle z okładki i smoki bez wąsów”

oraz monumentalne wydawnictwo w języku angielskim (polska edycja zapowiadana jest w tym roku – edit: już się ukazała jako „Admirałowie wyobraźni” ) „Captains of Illustration. 100 Years of Children’s Books from Poland”

Obie są znakomite, więc poprzeczka, jaką ustawiły kolejnym publikacjom na ten temat, znajduje się bardzo wysoko. Niestety – im większe oczekiwania wobec książki, tym większe także rozczarowanie, kiedy im nie sprosta.

„Czarodzieje ilustracji” powstawali równolegle z książką Barbary Gawryluk i w znaczącej części dotyczą tych samych osób. Od samego początku lektury nie sposób więc było uciec od porównań. Zdecydowanie lepiej czytało mi się te fragmenty „Czarodziejów”, które dotyczyły twórców w poprzedniej publikacji niewystępujących. Cały czas jednak miałam wrażenie, że Autorka nie do końca wiedziała, o czym chce z nimi rozmawiać. Pozwalała więc, aby rozmowy wędrowały w kierunku narzucanym przez rozmówcę, a często niedotyczącym tematu książki. O ile opowieści Andrzeja Heidricha o projektowaniu banknotów były interesujące, choć luźno powiązane z ilustracją dziecięcą, o tyle sięgając po taką publikację niekoniecznie chcę znać (ocierające się miejscami o Pudelka) kulisy rozstania pewnej pary ilustratorów. Nie wszystko, co rozmówca powie, musi znaleźć się w wywiadzie. Rola dziennikarza nie polega tylko na włączeniu magnetofonu i spisaniu rozmowy. Czasem szacunek dla rozmówcy objawia się właśnie tym, że nie publikuje się wszystkiego, co mówił.

Kiedy mam po raz pierwszy w ręku interesującą książkę, czytam ją dość szybko i nieuważnie, więc na ogół nie zauważam zwykłych literówek. Tak było i w tym przypadku. Przez sporą część „Czarodziei” wydawało mi się, że największym zastrzeżeniem, jakie będę miała, są pewne niezręczne sformułowania w biogramach – na przykład o tym, że ktoś otrzymał srebrną Glorię Artis, podczas gdy według mojej wiedzy nazwy tego medalu się nie odmienia (i w innych biogramach tak było).

Lampka ostrzegawcza zapaliła mi się po raz pierwszy, gdy przeczytałam takie zdanie włożone w usta Edwarda Lutczyna: Świetna jest też Emilia Dudziak, ilustrowała m.in. książki Basi Kozłowskiej. Nazwisko tej ilustratorki pojawia się na jednej stronie trzy razy, wraz z informacją, że debiutowała w 2011 roku, więc zdziwiłam się bardzo, że nigdy o niej nie słyszałam. Dopiero podany tam tytuł („Rok w lesie”) naprowadził mnie na właściwe skojarzenie – chodzi o Emilię Dziubak i ilustrowane przez nią książki Barbary Kosmowskiej. Od tego momentu zaczęłam czytać uważniej i zwracać uwagę na pisownię. Niestety – tak niestarannie wydanej publikacji o ambicjach naukowych chyba nigdy nie miałam w ręku 😦

Anita Wincencjusz – Patyna jest zapewne przyzwyczajona, że jej nazwisko sprawia ludziom trudność, bo trzeba przyznać – łatwe nie jest 😉 Jednak czym innym jest przejęzyczenie w rozmowie, a zdecydowanie innym – puszczenie takiej pomyłki do druku. I to dwa razy – w samym tekście i w (niezbyt długiej przecież !) bibliografii. W dodatku chodzi o osobę należącą do bardzo wąskiego kręgu specjalistów i znawców tematu, któremu poświęcona jest ta publikacja.

Szkoda, że ta, tak dopieszczona edytorsko książka, została tak niechlujne przygotowana. Literówek w nazwiskach (czasem pisanych kilka razy w różny sposób) oraz błędów w datach jest więcej, a pewnie nie wszystkie udało mi się wyłapać. Może więc dobrze, że ukazała się w aptekarskim nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy ?

Z różnych stron słyszałam pytania o dodruk. Mam nadzieję, że, jeśli on nastąpi, to tym razem wydawnictwo zadba o staranniejszą redakcję.

Eliza Leszczyńska – Pieniak „Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – teatr NN”, Lublin 2019

Ilustratorki i ilustratorzy: Antoni Boratyński, Bohdan Butenko, Stasys Eidrigevicius, Maria Ekier, Elżbieta Gaudasińska, Janusz Grabiański, Andrzej Heindrich, Adam Kilian, Edward Lutczyn, Krystyna Michałowska, Elżbieta i Marian Murawscy, Wanda i Bogusław Orlińscy, Zbigniew Rychlicki, Olga Siemaszko, Janusz Stanny, Andrzej Strumiłło, Jan Marcin Szancer, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik, Józef Wilkoń, Zdzisław Witwicki, Bohdan Wróblewski

Mali bohaterowie

Mali bohaterowie

Wpis z 2 stycznia 2012 roku. Potem ta książka ukazała się (i jest nadal do kupienia) nakładem Wydawnictwa Literatura – to wydanie zilustrowała Anula Wielbut. Warto też wspomnieć, że Autorka otrzymała za „Małych bohaterów” nagrodę 112 Award przyznawana przez międzynarodową organizację EENA 🙂

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, miałam sporo obaw. Od razu przypomniały mi się rozmaite łzawe artykuły, które czytałam np. o małym Brajanie, który wezwał Straż Pożarną, ale sam zginął w pożarze. Rozwiały się one jednak, gdy zobaczyłam nazwisko autorki – Barbara Gawryluk nie należy do osób, które skłonna bym była podejrzewać o to, że wpadną w poetykę tabloidu.

Książka dedykowana jest Januszowi Bobakowi, chłopcu z Białego Dunajca, który w 2008 roku uratował dwie młodsze siostry z pożaru, a ratując najmłodszą, zginął razem z nią w płomieniach, ale wszystkie opisane w niej historie skończyły się dobrze.

Barbara Gawryluk (co nie dziwi specjalnie znając inne książki tej autorki 😉 ) zdołała ustrzec się z jednej strony czułostkowości, a z drugiej – tonu nadmiernej sensacji. Nie ujawniła nazwisk dzieci, ani miejscowości, w których mieszkają. Nie ma tam też ich zdjęć – jedynie szkicowe, reporterskie ilustracje Joanny Olech (ilustracje Anuli Wielbut utrzymane są w podobnej stylistyce).

Sama autorka tak mówi w wywiadzie, którego udzieliła „Wysokim Obcasom”: Książka ma uczyć dzieci, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy inna osoba nagle potrzebuje pomocy. Ona nie powinna przerażać! I jeszcze: na spotkaniach z dziećmi, kiedy przychodzę do nich do szkół, zawsze mówię: jeśli dzieje się coś złego drugiemu człowiekowi, pomóżcie mu, ale nie narażajcie się, od tego są inni – dorośli. (…) Moja książka nie jest adresowana do małych dzieci, ale do tych z klasy drugiej, trzeciej, czwartej (oczywiście podstawówki). One są mądre, one potrafią odróżnić głupie ryzyko od konieczności.

Wydarzenia tam opisane, mogą zdarzyć się każdemu i w każdej chwili. Mali bohaterowie z tej książki to zwykłe dzieci, których bohaterstwo w większości przypadków polegało wyłącznie na zachowaniu zimnej krwi, wykręceniu numeru 112 i wezwaniu pomocy. Tak niewiele i tak wiele. Ilu z dorosłych w sytuacji pożaru czy widząc nieprzytomnych ludzi traci głowę i nie stać ich nawet na tyle ?

Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Joanna Olech, wyd.: Skrzat, Kraków 2011

Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Anula Wielbut, wyd.: Literatura, Łódź 2018

Banany z cukru pudru

Banany z cukru pudru

Wpis z 16 marca 2016 roku. Potem ta sama spółka autorska wydała jeszcze dwie książki – podtarzańską „Na Giewont się patrzy” i morską „Marsz, marsz Batory” oraz serię zeszytów, które zachęcają dzieci do poznawania rodzinnej i lokalnej przeszłości.

Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek swoją prababcię, jak robi fikołki na trzepaku, albo dziadka, który gra aniołka w jasełkach ? A babcię, jak łapie żaby ?

„Banany z cukru pudru” to bezpretensjonalna opowieść o dzieciństwie z historią w tle, o zwykłym życiu na podwarszawskiej (wówczas) Sadybie. Jej autorki – Barbara Caillot Dubus i Aleksandra Karkowska – nazywające siebie sadybiankami z wyboru, zaprosiły swoich wiekowych już sąsiadów do rozmowy o ich dzieciństwie i o tym, jak żyło się w Mieście Ogrodzie, którym wtedy była Sadyba przed wojną, podczas okupacji i w trudnych powojennych latach. Z ich wypowiedzi i zdjęć wydobytych z rodzinnych albumów powstała książka. W zamierzchłych czasach, kiedy studiowałam historię, nazywało się to wywoływaniem źródła, teraz w powszechnym użyciu jest określenie historia mówiona.

Wtedy było inaczej. Nikt nie grymasił. Jedzenie się dostawało i jadło. Mój talerz zawsze był z obwódką łusek z owsianki. Dziadek groźnym okiem patrzył. Trzeba było zjeść wszystko, siedzieć prosto z rękami na stole.

Dziewczyny lubiły się czesać, najbardziej w kotlety, to znaczy dwa warkocze zwinięte w ślimaki, albo na zająca czyli w kitkę. Było też uczesanie za karę, czyli w kupkę, to taki rozpłaszczony kok na czubku głowy.

Podobnie jak w książkach Joanny Papuzińskiej, w których wraca ona do czasów swojego dzieciństwa (od „Darowanych kresek” przez „Asiunię” po najnowsze spacerowniki warszawskie) oglądamy przeszłość z perspektywy jednostek – i to jednostek całkiem małych, przyjmujących to, co się wokół nich dzieje w sposób naturalny, bezrefleksyjny.

Tatuś zabrał mnie do domu towarowego Braci Jabłkowskich, a tam w holu zabawki od podłogi do sufitu. Ogrom zabawek. Osłupiałam. Ojciec mówi: „Wybieraj”. Długo stałam i myślałam, upatrzyłam sobie lalkę w niebieskiej jedwabnej sukience z białym kołnierzykiem i halką. Miała czarne włosy i niebieskie otwierane oczy. Mówiła „Mama”. Dwa tygodnie później wybuchła wojna.

Kiedy wróciłyśmy do domu po Powstaniu, dom był spalony, tylko piwnica została. A w niej materace i dwie świnki. Przecież trzeba był coś jeść.

Bawiliśmy się też w chowanego w pałacu w Wilanowie. Niektóre okna były zakryte deskami. Można było taką deskę odgiąć i wejść do środka. Sale były puste.

Dorosły czytelnik poświęci być może w tym miejscu chwilę refleksji losom przedwojennych mieszkańców Wilanowa, którzy wówczas byli na zesłaniu koło Krasnogorska, tudzież dziełom sztuki wywiezionym z pałacu przez Niemców, ale dla dzieci te puste sale były po prostu przestrzenią zabaw.

Znajdziemy w tej książce zarówno życie codzienne – odmienne od dzisiejszego…

Prawdziwy telefon, czarny z tarczą i słuchawką na widełkach, miał tylko jeden sąsiad na ulicy. Chodziliśmy do niego, jak trzeba było zadzwonić.

Przed wojną ubrania zamawiało się u krawcowej. Nosiliśmy pończochy na guziki. Chłopcy też. Strasznie tego nie lubiłam, więc jak tylko wychodziłam z domu, to szybko zwijałam je w skarpetki.

Przychodził ostrzyciel. Wołał: „Noże ostrzę, nożyczki !”. Cała ulica się zbierała. Sąsiadki plotkowały stojąc w kolejce.

… świat dziecięcych zabaw, na które współczesne dzieci już nie mają szansy…

Starszy kolega zabierał mnie do kazamat w forcie obok szkoły. Ciemno tam strasznie było, łaziliśmy tam godzinami. Trudno było się potem wydostać przez wąskie przejścia.

Bawiliśmy się w ślady wojny, podchody na gruzach domów. Tu było dużo miejsca, było gdzie ganiać. Jak się wyszło z rana, to się wracało wieczorem

Wchodziliśmy też na słup. Z nudów.

… szkołę zupełnie inną niż teraz…

Na początku roku szkolnego każdy uczeń musiał przynieść do szkoły trzy cegły i gazetę. Siedzieliśmy na nich. U nas w szkole, zaraz po wojnie, nie było nic, żadnych mebli.

… i Wielką Historię, która czasem wkraczała także na Sadybę.

W czasie Powstania w naszym domu był szpital. Jako 12-letnia dziewczynka pomagałam sanitariuszkom, zwijałam bandaże i cerowałam skarpetki. W piwnicach w pralni gotowano dla powstańców, ja obierałam ziemniaki. Miałam opaskę AK, byłam harcerką.

„Banany z cukru pudru” to książka z jednej strony lokalna, a z drugiej – uniwersalna, bo przecież podobne opowieści można usłyszeć z ust wielu osób, które żyją pośród nas. Trzeba tylko chcieć ich posłuchać.

Kiedy spotkasz starszą osobę na ulicy, pamiętaj, że ona też kiedyś była dzieckiem…

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”, wyd.: Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2015

Chłopiec znikąd

Chłopiec znikąd

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa w kategorii: tekst i nagrodzona w tej kategorii !!!

Tego, co chcę napisać na jej temat, nie da się powiedzieć bez spoilerów, dlatego zawczasu uprzedzam, że czytając dalej, można się ich spodziewać 😉

„Chłopiec znikąd” to powieść bardzo aktualna, odwołująca się do wydarzeń sprzed kilku zaledwie lat, z akcją umieszczoną w konkretnym miejscu i czasie. Katherine Marsh zawarła tam własne doświadczenia z pobytu z rodziną w Brukseli, gdzie mieszkała w domu przy ulicy Alberta Jonnarta, a jej nieznające francuskiego dzieci poszły tam do belgijskiej szkoły. W 2015 roku w Parku Maksymiliana w centrum Brukseli koczowali nielegalni emigranci, a miasto żyło w strachu wywołanym atakami terrorystycznymi. To wszystko znalazło się w tej książce.

Czułam, ze opisanie strachu, który czuli ludzie, jest czymś ważnym. – powiedziała autorka w wywiadzie kończącym tę książkę – Podczas ataku w Brukseli pobiegłam do szkoły moich dzieci, jak matka Maksa, i zabrałam je stamtąd. W ciągu następnych tygodni wiele myślałam o moim lęku, że coś może się przydarzyć mnie lub moim bliskim, i o tym, jak łatwo pozwolić, aby ten lęk zniekształcał percepcję i fakty…

Duże wrażenie zrobiła na mnie historia Ahmeda. Opowieść o nim zaczyna się w łodzi, którą wraz z ojcem i grupą nielegalnych emigrantów usiłują przepłynąć z Turcji do Grecji, co niestety kończy się tragicznie i chłopiec zostaje sam. O tym, co wydarzyło się wcześniej w Aleppo, jak wyglądała wojna tam i życie podczas niej oraz jak zginęła reszta rodziny chłopca dowiadujemy się już później i są to najbardziej przejmujące fragmenty tej książki. Na razie Ahmed dociera do Brukseli, a następnie, oszukany przez przemytników, którzy mieli mu ułatwić przedostanie się do Anglii, uciekając, chowa się w piwnicy domu przy ulicy Jonnarta.

W tym domu mieszka Max – amerykański chłopiec, który właśnie przyjechał do Brukseli na rok ze swoją rodziną. Czuje się tam wyobcowany, bo rodzice zdecydowali się posłać go do belgijskiej szkoły, mimo że nie zna francuskiego i w dodatku uznali, że będzie mu łatwiej, kiedy powtórzy tam szóstą klasę. Gdy odkrywa obecność Ahmeda w piwnicy, decyduje się mu pomóc…

… ale sposób, w jakim to robi jest właśnie największym problemem, jaki mam z tą książką.

Rozumiem i podzielam jej przesłanie: że nie należy oceniać ludzi po pozorach i że nie można poznać niczyjej wartości, póki nie da mu się szansy, jednak w przeciwieństwie do jej bohaterów nie jestem już nastolatką i wiem, że nie zawsze jest to możliwe. W cytowanym wywiadzie autorka deklaruje, że chciała uczciwie przedstawić racje obu stron konfliktu, którego sednem jest lęk, ale wyraźnie widać, z którą z nich się zgadza. Co prawda pokazuje osoby, które obawiają się konsekwencji niekontrolowanego napływu emigrantów do Europy (niebezpodstawnie, skoro właśnie wtedy mają miejsce ataki terrorystyczne w Brukseli i w Paryżu, a dokonują ich często ludzie już tam urodzeni i wychowani), ale taką postawę nazywa niechęcią do zmierzenia się ze swoim lękiem kompletnie pomijając to, na ile jest on uzasadniony. Czytając „Chłopca znikąd” nie mamy wątpliwości, że serce autorki jest po stronie Maxa i jego szkolnych kolegów Oskara i Farah, którzy aby (w swoim rozumieniu) pomóc Ahmedowi przez długi czas oszukują rodziców i nauczycieli. Łamią także prawo i to w sposób poważny. Podrabianie dokumentów i kłamanie policjantom (że o ucieczce po dachach nie wspomnę) w warunkach wprowadzonego wówczas w Brukseli stanu wyjątkowego to nie są rzeczy, nad którymi można przejść do porządku dziennego tylko dlatego, że robią to w słusznej sprawie.

Nasuwa się też pytanie – czy na pewno ta sprawa była słuszna ??? Czy naprawdę ta pomoc była pomocą ? Katherine Marsh porównuje postawę Maxa do historii Alberta Jonnarta, Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, który podczas okupacji w swoim domu przy tej samej ulicy ukrywał żydowskiego chłopca. Moim zdaniem to porównanie nie jest do końca uprawnione. Pomijając już różnice między sytuacją Żydów w ówczesnej Europie a obecnymi uchodźcami, Ahmedowi nie groziła śmierć w komorze gazowej, a jedynie pobyt w ośrodku. Gdyby nie jego próba dotarcia do Anglii przy pomocy przemytników, co skończyło się utratą pieniędzy i telefonu oraz szukaniem schronienia w przypadkowej piwnicy oraz gdyby przy pomocy Maxa nie spędził w niej kilku miesięcy, dużo szybciej dowiedziałby się, że jego ojciec jednak żyje i spotkałby się z nim. Również jego ojcu oszczędziłoby to kilku miesięcy niepewności co do losu syna. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

„Chłopiec znikąd” to książka poruszająca ważne problemy współczesnego świata. Choć robi to w sposób, z którym nie do końca się zgadzam, może być punktem wyjścia do ciekawych rozmów. A rozmawiać zawsze warto…

Katherine Marsh „Chłopiec znikąd”, przekł.: Anna Klingofer – Szostakowska, Sara Monasterska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2019

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

Wpis z 27 marca 2011 roku:

Wydawnictwo Media Rodzina upodobało sobie chyba szczególnie traumy mojego dzieciństwa 😉 Najpierw smutne wspomnienia obudziła we mnie „Królowa Śniegu”, a teraz baśń „O dwunastu miesiącach” przypomniała mi o pierwszej w moim życiu dwói za wypracowanie z polskiego. A było to, moi mili , w zamierzchłych czasach, kiedy dwójka nie była oceną pozytywną. O ile dobrze pamiętam, w całej karierze szkolnej, przytrafiło mi się to tylko dwa razy, u tej samej nauczycielki. Jedna jedyna polonistka na mojej drodze, z którą nadawałyśmy na zupełnie innych falach, więc w sumie nie było tak źle 😉

„O dwunastu miesiącach” to baśń słowacka, zamieszczona również we wznowionym niedawno przez wydawnictwo Media Rodzina kultowym zbiorze „Śpiewająca lipka”.

Była raz pewna matka, która miała dwie córki; jedną własną, a drugą pasierbicę. Swoją własną bardzo kochała, zaś pasierbicy, Maruszki, nie mogła ścierpieć, bo ta była o wiele ładniejsza niż jej Holena.

Maruszka nie zdawała sobie sprawy ze swojej urody, nie domyślała się więc, dlaczego macocha ja tak źle traktuje. Musiała wykonywać wszelką robotę: zamiatać izbę, gotować, prać, szyć, prząść, tkać, dbać o krowy. Holena natomiast tylko stroiła się i leniuchowała.

W tych starych baśniach wszystko jest tak, jak trzeba. Czarno – biało, bez żadnych odcieni szarości. Pozytywna bohaterka jest i śliczna, i sympatyczna, i dobra, i biedna, i ogólnie uciśniona, natomiast negatywna – wręcz przeciwnie. Dobro zawsze zostaje nagrodzone (w tym przypadku Maruszka została panią na gospodarstwie), a zło oczywiście ukarane. I nie jest to kara symboliczna, żadna tam nauczka – macocha z Holeną zamarzają w górach i jest to wyrok bez apelacji, nikt się za nimi nie próbuje wstawić.

Kiedy pierwszy raz wzięłam tę książkę do ręki i przeczytałam tytuł – przypomniałam sobie o tym nieszczęsnym wypracowaniu. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaraz zajęły mnie ilustracje Pawła Pawlaka i traumy odeszły na plan dalszy. Szczególnie urzekły mnie tam fiołki, poziomki i jabłka. Jak to się robi ??? Takie maciuciupusieńkie (szczególnie fiolki), a wyglądają zupełnie jak prawdziwe. Niemal czuje się ich zapach i ma się ochotę spróbować (szczególnie poziomek). Przyznam się Wam, że na widok tych ilustracji owładnęły mną uczucia niechrześcijańskie. Nie będę owijać w bawełnę – to była po prostu zazdrość.

Dlaczego ja nie umiem tak rysować ??? 😦

„O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka”, przekład i opracowanie: Ligia Jasnosz, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Królowa śniegu

Królowa śniegu

Gwoli uczczenia wczorajszego, być może jedynego tej zimy, opadu śniegu, przypominam wpis z 14 marca 2011 roku. W ramach kategorii książki mojego dzieciństwa, ta powinna należeć do podkategorii jego koszmarów 😉 Urok tej baśni odkryłam dopiero w wieku dorosłym.

Z „Królową Śniegu” wiąże się wspomnienie jednej z największych traum mojego dzieciństwa. Miałam wtedy chyba pięć lat, była Wigilia. Moi rodzice zajęci przygotowaniami skorzystali z tego, że w telewizji leciała właśnie ekranizacja tej baśni, i posadzili mnie przed telewizorem, żebym im się nie plątała pod nogami. W tych czasach filmów dla dzieci nie było tak dużo – wychowywałam się przede wszystkim na Gąsce Balbince na zmianę z Jackiem i Agatką. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam niektóre sceny, szczególnie tę z Małą Rozbójniczką przykładającą nóż do szyi rena. Pamiętam samotność Grety. I ogromny smutek tego filmu, taki nie do udźwignięcia…

Wpadłam niemal w histerię, płacz nie do utulenia, któremu nie zaradziło nawet przedwczesne ujawnienie prezentu – pluszowego Szarika. Nigdy nie polubiłam tej maskotki. Zawsze, kiedy patrzyłam na tego (sympatycznego przecież) psiaka, przypominał mi się tamten wieczór i tamten płacz. Została mi po tej przygodzie pewna ostrożność w kontaktach z twórczością Andersena i świadomość, że nie wszystko, co napisał, nadaje się dla małych dzieci.

Z okazji przypadającej w 2005 roku dwusetnej rocznicy urodzin pisarza wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nowe wydanie tych baśni – w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej (po raz pierwszy bezpośrednio z oryginału duńskiego) i z nowymi ilustracjami. Ukazały się wtedy dwa duże wydania „Baśni” – trzytomowe, ilustrowane wycinankami samego Andersena oraz jednotomowe, z akwarelowymi ilustracjami duńskiego grafika Flemminga B. Jeppsena.

Oprócz tego wydano już sześć pojedynczych baśni w serii „Mistrzowie klasyki dziecięcej” – z ilustracjami najlepszych polskich ilustratorów (oraz z płytkami, na których czyta je Jerzy Stuhr). Jest wśród nich także „Księżniczka na ziarnku grochu” uszyta przez Ewę Kozyrę – Pawlak.

Nie wiem, jak to było w przypadku Duńczyka Flemminga B. Jeppsena, ale jestem pewna, ze polscy ilustratorzy zaproszeni do tej pracy, mieli zadanie bardzo trudne. I oni, i niemal wszyscy bez wyjątku dorośli, którzy mogliby te książki dzieciom kupić, i ja oczywiście też – należymy do pokoleń wychowanych na ilustracjach Jana Marcina Szancera. To on prawie niepodzielnie, mimo że przecież były też inne wydania tych baśni, władał naszą wyobraźnią w andersenowskim świecie.

Oderwać się od wizji Mistrza, od tych sań, na których przed laty wjechała do naszej wyobraźni Królowa Śniegu i stworzyć coś własnego, co w dodatku trafi do odbiorców również na Szancerze wychowanych – zadanie trudne, ale Elżbieta Wasiuczyńska poradziła sobie znakomicie.

Tylko proszę Was – rozważnie ! To naprawdę nie jest bajka dla maluchów !!!

ilustrację pożyczyłam z bloga Elżbiety Wasiuczyńskiej – zajrzyjcie tam, warto przeczytać, co napisała o swojej pracy nad tą książką
http://wasiuczynska.blogspot.com/2015/03/krolowa-sniegu.html

H. Ch. Andersen „Królowa Śniegu” (seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej), przekł.: Bogusława Sochańska, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Sto godzin nocy

Sto godzin nocy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w dwóch kategoriach: Fabuła i Przekład

(autorką zdjęć, które wykorzystałam w tym wpisie jest Alicja Szyguła z bloga W Nieparyżu – dziękuję !!!)

Jestem jedyna osobą na świecie, która wie, co dzisiaj zrobię. Oczywiście, o ile się ośmielę…

Emilia December de Wit ma czternaście lat – a raczej miała tyle 26 października 2012 roku, bo właśnie tego dnia rozpoczyna się akcja tej książki. Poznajemy ją na amsterdamskim lotnisku Schiphol, wsiadającą do samolotu do Nowego Jorku i początkowo wiemy o niej tylko to, że przed czymś ucieka. A może przed kimś ?

Anna Woltz bardzo powoli odsłania przed czytelnikami powody, dla których Emilia zdecydowała się na tak daleką i precyzyjnie zaplanowaną podróż. Zanim dowiemy się wszystkiego, ona już będzie daleko od domu i rodziców, a sprawy, które zostawiła za sobą w Holandii, zbledną wobec tego, co ją czeka w Nowym Jorku, do którego zbliża się huragan Sandy…

Poprzednia z opisywanych przeze mnie książek, które zostały nominowane w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa, nosiła tytuł „Rok, w którym nauczyłam się kłamać”. Ta mogłaby się nazywać „Sto godzin, w których nauczyłam się być sobą”. Kilka dni wyrwanych z rzeczywistości – obce miasto, huragan, brak prądu i kontaktu ze światem oraz trójka poznanych tam nastolatków i ich własne problemy – to wszystko powoduje, że Emilia zaczyna pomału rozumieć, kim jest ona sama, oddzielna od rodziców i jak dalej chciałaby żyć.

„Sto godzin nocy” to książka, która jest także wyznaniem miłości do Nowego Jorku. Autorka była tam, kiedy nad miastem przeszedł huragan Sandy. Przeżyła w nim tych kilka niezwykłych dnie, kiedy prasa pisała, że Miasto, które nigdy nie śpi, wreszcie poszło spać, a potem obserwowała jego powrót do życia. Nowy Jork to miasto, w którym można się zgubić. I w którym można zacząć wszystko od nowa…

W tegorocznym Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA „Sto godzin nocy” zostało nominowane w dwóch kategoriach – fabuła i przekład. W pierwszej z nich doceniamy książki które wciągają bez reszty i sprawiają, że przełożenie ostatniej kartki oznacza zarazem smutek rozstania. Ta jest właśnie taka i przyznam, że zazdroszczę tym, którzy jej lekturę mają dopiero przed sobą 😉 To, że będzie im się ją znakomicie czytało zawdzięczają także autorce polskiego przekładu – Jadwidze Jędryas. To już piąta książka w jej przekładzie, którą stawiam na półkach Małego Pokoju. Napisane zostały w trzech językach – niderlandzkim, francuskim i angielskim, ale czytając wszystkie z nich można zapomnieć o tym, że oryginał został napisany w obcym języku. I po wszystkie zdecydowanie warto sięgnąć – można więc powiedzieć, że nazwisko tłumaczki jest tu gwarancją jakości 🙂

Anna Woltz „Sto godzin nocy”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Walizka Hany

Walizka Hany

Wpis z 17 marca 2006 roku, siódma książka, która stanęła wtedy na półkach Małego Pokoju. Od tego czasu Najstarsza z córek zdążyła już nie tylko skończyć studia, ale też zacząć doktorat.

Za kilka dni, w 75 rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz świat obchodzić będzie Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Hana Brady była jedną z nich.

W podręczniku do historii dla klasy szóstej, z którego uczy się Najstarsza z moich córek, temat Holokaustu zajmuje pół strony (plus trzy malutkie zdjęcia). Można tam przeczytać między innymi, że hitlerowcy wybudowali na ziemiach polskich obozy zagłady i tam zwozili Żydów z całej Europy. Większość z nich, kilka milionów osób, zginęła w komorach gazowych. Suche fakty. Kilka milionów – to znaczy ile ? Trzy, cztery a może pięć ? Parę tysięcy mniej czy więcej – jakie to ma znaczenie ? Niewyobrażalny, anonimowy tłum bez twarzy, któremu trudno współczuć.

“Walizka Hany” to książka opisująca autentyczne losy żydowskiej dziewczynki z Czech. Szczęśliwe, spokojne i pełne miłości dzieciństwo przed wojną oraz koszmar późniejszych wydarzeń zakończonych zamknięciem się drzwi komory gazowej. Jest to równocześnie współczesna opowieść o swoistym śledztwie, jakie na temat Hany Brady przeprowadziła Fumiko Ishioka – dyrektor Tokijskiego Edukacyjno – Badawczego Centrum Historii Holokaustu. Placówka ta powstała, aby wśród młodych Japończyków szerzyć wiedzę o tych wydarzeniach, które miały miejsce w czasie, gdy Japonia była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec.

Na początku była tylko otrzymana z Muzeum w Oświęcimiu walizka, z którą Hana przyjechała do obozu. Oprócz imienia, nazwiska i daty urodzenia było tam jedynie niemieckie słowo Weisenkind (sierota). Dzieci odwiedzające Centrum chciały dowiedzieć się, kim była Hana i co się z nią stało. Fumiko Ishioka rozpoczęła poszukiwania, które doprowadziły ją do Theresienstadt czyli Teresina w Czechach i do Oświęcimia. Udało jej się odnaleźć w Kanadzie brata Hany – Georga, jedynego z rodziny, któremu udało się przeżyć.

Historia Hany to opowieść o tym, co wojna zrobiła z życiem zwykłej dziewczynki. Dziewczynka ta z dnia na dzień przestała być zwykła, a stała się szczególna, bo razem z bratem byli w swoim małym miasteczku jedynymi dziećmi żydowskimi. Byli więc zarazem jedynymi dziećmi, którym nie wolno było chodzić do szkoły, kina czy parku. Odebrano jej też ukochaną jazdę na łyżwach i była to pierwsza z wielu rzeczy, które straciła.

Następnie ta dziewczynka została naznaczona, bo jako jedyna spośród koleżanek musiała nosić opaskę z Gwiazdą Dawida.

Najpierw straciła koleżanki i całe swoje dotychczasowe życie, a potem Mamę, Tatę i brata. Została sama – we wzorcowym getcie w Theresienstadt, samotna wobec głodu, strachu i niepewności dalszego losu. Do obozu w Auschwitz jechała z nadzieją, że spotka tam najbliższych. Niestety, nie było jej to dane. W trzy miesiące po jej śmierci obóz został wyzwolony, ale doczekał tego już tylko jej brat.

Jest w tej opowieści dużo smutku, ale jest też nadzieja, że mimo wszystko uda jej się przeżyć – nadzieja, która towarzyszyła Hanie do końca. Nie ma tam natomiast koszmarnych opisów śmierci, głodu, okrucieństwa i ludzkiej podłości, jakich wiele można by przy tej okazji przytoczyć.

Ta książka to próba opowiedzenia o tamtych czasach w sposób zrozumiały dla dzieci… no właśnie – w jakim wieku ? Wydaje mi się, że odpowiedni czas na tę lekturę przychodzi wtedy, gdy dziecko wie już trochę o historii. Wie, że wojny na świecie były i są. Wie, że są wśród ludzi tacy, którzy zdolni są nienawidzić innych za ich odmienność (często urojoną). Wie też, że wojna była również u nas, słyszało co nieco o wojennych losach swojej rodziny. Kiedy ja byłam w wieku moich córek, ta tematyka była codziennością – stale obecna we wspomnieniach rodziców i dziadków. Filmy i książki wojenne dla dzieci, na których się wychowałam, dziś nie wydają mi się już odpowiednie. Najczęściej pokazują wojnę jako świetną przygodę albo zakłamują fakty historyczne (lub co gorsza – i jedno i drugie).

“Walizka Hany” opowiada tylko część prawdy o Holokauście – tę część, która stała się udziałem jednej dziewczynki. Całej prawdy nie da się zawrzeć w jednej książce, nie jest ona również możliwa do udźwignięcia dla dziecka. Myślę jednak, że może to być dobry wstęp do zrozumienia tych spraw, bo dzięki niej choć jedna pozycja na długiej liście ofiar zyskuje twarz i przestaje być anonimowa.

Hana Brady była tylko o trzy dni młodsza od mojej Mamy, Babci moich córek. Kim byłaby, gdyby nie wojna ?

Karen Levine “Walizka Hany. Historia prawdziwa”, przekł. Renata Kopczewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005