Tydzień to tylko 7 dni, jednak w ciągu nich może wydarzyć się bardzo wiele dobrych i złych rzeczy.
Jest to 168 godzin, podczas których każdy z bohaterów – a także każdy z czytelników – może znaleźć czas, by podjąć tę jedną, być może najważniejszą decyzję, która zmieni całe jego życie.
Jessica i Keren mają po 14 lat, mieszkają niedaleko od siebie i chodzą do tej samej szkoły. Obie mają też (mówiąc eufemistycznie) pokręconą sytuację rodzinną. Pozornie wiele je łączy, pozornie również wiele je dzieli. Dzieli je (i łączy) przede wszystkim to, że jedna z nich jest ofiarą przemocy szkolnej, a druga – jej prześladowczynią.
Jess i Kez są równoległymi narratorkami tej książki, której akcja zamyka się w tytułowych siedmiu dniach, a każdy z tych dni poznajemy z dwóch perspektyw.
„7 dni” to kolejna po „Grze Bailey’a” i „Dziewiętnastu minutach” książka o przemocy szkolnej, które mną wstrząsnęła. Stawia pytania – przede wszystkim o to, co powoduje, że ktoś staje się prześladowcą, a ktoś ofiarą ? Co o tym decyduje ? Przeznaczenie czy wybór ? Czy to kwestia charakteru ? A może przypadek i w innej sytuacji byłoby odwrotnie ?
Przykład Jess i Kez pokazuje zresztą, że paradoksalnie to rola ofiary wymaga większej odwagi, siły charakteru i nonkonformizmu. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widzimy, że w tym układzie nikt nie jest górą i trudno powiedzieć, kto płaci wyższą cenę.
„7 dni” to także książka o rodzinie, bo chociaż jedna jej bohaterek żyje w teoretycznie pełnym domu, to obie nie mają w swoich najbliższych oparcia. Są rozpaczliwie samotne, a świat, w którym żyją, jest smutny, nie tylko dlatego, że ciągle pada deszcz (jak to w Anglii jesienią). Dorośli, którzy powinni być ich oparciem, sami nie radzą sobie ze swoją dorosłością, z odpowiedzialnością, którą ona ze sobą niesie. Szkoła również nie potrafi im pomóc, mogą to zrobić tylko one same…
Eve Ainsworth „7 dni”, przekł.: Marcin Mortka, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2015
Lois Lowry napisała „Dawcę” w 1993 roku. Nie wiem, czy od razu miała pomysł na cały cykl, bo następna część – „Skrawki błękitu” ukazała się dopiero siedem lat później. W 2004 roku wydano „Posłańca”, a w 2012 „Syna”, który tworzy z trzech poprzednich części całość, domykając i łącząc zaczęte w nich historie.
Po polsku „Dawca” ukazał się po raz pierwszy w 2003 roku, natomiast pozostałe części doczekały się przekładu dopiero w 2014 i 2015 roku, zaraz po tym, jak do kin trafiła jego ekranizacja. Nie widziałam tego filmu, ale moje córki, które bardzo lubiły tę książkę, były nim rozczarowane i to mi wystarczy. Nad jego tytułem, który zawiera spoiler, spuśćmy zasłonę milczenia 😦
„Dawca” to książka, która moim zdaniem wcale nie potrzebuje kontynuacji. Zakończenie jest otwarte i możemy sobie domyślić różne końce tej historii. Dziś przypominam, co pisałam o niej 13 listopada 2006 roku, a o kolejnych tomach cyklu napiszę… być może… kiedyś 😉
Wszystkim dzieciom, którym powierzamy przyszłość…
Na ogół nie zwracam uwagi na dedykacje umieszczane na początku książek, bo zwykle autorzy załatwiają przy ich pomocy prywatne, pozaksiążkowe zobowiązania. Pierwszy raz spotkałam się jednak z sytuacją, gdy książkę zadedykowano po prostu jej własnym czytelnikom.
Niedługo Święta i znowu wszyscy wszystkim będą życzyć zdrowia, szczęścia, pomyślności, często dodając jeszcze i spokoju, przede wszystkim spokoju. Ostrożnie z tymi życzeniami, bo podobno jak Pan Bóg chce człowieka pokarać, to spełnia jego modlitwy. Jonasz, bohater „Dawcy” żyje właśnie w świecie, w którym ziściły się wszystkie takie życzenia. Nie ma w nim chorób, cierpienia, bólu, ba – nie zdarza się nawet zła pogoda. Każdy członek społeczności wie, że wszystkie jego potrzeby będą zaspokojone, nie grozi mu żaden niedostatek, lęk, ani samotność. W odpowiednim wieku otrzyma Przydział i pozna swoją dorosłą rolę w społeczności, a będzie ona idealnie dopasowana do jego możliwości i zainteresowań. Potem założy komórkę rodzinną, wychowa parkę dzieci i będzie żyć spokojnie, aż do momentu eufemistycznie nazywanego zwolnieniem. Życie uporządkowane, przewidywalne i bezbolesne, bez klęsk żywiołowych, chorób, przestępstw i wojen. W zamian za to – rezygnacja z samodzielnego myślenia, z tradycji (tej bliższej – rodzinnej i tej ogólnoludzkiej), z książek i muzyki oraz ze wszystkich głębszych uczuć – nie tylko tych złych, jak nienawiść czy lęk, ale i dobrych. Czy o to właśnie nam chodzi ?
Oczywiście uważny czytelnik szybko zauważy, że wizja Lois Lowry ma wiele słabych punktów i miejscami, jak to się mówi, nie trzyma się kupy. Przykład pierwszy z brzegu – skoro nie wszyscy dorośli zakładają rodziny, to norma dwojga dzieci na rodzinę powoduje zmniejszanie się populacji, zamiast utrzymywać ją w niezmiennej liczebności. Te nieścisłości nie są jednak ważne, bo nie o refleksję nad tamtym światem chodzi. „Dawca” to książka, która pokazuje, dokąd może zaprowadzić pragnienie, aby życie uczynić jak najwygodniejszym. Świat Jonasza, mimo że teoretycznie oddalony od nas w czasie, niepokojąco przypomina podmiejskie osiedla w których żyje amerykańska (i nie tylko) klasa średnia, czyli model życia, do którego aspiruje spora część ludzkości. Żyje się w nich wygodnie i spokojnie, odsuwając poza pole swojego widzenia wszystko, co mogłoby wywoływać uczucie dyskomfortu. Jest tam miejsce tylko dla zdrowych, zamożnych, aktywnych zawodowo. Macierzyństwo to jedną z najmniej prestiżowych ról społecznych, a starość nie istnieje. Ludzie starzy usuwani są na margines życia, izolowani w specjalnych placówkach o nazwach równie eufemistycznych jak zwolnienie. Powinni tam dożyć dni swoich, ciesząc się z dobrej opiekę i komfortowych warunków. Pomału, krok za krokiem zbliżamy się do świata opisanego w tej książce. Przestaje dziwić dedykacja na pierwszej stronie, bo to jej dzisiejsi czytelnicy zdecydują, czy uczynimy krok następny.
No
dobrze – ale kim jest tytułowy Dawca i jak jest jego rola w
społeczności ? Tego
nie wie nawet większość spośród jej członków. Wy macie szansę
się dowiedzieć…
Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003
Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2015
Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – fakt !!!
Czytaj duszkiem albo smakuj z wyrafinowaniem !
Takim hasłem Wydawnictwo Bajka zachęca do lektury swojej nowej książki „Dzieje się je. Mała historia kuchni” Łukasza Modelskiego. Autor jest historykiem i dziennikarzem, w radiowej Dwójce prowadzi audycje kulinarno – literackie, a niedawno ukazała się także ich książkowa wersja – „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”. Przeczytałam ją z ogromną przyjemnością – to przegląd kulinarnych wątków w dziełach literatury światowej od starożytności do współczesności. Odkąd Wydawnictwo Bajka zapowiedziało jego książkę dla młodych czytelników, czekałam na nią z zainteresowaniem.
I nie zawiodłam się ! Kiedy trafiła w moje ręce, zgodnie z hasłem przywołanym na początku, najpierw (duszkiem 😉 ) przejrzałam ją od deski do deski, aby potem już na spokojnie oddać się smakowaniu szczegółów 😉 Ta książka to przegląd historii kuchni od starożytnego Egiptu po współczesność. Można powiedzieć, że jest to zbiór arcyciekawych ciekawostek kulinarnych, ale razem tworzą one kompendium wiedzy o tym, co i jak jadano na przestrzeni wieków i jak to się zmieniało w czasie. Plus przewidywanie na przyszłość czyli Siedem dań, które na pewno będziemy jedli. Z tym ostatnim rozdziałem mam najwięcej problemu, pocieszam się jednak, że może już tych zmian nie dożyję 😉
„Drogę przez mąkę” zilustrowała bardzo finezyjnie Zofia Różycka, natomiast ta książka nie istniałaby bez ilustracji Adama Pękalskiego, które są równie erudycyjne jak tekst 🙂 Podobnie jak w poprzednich ilustrowanych przez Niego publikacjach Wydawnictwa Bajka („Dawniej czyli drzewiej” czy „Mamie Gęsi”) zachwyca mnie z jednej strony staranność w doborze najdrobniejszych szczegółów, aby nic nie zgrzytało historycznie, a z drugiej – rozmach i swoboda kreski.
„Dzieje się je” to lektura na długo, tak wypełniona szczegółami i ciekawostkami, że nie da się poprzestać na jej jednorazowym przeczytaniu. Szkoda, że skutkiem ubocznym koronawirusa są także problemy z dotarciem do nowowydanych książek, bo ten czas przymusowych nieferii sprzyjałby zapewne niespiesznemu delektowaniu się nią. Ale także potem, kiedy już (mam nadzieję !) wrócimy do normalności, zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Jest po prostu ponadczasowa 🙂
Łukasz Modelski „Dzieje się je. Mała historia kuchni”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2020
Łukasz Modelski „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”, ilustr.: Zofia Różycka, wyd.: Znak, Kraków 2019
Dzięki przymusowym feriom czasu na czytanie zrobiło się więcej, więc przypominam kolejną książkę, która wciąga lepiej niż niejedna gra komputerowa 😉 Czytałam ją wiele lat temu w pierwszym wydaniu Naszej Księgarni, teraz została wznowiona przez Dwie Siostry.
Wpis z 18 lipca 2011 roku:
Lena i ja mieszkamy w zatoce zwanej Pękatą Matyldą. Dziadziuś mówi, ze Pękata Matylda to królestwo. Dziadziuś przeważnie buja, ale lubię myśleć, że ma rację i Pękata Matylda jest królestwem; naszym królestwem. Mamy tu rozległe pola między domami a fiordem, do którego brzegu wiedzie wąska droga żwirowa. Wzdłuż tej drogi rosną jarzębiny, na które można się wspinać. Każdego ranka, gdy wstanę, patrzę przez okno na fiord i jaka jest pogoda. Gdy porządnie wieje, fale walą w pomost, aż woda bryzga wysoko na pola. A gdy nie wieje, fiord wygląda jak ogromna kałuża. Jakby się uważnie przyjrzeć, to widać, że woda ma codziennie inny odcień. Patrząc na fiord, jednocześnie rozglądam się za łódką dziadziusia. On wstaje codziennie o piątej i wyrusza na połów. Powyżej naszych domów przebiega droga samochodowa. A powyżej drogi samochodowej są górki do zjeżdżania zima na sankach i nartach.
Czujecie to ? (że zapytam jak Serce z moich ulubionych reklam 😉 ) Takie miejsce do mieszkania, gdzie przez okno widać wodę, marzy mi się od zawsze. Ale to nie jedyny powód, dla którego podoba mi się ta książka.
Tym, którzy zadają sobie pytanie, gdzie się podziały ciepłe, mądre i błogie opowiadania w stylu „Dzieci z Bullerbyn”, gorąco polecamy „Gofrowe serce” – napisano na okładce. Mnie kojarzy się ono jednak bardziej z inną moją ukochaną książką Astrid Lindgren – „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?” (czyli „My na wyspie Saltkrakan”) i to nie tylko z powodu nadmorskiego anturażu.
Jej głowni bohaterowie – Kręciołek i Lena bardzo przypominają mi Pellego i Tjorwen, tylko troszkę starszych. Co prawda – fizycznie trudno dopatrzyć się podobieństwa, bo Lena zupełnie nie wygląda jak mała dobrze wypchana kiełbaska, okrąglutka i apetyczna, wręcz przeciwnie – jak mówi o niej Dziadziuś Kręciołka – je jak koń, a wygląda jak rower, ale charakterek ma podobny i szalone pomysły również 😉
Podobnie jak na Saltkrakan, w Zatoce Pękatej Matyldy smutek i radość razem wędrują i obok rzeczy śmiesznych dzieją się tam również smutne. Jak w życiu. Gdzieś pomiędzy szalonymi zabawami dzieci i kolejnymi wstrząśnieniami mózgu Leny, umiera ciocia – babcia, siostra Dziadziusia i ukochana zastępcza Babcia Kręciołka, stary sąsiad musi iść do domu starców, a Lena na jakiś czas opuścić Zatokę. Kręciołek tęskni, ale, jak tłumaczy to Dziadziuś, jeśli komuś jest smutno, bo tęskni do jakiegoś człowieka, to znaczy, że tego człowieka kocha. A kochać kogoś to najpiękniejsze, co może być. Tych za którymi tęsknimy, mamy w sobie.
„Gofrowe serce” to książka, którą mogę zaliczyć do kategorii z Tatą w roli głównej, mimo że Lena nie ma taty, a Tata Kręciołka pozostaje gdzieś w tle. Okazuje się jednak, że choć nie do końca wiadomo do czego służy Tata, to jest on bardzo potrzebny.
Mam tylko jeden problem. Staram się opisywać tutaj książki, które lubią moje córki. Tymczasem Najmlodsza – jedyna z nich, która jest w wieku odpowiednim do „Gofrowego serca” – z przyczyn dla mnie kompletnie niezrozumiałych (być może po prostu dlatego, że jest uparta jak stary kozioł 😉 ) zdecydowanie odmówiła wszelkiego kontaktu z nią. Nie i już ! Za to wszystkim pozostałym znanym mi dzieciom, które ją czytały, bardzo się podobała. Więc tym razem jest to książka sprawdzona na dzieciach – tylko że nie moich 🙂
W dodatku znakomicie wpisująca się w moje skandynawskie skrzywienie, które jak widać nie ogranicza się tylko do literatury szwedzkiej. Ta książka przypomina mi, że Norwegia ciągle na nas czeka, a ja ciągle mam nadzieję, że kiedyś w końcu uda nam się tam dotrzeć.
Maria Paar „Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy”, przekł.: Aneta W. Haldorsen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007
Maria Paar „Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy”, ilustr.: Heleen Brulot, przekł.: Aneta W. Haldorsen, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007
Nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry ukazała się też kontynuacja przygód Leny i Kręciołka czyli „Bramkarka i morze”
oraz równie zwariowane przygody „Tonji z Glimmerdalen”.
W związku z zamknięciem szkół z powodu zagrożenia koronawirusem pewien pan (spuśćmy zasłonę milczenia na to, jak się nazywa 😉 ) wygłosił dziś kuriozalne słowa: To nie jest czas ferii. Dajmy im gry komputerowe, dajmy im dostęp do Netfliksa, albo książkę w ostateczności. 😉
W ostateczności czy nie – „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” to seria, która wciąga bardziej niż niejedna gra komputerowa. To dzięki niej rozczytała się Najmłodsza z moich córek, a potem całą serię przekazaliśmy jej młodszym siostrom ciotecznym i tam też odniosła zasłużony sukces 🙂
Wpis, który przypominam, pochodzi z 16 marca 2009 roku. Stan wydawniczy na dziś to 26 części cyklu oraz 5 tomów dodatkowych (z zagadkami, łamigłówkami oraz propozycją zabawy w teatr), więc jest co czytać. Kolejność tomów w tej serii nie ma znaczenia, każdy jest oddzielną historią. Jest też co oglądać, bo serię zekranizowano w trzech filmach, ale nie wiem, jak się one mają do kolejnych tomów.
„Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” czyli zakamarkowa seria kryminałów dla dzieci wczesnoszkolnych. Na razie nakładem Wydawnictwa Zakamarki ukazały się dwie części, kolejne dwie są w zapowiedziach wydawnictwa. W Szwecji wydano ich już szesnaście.
Lasse i Maja są najlepszymi przyjaciółmi. Chodzą do tej samej klasy i razem prowadzą biuro detektywistyczne. Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Mieści się ono w piwnicy domu Mai. Jest tam wszystko, czego potrzeba do szpiegowania i obserwacji: lornetka, aparat fotograficzny, lusterka, latarki i szkło powiększające. A teraz mają nawet własny komputer.
Lasse i Maja to zwykłe dzieciaki. Nie dysponują żadnymi nadprzyrodzonymi zdolnościami – wystarcza im spostrzegawczość, dociekliwość i logiczne myślenie. No i komputer oczywiście ! Bez Googli teraz ani rusz 😉
Kryminały dla dzieci charakteryzują się na ogól dość prosta intrygą – taką, że czytający je dorośli (i co bystrzejsze dzieci) niemal od pierwszej strony wiedzą doskonale, jakie będzie rozwiązanie. MartinowiWidmarkowi udała się rzecz rzadka. Tajemnice, jakie rozwiązują Lasse i Maja, oczywiste nie są. Mimo to pozostają zrozumiałe dla niespełna dziesięcioletnich czytelników tych książek.
Wciągająca akcja plus fajne ilustracje, plus dobry przekład Barbary Gawryluk równa się interesująca lektura dla początkujących czytelników. A do tego jeszcze dzieci, które okazują się bystrzejsze od dorosłych – bezcenne !!! 😉
P.S. Dla wszystkich, których wciągnęło rozwiązywanie zagadek i chcieliby choć przez chwilę być jak Lasse i Maja – „Brązowa księga. Detektywistyczne łamigłówki Lasego i Mai” pełna zagadek, szyfrów i rebusów. Z nagrodami !!!
Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Tajemnica diamentów”(seria: „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”), przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki. Poznań 2008
Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Tajemnica hotelu”(seria: „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” ), przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki. Poznań 2008
Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Brązowa księga. Detektywistyczne łamigłówki Lasego i Mai”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki. Poznań 2008
Wpis z 30 października 2010 roku, w którym opisałam pierwsze dwa tomy cyklu o Flawii de Luce. Do dziś ukazało się ich osiem, ale przyznam, że swoją przygodę z tą bohaterką zakończyłam chyba na tomie czwartym, bo z każdym kolejnym robiło się niestety coraz mniej ciekawie 😦 Autor zahibernował swoją bohaterkę jako podlotka i z tomu na tom nie pozwalał jej dorosnąć, mimo że czas dookoła niej ewidentnie sobie normalnie płynął. Ale pierwsze dwa tomy zdecydowanie warto !!!
Gdzieś na angielskiej prowincji leży sobie cicho miejscowość Bishop’s Lacey. Malowniczo położona- nad rzeczką, wśród lasów, niezbyt daleko od kolei. Na pozór zupełnie zwyczajna, a jednak właśnie tam latem roku 1950 ginie śmiercią nagłą dwóch przyjezdnych, pozornie nikomu nieznanych ludzi. Świadkiem obu tych zdarzeń (za drugim razem – w licznym towarzystwie) jest jedenastoletnia Flawia de Luce i to jej właśnie udaje się rozwikłać tajemnice tych śmierci, które, jak się okazuje, powiązane są z wydarzeniami sprzed lat. Roztajemnicza przy tej okazji również tajemnice tamtych zbrodni i radzi sobie z tym dużo sprawniej od miejscowej policji.
Flawia de Luce jest dziewczynką… zdecydowanie nietuzinkową. Niewiele znam jedenastolatek, które potknąwszy się o świcie o wystającą z grządki ogórków rękę nieznajomego mężczyzny, który następnie w tychże ogórkach wydał ostatnie tchnienie, zareagowałyby w następujący sposób:
Chciałabym powiedzieć, że pękło mi serce, ale nie pękło. Chciałabym powiedzieć, że instynkt podpowiadał mi, abym dała drapaka, ale nie podpowiadał. Zamiast biec z krzykiem, dokąd oczy poniosą, wpatrywałam się z trwogą w umierającego, chłonąc każdy szczegół: drgające palce, ledwo widoczne brązowo – metaliczne tchnienie, jakie powlekło jego skórę, niczym oddech śmierci.
I wreszcie całkowity bezruch.
Chciałabym powiedzieć, że się bałam, ale nie. Przeciwnie.Była to ze wszech miar najciekawsza rzecz, jaka mi się przydarzyła w całym dotychczasowym życiu.
Prawdę mówiąc – nie znam żadnej dziewczynki zdolnej do takiej reakcji. Podobnie jak nie znam żadnej, której pasją byłyby trucizny. I chyba nie żałuję 😉
Flawia jest najmłodszą z trzechm córek właściciela Buckshaw – ogromnej, choć w ostatnim czasie podupadłej rezydencji rodziny de Luce, położonej na skraju Bishop’s Lacey. Jej matka, Harriet zginęła w górach rok po jej narodzinach i można powiedzieć, że Buckshaw nadal jest pogrążone w cieniu jej śmierci. Ojciec dziewcząt większość czasu spędza w zaciszu swojego gabinetu pogrążony w klaserach ze znaczkami, a ulubionym zajęciem starszych sióstr jest pastwienie się nad najmłodszą. Ona też, w miarę swoich możliwości, nie pozostaje im dłużna.
Flawia jest dziewczynką odrębną. Jej azylem i królestwem jest znakomicie wyposażone laboratorium, odziedziczone (podobnie jak wybitny talent chemiczny) po przodku Tankredzie de Luce. Tam zupełnie sama zgłębia tajniki chemii. Tam obmyśla i realizuje plany zemsty na Ofelii i Dafne.
Jest bardzo samotna – samotnością geniusza i samotnością dziecka niekochanego. Z nikim nie łączy jej głębsza więź. No, może z wyjątkiem Doggera, który jest w Buckshaw kierowcą, ogrodnikiem i człowiekiem do wszystkiego, ale Dogger też jest… specyficzny.
Nie ma żadnych koleżanek (że o przyjaciółkach nie wspomnę). Można wręcz odnieść wrażenie, że Flawia jest jedynym dzieckiem w okolicy. Co prawda są wakacje, ale przecież jedenastolatka musi chodzić do jakiejś szkoły (o nauce w domu też nie ma wzmianek). Tymczasem jedynym jej rówieśnikiem, który pojawia się na kartach tych książek jest Robin Ingelby, który jednakowoż nie żyje już od pięciu lat.
Jej zdolność kojarzenia, przenikliwość i nieustępliwość w dążeniu do rozwiązania tajemnicy powodują, że może być uznana za (sporo młodszą) emanację Miss Marple, choć z wyglądu przypomina raczej Wednesday Adams 😉
Z książkami dla młodzieży jest na ogół tak, że nastolatki chętnie czytają o bohaterach trochę starszych od siebie. Flawia ma jedenaście lat, ale jej przygody raczej nie są dla jej rówieśników. Stopień skomplikowania intrygi, wiedza ogólna konieczna do jej zrozumienia i wreszcie ciemna strona ludzkiej duszy, która się w tych powieściach odsłania, umieszcza je w kategorii: dla dorosłych i starszych nastolatków. Pierwszy tom ukazał się z resztą w dwoch okładkach – bardziej młodzieżowej i bardziej dorosłej, do wyboru.
Alan Bradley, autor tych książek, całe życie przemieszkał w Kanadzie – a jednak udało mu się stworzyć klimat zbliżony do książek Agathy Christie. Poza tym (i to dochodzi do głosu moje skrzywienie historyczne 😉 ) znakomicie oddał realia Anglii powojennej – ciągle liżącej wojenne rany i będącej już tylko cieniem dawnego Imperium.
P.S. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wytknęła wydawnictwu małej obsuwy redaktorskiej 😉 Tytuł pierwszej z tych książek „The Sweetness at the Bottom of the Pie” nawiązuje do jej motta Jeśli ciasteczko nie słodkie u dna, cóz po tym, że kryzy ma ? i bardziej pasuje tu wersja tytułu „Ciasteczko słodkie u dna”, która nota bene (przez, jak mniemam, przeoczenie redaktorskie) znalazła się w posłowi autora.
Pomińmy już kwestię tego, że pie to nie jest ciasteczko (podobny problem ze spolszczeniem pojawił się w przypadku książki „Harriet and a Cherry Pie” ) – ważniejsze jest to, że ciasto w tej książce wcale nie było zatrute, a sugerowanie tego nie było zamysłem autora !
Na koniec chciałabym zachęcić Was do obejrzenia programu„Połykacze książek” poświęconego książkom o Flawii de Luce – z udziałem ich autora, tłumacza oraz Padmy, autorki bloga Miasto książek i znawczyni literatury angielskiej. Oto część pierwsza
i część druga. Warto !!!
Alan Bradley „Flawia de Luce. Zatrute ciasteczko”, przekł.: Jędrzej Polak, wyd.: Vesper, Poznań 2010
Alan Bradley „Flawia de Luce. Badyl na katowski wór”, przekł.: Jędrzej Polak, wyd.: Vesper, Poznań 2010
Wpis z 13 grudnia 2015 roku. Wtedy zapowiadałam ukazanie się trzeciego tomu, a do dziś ukazało się ich w sumie sześć. Warto przeczytać, co o pomyśle na ten cykl mówi sama jego Autorka – Monika Oworuszko>>> tutaj 🙂
Książki z serii „Walenty i spółka” mają wspólny podtytuł – „Kryminał dietetyczny”, ale (wbrew pierwszemu skojarzeniu, które się może nasuwać) nie chodzi w nich o czarny rynek chipsów, słodzonych napojów i innych rzeczy, które ostatnio musiały zniknąć ze sklepików szkolnych 😉 Problem jest zdecydowanie szerszy…
Mamy oto z pozoru zwyczajny sklep spożywczy na osiedli z blokami i szkołą. W tym sklepie na lewo od wejścia, przy samych kasach, panował Walenty Węglowodan. W herbie miał Buraka Cukrowego, a pośrodku sklepu pokaźną alejkę pełną kolorowych cukierków, kremowych czekolad i chrupiących wafelków. Każdy klient musiał przejść tą alejką, nawet jeśli wcale nie zamierzał kupować nic słodkiego. I nawet jeśli nie zamierzał, to Walenty już miał swoje sposoby, żeby jednak kupił 😉
Można tam było spotkać także Tęgomira Tłuszcza, herbu Słonina, Błażeja Białko, herbu Mocne Kości z żoną Balbiną i Werę Wodę. Pewnego dnia pojawił się jeszcze tajemniczy Detektyw Dietetyczny i wtedy się zaczęło…
Portal Foodziaki zapytał autorkę, skąd pomysł na to, żeby książkę o zdrowym odżywianiu napisać jako kryminał. Odpowiedziała: Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Na każdym kroku dostępne są przetworzone produkty, kuszą reklamy. Często jemy bez żadnej refleksji nad składem i pochodzeniem produktów. Na rynku pełno jest książek dla dorosłych dotyczących odchudzania, a pozycji dla dzieci niewiele, bo to trudny temat. Bo jak przekonać dziecko, żeby zamiast cukierka zjadło coś zdrowszego ?
Myśląc o książce wiedziałam, że to nie może być kolejny wykład czy podręcznik. Dzieci najchętniej czytają książki przygodowe, na pierwszym planie muszą być bohaterowie i ich perypetie, a wiedza podana „przy okazji”. Główne postacie Walenty Węglowodan, Błażej Białko i Tęgomir Tłuszcz uosabiają składniki i na początku historii wcale nie mają czystych intencji. Detektyw Dietetyczny nawraca ich na właściwą drogę – od teraz mają polecać dzieciom wyłącznie zdrowe produkty. Dzięki tej przemianie bohaterowie będą mogli zaangażować się w imieniu dzieci w kolejne historie związane z odżywianiem. I walczyć z czarnymi charakterami, bo wątek kryminalny rozwinie się w kolejnych częściach serii.
W drugim tomie nasi bohaterowie wyruszają w podróż dookoła świata, aby zapoznać się z tym, co jedzą ludzie w różnych krajach. Wędrują przez Amerykę Południową, Stany Zjednoczone, Chiny i Włochy, gdzie poznają piękną Olivię Olivietti i nasz kryminał staje się także romansem 😉
W kolejnym tomie, który ukaże się jeszcze przed Świętami, zakochany Tęgomir postanawia schudnąć, a przyjaciele starają się mu w tym pomóc.
Monika Oworuszko, która, aby wydać te książki, wzięła sprawy w swoje ręce i założyła wydawnictwo Mobuki, powiedziała w tym wywiadzie także: Pierwsze recenzje pokazują, że pomysł na książkę działa: dzieci przywiązują się do bohaterów i rezygnują z niezdrowych produktów. Rośnie grono coraz bardziej świadomych rodziców i nauczycieli, mam nadzieję, że ta książka pomoże im w rozmowach z dziećmi.
Ja również mam taką nadzieję, bo w naszych sklepach pełnych smakowicie wyglądających i kolorowo opakowanych Niebezpieczeństw Dietetycznych nawet dorosłym trudno jest odnaleźć i zachować rozsądek. Im człowiek młodszy tym trudniej 😉
Monika Oworuszko „Walenty i spółka. Kryminał dietetyczny”, ilustr.: Małgorzata Banaś – Domińska, wyd.: Mobuki, Warszawa 2015
Monika Oworuszko „Walenty i spółka ruszają w świat. Kryminał dietetyczny”, ilustr.: Małgorzata Banaś – Domińska, wyd.: Mobuki, Warszawa 2015
Można powiedzieć, że jest to aneks do „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, a równocześnie trzecia na półkach Małego Pokoju z Książkami publikacja, w której wydaniu uczestniczył lubelski Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. W przeciwieństwie do „Czarodziejów wyobraźni”, którzy byli niestety wypadkiem przy pracy, „Dopóki niebo nie płacze” jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach – jak to zwykle bywa z książkami Iwony Chmielewskiej.
Najpierw zobaczyłam setki portretów – cudem odnaleziony w Lublinie skarb.
Mieszkańcy żydowskiej dzielnicy, przez tyle lat ukryci, darowali nam współczesnym swoje spojrzenia z czasów, gdy nie przeczuwali jeszcze losu, który ich czekał.
Te spojrzenia czegoś się domagały, nie dawały mi spokoju. Jeszcze bezpieczni, otoczeni bliskimi, pełni szlachetnego skupienia ludzie, prosili, by ich ożywić i dodać im barw. Domagali się szczególnej czułości i opowieści, która niosłaby pamięć dalej.
Ale nie chcieli słów pełnych grozy, woleli opowieść o życiu.
Znalazłam więc dla nich wiersze, proste i pełne ciepła. Napisał je ich sąsiad, poeta i nauczyciel Józef Czechowicz, zanim zginął w 1939 roku – w jednym z pierwszych bombardowań Lublina.
Na moich ilustracjach bohaterowie fotografii ożywają w uroczystym teatrze, w przyjaznym otoczeniu, wśród zwierząt i roślin. Na tej scenie pamięci od zimy do późnej jesieni każdy z nich odgrywa ważną, pełną godności rolę. – napisała Iwona Chmielewska na stronie wydawnictwa i w ten sposób powiedziała o tej książce wszystko, co najważniejsze.
Na okładce widzimy nazwiska trojki autorów, ale jedno z nich opatrzone jest gwiazdką, która prowadzi do takiej informacji: Archiwalne zdjęcia zamieszczone w tej książce pochodzą z kolekcji szklanych negatywów odnalezionej w 2010 roku w Lublinie, w kamienicy przy Rynku 4. W 2012 roku zostały przekazane Ośrodkowi „Brama Grodzka – Teatr NN”. Według aktualnych ustaleń prawdopodobnym autorem zdjęć jest Abram Zylberberg. (więcej informacji na ten temat można znaleźć >>> tutaj )
Cała kolekcja składała się z 2700 negatywów. Udało się na nich rozpoznać 15 osób. Być może wśród tych pozostałych jest ktoś z bohaterów „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, ale tego już się nie dowiemy. Na ilustracjach Iwony Chmielewskiej ludzie sfotografowani przed wojną w Lublinie pojawiają się w anturażu związanym z wierszami innego lublinianina – Józefa Czechowicza. Ani w jego wierszach, ani w ilustracjach nie ma cienia Zagłady rzucanego wstecz, mimo że możemy przypuszczać, jaki był los większości z tych ludzi. Jest świat, w którym żyli, a którego już nie ma…
Dokoła listki, dokoła, dopóki jesień wesoła. / Dopóki niebo nie płacze, niech każdy w słonku poskacze…
Iwona Chmielewska, Józef Czechowicz, Abram Zylberberg „Dopóki niebo nie płacze”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN’, Lublin 2016
Wpis z 14 grudnia 2010 roku. Od tego czasu ukazało się jeszcze sześć części cyklu o Wesołym Ryjku (w tym cztery o porach roku), a niedawno premierę miał spektakl o nim w poznańskim Teatrze Animacji 🙂
Kiedy Pan Kuleczka wywędrował z „Dziecka” do książek, jego miejsce zajął król Jęzorek z żoną i bliźniakami. Opowiadania te ilustrowała Agnieszka Żelewska. Potem się pojawił (i jest do dziś) osobnik, który się nazywa Wesoły Ryjek. Bardzo lubię Wesołego Ryjka, bo z pogodą przyjmuje to, co niesie każdy dzień, a w dodatku codziennie czegoś się dowiaduje.
Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że opowiadania o nim, również ilustrowane przez Agnieszkę Żelewską, ukażą się w wersji książkowej – powiedział mi jakiś czas temu pan Wojciech Widłak. I rzeczywiście – historie o Wesołym Ryjku ukazały się potem nakładem wydawnictwa Media Rodzina.
Ja również go polubiłam, choć na ogół nie gustuję (i mam tak od dzieciństwa 😉 ) w książkach antropomorfizujących, w których zwierzęta żyją jak ludzie, zachowują się jak ludzie i chodzą w ludzkich ubraniach. Kiedyś miałyśmy książkę „z okienkami” o gospodarstwie na wsi. Wszystkie zwierzęta były tam na swoim miejscu – z jednym wyjątkiem. Gospodarzami były świnki chodzące w ludzkich ubraniach – Orwell w czystej postaci 😉 Któraś z moich córek zapytała wtedy: Mamusiu, jeśli świnki mieszkają w domu i są gospodarzami, to kto mieszka w chlewiku ??? Zajrzałyśmy do chlewika, a tam… kozy 🙂
Wyjątek robię tylko dla postaci stworzonych przez Beatrix Potter. I od niedawna dla Wesołego Ryjka 🙂
Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek. Mam mamę, tatę, żółwia przytulankę, ogonek, no i ryjek. Wesoły. Myślę, że dlatego właśnie rodzice tak mnie nazwali – bo po prostu jestem Wesoły Ryjek.
Co prawda czasami się czymś martwię, tak jak chyba wszyscy. Ale jak sobie przypomnę, że nazywam się Wesoły Ryjek, to łatwiej mi znowu być wesołym. Tak sobie myślę, że może każdy powinien się nazywać Wesoły Ryjek ? Na świecie byłoby wtedy weselej. Ale z drugiej strony, gdyby każdy – mama, tata, ja i mój żółw przytulanka też – nazywał się Wesoły Ryjek, to zrobiłby się straszny bałagan. Na przykład listonosz w ogóle by nie wiedział, któremu Wesołemu Ryjkowi zanieść list, a wy nie wiedzielibyście, o którym Wesołym Ryjku jest ta książeczka…
Dziś dowiedziałem się, że każdy jest wyjątkowy i dlatego każdy ma wyjątkowe imię. A ja jestem zupełnie wyjątkowy ! Podobno na całym świecie nie ma drugiego takiego Wesołego Ryjka. Tak w każdym razie mówią mama i tata.
Przepraszam za ten przydługi cytat, ale znakomicie oddaje on charakter tej książeczki i jej bohaterów. Świat Wesołego Ryjka jest prosty – jak świat jego czytelników. W tej książce (i w tym świecie) są oprócz niego tylko mama, tata i żółw przytulanka, a ich życie toczy się w domu i ogródku. Ten mały świat jest jednak zupełnie wystarczający, żeby Ryjek codziennie dowiadywał się czegoś nowego – tak jak jego czytelnicy.
Wesoły Ryjek to po prostu zwykły kilkulatek – jak dzieci, dla których przeznaczona jest ta książka. Zwykły, ale równocześnie wyjątkowy, bo przecież na całym świecie nie ma drugiego takiego Wesołego Ryjka ! 🙂
Wojciech Widłak „Wesoły Ryjek”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2010
Rabinowiczowie mieli dziewięcioro dzieci. Najstarszy z nich, Aaron, miał siedemnaście lat, ale jego być może w ogóle nie powinniśmy liczyć, bo był żonaty i już nie mieszkał w rodzinnym domu. Druga po Aaronie była Adina, a po niej kolejno Miriam, Szlomo, Estera, Noemi, Jakub i Debora; ostatnia dziewczynka była jeszcze zupełnie malutka i miała na imię Bluma. Mieszkali wszyscy w Lublinie, w domu przy ulicy Lubartowskiej, na drugim piętrze kamienicy, a do ich mieszkania prowadziło dwoje drzwi wejściowych – niebieskie i brązowe. Tak naprawdę bowiem były to dwa mieszkania, bo w jednym po prostu by się nie pomieścili.
Papa Rabinowicz był rabinem w domu modlitewnym – zwanym sztyblem – który znajdował się na parterze. Codziennie przed śniadaniem schodził na dół, żeby odprawić modlitwę. A codziennie po śniadaniu pracował w swoim biurze, czytając książki* i przyjmując odwiedzających, który przychodzili do niego po radę…
Choć mogłoby się to wydawać niemożliwe – „Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci” jest książką równocześnie fascynującą i rozczarowującą, a miejscami niestety nudną 😦
Fascynująca jest jej tematyka. To pierwsza taka książka od… nie wiem kiedy, na pewno od końca wojny, a i wcześniej trudno mi ją sobie taką wyobrazić – książka, która pokazuje normalne życie rodziny ortodoksyjnych Żydów żyjących w przedwojennej Polsce. Konkretnie: w Lublinie, ale ponieważ praktycznie cała akcja umieszczona jest w dzielnicy zamieszkałej przez ludność żydowską, może to być niemal każde inne ówczesne polskie miasto lub miasteczko dawnego zaboru rosyjskiego lub austriackiego. Anna Ciddor, pisarka mieszkająca w Australii, na podstawie tego, co opowiedziała jej babcia Noemi, odtworzyła codzienne (i niecodzienne) życie jej rodziny w najdrobniejszych szczegółach. W dodatku, co moim zdaniem jest najważniejsze, zrobiła to kompletnie poza kontekstem Holokaustu, w którym współcześnie umieszczamy wszystko, co jest z Żydami w Polsce związane.Dariusz Stola, dyrektor Muzeum Polin, nazwał to sytuacją , w którym Zagłada rzuca cień także wstecz. Opowiadając o swoim muzeum, powiedział:Wydobywanie czegoś z cienia Zagłady polega m.in. na tym, żeby zwiedzający, który ogląda synagogę z XVII wieku, na chwilę zawiesił swoją wiedzę o tym, że potomkowie Żydów, którzy ją zbudowali, zostali wymordowani. Ci, którzy budowali synagogę, nie wiedzieli, że ich potomkowie zostaną wymordowani. Rzutowanie Zagłady wstecz oddziela nas od ludzi, którzy żyli przed nią.
Tak ja my teraz nie wiemy, co się zdarzy w przyszłości, tak samo Rabinowiczowie żyli w przedwojennym Lublinie nie przeczuwając nadchodzącego Holokaustu. Jedyna wzmianka o nim pojawia się w posłowiu. Obchodzili święta, wychowywali dzieci, żenili je i wydawali za mąż. Akcja tej książki osnuta jest właśnie wokół zamążpójścia najstarszej z ich córek Adiny, której męża zgodnie z tradycją wybierają dla niej rodzice, a ona pierwszy raz zobaczy go dopiero w dniu ślubu. Zanim jednak to nastąpi, czytelnicy towarzyszą rodzinie w przygotowaniach do szabasu…
„Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci” mogłabym określić mianem powieści etnograficznej 😉 Zasady i zwyczaje regulujące życie w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej opisane są tam szczegółowo i ta drobiazgowość, dla mnie interesująca, może być nużąca dla jej współczesnych odbiorców. Czytając opis przygotowywania gefilte fisz miałam wrażenie, że śledzę je w czasie rzeczywistym 😉 Warto jednak zauważyć, że przy całej tej staranności, autorka w jednym miejscu nagięła zwyczaj do potrzeb akcji, tak aby zakończyć ją ślubem. Tymczasem golenie głowy panny młodej miało miejsce już po nim i nie zostawiano jej wtedy na głowie żadnych loczków.
Równocześnie zabrakło mi w tej opowieści jakiejś podbudowy psychologicznej, która pozwoliłaby żyjącemu w XXI wieku czytelnikowi zrozumieć sytuację aranżowanego małżeństwa, bo cała ta sprawa opisana jest tam niemal kompletnie bez emocji. Adina i inne dzieci Rabinowiczów oswajały się z taką sytuacją od dziecka, dookoła miały same pary, które pobrały się w ten sposób (z rodzicami i bratem włącznie), więc zapewne nie budziło to ich zdziwienia. Jednak przez sto lat, które minęły od czasu, w którym żyli, świat zmienił się bardzo – także (czego sobie często nie uświadamiamy) w kwestii tego, na jakich fundamentach tworzymy obecnie związki (nie zawsze) małżeńskie 😉 Przydałaby się tam choćby jedna scena na przykład rozmowy Adiny z mamą czy szwagierką, która zapewne sama niedawno była panną młodą, o obawach, jakie miały przed ujrzeniem przyszłego męża i o początkach życia z kompletnie nieznanym człowiekiem.
Akcja tej książki umieszczona jest, jak wspomniałam, w Lublinie, w bliżej nieokreślonym momencie dwudziestolecia międzywojennego. Rabinowiczowie żyją tam w zamkniętym, żydowskim świecie, w którym mówi się w jidysz nawet z polską służącą Lidią i często nie zna się w ogóle języka polskiego. Dla australijskich czytelników, do których pierwotnie była adresowana „Family with Two Front Doors”, to świat odległej przeszłości gdzieś na antypodach, równie daleki jak opisywani przez tę samą autorkę w innych książkach Wikingowie czy mieszkańcy starożytnego Rzymu. Dla polskich odbiorców ani czasy, ani miejsce akcji nie są jednak tak odległe i chyba szkoda , że to wydanie nie zostało uzupełnione o jakiś wstęp czy posłowie rozszerzające nieco ich wiedzę.
* wydaje mi się , że bardziej odpowiednim określeniem byłoby tu studiując księgi – czytanie książek brzmi jednak trochę niepoważnie
Anna Ciddor „Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci”, przekł.: Grażyna Chamielec, wyd.: Mamania, Warszawa 2019