Książka nominowana w konkursie KSIĄŻKA ROKU Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!
Mały Filemon, zwany przez wszystkich Fisiem, przeprowadził się niedawno z rodzicami do nowego, większego mieszkania. Było w nim mnóstwo miejsca. W salonie stały tylko kanapa i stół. Można było biegać dookoła, tarzać się po podłodze i odbijać balonik od ścian i sufitu.
Pewnego dnia wszystko zmienił jeden dźwięk. Dzwonek.
Trrrilt!
Ten dzwonek oznajmił, że w domu zjawili się dwaj panowie, którzy wniesili do niego… pianino. Fiś pierwszy raz widział ten instrument. Gdy mama podniosła klapę, ujrzał białe i czarne klawisze. Nic nadzwyczajnego. Tylko czerń, biel i cisza.
Fiś wyciągnął rękę i nieśmiało nacisnął jeden z klawiszy…
…i od tego momentu zaczęły dziać się czary, które przepięknie zwizualizowała Marianna Oklejak. Czary ? A może nie one, tylko wyobraźnia i talent ?
Na facebookowym fanpage’u Wydawnictwa Bajka znalazłam dziś takie słowa:
Opowieść o Fisiu to wielka pochwała wyobraźni i twórczości, a zarazem BAJKA TERAPEUTYCZNA o oswajaniu się dziecka z własnym talentem, o wrażliwości i wytrwałości, o budowaniu odporności na porażki, o mądrych wspierających rodzicach i o ważnej roli mistrza w naszym życiu.
To także KSIĄŻKA BARDZO OSOBISTA. Bo napisała ją mama małego wirtuoza, Joanna Olejarczyk (jej bajki znajdziesz na Złotej Liście Cała Polska Czyta Dzieciom ). Bo swoją ukochaną MUZYKĄ ZILUSTROWAŁA Marianna Oklejak (nikt inny tak by nie potrafił).
Jej ukazanie zbiegło się w czasie w Konkursem Chopinowskim. Od kilku dni, kiedy tylko mam taką możliwość i siłę na to, towarzyszą mi gdzieś w tle etiudy, nokturny, walce, ballady i barkarole grane w pierwszym etapie. Zaczęłam zastanawiać się, jak to jest z jego uczestnikami ? Czy oni widzą muzyką podobnie do Fisia? Bo ja nie i pewnie jestem o coś od nich uboższa, ale to nie znaczy przecież, że mój odbiór jest gorszy.
Pomyślałam sobie, że „Czarodziejskie pianino Fisia” może być dobrym wstępem do rozmowy z dzieckiem (a takie książki lubię bardzo!) – rozmowy właśnie o tym, jak odbieramy muzykę, jak ją rozumiemy, po co w ogóle jej słuchamy i co nam to daje…
Potem przyszła do mnie refleksja o tym, że aby dobrze zrozumieć i poczuć muzykę potrzebna jest cisza, której bardzo w naszym świecie brakuje. Jeszcze nie tak dawno – jakieś sto lat temu czyli kilka pokoleń wstecz, muzykę można było usłyszeć tylko na żywo, a do tego potrzebny był instrument i ktoś, kto potrafi na nim grać. Teraz żyjemy w środowisku zaśmieconym dźwiękami, atakującym nas ze wszystkich stron: muzyką z głośników, sygnałami wydawanymi przez rozmaite urządzenia oraz hałasem, jaki robią pracując. W tym wszystkim gubi nam się gdzieś piękno i emocje, które możemy usłyszeć w muzyce – ale tylko wtedy, gdy będziemy jej słuchać, a nie puszczać mimo uszu w biegu. Jak ci ludzie w waszyngtońskim metrze mijający bez zainteresowania grającego skrzypka…
…a był to Joshua Bell, jeden z najwybitniejszych skrzypków, który na najdroższych skrzypcach świata grał jedne z najtrudniejszych utworów, jakie powstały. W ramach eksperymentu społecznego grał tam przez godzinę, a w tym czasie zaledwie kilka osób zwróciło na to uwagę.
Nie dziwię im się, bo do tego, żeby naprawdę słuchać potrzebna jest cisza i choć odrobina spokoju, pozwalającego poświęcić uwagę dźwiękom. I tego właśnie na kolejne etapy Konkursu Chopinowskiego życzę sobie i tym, którzy też tego pragną !
Dziękuję Wydawnictwu Bajka z egzemplarz recenzencki tej książki !!!
Joanna Olejarczyk „Czarodziejskie pianino Fisia”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2025
O pierwszych tomach serii „Czytam sobie” pisałam dawno temu, bo ukazuje się ona już od kilkunastu lat. Wydawnictwo, które ją wydawało, nazywało się jeszcze Egmont 😉 Teraz to jest HarperCollins, ale poza tym wszystko w tych książeczkach pozostało bez zmian.
Napisałam wtedy:
Są dzieci, które uczą się czytać w sposób niezauważalny dla otoczenia i nagle zaskakują wszystkich tą umiejętnością. Są też takie, którym to przychodzi z dużym trudem i okupione jest sporym wysiłkiem. I nie zależy to wcale od tego, czy i ile czytano im wcześniej, a nawet, rzec można, wręcz przeciwnie 😉
Dziecko typu pierwszego nauczywszy się czytać bezboleśnie dla siebie i najbliższych pochłania najczęściej książki jak leci, nie wybrzydzając szczególnie. Typ drugi potrzebuje lektur specjalnych – takich, które już na pierwszy rzut oka robią wrażenie wartych zachodu. Czyli po prostu ciekawych…
…i taki właśnie jest „Wypadek na stacji metra” Justyny Bednarek. To już (jeśli dobrze liczę) 58 część tej serii na poziomie 1, który stanowi największe wyzwanie dla piszących. Cała historia musi zmieścić się w 150 – 200 słowach i to w dodatku takich, które składają się z 23 podstawowych głosek. Wydaje się to proste ? Spróbujcie opowiedzieć o czymkolwiek nie używając słów zawierających dwuznaki typu „sz”, „cz” czy „ch” oraz liter tworzonych przy pomocy znaków diaktyrycznych (czyli „ą”, „ę” albo „ś”, „ć”). W dodatku – żeby zdania były proste, nie złożone.
A ! I jeszcze taki drobiazg – to wszystko musi być na tyle interesujące dla dzieci, żeby zechciały one podjąć wysiłek brnięcia przez te literki !!! 😉
Justynie Bednarek to się udało. Mamy tu sytuację pełną napięcia, psa w niebezpieczeństwie oraz dzielną bohaterkę, która wykazuje się refleksem, a następnie spotyka ją zasłużona sława.
Ta książka jest chyba pierwszą adresowaną do tak początkujących czytelników polską publikacją z akcją w metrze. Wydaje się to trochę to dziwne, bo działa ono w Warszawie już od trzydziestu lat, a jeszcze nie trafiło na karty literatury. Pewnie to dlatego, że ciągle jest go bardzo mało – w porównaniu z takim Londynem czy Nowym Jorkiem.
Akcja „Wypadku” rozgrywa się na stacji Centrum, dzięki temu na ilustracjach mogło znaleźć się kilka budynków charakterystycznych dla Warszawy. Ja mam jednak największy sentyment do tych stacji, które projektował mój Tata, dlatego na zdjęciu jest ta na Starych Bielanach. Myślę, że Autorka mi to wybaczy, bo mieszka niedaleko i to jest także jej stacja 😉
Justyna Bednarek „Wypadek na stacji metra” (seria: Czytam sobie, poziom 1) ilustr.: Diana Karpowicz, wyd.: HarperCollins Polska, Warszawa 2025
Książka nominowana i WYRÓŻNIONA w konkursie KSIĄŻKA ROKU Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!
Na stronie wydawnictwa Widnokrąg możemy przeczytać:
Książka znalazła się na liście Unpublished Picturebook Showcase pośród 88 (z 600 nadesłanych) projektów z całego świata wybranych przez międzynarodowe jury i była prezentowana podczas najważniejszych targów książki dziecięcej Bologna Children’s Book Fair. Autorka wykorzystała technikę kolażu połączoną z delikatną kreską ołówkiem.
Katarzyna Minasowicz stworzyła tę książkę w ramach stypendium artystycznego Miasta Wrocławia: WROCŁAW – MIASTO SPOTKAŃ. Książkę objął patronatem honorowym Konsul Generalny Republiki Federalnej Niemiec we Wrocławiu. Wydana w polskiej i niemieckiej wersji językowej.
O Domu zwykle się nie myśli.
Dom się po prostu ma.
Raptem 23 lapidarne zdania plus ascetyczne ilustracje, w których nic nie pojawiło się przypadkiem albo po nic.
Wydawać by się mogło, że to bardzo mało, a jednak wystarczyło, żeby (jak to się mówi) trafić w punkt. Dlatego pierwszym wrażeniem, jakie miałam po obejrzeniu tej książki, był zachwyt. Ta historia wpisała się w to, co wiem, czego dowiedziałam się nie tylko z opowieści rodzinnych, ale też z wielu przeczytanych wspomnień i obejrzanych filmów. Można powiedzieć, że wypełniłam puste miejsca na jej kartkach wiedzą, którą miałam skądinąd.
Historia, którą opowiada Kasia Minasowicz, w oczywisty sposób nawiązuje do tego, co działo się 80 lat temu, a co było efektem powojennego przesunięcia granic czyli masowych przesiedleń ludności polskiej z terenów, które miały znaleźć się w granicach ZSRR na tak zwane Ziemie Odzyskane oraz wysiedlaniu stamtąd ludności niemieckiej. I jedni, i drudzy nie z własnej woli musieli opuścić swoje domy i zacząć życie gdzie indziej…
Po pierwszym zachwycie pojawiły się jednak wątpliwości i pytania o adresatów tej publikacji. Często tak mam w przypadku takich operujących niedopowiedzeniami picturebooków. Wydawnictwo określa wiek czytelników na 6+. Trudno mi powiedzieć, czy jest on odpowiedni i czym będą oni ją w stanie wypełnić. Jestem jednak pewna, że nie można ich zostawić samych z tą historią, która ma walor nie tylko historyczny, ale także uniwersalny. Doświadczenia jej bohaterki stały się nie tak dawno udziałem tysięcy dzieci, które przyjechały do Polski z Ukrainy. „U z dwiema kropkami” może być znakomitym punktem wyjścia do rozmowy o tym – w domu, ale także na lekcji bibliotecznej albo wychowawczej, wszędzie tam, gdzie taka rozmowa jest potrzebna.
Kasia Minasowicz „U z dwiema kropkami / U mit zwei punkten”, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2025
Tyś jest jezioro moje, // ja jestem twoje słońce, // światłami ciebie stroję, // szczęście moje szumiące. // Trzciny twoje pozłacam. // Odchodzę. I znów wracam…
Z trzech składników tej książki czyli tekstów, ilustracji i tematu pierwsze w moim życiu były Mazury. Najpierw żeglowałam po nich z Rodzicami, potem zaczęły się obozy i coraz większa żeglarska samodzielność, aż w końcu wędrowaliśmy po nich z córkami (a ostatnio już bez nich). Nic mnie tak nie relaksuje jak szum wiatru, plusk wody i kolory na jeziorach (no chyba że jest to morze 😉 ). Ciągle zmieniająca się gra światła i najrozmaitszych odcieni zieleni i niebieskości to balsam dla oczu i uszu oraz cudowny reset umysłu.
Wszystkie szmery, // wszystkie traw kołysania, // wszystkie ptaków // i cieniów ptasich przelatywania…
więc odkąd się dowiedziałam, że ma ochotę zilustrować moją ukochaną „Kronikę olsztyńską” Gałczyńskiego, bardzo jej w tym pomyśle kibicowałam. I cieszę się, że dzięki Stowarzyszeniu Kobiet „Miej Marzenia” i Oranżerii Kultury – Miejskiej Bibliotece Pedagogicznej z Lidzbarka Warmińskiego to marzenie się spełniło. A efekt zdecydowanie przerósł moje oczekiwania!
Kiedy patrzymy nakolejne etapy powstawania tych ilustracji, wygląda to tak: najpierw mamy plamki w jednym kolorze rozrzucone, wydawać by się mogło – przypadkowo, po kartce. Potem plamki w innym odcieniu – również pozornie bez ładu. Potem jeszcze inne i inne, i inne, aż nagle – myk! I oto jest migoczące w słońcu jezioro. Z każdą kolejną ilustracją, którą Ela pokazywała na swoim blogu, nabierałam przekonania, że jeden z jej pędzli jest różdżką magiczną – i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej 😉
Powiedzieć o tych ilustracjach, że są piękne, to nic nie powiedzieć, ale na więcej brak mi słów. Nie byłoby jednak tych wszystkich cudów bez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i jego wierszy.
Kiedy zetknęłam się z jego poezją ? Nie pamiętam tego dokładnie. Na pewno już znałam Mazury, ale Eli Wasiuczyńskiej nawet nie przeczuwałam, bo obie chodziłyśmy wtedy do szkoły podstawowej. Za naszych czasów w podręcznikach do języka polskiego było sporo poezji oraz fragmenty rozmaitej prozy. Dość często zdarzało się, że zainteresowały mnie na tyle, żebym chciała poszukać całości na półkach domowych regałów. A stał tam i Tuwim w sześciu tomach, i Pawlikowska-Jasnorzewska w dwóch, i oczywiście Gałczyński w pięciu, i Baczyński – że ograniczę się tylko do poetów dwudziestowiecznych. Mogłam sobie w nich dowolnie buszować, bez ograniczeń. Efektem tego był też przygotowany w gronie harcerskim program poetycko – muzyczny o Gałczyńskim właśnie, chyba w ósmej klasie. Na potrzeby tego występu nauczyłam się między innymi niektórych części „Kroniki olsztyńskiej”. Do dziś je pamiętam i zdarzało mi się je nie raz przywoływać, kiedy żeglowaliśmy po Mazurach.
W Leśniczówce Pranie byłam dwa razy, bo jakoś w tamte rejony zapuszczaliśmy się rzadziej, ze względu na śluzę po drodze i strefę ciszy na jeziorze Nidzkim. Raz dotarłam tam wodą, a raz lądem i obie te drogi mają wiele uroku.
Na ścieżkach edukacji moich córek poezji było zdecydowanie mniej niż na moich. Rzadko uczyły się też jakichś wierszy na pamięć. Szkoda, bo jak się już człowiek w młodym wieku, kiedy umysł jest jeszcze chłonny, nauczy różnych rzeczy, to potem ma je zawsze na podorędziu. Wystarczy tylko otworzyć odpowiednią szufladkę w mózgu 😉 Fajnie jest, kiedy można spuentować rozmowę odwołując się do poezji mniej lub bardziej klasycznej, a jeszcze fajniej, kiedy rozmówca w lot to złapie i nie potrzebuje wyjaśnień, skąd ten cytat pochodzi.
Psy nad jeziorem szczekają, // może wydrę pochwycą. // Piszę wiersze na piasku, // pióro maczając w księżycu.
„Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze” powstały w ostatnich latach życia Gałczyńskiego, mają więc trochę ponad 70 lat. Wydaje mi się jednak, że brzmią całkiem współcześnie, ich język i tematyka nie zastarzały się tak, jak to bywa z prozą w podobnym wieku. Warto podsunąć je nastolatkom. Mam nadzieję, że spodobają im się proste (można powiedzieć – analogowe) przyjemności mazurskie, których uroków można zażywać niekoniecznie na Maurach.
Gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie, // czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć, // patrzy w las jak w śmieszny rysunek // i przeciera oślepłe oczy, // dzwonek leśny poznaje, ćmię płoszy // i na serce kładzie mech jak opatrunek…
Myślę, że to może być dobry wstęp nie tylko do zaprzyjaźnienia się na całe życie z Konstantym Ildefonsem. Ta książka otwiera drzwi do poezji w życiu, bo zdecydowanie mamy jej za mało. Język Gałczyńskiego, lekkość jego frazy, jego pochylenie nad rzeczami pozornie zwykłymi oraz cudowne światłocienie ilustracji Eli Wasiuczyńskiej tworzą razem coś wspaniałego, co zachwyca, wzrusza i pozostaje w pamięci.
Ale są jeszcze sprawy drobne: loty ptasie // chwianie się trzcin w jeziorach, blask gwiazdy wieczornej, // różne barwy owoców o porannym czasie // i wiatr przelatujący w sopranie i basie, // i moja mała lampa i stół niewytworny…
Jedynym problemem z tą książką, jaki widzę, to ten, jak ją kupić, bo nie ma jej w internetowych księgarniach. Jeśli nie jest Wam po drodze do Lidzbarka Warmińskiego albo do Leśniczówki Pranie (zawsze warto !!!), a chcecie ją mieć, piszcie do lidzbarskiej Oranżerii Kultury na adres: oranzeria@lidzbarkw.pl Tam się wszystkiego dowiecie. A jak będziecie zamawiać, to nie jeden egzemplarz !!! Zastanówcie się od razu, komu chcielibyście ją ofiarować i bo jest ona warta tego, żeby iść między ludzi.
Konstanty Ildefons Gałczyński „Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze” ilustr.: Ela Wasiuczyńska, wyd.: Oranżeria Kultury – Miejska Biblioteka Pedagogiczna (z inicjatywy Stowarzyszenia Kobiet „Miej Marzenia”), Lidzbark Warmiński 2025
Pierwsze dwie części cyklu czyli „Detektyw Wróbel i złamane pióro” oraz „Detektyw Wróbel i struty dziób” były nominowane i zostały NAGRODZONE w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: komiks!!!
Trzecia część czyli „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze” została nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN!!!
To nie jest pierwszy ptasi komiks kryminalny autorstwa spółki Samojlik & Wajrak. Oni sami tak o tym piszą we wstępie:
Wiemy, wiemy. Naprawdę wiemy – po przygodach Triko, czyli dzięcioła trójpalczastego w”Umarłym Lesie” i „Nieumarłym Lesie” oraz po zmaganiach o drogocenną padlinę w „Zewie padliny” trudno uwierzyć, że teraz mamy dla Was książkę o ptakach w mieście. Zamiast rzadkiego i – co tu dużo gadać – dość dziwnego dzięcioła trójpalczastego naszym bohaterem będzie zwykły i pospolity wróbel. Zamiast ostępów naturalnych lasów pełnych wielkich oraz dziuplastych drzew i wykrotów zabierzemy Was między budynki ceglane i betonowe, na ich dachy, na trawniki, a nawet ze śmietników.
Czy może być coś bardziej nudnego przyrodniczo niż miasto? Jeśli tak myślicie, to uwierzcie nam, że jesteście w błędzie! Wróble to niezwykle ciekawe ptaki. Detektyw Wróbel ma przygody równe szeryfowi Triko, a miasto potrafi być fascynująco dzikie. Wystarczy otworzyć szeroko oczy i zacząć obserwować, co się w nim dzieje…
W pierwszej części cyklu Detektyw Wróbel mierzy się z rozwiązaniem tajemnicy tego, kto napada na ptaki przelatujące nad miastem. I czy w ogóle ktoś na nie napada? Czy przyczyna ich upadków (i urazów) jest może inna? Jak żyje się ptakom w mieście? Czy jest im tam łatwiej, czy trudniej niż poza nim?
Z opowiedzianą komiksowo historią detektywistyczną przeplatają się popularnonaukowe gawędy, w których Adam Wajrak często odwołuje się do swoich własnych doświadczeń w obserwowaniu przyrody. Wiedzę przyrodniczą znajdziemy również w komiksie, dyskretnie wplecioną w pełną werwy i dowcipu akcję. Styl rysunków Tomasza Samojlika jest dość prosty, kreska lapidarna, ale wystarczająca, aby pokazać najbardziej charakterystyczne cechy zwierzęcych bohaterów.
W drugiej części cyklu autorzy zajmują się kwestią diety ptaków miejskich oraz tym, czy łatwość dostępu do resztek ludzkiego jedzenia jest dla nich rzeczą dobrą czy może wręcz przeciwnie? Co my – ludzie możemy i powinniśmy zrobić w tej sprawie?
W tomie trzecim akcja częściowo przenosi się także do lasu, bo i tu i tam pojawiają się przedstawiciele gatunków dotąd u nas nieznanych. Skąd się wzięły ? To jest właśnie zagadka, którą musi rozwikłać Detektyw Wróbel.
Ten tom wyjątkowo pasuje do nagrody PLANETA IZABELIN, bo nasza gmina położona jest między wielkim miastem a puszczą, więc bliskie są nam problemy związane z życiem i przyrodą zarówno tu, jak i tu 😉
Tytułowi tajemniczy przybysze, którzy stosunkowo niedawno pojawili się na naszych terenach, to nie zawsze są przedstawiciele gatunków inwazyjnych. Tą nazwa określa się takie rośliny i zwierzęta, które pojawiły się gdzieś za sprawą człowieka – czasem przypadkiem, a czasem w efekcie jego świadomych działań. Często nie mają tam swoich naturalnych wrogów, więc stanowią zagrożenie dla gatunków rodzimych. Inna sytuacja jest wtedy, kiedy w związku ze zmianami klimatu jakieś gatunki zmieniają swój zasięg występowania i zajmują rejony, w których wcześniej występowały rzadko. Na przykład modliszka, która coraz częściej występuje w Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze niedawno budziła tu sensację. Po lekturze tej książki jej obecność nie będzie już dziwić.
Kiedy nominowaliśmy pierwszy tom tego cyklu w Plebiscycie LOKOMOTYWA, napisaliśmy o nim: Świetnie narysowane, skrzące dowcipem historie, oficjalnie bawią, a niepostrzeżenie edukują. Po ukazaniu się tomu trzeciego mogę powiedzieć, że nadal tak jest. Cykl o Detektywie Wróblu to przykład, jak można ciekawie przekazywać wiedzę przyrodniczą w atrakcyjnej dla młodych czytelników formie i mam nadzieję, że autorzy na tych trzech tomach nie poprzestaną. A może doczekamy się kolejnej serii? Ciekawe – o czym tym razem?
Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i złamane pióro”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2023
Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i struty dziób”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2023
Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2024
Rzadko zdarza mi się pisać tu o książkach, które mi się nie podobały –najczęściej uważam, że szkoda na to czasu. Autor musi się naprawdę postarać i tak mnie wkuropatwić, żebym poczuła potrzebę przelania swojej złości na klawiaturę. Sylwii Chutnik to się udało…
Powiedzieć, że mam z tą książką problem, to nic nie powiedzieć . Mam z nią wiele problemów, które nawzajem z siebie wynikają. Z którejkolwiek strony bym się jej nie przyglądała, dochodzę do wniosku, że jej nie rozumiem i nie wiem – po co jest taka, jaka jest?
Problemem pierwszym i, można powiedzieć, założycielskim jest tytuł. Łobuziary to neologizm, nie ma takiego słowa w słowniku języka polskiego*. Uznajmy więc, że jest to rodzaj żeński od łobuziaka (nie od łobuza, bo wtedy byłaby to łobuzka). Skorołobuziakjest synonimem psotnego chłopca, to łobuziara oznaczać może psotną dziewczynkę. Psotną czyli jaką ? Taką która psoci. A czym są psoty? Czymś co się robi dla żartu czy zabawy.
Jednak z tego, co o swoich bohaterkach pisze we wstępie do tej książki sama Sylwia Chutnik, wynika coś zupełnie innego, poważniejszego: Przedstawiam w niej łobuziary, czyli niezbyt grzeczne literackie postaci, które mieszkają w powieściach i bajkach. Pomysł na ten zbiór był prosty: zgromadzić w jednym miejscu prawdziwą armię niepokornych bohaterek – kobiet i dziewczynek. A wszystko po to, żeby zobaczyć, jak wiele ich jest i w jaki sposób mogą inspirować czytelniczki i czytelników. (…) …nasze łobuziary, oprócz tego, że są awanturnicami, są odważne i potrafią nieźle namieszać. Robią to zwykle po to, aby buntować się przeciwko zakazom. Aby być niezależnymi, dzielnymi dziewczynami. Aby poczuć się wolnymi od konwenansów i stereotypów.
Ok, więc nie łobuziary, nie awanturnice, bo to się kojarzy bardziej z osobami konfliktowymi, skłonnymi do robienia awantur – przyjmijmy więc, że chodzi po prostu o buntowniczki.Książek z takimi bohaterkami już trochę było, sama Sylwia Chutnik jest autorką jednej z buntowniczkami w tytule, dlatego rozumiem, że ten (IMO nie do końca udany) neologizm jest po to, żeby się jakoś odróżnić.
Tytuł mamy już przeanalizowany, przyjrzyjmy się więc kluczowi, według którego wybrane zostały bohaterki. Sylwia Chutnik opowiada tu o trzydziestu postaciach literackich. Większość z nich znam, niektóre** mają od dawna swoje miejsce na półkach Małego Pokoju z Książkami. Zastanawiam się jednak – dlaczego akurat one? I nie wiem 😦
Ten zbiór to wielki misz-masz – ułożone w kolejności alfabetycznej bohaterki książek, które zostały napisane na przestrzeni 165 lat. Najstarsza jest Alicja (z Krainy Czarów) z roku 1865, a najmłodsza – Terka z „Beskidu bez kitu”. Jeśli przyjmiemy wiek potencjalnych czytelniczek „Łobuziar” na 10-14 lat, to tylko cztery spośród opisywanych tu książek powstały, kiedy były one na świecie. Powiem więcej – 2/3 z nich to pozycje starsze ode mnie, a ja teoretycznie mogłabym być już babcią adresatek tej publikacji.
We wstępie do niej przeczytałam z pewnym zdziwieniem: Wbrew pozorom jednak literatura światowa i polska boją się odważnych i dzielnych postaci kobiecych. Często trzeba czytać nudne powiastki o tym, jak Ala posprzątała po obiedzie, pisnęła na widok myszy, a potem dygnęła i powiedziała wierszyk. To miło z jej strony, że mówi „proszę” i „przepraszam”, kiedy trzeba, ale dobrze by było, gdyby czasem pobiegała po ogrodzie, wydarła się wniebogłosy i potargała fryzurę. Stałaby się wtedy wielowymiarową postacią, pełną życia bohaterką z krwi i kości – chociaż opisaną na papierze.
Nie wiem, skąd Autorka wytrzasnęła tę Alę, ale naprawdę nie jest łatwo znaleźć obecnie książkę z podobną bohaterką. Jest natomiast bardzo wiele takich, gdzie spotkamy wielowymiarowe postaci dziewczęce i pełne życia bohaterki z krwi i kości. Że wymienię tylko te, o których sama pisałam tutaj w tym i zeszłym roku: „Simona”, „Mała wiedźma Bazylka”, Matylda z „W krainie snów”, Helen i Mila ze „Straconego roku”, Mira, Antosia oraz bohaterki cyklu „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”. Po więcej takich postaci odsyłam do mojej zakładki O dziewczętach – wbrew stereotypom. BTW – przy tej okazji zauważyłam, że coraz rzadziej umieszczam w niej kolejne tytuły. Chyba po prostu te stereotypy przestały być tak dominujące, a ich przełamywanie nie jest już głównym zajęciem bohaterek.
Mam silne wrażenie, że „Łobuziary” jako pomysł na publikację wyrastają z paradygmatu, który dziś jest już kompletnie anachroniczny. Zaczynał odchodzić do lamusa już w czasach mojego dzieciństwa, rozpędu nabrał, kiedy Sylwia Chutnik była mała, a zdecydowanie odszedł, kiedy dziećmi były moje córki.
Jak i przeciwko czemu buntują się książkowe Łobuziary? Tu mam kolejny problem, bo po pierwsze: książki, których są bohaterkami, powstawały przez ponad półtora wieku, a w tym czasie oczekiwania wobec dziewczynek (a więc i ewentualne powody do buntu) zmieniły się bardzo. Po drugie: mamy na tej liście pomieszane postaci z powieści obyczajowych, realistycznych oraz z literatury baśniowej i fantastycznej. Jest także jedna autentycznie żyjąca – Anna Frank i jej obecność w tym zestawieniu budzi mój największy opór, szczególnie w towarzystwie Małej Mi i Pchły Szachrajki. Nie da się porównać nieporównywalnego.
[Edit: bo może to, co napisałam powyżej nie jest dla wszystkich oczywiste – Anne Frank jest nie tylko postacią autentyczną, ale także autorką książki, o której Sylwia Chutnik pisze: jej dziennik zaliczany jest zarówno do literatury pieknej, jak i do autobiografii. Przez lata Anne zaczęła być postrzegana także jako bohaterka literacka. Jej odwaga i zdolność opisywania własnych przeżyć (przygód oraz emocji) są godne podziwu. Poza tym jej historia jest smutna i tak też się kończy, więc nie za bardzo pasuje do bajek z optymistycznym zakończeniem. Anne żyła w czasie drugiej wojny światowej, o której trudno pisać w lekkim tonie. A jednak nie wyobrażam sobie, że dla Anne Frank zabrakłoby miejsca w tej książce. To właśnie niezłomna postawa tej nastolatki jest dowodem na to, że rzeczywistość bywa bardziej niezwykła niż fikcja.
Trudno mi powiedzieć, które ze stwierdzeń w tym fragmencie zbulwersowało mnie bardziej – czy użycie w kontekście tak wyjątkowego dokumentu czasów Holokaustu, jakim stał się „Dziennik”, oraz śmierci Anne w obozie koncentracyjnym określeń przygody i smutnahistoria, czy bardziej jednak ostatnie zdanie? W jej przypadku określenie łobuziara wydaje mi się szczególnie niewłaściwe , a pomysł, żeby aktywnością proponowaną czytelniczkom po przeczytaniu o niej było… pisanie listów na ozdobnej papeterii odbieram jako obraźliwy dla bohaterki !!!]
Niektóre z bohaterek żyją, można powiedzieć, normalnie, w świecie, który istnieje (albo istniał) realnie, a niektóre zostały wrzucone w rzeczywistość fantastyczną – przez króliczą norę do Krainy Czarów, przez szafę do Narnii czy z peronu 9 i 3/4 do Hogwartu. Dla innych ta fantastyczna rzeczywistość jest naturalna – jak dla Małej Mi czy Malutkiej Czarownicy.
Są wśród nich takie, które robią to, co chcą, po prostu dlatego, że… chcą – to nie tylko Mi czy Pippi, ale takżeLotta (z ulicy Awanturników). Są takie, które zachowują się tak w imię zasad i sprawiedliwości, bo chcą na własną miarę naprawiać świat czy pomagać ludziom – taka jest Ronja, Ewa Tyszowska z „Szaleństw panny Ewy”, Sara Crewe z „Małej księżniczki” czy Ida Borejko. Są wreszcie takie, które moim zdaniem zupełnie się nie buntują i dziwi mnie ich obecność w tym zbiorze….
Pierwszą (za względu na alfabetyczny układ tej książki) jest Anne Shirley, której kłopoty w pierwszym tomie cyklu (czyli tym, w którym, zależnie od wydania, mieszka na Zielonym Wzgórzu albo w Zielonych Szczytach), wynikają najczęściej z tego, że bardzo starała się sprostać oczekiwaniom otoczenia, ale jej to nie wychodziło. Nawet jej najbardziej spektakularny wyczyn czyli przefarbowanie włosów na zielono wydarzył się przypadkiem i tylko dlatego, że chciała przestać się wyróżniać rudymi włosami. O tym, że tak naprawdę nie była buntowniczką, świadczą kolejne tomy tego cyklu. Dorosła Anne pokazana jest tam jako spełniona w swoich rolach życiowych matka, żona i gospodyni i nie znajdziemy nigdzie nawet cienia sugestii, że jest ze swojej drogi życiowej niezadowolona.
Sylwia Chutnik odczytuje jej historię feministycznie, bo przecież Anne trafiła do domu Cuthbertów w wyniku pomyłki. Chcieli wziąć z sierocińca chłopca, ponieważ tak naprawdę szukali darmowej pomocy w gospodarstwie. Jednak od momentu, w którym zdecydowali się zatrzymać u siebie Anne, nigdy nie dali jej do zrozumienia, że ich zdaniem nie ma ona wartości i jest niepotrzebna. Więc stwierdzenie, że jest to:
częsta sytuacja nawet w dzisiejszych czasach, mimo że minęło ponad sto lat od momentu, gdy Lucy Maud Montgomery wymyśliła postać Ani. Dziewczęta i kobiety wciąż w wielu miejscach na świecie muszą udowadniać, że nie są gorsze od chłopców i mężczyzn. To oczywiście pochłania mnóstwo energii, ale dzięki tym wysiłkom są traktowane poważnie. To prawdziwa niesprawiedliwość, kiedy pogardza się kimś tylko dlatego, że nie urodził się chłopcem – tak jakby można było mieć na to wpływ.
… jest co prawda prawdziwe, ale akurat do tej bohaterki kompletnie nie pasuje. Bardziej odpowiednia (i bardziej współczesna) byłaby tu na przykład Koli z „Bezdomnego ptaka”, która się jednak wśród Łobuziar nie znalazła.
Obecność Gabrysi Borejko dziwi mnie tutaj nie tyle w związku z nią, ile z powodu równoczesnej nieobecności innej bohaterki Jeżycjady, która zdecydowanie bardziej by pasowała. Anielka Kowalik czyli tytułowa postać z „Kłamczuchy” – ta to się dopiero buntowała! Z przytupem! 😉 W dodatku w tym tomie mniejszą rolę odgrywają realia życia w PRL, dzięki czemu jej historia jest bardziej uniwersalna i (mam takie wrażenie) łatwiejsza do zrozumienia dla współczesnych czytelniczek.
A Gabrysia… no właśnie – ja w tej postaci widzę osobę, która heroicznie i odpowiedzialnie bierze na siebie obowiązki domowe chorej mamy i w miarę swoich możliwości usiłuje sobie z nimi poradzić. W tle mamy braki rynkowe, kolejki, niehandlowe soboty i opresyjną peerelowską szkołę. Gabrysia stara się bardzo, a równocześnie nie zdobywa się na bunt, który dla współczesnych nastolatek byłby oczywisty – nie potrafi dobitnie uświadomić ojcu, że to właśnie on, a nie szwagierka na lewym el cztery i córka licealistka, jest odpowiedzialny za dom i rodzinę.
Tosia Jastrzębska – bohaterka powieści Hanny Ożogowskiej „Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek” też IMO nie powinna się tu znaleźć. Cała opisana w tej książce historia wydarzyła się przecież dlatego, że Tosia NIE POTRAFIŁA się zbuntować. Była grzeczną dziewczynką, która czuła się odpowiedzialna za atmosferę w domu. Kryła (starszego przecież!) brata przed ojcem, bo nie chciała, żeby ten ostatni się zdenerwował, jakby to miała być jej wina. Wytrwała w tej mistyfikacji bardzo długo, mimo że udawanie chłopca było dla niej trudniejsze, niż dla Tomka bycie dziewczynką – tylko po co? Złamała się dopiero wtedy, kiedy stryjek chciał jej obciąć włosy, na których odrośnięcie po chorobie bardzo czekała. Moment przyznania się, że nie jest Tomkiem, to tak naprawdę chwila, w której po raz pierwszy uznała, że to ona jest ważniejsza od niego.
„Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek” to powieść, która (o ile pamiętam) całkiem fajnie pokazywała stereotypy płciowe obowiązujące w czasach, gdy byłam mała. Byłaby może dobrym wstępem do rozmowy z dziećmi o tym, co się od tego czasu zmieniło. Byłaby… gdyby nie to, że nie ma jej już w żadnej z bibliotek, w których to sprawdzałam. Na jej podstawie powstał jednak całkiem niezły serial i przy tej okazji odkryłam, że można go obejrzeć na TVP VOD —>tutaj. Trudno mi jednak powiedzieć, na ile wytrzymał próbę czasu. Zaczęłam oglądać pierwszy odcinek i uderzyło mnie w nim przede wszystkim to, jak bardzo niesprawiedliwie i bez próby zrozumienia jest tam traktowany Tomek… 😦
Powieść Ożogowskiej to nie jest jedyny w tym zestawieniu tytuł, który trudno teraz znaleźć, bo dawno nie był wznawiany i rzadko bywa w bibliotekach. A kolejne pytanie, jakie nasunęło mi się w związku z „Łobuziarami” brzmi: czy obecne czytelniczki w ogóle będą chciały je czytać?
Ta książka ma również za zadanie zachęcić do sięgania po lektury i szukania w nich odpowiedzi na najważniejsze pytania – deklaruje Autorka we wstępie. Tylko czy rzeczywiście zachęca, skoro właściwie streszcza te książki, niejednokrotnie zdradzając zakończenie? Nie tylko streszcza, ale jeszcze expresis verbis podaje wnioski, które czytelnicy powinni z nich wyciągnąć. Czy to nie odbiera przyjemności lektury?
Wreszcie pytanie ostatnie – do kogo tak naprawdę jest adresowana? Do jakiej grupy wiekowej, skoro wymieszane są w niej propozycje lektur od 3+ do 13+ ? A po każdej jest część zatytułowana Bądź jak… (Alicja, Anda, Ania itd.), ale pomysłów zabaw i działań (czy też, jak przeczytałam gdzieś, kreatywnych aktywności), które tam są zawarte nie podejmuję się analizować.
Mam wrażenie, że jest to publikacja obliczona na sukces rynkowy wśród dorosłych, dla których jest ona wycieczką w przeszłość i zanurkowaniem między ich półki z książkami przed laty. Znajdą w niej swoje ulubione lektury z dzieciństwa i będą przy jej pomocy próbowali (czy raczej próbowały, bo to były od zawsze dziewczyńskie książki) namówić córki i wnuczki, żeby też po te książki sięgnęły. Czy skutecznie, to już inna sprawa…
Mówiąc szczerze – przypuszczam, że wątpię 😉
P.S. Tekstom Sylwii Chutnik towarzyszą ilustracje Oli Szmidy. Myślę, że miała przy nich sporo frajdy, bo mogła zmierzyć się z wieloma bohaterkami klasyki literatury i pokazać je po swojemu. Jej dość zamaszysta kreska dobrze koresponduje z buntowniczym (przynajmniej deklaratywnie) charakterem postaci, a ta zamaszystość szczególnie wyraźnie widoczna jest w… ich uszach 😉 Tylko jedna ilustracja wzbudziła mój gorący sprzeciw – to Sara Crewe. Spójrzcie i powiedzcie – czy tak ją sobie wyobrażaliście?
No i może jeszcze Majka Skowron w wersji herod-baba trochę mi zgrzytała, bo zbyt dobrze pamiętam grającą ją w serialu Zuzannę Antoszkiewicz.
Sylwia Chutnik „Łobuziary. Najfajniejsze bohaterki literackie”, ilustr.: Ola Szmida, wyd.: Znak, Kraków 2024
* Źle sprawdziłam, okazuje się, że to słowo występuje w Słowniku Języka Polskiego. Nie zmienia to jednak mojego poczucia, że nie jest ono określeniem odpowiednim dla wymienionych w tej książce postaci.
** Na półkach Małego Pokoju z Książkami znajdziecie następujące bohaterki, które zostały zaliczone do Łobuziar:
czyli książka, która w konkursie PLANETA IZABELIN otrzymała nie tylko jedną z trzech równorzędnych nagród, ale także została wybrana przez jury dziecięce !!!
Gdy przyłożysz policzek do gładkiej kory karpackich buków, zamkniesz mocno oczy i wsłuchasz się w szelest liści, z czasem dotrze do twego serca niejedna historia. Taka prastara, która była tu przed nami. O Puszczy, niemającej początku i końca, o jej mieszkańcach połączonych niewidzialną nicią. O potężnych, przybierających ludzką postać niedźwiedziach. O królu węży pilnującym skarbów, świecących dżdżownicach, grzybowych kręgach, odważnych matkach jodłach, które najlepiej chroniły swoje dzieci. O świerkach zwanych smrekami, i o limbach, wołanych kiedrami, też lubimy szumieć, my, stare buki. Wiele z nas pamięta zielone, ludzkie dziecię zwane Kiedrem Szumilasem.
O nim karpacki starodrzew szepce najczęściej…
„Puszcza. Opowieści karpackich buków” to zaproszenie nie tylko do odwiedzin w Puszczy Karpackiej (a dokładniej – w tym, co po niej pozostało), ale wręcz do zanurzenia się w niej. Autorka wie doskonale, o czym opowiada, bo mieszka w miejscach, które tu opisuje, widzi je z okna swojej chaty w Beskidzie Niskim.
Legendę o Kiedrze Szumilasie, zaczerpnęła z twórczości Stanisława Vincenza, piewcy Huculszczyzny i autora zanurzonego w tradycji i kulturze Karpat cyklu „Na wysokiej połoninie”. Niestety tylko jego pierwszy tom zdążył ukazać się przed wojną w Polsce. Kolejne powstały już na emigracji i mimo że zostały potem wydane także w kraju (ale jak podejrzewam – w niewielkim nakładzie), nie odbiły się szerszym echem. Była to już wtedy opowieść o świecie, który przeminął i miejscach, które zostały rozerwane granicą i przeorane przez historię.
Jola Richter-Magnuszewska oddaje głos najstarszym bukom, aby opowiedziały historię puszczy od czasów, gdy na jej miejscu szumiało morze…
…o jej mieszkańcach ze wszystkich trzech królestw – roślinach, zwierzętach i grzybach….
…o rządzących tym światem odwiecznych procesach, zależnościach i prawach natury – o życiu, ale też o śmierci i rozkładzie, który jest jej nieodłączną, naturalną częścią…
…i o tym, że człowiek marnieje, bez śpiewu ptaków, brzęczenia owadów, zapachu drzew, kropel rosy. Że każda istota ma prawo do życia. A troszcząc się o inne stworzenia, tak naprawdę ludzie dbają też o siebie, przebywając wśród nich zaczynają odczuwać radość, spełnienie, łagodnieją, lepiej im się oddycha i odpoczywa.
Mimo osadzenia w bardzo konkretnych miejscach, ta opowieść ma wymiar uniwersalny. Uczy uwagi i wrażliwości na piękno, wsłuchiwania się w głos natury, uświadamia, że człowiek jest tej natury częścią.
„Puszcza” to książka autorska. Jola Richter-Magnuszewska jest autorką nie tylko tekstu, ale też ilustracji, które tworzą z nim nierozerwalną całość, budują atmosferę, powodują, że wciąga czytelnika od pierwszej strony. To książka dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, taka która zasłużyłaby na pewno na nominację w lokomotywowej kategorii OD A do Z. Wszystko w niej jest przemyślane – od pierwszej okładki aż do końca, od faktury papieru przez dobór barw i rozmieszczenie tekstu wśród ilustracji. Jest w niej spokój, piękno i mądrość – jak w puszczy, o której opowiada.
Kiedy rozpoczynaliśmy pracę w jury konkursu PLANETA IZABELIN, chcieliśmy nagrodzić takie tytuły, które będą przekazywać wiedzę przyrodniczo – ekologiczną (bo taki był temat konkursu), ale będą to robić w sposób interesujący dla młodych czytelników. Szukaliśmy książek, po które dzieci chętnie sięgną i dlatego bardzo ucieszyło mnie to, że jury dziecięce wybrało właśnie „Puszczę”. Ich werdykt świadczy nie tylko o tym, że dobrze wybraliśmy, ale przede wszystkim o tym, że warto tworzyć rzeczy mniej oczywiste, mniej krzykliwe, ale za to piękne, bo czytelnicy potrafią to docenić.
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego wybraliśmy te książki – zapraszam do lektury laudacji poniżej 🙂
Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2024
„Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze” to trzecia część serii, w której Tomasz Samojlik i Adam Wajrak opowiadają młodym czytelnikom o świecie ptaków – przede wszystkim tych, które możemy spotkać w mieście. W tym tomie akcja częściowo przenosi się także do lasu, bo i tu i tam pojawiają się przedstawiciele gatunków dotąd u nas nieznanych. Skąd się wzięły ? To jest właśnie zagadka, którą musi rozwikłać tytułowy Detektyw Wróbel.
Podobnie jak w poprzednich tomach tu także komiks detektywistyczno – ornitologiczny łączy się z popularnonaukowymi gawędami, w których Adam Wajrak często odwołuje się do swoich własnych doświadczeń w obserwowaniu przyrody. Wiedzę przyrodniczą znajdziemy również w komiksie, dyskretnie wplecioną w pełną werwy i dowcipu akcję. Styl rysunków Tomasza Samojlika jest dość prosty, kreska lapidarna, ale wystarczająca, aby pokazać najbardziej charakterystyczne cechy zwierzęcych bohaterów.
Tytułowi tajemniczy przybysze, którzy stosunkowo niedawno pojawili się na naszych terenach, to nie zawsze są przedstawiciele gatunków inwazyjnych. Tą nazwa określa się takie rośliny i zwierzęta, które pojawiły się gdzieś za sprawą człowieka – czasem przypadkiem, a czasem w efekcie jego świadomych działań. Często nie mają tam swoich naturalnych wrogów, więc stanowią zagrożenie dla gatunków rodzimych. Inna sytuacja jest wtedy, kiedy w związku ze zmianami klimatu jakieś gatunki zmieniają swój zasięg występowania i zajmują rejony, w których wcześniej występowały rzadko. Na przykład modliszka, która coraz częściej występuje w Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze niedawno budziła tu sensację. Po lekturze tej książki jej obecność nie będzie już dziwić.
Cykl o Detektywie Wróblu to przykład, jak można ciekawie przekazywać wiedzę przyrodniczą w atrakcyjnej dla młodych czytelników formie.
Katarzyna Jackowska-Enemuo (tekst), Nika Jaworowska-Duchlińska (ilustracje) „Między ziemią a niebem”, wyd.: Albus, Poznań 2024
Kiedy myślimy: przyroda, wyobrażamy sobie las albo łąkę, drzewa i kwiaty, ptaki, owady czy zwierzęta. Katarzyna Jackowska-Enemuo sięga głębiej – do tego, na czym to wszystko jest posadowione i z czego wyrasta. Jej opowieści, oparte na pradawnych mitach dotyczą żywiołów, ich potęgi i mocy. Ziemia, woda i ogień, chmury i wiatry, księżyc i słońce – bez nich nie byłoby ani roślin, ani zwierząt, ani ludzi. Bez nich nie powstałoby życie. Choć ludziom czasem wydaje się inaczej i chcieliby wierzyć w swoją omnipotencję, wobec potęgi żywiołów człowiek jest mały i bezradny. Nie wygra z nimi, nie podporządkuje ich sobie. Jednak baśnie z tego zbioru nie straszą, ale uczą pełnej szacunku bliskości z naturą.
Katarzyna Jackowska-Enemuo, jak sama o sobie mówi, jest przede wszystkim opowiadaczką. Jej opowieści mają swój rytm i melodię, a piękny poetycki język, którym są napisane, mimo że nieprosty, jest jednak dla młodych czytelników zrozumiały. Trudniejsze, „niecodzienne” słowa wyjaśnione są w słowniczku na końcu książki, a po każdej z opowieści następuje rozdział „dla dociekliwych”. Autorka opisuje w nim, jak w różnych kulturach ludzie usiłowali zrozumieć otaczający świat, jego pochodzenie i funkcjonowanie. Czynili to właśnie przy pomocy mitów i wyobrażali to sobie bardzo podobnie, mimo że żyli w odległych krainach.
Jej opowieściom towarzyszą ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej i również one stanowią pewne wyzwanie dla czytelników. Nie są infantylne, łatwe i oczywiste. Tworzą nastrój tej książki, prowokują do myślenia, zachwycają.
„Puszcza. Opowieści karpackich buków” to zaproszenie nie tylko do odwiedzin w Puszczy Karpackiej, ale do zanurzenia się w niej. Jola Richter-Magnuszewska mieszka w miejscach, które tu opisuje, widzi je z okna swojej chaty w Beskidzie Niskim. Swoją opowieść zaczyna od legendy o Kiedrze Szumilasie, którą zaczerpnęła z zapomnianej już niestety twórczości Stanisława Vincenza, aby potem snuć historię puszczy od czasów, gdy na jej miejscu szumiało morze. Oddaje głos najstarszym bukom, aby opowiedziały o jej mieszkańcach ze wszystkich trzech królestw – roślinach, zwierzętach i grzybach. O rządzących tym światem odwiecznych procesach, zależnościach i prawach natury – o życiu, ale też o śmierci i rozkładzie, który jest jej nieodłączną, naturalną częścią. Mimo osadzenia w bardzo konkretnych miejscach, ta opowieść ma wymiar uniwersalny. Uczy uwagi i wrażliwości na piękno, wsłuchiwania się w głos natury, uświadamia, że człowiek jest tej natury częścią.
„Puszcza” to książka autorska. Jola Richter-Magnuszewska jest autorką nie tylko tekstu, ale też ilustracji, które tworzą z nim nierozerwalną całość, budują atmosferę, powodują, że wciąga czytelnika od pierwszej strony. To książka przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach – od pierwszej okładki do końca, od faktury papieru przez dobór barw i rozmieszczenie tekstu wśród ilustracji. Jest w niej spokój, piękno i mądrość – jak w puszczy, o której opowiada.
Izabelin to mała gmina położona między granicami Warszawy a Puszczą Kampinoską. Mieszkam tu od siedmiu lat. Tak samo długo przyznawana jest tutaj nagroda literacka, ale te dwa fakty nie pozostają ze sobą w żadnym związku. Nie pamiętam już, czy przed przeprowadzką widziałam o tym, że od dwudziestu (wtedy!) lat odbywały się Izabelińskie Spotkania z Książką. Nawet jeśli, to nie nie miało to żadnego wpływu na wybór naszego nowego miejsca do życia.
W tym roku Izabelińskie Spotkania z Książką odbędą się po raz dwudziesty siódmy, a konkurs „Planeta Izabelin” po raz siódmy, ale pierwszy (i mam nadzieję nie ostatni) raz ta nagroda poświęcona została wyłącznie książkom dla młodych czytelników. Miałam zaszczyt nie tylko uczestniczyć w pracach jury, ale jeszcze zostałam wybrana jego przewodniczącą.
Tegoroczna „Planeta Izabelin” to konkurs jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie znane mi nagrody literackie związane z literaturą dla dzieci odbywają się niejako ponad głowami jej adresatów. Dorosłe jury wybiera tytuły, które zostaną nagrodzone, odbywa się gala, na której wręcza się dyplomy (oraz co tam jeszcze do tej nagrody przynależy) i… na tym koniec. Do następnego roku i następnego konkursu.
Tymczasem założeniem naszej nagrody jest to, że nagrodzone tytuły wejdą do programu promocji czytelnictwa Centrum Kultury Izabelin w sezonie edukacyjno-kulturalnym 2025/2026. Można więc powiedzieć, że dla czytelników przygoda z nagrodzonymi książkami dopiero się zaczyna 🙂
Jutro odbędzie się ogłoszenie wyników, ale zanim to nastąpi nie mogę ujawnić nagrodzonych tytułów. Zobaczycie je tutaj 🙂
Edit: to już !!!
Jest jeszcze jeden powód, który odróżnia Planetę Izabelin od innych konkursów książkowych. W izabelińskiej szkole podstawowej bardzo prężnie działa biblioteka Strefa zaczytania (która ma nawet swój profil na Instagramie) i właśnie tam powstało jury dziecięce, które przyznało własną pozaregulaminową nagrodę. Jego członkowie podeszli to swojego zadania bardzo poważnie, dyskusje były ożywione (zobaczcie —>>>tutaj !!!), a nagrodzony tytuł… Też nie mogę go ujawnić, ale powiem, że bardzo mile nas zaskoczył, bo okazało się, że wybory obu gremiów jurorskich były dość zgodne 😉 (Edit: już mogę – jury dziecięce także nagrodziło „Puszczę. Opowieści karpackich buków” Joli Richter-Magnuszewskiej)
oraz „Julian Tuwim dzieciom” i „Zwierzaki pana Tuwima” – trzy zbiory, które ukazały się jakiś czas temu. Dość długo zbierałam się, żeby o nich napisać, a kiedy to w końcu zrobiłam, wyszło mi zupełnie co innego niż planowałam…
W grudniu 1953 roku polska literatura poniosła ogromną stratę – w odstępie trzech tygodni zmarli wtedy dwaj wspaniali poeci: Konstanty Ildefons Gałczyński* i Julian Tuwim. 70 lat później (a więc w 2024 roku) ich twórczość znalazła się w domenie publicznej. Spodziewałam się w związku z tym wysypu publikacji ich autorstwa i trochę się zawiodłam, choć w przypadku drugiego z nich – nie do końca, bo jednak ukazały się te zbiory. Ilustrowane przez Mariannę Jagodę „Zwierzaki pana Tuwima” są ciut wcześniejsze, wydawnictwo jeszcze zapłaciło za prawa do tych wierszy Fundacji im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim. To jest także najkrótszy ze zbiorów – zawiera 18 wierszy, podczas gdy „Julian Tuwim dzieciom” z ilustracjami Magdaleny Kozieł-Nowak aż 44 (i nie są to jeszcze wszystkie utwory autora adresowane do dzieci). W ilustrowanym przez Elżbietę Wasiuczyńską „Liście do wszystkich dzieci” znajdziemy ich 28 (i wszystkie są także w zbiorze Naszej Księgarni). To tak tylko – gwoli statystycznego podsumowania wszystkich trzech 😉
Kiedy planowałam porównanie tych książek, myślałam, że skupię się na ilustracjach. Tuwim to Tuwim – wszyscy znają jego wiersze, kilka pokoleń polskich dzieci się na nich wychowało i potem wychowywało swoje dzieci oraz wnuki. Wydawało mi się, że nie ma specjalnie o czym pisać, ale kiedy zaczęłam oglądać ilustracje, oczy same zatrzymały się na literach…
i wydarzyło się ze mną coś takiego, jak ze Skawińskim w „Latarniku”. Zaczęłam czytać i odpłynęłam 😉 Te wiersze są tak piękne, tak znakomicie napisane, że się od nich oderwać nie mogłam, mimo że znaczącą część z nich znam właściwie na pamięć. Tylko gdzieś się schowały na dalszych półkach mojej wewnętrznej biblioteki i pokryły nieco kurzem zapomnienia, odkąd nie mam ich z kim czytać.
Julian Tuwim był arcymistrzem języka polskiego, niedościgle panującym nad jego rytmem, melodią i sensem 😉 Te wspaniałe dzwiękonaśladowcze: ćwierkać, świstać, kwilić, pitpilitać i pimpilić w „Ptasim radiu”! Te zabawy słowne w „Panu Tralalińskim” – począwszy od żony Tralalony, przez córkę Tralalurkę i synka Tralalinka, pałeczkę – tralaleczkę, aż po myszkę Szarą Tralaliszkę w kątku, w ciemnym tralalątku – jakże to znakomicie otwiera czytelników na własne podobne próby ! I ten obrazowy opis mroźnego dnia i dźwięków skrzypiącego śniegu w „Mrozie”, do którego w dodatku Ela zrobiła moim zdaniem najpiękniejszą w tym tomie ilustrację!
Kontakt z tym pięknym językiem bardzo pomógł mojej duszy, bardzo obolałej od tego, co się na nas wylewa z mediów w końcówce kampanii wyborczej. Spróbujcie, to działa !!! Mimo że te wiersze powstały między 70 a 100 lat temu, ich język się nie zestarzał, a raczej nabrał blasku. Zastanawiałam się natomiast – jak z realiami ? Czy współczesne dzieci je zrozumieją ? Wydaje mi się, że tak. Jeżeli coś mogłoby je zdziwić, to może ten aeroplan, którym babcia z kurką odbywają swoją podróż – tak odmienny od współczesnych, znanych im samolotów ? Może parowa lokomotywa? Choć mimo wszystko rytm tego wiersza oraz pasażerowie kolejnych wagonów nadal (chyba) urzekają. No i ten skrzypiący mróz – kiedy ostatnio mieliśmy taką zimę ? Ale poza tym wszystko tam jest ponadczasowe.
Jeśli miałabym z tych trzech tomów wybrać najpiękniej ilustrowany, to ogłosiłabym remis, ale ze wskazaniem na „List do wszystkich dzieci”. Wiadomo nie od dziś, że jestem nieuleczalną wielbicielką twórczości Eli Wasiuczyńskiej, więc chyba nikogo to nie zdziwi ? Bardzo podoba mi się różnorodność stylów dopasowywanych do każdego wiersza, rzecz można, na miarę. A najbardziej chyba spodobała mi się pogodna rezygnacja w oczach psa pana Hilarego – widać, że nie pierwszy raz widzi go w takiej akcji 😉
Na koniec pozwolę sobie sparafrazować Gałczyńskiego i wezwać: Czytajcie dzieciom poezję ! Czytajcie do jasnej cholery !!! Ilustracje są tutaj mniej ważne 😉
Dla porównania i zachęty – tak widzi „Ptasie radio” Marianna Jagoda
a tak Grzesia kłamczucha z listem Magdalena Kozieł-Nowak
* Przy okazji donoszę z radością, że zapowiadana jest także edycja wierszy Mistrza Konstantego Ildefonsa z ilustracjami Eli – podobno możemy się jej spodziewać w lipcu (edit: już jest !!! —>>>tutaj ) Czekam niecierpliwie, a sama Ela podsyca (nie tylko) mój apetyt pokazując od czasu do czasu kolejne dzieła —>>> tutaj
Julian Tuwim „List do wszystkich dzieci” ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Wilga, Warszawa 2024