Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna

Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna

Pod względem ilustratorskim rok 2025 był dla mnie Rokiem Eli Wasiuczyńskiej!!!

Jedną z pierwszych książek, które stanęły w nim na półkach Małego Pokoju, była „Mała wiedźma Bazylka”, a potem były wiersze Tuwima. Lato upłynęło mi na zachwytach nad „Kroniką olsztyńską i innymi zielonymi wierszami” Gałczyńskiego, a grudzień niespodziewanie przyniósł tę uroczą książeczkę.

To była zupełnie nieoczekiwana adwentowa niespodzianka!!!

Pierwszy sygnał o tym, że coś się wydarzy, wydawnictwo Wołek i Osiołek umieściło na swoim fejsbukowym profilu 4 grudnia, a cztery dni później uchyliło rąbka tajemnicy. Wyglądał ów rąbek następująco 😉


Wtedy już nie miałam wątpliwości, że w tej zapowiadanej niespodziance maczała swoje czarodziejskie paluszki Ela Wasiuczyńska. Następnego dnia zostało to oficjalnie potwierdzone i rozpoczęła się przedsprzedaż, bo książka była jeszcze w druku. Wydawnictwo zaczęło ją wysyłać 18 grudnia i dzięki pomocy aniołków (dla niepoznaki przebranych za kurierów InPostu 😉 ) udało się jej dotrzeć do mnie jeszcze przed Świętami. Z radością zrobiłam sobie taki prezent i to w wersji wypasionej, w której książce towarzyszyły nie tylko kartki świąteczne z ilustracjami z niej ale także pyszne krówki, w papierkach zaprojektowanych przez Elę.

To prawdziwa uczta dla ciała i dla ducha!!!

Każdy anioł w Niebie, nawet ten najmniejszy, pamięta historię Bożego Narodzenia.

Ale mało który wie, jak to się stało, że spośród tak wielu zwierząt i zwierzątek to właśnie Wołek i Osiołek znaleźli się przy żłóbku…

I tego właśnie możemy dowiedzieć się z tej powiastki. To bardzo prosta historia, zrozumiała już dla najmłodszych czytelników, bo przeznaczona jest dla dzieci w wieku do 4 lat. W warstwie tekstowej nie jest ona szczególnie rozbudowana, można powiedzieć, że całą robotę robią tu ilustracje, które są po prostu zachwycające. Wszystko jest tam piękne – i anioły,

i zwierzęta,

i scena w stajence, z małym Jezuskiem smyrającym Wołka po pysku 🙂

„Wołek i osiołek” to wśród dziesiątków (jeśli nie setek) książek o tematyce świątecznej zjawisko rzadkie. Naprawdę, niewiele jest wśród nich takich, które umieszczają te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście. Właśnie ta luka rynkowa spowodowała, że kilka lat temu Julianna Wołek, mama (wówczas) pięciorga (a obecnie – dziewięciorga) dzieci, napisała opowiadanie „Cud Bożego Narodzenia”. A potem, żeby je wydać w wersji książkowej, razem z mężem rozpisali zbiórkę i założyli wydawnictwo, którego historię znajdziecie —>>>tu.

Potem powstało jeszcze oparte na „Cudzie Bożego Narodzenia” słuchowisko z muzyką męża Julianny – Jakuba Wołka. No i wreszcie tegoroczna adwentowa nowość – czyli „Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna”. Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że na tym się nie skończy. Bardzo czekam na kolejne nowości tego wydawnictwa 🙂

P.S. Wiem, że nie byłam jedyną osobą, której rozważania nad tym, jakie zwierzęta towarzyszyły Jezusowi w stajence, skojarzyły się z londyńskimi jasełkami z filmu „Love actually”. Tam w stajence znalazło się miejsce nie tylko dla ośmiornicy, ale także dla (niejednego) homara. Nie odmówię sobie przyjemności podzielenia się z wami jedną z moich ukochanych scen z tego filmu 😉

Cieszę się, że dzięki tej książce, nikt już nie będzie miał wątpliwości co do tego, kto tam był naprawdę i dlaczego 🙂

Julianna Wołek (tekst), Elżbieta Wasiuczyńska (ilustr.) „Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna”, wyd.: Wołek i Osiołek, Kraków 2025

Księga świątecznych radości

Księga świątecznych radości

Bardzo lubię ilustracje Marianny Jagody. Przez cały 2024 rok w mojej kuchni wisiał jej kalendarz i kiedy pod jego koniec zobaczyłam tę książkę, kupiłam ją przede wszystkim ze względu na osobę ilustratorki. Pomyślałam sobie, że nawet jeśli rozczaruje mnie tekstem, to przynajmniej sobie obrazki z przyjemnością obejrzę 😉

Ale nie rozczarowała. Wręcz przeciwnie – bardzo miło zaskoczyła, bo na tle obfitej oferty rynkowej w segmencie książek świątecznych wyróżnia się na plus – nie tylko ilustracjami, ale także pomysłem. To nie jest kalendarz adwentowy z zadaniami na kolejne dni jak „W grudniu po południu”, nie jest to też żadna historia podzielona na 24 rozdziały, ani kompendium wiedzy o zwyczajach świątecznych.

Agata Komosa-Styczeń tak pisze we wstępie do niej:

Z tym czekaniem to jest okropnie trudna sprawa. Nikt przecież tego nie lubi, prawda? Bo co może być przyjemnego w staniu w kolejce do kasy albo wyczekiwaniu na mamę, gdy wraca z pracy. Oczekiwanie na przyjaciela, który ma nas odwiedzić, dłuży się niemiłosiernie, a do przyjęcia urodzinowego – tylko się siedzi i odlicza dni. A co dopiero z czekaniem na Gwiazdkę? Pierwsze świąteczne ozdoby w witrynach sklepów pojawiają się już w listopadzie – a wtedy na Święta trzeba czekać jeszcze cały miesiąc! Piosenki z dzwoneczkami płyną z radia od dawna, a Święty Mikołaj jeszcze nie zapakował prezentów do sań!

Autorka wzywa więc do wykorzystania tego czasu na szukanie świątecznej radości. Poszukajmy tej radości razem, rozmieńmy ją na mniejsze przyjemności – one pomogą nam przygotować się do tego najcieplejszego Święta w roku, które rozgrzewa nas w zimne, grudniowe wieczory i daje nadzieję, że światło zawsze zwycięży nad ciemnością.

Jakie to mogą być przyjemności? Rozmaite – i świąteczne przystrojenie domu, i dokarmianie ptaków, i wysłanie kartek z życzeniami, i świąteczny jarmark, i rodzinne wspomnienia, i szykowanie tradycyjnych potraw. Znajdziemy w tej książce trochę historii, trochę tradycji z różnych stron świata (między innymi ze Skandynawii, do Autorka wraz z rodziną mieszka w Danii), trochę pomysłów na różne aktywności, ale też zachętę do tego, żeby samodzielnie wymyślić i zrobić różne świąteczne ozdoby i przysmaki.

A wszystko to bajecznie i kolorowo zwizualizowane przez Mariannę Jagodę, dzięki której oglądanie tej księgi też można wpisać na listę świątecznych przyjemności.

Agata Komosa-Styczeń „Księga świątecznych radości” ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal) Warszawa 2024

Tej nocy przyszedłeś na świat

Tej nocy przyszedłeś na świat

Coraz bliżej Święta…

… i widzę to nie tylko po asortymencie w sklepach, w których zmuszona jestem bywać, ale także po tym, że coraz częściej zaglądacie tutaj w poszukiwaniu książek świątecznych. W tym roku prawdziwy Adwent rozpoczyna się 31 listopada i wtedy odpalę na Facebooku hasztag #adwentowykalendarzksiążkowy2025, ale zanim to nastąpi, wstawię tutaj pierwszą tegoroczną nowość świąteczną z kategorii książek bożonarodzeniowych (po wyjaśnienie mojego prywatnego podziału na te kategorie zapraszam —>>>tutaj).

Kiedy w wigilijny wieczór czytamy stosowny fragment Ewangelii według świętego Łukasza, kończymy go na ogół słowami:

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. (Łk.2.19)

Katherine Paterson spróbowała opowiedzieć nam o tym, co się działo w głowie tej młodziutkiej dziewczyny, której właśnie przydarzył się cud. Cud podwójny – urodziła Syna Bożego, wie o tym. Słyszałam słowo anielskie w pełnym czci okrzyku mojej krewniaczki. Widziałam to, kiedy pasterze w niemym uwielbieniu gładzili aksamitny policzek niemowlęcia szorstkimi palcami. Ale cudem są przecież każde narodziny i Maryja, jak każda matka, przeżywa uniesienie: Sprowadziłam dziecko na świat. Ta doskonała istota wyszła z mojego ciała. Jak każda matka odczuwa też obawę przed tym, co jej dziecku przyniesie życie.

Ze wszystkich Świąt Bożego Narodzenia w moim życiu najmocniej przeżywałam te, podczas których byłam w ciąży albo miałam przy sobie niemowlę. Tegoroczne będą znowu szczególne, bo tym razem dziecka spodziewa się moja córka, a ja szykuję się do nowej w moim życiu roli babci. Ta książka wspaniale do nich pasuje.

Ilustracje Lisy Aisato, które nie zawsze mi się podobają, tym razem doskonale oddają jej atmosferę. Zastanawiam się, dlaczego tak jest, że lubię jej kreskę właśnie w kontekście świątecznym, bo wcześnie była przecież „Śnieżna siostra” i „Opowieść wigilijna” ? Także spośród książek, do których rękę przyłożyła Emilia Kiereś najbardziej lubię te świąteczne – „Cacko” i „O kolędach. Gawęda”.

Nie rozumiem natomiast, dlaczego twórczość Katherine Paterson, laureatki dwóch najważniejszych nagród w dziedzinie literatury dla dzieci i młodzieży czyli przyznawanego przez IBBY Medalu im. Hansa Christiana Andersena oraz Astrid Lindgren Memorial Award (ALMA), jest w Polsce tak mało znana? Oprócz „Mostu do Therabithii” wydano u nas jeszcze tylko jedną z ponad 40 książek jej autorstwa. Może po „Tej nocy przyszedłeś na świat” doczekamy się kolejnych ???

P.S. Jedyne, co mi trochę w związku z tą publikacją zgrzyta, to kategoria wiekowa, do której przypisało ją wydawnictwo. Dla mnie to książka dla dorosłych, a szczególnie dla kobiet, które odnajdą w niej w niej swoje obawy, wątpliwości i uniesienia. Trudno mi sobie wyobrazić dzieci w wieku 9-12 lat, do których ona przemówi równie mocno.

Katherine Paterson (tekst), Lisa Aisato (ilustr.) „Tej nocy przyszedłeś na świat”, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025

Co to ? Tutu i dźwięki

Co to ? Tutu i dźwięki

Zapytacie, kim jest Tutu ? No cóż – Tutu to… po prostu Tutu 😉

Śmieszny stworek z wielkimi oczami i długim ogonem, który powstał w wyobraźni Piotra Karskiego i zmaterializował się na kartach tych książek. Tutu to imię, które powtórzy nawet bardzo małe dziecko, a książki o nim są adresowane właśnie do bardzo małych maluszków. Mają solidne, sztywne kartki i zaokrąglone brzegi oraz rozmiar w sam raz dla małych rączek – napisałam tutaj, kiedy stawiałam na półce Małego Pokoju poprzednie dwie książeczki o nim. „Co to? Tutu i dźwięki” jest trzecią z tej serii. I mam nadzieję, że nie ostatnią 😉

Tym razem wspólnie z Tutu zastanawiamy się nad odgłosami, które słyszymy i nad tym, kto je wydaje ?

Łubu – skrzyp

Co to?

Na pewno znacie taką zabawę – jak robi piesek ? A jak kotek ? A jak… (tu wstawcie sobie dowolne cokolwiek, co może wydawać odgłosy) ? Na pewnym etapie rozwoju mowy dzieci uwielbiają się tak bawić.

Ale piesek ze swoim hau-hau, czy kotek, który robi miau-miau, są dla Tutu (i Piotra Karskiego) zbyt oczywiste. Zgadniecie na przykład – co robi wiu-kap ? A co szszu-kop, albo psi-plum?

Odpowiedzi na te (i inne) pytania znajdziecie na sztywnych kartkach tej książki. W dolnym rogu każdej ze stron znajduje się pytanie, a odpowiedź czeka po przełożeniu kartki.

„Co to? Tutu i dźwięki” to książeczka, która znakomicie nadaje się na przedsenny rytuał. Wspólna zabawa w odgadywanie prowadzi nas bowiem… No właśnie: chrr-fiu

Co to?

Wiecie ??? Jeśli nie, to dowiecie się tego od Tutu 😉

Piotr Karski „Co to? Tutu i dźwięki”, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2025

Truchlin. Kredowy ludzik

Truchlin. Kredowy ludzik

Czyli komiksowa kontynuacja trzytomowego cyklu powieściowego o Truchlinie – niezwykłej i nieistniejącej w rzeczywistości dzielnicy Pragi. Pisałam o nim —>>>tutaj i —>>>tutaj.

Na ostatniej okładce Przemek Staroń tak odpowiada na pytanie czy trzeba znać książki z serii TRUCHLIN, żeby przeczytać ten komiks:

Są dwie możliwości. Pierwsza: nie znasz Truchlina. A jednak ten komiks zabierze Cię w świat, który znasz doskonale. Świat, który jedni chcieliby zmienic, inni wręcz przeciwnie, a Ty miotasz się, nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Jest jeszcze druga możliwość: znasz Truchlin. No ale w takiej sytuacji nie czytasz przecież tych słów, bo jesteś już pewnie gdzieś w połowie książki!

Ostatnimi czasy kończy się sporo historii z Truchlina…

Stare domy znikają jeden po drugim, a razem z nimi ludzie.

Od wydarzeń opisywanych w ostatnim tomie minęły podobno dwa lata, choć mnie się wydaje, że trochę więcej. Na Truchlinie działa już elektryczność, a terenem położonym w centrum miasta interesują się inwestorzy, ale historii tego miejsca nie da się tak po prostu zamknąć. Nadal żyją tam ludzie, którzy nie chcą opuścić swoich domów. Nie chcą zmian, pragną dalej żyć tak, jak dotychczas…

Wojtech Matocha i Karel Osoha wracają z historią w siedmiu częściach, które pierwotnie ukazywały się w kolejnych zeszytach, a teraz są zebrane razem. Wracają na Truchlin, ale z innymi bohaterami (nie do końca, ale nie chcę zdradzać, kto i w jakich okolicznościach tam się pojawia). Najważniejszą postacią „Kredowego ludzika”, można powiedzieć, że narratorem tej opowieści jest Vašek, który jest tam obcy. Po śmierci mamy przyjechał do Pragi do wujka. Nie znał prawdziwego Truchlina, ale próbuje zrozumieć to miejsce i znaleźć w nim swoje miejsce. Czy mu się to uda?

Obawiałam się tej kontynuacji, bo często jest tak, że jedynym powodem, aby ciągnąć dalej jakąś historię, jest chęć odcinania kuponów od wcześniejszego sukcesu. „Kredowy ludzik” nie jest takim przypadkiem – autorzy mają jeszcze coś ciekawego do opowiedzenia, a Truchlin zwizualizowany przez Karela Osohę ma niezwykłą atmosferę. Jego mrok pozostaje z nami na długo po skończeniu tej książki.

Pozwolę sobie na zakończenie na opinię odmienną o blurba Staronia:

Są dwie możliwości. Pierwsza: znasz Truchlin i ta historia wciągnie Cię od pierwszej strony, bo to będzie powrót do miejsc, które pamiętasz i które są fascynujące.

Jest jeszcze druga możliwość: nie znasz Truchlina. Wtedy zdecydowanie powinnaś (lub powinieneś) najpierw sięgnąć po książki. Nie będziesz żałować!!!

Wojtech Matocha & Karel Osoha „Truchlin. Kredowy ludzik”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, wyd.: Afera, Wrocław 2025

Czarodziejskie pianino Fisia

Czarodziejskie pianino Fisia

Książka nominowana w konkursie KSIĄŻKA ROKU Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!

Mały Filemon, zwany przez wszystkich Fisiem, przeprowadził się niedawno z rodzicami do nowego, większego mieszkania. Było w nim mnóstwo miejsca. W salonie stały tylko kanapa i stół. Można było biegać dookoła, tarzać się po podłodze i odbijać balonik od ścian i sufitu.

Pewnego dnia wszystko zmienił jeden dźwięk. Dzwonek.

Trrrilt!

Ten dzwonek oznajmił, że w domu zjawili się dwaj panowie, którzy wniesili do niego… pianino. Fiś pierwszy raz widział ten instrument. Gdy mama podniosła klapę, ujrzał białe i czarne klawisze. Nic nadzwyczajnego. Tylko czerń, biel i cisza.

Fiś wyciągnął rękę i nieśmiało nacisnął jeden z klawiszy…

…i od tego momentu zaczęły dziać się czary, które przepięknie zwizualizowała Marianna Oklejak. Czary ? A może nie one, tylko wyobraźnia i talent ?

Na facebookowym fanpage’u Wydawnictwa Bajka znalazłam dziś takie słowa:

Opowieść o Fisiu to wielka pochwała wyobraźni i twórczości, a zarazem BAJKA TERAPEUTYCZNA o oswajaniu się dziecka z własnym talentem, o wrażliwości i wytrwałości, o budowaniu odporności na porażki, o mądrych wspierających rodzicach i o ważnej roli mistrza w naszym życiu.

To także KSIĄŻKA BARDZO OSOBISTA. Bo napisała ją mama małego wirtuoza, Joanna Olejarczyk (jej bajki znajdziesz na Złotej Liście Cała Polska Czyta Dzieciom ). Bo swoją ukochaną MUZYKĄ ZILUSTROWAŁA Marianna Oklejak (nikt inny tak by nie potrafił).

Jej ukazanie zbiegło się w czasie w Konkursem Chopinowskim. Od kilku dni, kiedy tylko mam taką możliwość i siłę na to, towarzyszą mi gdzieś w tle etiudy, nokturny, walce, ballady i barkarole grane w pierwszym etapie. Zaczęłam zastanawiać się, jak to jest z jego uczestnikami ? Czy oni widzą muzyką podobnie do Fisia? Bo ja nie i pewnie jestem o coś od nich uboższa, ale to nie znaczy przecież, że mój odbiór jest gorszy.

Pomyślałam sobie, że „Czarodziejskie pianino Fisia” może być dobrym wstępem do rozmowy z dzieckiem (a takie książki lubię bardzo!) – rozmowy właśnie o tym, jak odbieramy muzykę, jak ją rozumiemy, po co w ogóle jej słuchamy i co nam to daje…

Potem przyszła do mnie refleksja o tym, że aby dobrze zrozumieć i poczuć muzykę potrzebna jest cisza, której bardzo w naszym świecie brakuje. Jeszcze nie tak dawno – jakieś sto lat temu czyli kilka pokoleń wstecz, muzykę można było usłyszeć tylko na żywo, a do tego potrzebny był instrument i ktoś, kto potrafi na nim grać. Teraz żyjemy w środowisku zaśmieconym dźwiękami, atakującym nas ze wszystkich stron: muzyką z głośników, sygnałami wydawanymi przez rozmaite urządzenia oraz hałasem, jaki robią pracując. W tym wszystkim gubi nam się gdzieś piękno i emocje, które możemy usłyszeć w muzyce – ale tylko wtedy, gdy będziemy jej słuchać, a nie puszczać mimo uszu w biegu. Jak ci ludzie w waszyngtońskim metrze mijający bez zainteresowania grającego skrzypka…

…a był to Joshua Bell, jeden z najwybitniejszych skrzypków, który na najdroższych skrzypcach świata grał jedne z najtrudniejszych utworów, jakie powstały. W ramach eksperymentu społecznego grał tam przez godzinę, a w tym czasie zaledwie kilka osób zwróciło na to uwagę.

Nie dziwię im się, bo do tego, żeby naprawdę słuchać potrzebna jest cisza i choć odrobina spokoju, pozwalającego poświęcić uwagę dźwiękom. I tego właśnie na kolejne etapy Konkursu Chopinowskiego życzę sobie i tym, którzy też tego pragną !

Dziękuję Wydawnictwu Bajka z egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Joanna Olejarczyk „Czarodziejskie pianino Fisia”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2025

Wypadek na stacji metra

Wypadek na stacji metra

O pierwszych tomach serii „Czytam sobie” pisałam dawno temu, bo ukazuje się ona już od kilkunastu lat. Wydawnictwo, które ją wydawało, nazywało się jeszcze Egmont 😉 Teraz to jest HarperCollins, ale poza tym wszystko w tych książeczkach pozostało bez zmian.

Napisałam wtedy:

Są dzieci, które uczą się czytać w sposób niezauważalny dla otoczenia i nagle zaskakują wszystkich tą umiejętnością. Są też takie, którym to przychodzi z dużym trudem i okupione jest sporym wysiłkiem. I nie zależy to wcale od tego, czy i ile czytano im wcześniej, a nawet, rzec można, wręcz przeciwnie 😉

Dziecko typu pierwszego nauczywszy się czytać bezboleśnie dla siebie i najbliższych pochłania najczęściej książki jak leci, nie wybrzydzając szczególnie. Typ drugi potrzebuje lektur specjalnych – takich, które już na pierwszy rzut oka robią wrażenie wartych zachodu. Czyli po prostu ciekawych…

…i taki właśnie jest „Wypadek na stacji metra” Justyny Bednarek. To już (jeśli dobrze liczę) 58 część tej serii na poziomie 1, który stanowi największe wyzwanie dla piszących. Cała historia musi zmieścić się w 150 – 200 słowach i to w dodatku takich, które składają się z 23 podstawowych głosek. Wydaje się to proste ? Spróbujcie opowiedzieć o czymkolwiek nie używając słów zawierających dwuznaki typu „sz”, „cz” czy „ch” oraz liter tworzonych przy pomocy znaków diaktyrycznych (czyli „ą”, „ę” albo „ś”, „ć”). W dodatku – żeby zdania były proste, nie złożone.

A ! I jeszcze taki drobiazg – to wszystko musi być na tyle interesujące dla dzieci, żeby zechciały one podjąć wysiłek brnięcia przez te literki !!! 😉

Justynie Bednarek to się udało. Mamy tu sytuację pełną napięcia, psa w niebezpieczeństwie oraz dzielną bohaterkę, która wykazuje się refleksem, a następnie spotyka ją zasłużona sława.

Ta książka jest chyba pierwszą adresowaną do tak początkujących czytelników polską publikacją z akcją w metrze. Wydaje się to trochę to dziwne, bo działa ono w Warszawie już od trzydziestu lat, a jeszcze nie trafiło na karty literatury. Pewnie to dlatego, że ciągle jest go bardzo mało – w porównaniu z takim Londynem czy Nowym Jorkiem.

Akcja „Wypadku” rozgrywa się na stacji Centrum, dzięki temu na ilustracjach mogło znaleźć się kilka budynków charakterystycznych dla Warszawy. Ja mam jednak największy sentyment do tych stacji, które projektował mój Tata, dlatego na zdjęciu jest ta na Starych Bielanach. Myślę, że Autorka mi to wybaczy, bo mieszka niedaleko i to jest także jej stacja 😉

Justyna Bednarek „Wypadek na stacji metra” (seria: Czytam sobie, poziom 1) ilustr.: Diana Karpowicz, wyd.: HarperCollins Polska, Warszawa 2025

U z dwiema kropkami / U mit zwei Punkten

U z dwiema kropkami / U mit zwei Punkten

Książka nominowana i WYRÓŻNIONA w konkursie KSIĄŻKA ROKU Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!

Na stronie wydawnictwa Widnokrąg możemy przeczytać:

Książka znalazła się na liście Unpublished Picturebook Showcase pośród 88 (z 600 nadesłanych) projektów z całego świata wybranych przez międzynarodowe jury i była prezentowana podczas najważniejszych targów książki dziecięcej Bologna Children’s Book Fair. Autorka wykorzystała technikę kolażu połączoną z delikatną kreską ołówkiem.

Katarzyna Minasowicz stworzyła tę książkę w ramach stypendium artystycznego Miasta Wrocławia: WROCŁAW – MIASTO SPOTKAŃ. Książkę objął patronatem honorowym Konsul Generalny Republiki Federalnej Niemiec we Wrocławiu. Wydana w polskiej i niemieckiej wersji językowej.

O Domu zwykle się nie myśli.

Dom się po prostu ma.

Raptem 23 lapidarne zdania plus ascetyczne ilustracje, w których nic nie pojawiło się przypadkiem albo po nic.

Wydawać by się mogło, że to bardzo mało, a jednak wystarczyło, żeby (jak to się mówi) trafić w punkt. Dlatego pierwszym wrażeniem, jakie miałam po obejrzeniu tej książki, był zachwyt. Ta historia wpisała się w to, co wiem, czego dowiedziałam się nie tylko z opowieści rodzinnych, ale też z wielu przeczytanych wspomnień i obejrzanych filmów. Można powiedzieć, że wypełniłam puste miejsca na jej kartkach wiedzą, którą miałam skądinąd.

Historia, którą opowiada Kasia Minasowicz, w oczywisty sposób nawiązuje do tego, co działo się 80 lat temu, a co było efektem powojennego przesunięcia granic czyli masowych przesiedleń ludności polskiej z terenów, które miały znaleźć się w granicach ZSRR na tak zwane Ziemie Odzyskane oraz wysiedlaniu stamtąd ludności niemieckiej. I jedni, i drudzy nie z własnej woli musieli opuścić swoje domy i zacząć życie gdzie indziej…


Po pierwszym zachwycie pojawiły się jednak wątpliwości i pytania o adresatów tej publikacji. Często tak mam w przypadku takich operujących niedopowiedzeniami picturebooków. Wydawnictwo określa wiek czytelników na 6+. Trudno mi powiedzieć, czy jest on odpowiedni i czym będą oni ją w stanie wypełnić. Jestem jednak pewna, że nie można ich zostawić samych z tą historią, która ma walor nie tylko historyczny, ale także uniwersalny. Doświadczenia jej bohaterki stały się nie tak dawno udziałem tysięcy dzieci, które przyjechały do Polski z Ukrainy. „U z dwiema kropkami” może być znakomitym punktem wyjścia do rozmowy o tym – w domu, ale także na lekcji bibliotecznej albo wychowawczej, wszędzie tam, gdzie taka rozmowa jest potrzebna.

Kasia Minasowicz „U z dwiema kropkami / U mit zwei punkten”, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2025

Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze

Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze

Tyś jest jezioro moje, // ja jestem twoje słońce, // światłami ciebie stroję, // szczęście moje szumiące. // Trzciny twoje pozłacam. // Odchodzę. I znów wracam…

Z trzech składników tej książki czyli tekstów, ilustracji i tematu pierwsze w moim życiu były Mazury. Najpierw żeglowałam po nich z Rodzicami, potem zaczęły się obozy i coraz większa żeglarska samodzielność, aż w końcu wędrowaliśmy po nich z córkami (a ostatnio już bez nich). Nic mnie tak nie relaksuje jak szum wiatru, plusk wody i kolory na jeziorach (no chyba że jest to morze 😉 ). Ciągle zmieniająca się gra światła i najrozmaitszych odcieni zieleni i niebieskości to balsam dla oczu i uszu oraz cudowny reset umysłu.

Od dawna byłam przekonana, że tylko Ela Wasiuczyńska potrafiłaby namalować te

Wszystkie szmery, // wszystkie traw kołysania, // wszystkie ptaków // i cieniów ptasich przelatywania…

więc odkąd się dowiedziałam, że ma ochotę zilustrować moją ukochaną „Kronikę olsztyńską” Gałczyńskiego, bardzo jej w tym pomyśle kibicowałam. I cieszę się, że dzięki Stowarzyszeniu Kobiet „Miej Marzenia” i Oranżerii Kultury – Miejskiej Bibliotece Pedagogicznej z Lidzbarka Warmińskiego to marzenie się spełniło. A efekt zdecydowanie przerósł moje oczekiwania!

Kiedy patrzymy na kolejne etapy powstawania tych ilustracji, wygląda to tak: najpierw mamy plamki w jednym kolorze rozrzucone, wydawać by się mogło – przypadkowo, po kartce. Potem plamki w innym odcieniu – również pozornie bez ładu. Potem jeszcze inne i inne, i inne, aż nagle – myk! I oto jest migoczące w słońcu jezioro. Z każdą kolejną ilustracją, którą Ela pokazywała na swoim blogu, nabierałam przekonania, że jeden z jej pędzli jest różdżką magiczną – i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej 😉

Powiedzieć o tych ilustracjach, że są piękne, to nic nie powiedzieć, ale na więcej brak mi słów. Nie byłoby jednak tych wszystkich cudów bez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i jego wierszy.

Kiedy zetknęłam się z jego poezją ? Nie pamiętam tego dokładnie. Na pewno już znałam Mazury, ale Eli Wasiuczyńskiej nawet nie przeczuwałam, bo obie chodziłyśmy wtedy do szkoły podstawowej. Za naszych czasów w podręcznikach do języka polskiego było sporo poezji oraz fragmenty rozmaitej prozy. Dość często zdarzało się, że zainteresowały mnie na tyle, żebym chciała poszukać całości na półkach domowych regałów. A stał tam i Tuwim w sześciu tomach, i Pawlikowska-Jasnorzewska w dwóch, i oczywiście Gałczyński w pięciu, i Baczyński – że ograniczę się tylko do poetów dwudziestowiecznych. Mogłam sobie w nich dowolnie buszować, bez ograniczeń. Efektem tego był też przygotowany w gronie harcerskim program poetycko – muzyczny o Gałczyńskim właśnie, chyba w ósmej klasie. Na potrzeby tego występu nauczyłam się między innymi niektórych części „Kroniki olsztyńskiej”. Do dziś je pamiętam i zdarzało mi się je nie raz przywoływać, kiedy żeglowaliśmy po Mazurach.

W Leśniczówce Pranie byłam dwa razy, bo jakoś w tamte rejony zapuszczaliśmy się rzadziej, ze względu na śluzę po drodze i strefę ciszy na jeziorze Nidzkim. Raz dotarłam tam wodą, a raz lądem i obie te drogi mają wiele uroku.

Na ścieżkach edukacji moich córek poezji było zdecydowanie mniej niż na moich. Rzadko uczyły się też jakichś wierszy na pamięć. Szkoda, bo jak się już człowiek w młodym wieku, kiedy umysł jest jeszcze chłonny, nauczy różnych rzeczy, to potem ma je zawsze na podorędziu. Wystarczy tylko otworzyć odpowiednią szufladkę w mózgu 😉 Fajnie jest, kiedy można spuentować rozmowę odwołując się do poezji mniej lub bardziej klasycznej, a jeszcze fajniej, kiedy rozmówca w lot to złapie i nie potrzebuje wyjaśnień, skąd ten cytat pochodzi.

Psy nad jeziorem szczekają, // może wydrę pochwycą. // Piszę wiersze na piasku, // pióro maczając w księżycu.

„Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze” powstały w ostatnich latach życia Gałczyńskiego, mają więc trochę ponad 70 lat. Wydaje mi się jednak, że brzmią całkiem współcześnie, ich język i tematyka nie zastarzały się tak, jak to bywa z prozą w podobnym wieku. Warto podsunąć je nastolatkom. Mam nadzieję, że spodobają im się proste (można powiedzieć – analogowe) przyjemności mazurskie, których uroków można zażywać niekoniecznie na Maurach.

Gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie, // czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć, // patrzy w las jak w śmieszny rysunek // i przeciera oślepłe oczy, // dzwonek leśny poznaje, ćmię płoszy // i na serce kładzie mech jak opatrunek…

Myślę, że to może być dobry wstęp nie tylko do zaprzyjaźnienia się na całe życie z Konstantym Ildefonsem. Ta książka otwiera drzwi do poezji w życiu, bo zdecydowanie mamy jej za mało. Język Gałczyńskiego, lekkość jego frazy, jego pochylenie nad rzeczami pozornie zwykłymi oraz cudowne światłocienie ilustracji Eli Wasiuczyńskiej tworzą razem coś wspaniałego, co zachwyca, wzrusza i pozostaje w pamięci.

Ale są jeszcze sprawy drobne: loty ptasie // chwianie się trzcin w jeziorach, blask gwiazdy wieczornej, // różne barwy owoców o porannym czasie // i wiatr przelatujący w sopranie i basie, // i moja mała lampa i stół niewytworny…

Jedynym problemem z tą książką, jaki widzę, to ten, jak ją kupić, bo nie ma jej w internetowych księgarniach. Jeśli nie jest Wam po drodze do Lidzbarka Warmińskiego albo do Leśniczówki Pranie (zawsze warto !!!), a chcecie ją mieć, piszcie do lidzbarskiej Oranżerii Kultury na adres: oranzeria@lidzbarkw.pl Tam się wszystkiego dowiecie. A jak będziecie zamawiać, to nie jeden egzemplarz !!! Zastanówcie się od razu, komu chcielibyście ją ofiarować i bo jest ona warta tego, żeby iść między ludzi.

Konstanty Ildefons Gałczyński „Kronika olsztyńska i inne zielone wiersze” ilustr.: Ela Wasiuczyńska, wyd.: Oranżeria Kultury – Miejska Biblioteka Pedagogiczna (z inicjatywy Stowarzyszenia Kobiet „Miej Marzenia”), Lidzbark Warmiński 2025

Detektyw Wróbel i…

Detektyw Wróbel i…

Pierwsze dwie części cyklu czyli „Detektyw Wróbel i złamane pióro” oraz „Detektyw Wróbel i struty dziób” były nominowane i zostały NAGRODZONE w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: komiks!!!

Trzecia część czyli „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze” została nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN!!!

To nie jest pierwszy ptasi komiks kryminalny autorstwa spółki Samojlik & Wajrak. Oni sami tak o tym piszą we wstępie:

Wiemy, wiemy. Naprawdę wiemy – po przygodach Triko, czyli dzięcioła trójpalczastego w”Umarłym Lesie” i „Nieumarłym Lesie” oraz po zmaganiach o drogocenną padlinę w „Zewie padliny” trudno uwierzyć, że teraz mamy dla Was książkę o ptakach w mieście. Zamiast rzadkiego i – co tu dużo gadać – dość dziwnego dzięcioła trójpalczastego naszym bohaterem będzie zwykły i pospolity wróbel. Zamiast ostępów naturalnych lasów pełnych wielkich oraz dziuplastych drzew i wykrotów zabierzemy Was między budynki ceglane i betonowe, na ich dachy, na trawniki, a nawet ze śmietników.

Czy może być coś bardziej nudnego przyrodniczo niż miasto? Jeśli tak myślicie, to uwierzcie nam, że jesteście w błędzie! Wróble to niezwykle ciekawe ptaki. Detektyw Wróbel ma przygody równe szeryfowi Triko, a miasto potrafi być fascynująco dzikie. Wystarczy otworzyć szeroko oczy i zacząć obserwować, co się w nim dzieje…

W pierwszej części cyklu Detektyw Wróbel mierzy się z rozwiązaniem tajemnicy tego, kto napada na ptaki przelatujące nad miastem. I czy w ogóle ktoś na nie napada? Czy przyczyna ich upadków (i urazów) jest może inna? Jak żyje się ptakom w mieście? Czy jest im tam łatwiej, czy trudniej niż poza nim?

Z opowiedzianą komiksowo historią detektywistyczną przeplatają się popularnonaukowe gawędy, w których Adam Wajrak często odwołuje się do swoich własnych doświadczeń w obserwowaniu przyrody. Wiedzę przyrodniczą znajdziemy również w komiksie, dyskretnie wplecioną w pełną werwy i dowcipu akcję. Styl rysunków Tomasza Samojlika jest dość prosty, kreska lapidarna, ale wystarczająca, aby pokazać najbardziej charakterystyczne cechy zwierzęcych bohaterów.

W drugiej części cyklu autorzy zajmują się kwestią diety ptaków miejskich oraz tym, czy łatwość dostępu do resztek ludzkiego jedzenia jest dla nich rzeczą dobrą czy może wręcz przeciwnie? Co my – ludzie możemy i powinniśmy zrobić w tej sprawie?

W tomie trzecim akcja częściowo przenosi się także do lasu, bo i tu i tam pojawiają się przedstawiciele gatunków dotąd u nas nieznanych. Skąd się wzięły ? To jest właśnie zagadka, którą musi rozwikłać Detektyw Wróbel.

Ten tom wyjątkowo pasuje do nagrody PLANETA IZABELIN, bo nasza gmina położona jest między wielkim miastem a puszczą, więc bliskie są nam problemy związane z życiem i przyrodą zarówno tu, jak i tu 😉

Tytułowi tajemniczy przybysze, którzy stosunkowo niedawno pojawili się na naszych terenach, to nie zawsze są przedstawiciele gatunków inwazyjnych. Tą nazwa określa się takie rośliny i zwierzęta, które pojawiły się gdzieś za sprawą człowieka – czasem przypadkiem, a czasem w efekcie jego świadomych działań. Często nie mają tam swoich naturalnych wrogów, więc stanowią zagrożenie dla gatunków rodzimych.

Inna sytuacja jest wtedy, kiedy w związku ze zmianami klimatu jakieś gatunki zmieniają swój zasięg występowania i zajmują rejony, w których wcześniej występowały rzadko. Na przykład modliszka, która coraz częściej występuje w Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze niedawno budziła tu sensację. Po lekturze tej książki jej obecność nie będzie już dziwić.

Kiedy nominowaliśmy pierwszy tom tego cyklu w Plebiscycie LOKOMOTYWA, napisaliśmy o nim: Świetnie narysowane, skrzące dowcipem historie, oficjalnie bawią, a niepostrzeżenie edukują. Po ukazaniu się tomu trzeciego mogę powiedzieć, że nadal tak jest. Cykl o Detektywie Wróblu to przykład, jak można ciekawie przekazywać wiedzę przyrodniczą w atrakcyjnej dla młodych czytelników formie i mam nadzieję, że autorzy na tych trzech tomach nie poprzestaną. A może doczekamy się kolejnej serii? Ciekawe – o czym tym razem?

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i złamane pióro”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2023

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i struty dziób”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2023

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2024