Truchlin. Biała komnata

Truchlin. Biała komnata

Czyli trzecia część cyklu Vojtecha Matochy z akcją umieszczoną w nieistniejącej naprawdę, ale opisanej niezwykle realistycznie, dzielnicy czeskiej Pragi. O pierwszych dwóch częściach tej trylogii pisałam —>>> tutaj Wtedy udało mi się uniknąć spoilerów, więc osoby, które jeszcze ich nie czytały, zapraszam tam. O „Białej komnacie” już się tak nie da, dlatego poniżej ilustracji wchodzicie na własną odpowiedzialność 😉

„Biała komnata” zamyka trylogię o Truchlinie – chciałoby się powiedzieć, że definitywnie, ale autor zostawił sobie furtkę do jakiejś kontynuacji*, choć będzie to już opowieść o innej dzielnicy. Truchlin taki, jaki istniał przez ostatnie sto lat, skończył się, co było oczywiste już po poprzedniej części. Maszyna Dalibora Napravnika jeszcze pracowała, jednak tajemnica tej dzielnicy została ujawniona, a reszta była już tylko kwestią czasu.

Od wydarzeń drugiego tomu minęło kilka miesięcy, życie bohaterów pomału wraca do normalności, choć trudno powiedzieć, że jest znowu tak, jak było. Jirkę rodzice przenieśli do innej szkoły, rzadko spotyka się z En, a z Tondą nie widział się od pół roku. Jednak kiedy En nagle znika i wszystko wskazuje na to, że wróciła na Truchlin, chłopcy decydują się także tam iść, żeby ją znaleźć. Choć wydawać by się mogło, że wszystkie tajemnice zostały ujawnione w poprzednich częściach, okazuje się że nie. Ma je nadal i Truchlin, i sama En.

Czym jest tytułowa Biała Komnata i jakie tajemnice kryje ? Czym oprócz konstruowania skomplikowanych urządzeń zajmował się w swoich badaniach Dalibor Napravnik ? Czy są granice, których w poszukiwaniach naukowych przekraczać nie należy ?

Autorka bloga Zaczytasy określiła atmosferę tych książek mianem stempunkowego realizmu magicznego. W tej części jest już wiosna, dzień jest dłuższy, nie ma mrozu i śniegu, kwitną róże zwane „Truchlińską zarazą”, bo jest ich wszędzie pełno, ale wcale nie jest ona weselsza i bardziej optymistyczna niż poprzednie. Mrok Truchlina pozostał w ludziach tam mieszkających, którzy teraz dodatkowo czują się zagrożeni nadciągającym końcem ich miejsca na ziemi. I nawet kiedy stanie się on normalną częścią miasta, nie pozbędą się go tak łatwo. Łatwiej jest wyremontować domy niż zmienić ludzi.

„Truchlin” to książki, po których zaczynamy się zastanawiać nad nieuchronnością postępu, jego kosztami oraz nad tym, czy naprawdę jest on taki nieuchronny i konieczny. Czy w ogólnym rozrachunku więcej zyskujemy czy tracimy ?

Vojtech Matocha stworzył cykl, który jest odmienny od typowych przygodówek dla nastolatków. Różni się zarówno konstrukcją, bo każda z części jest inna, stanowi odrębną całość – trochę jak kolejne sezony serialu 😉 Także trójka (a od pewnego momentu czwórka) bohaterów zachowuje swoją odrębność do końca. Nie są teamem. Chodzą własnymi ścieżkami, czasem nie mówią sobie prawdy, czasem nie stają na wysokości zadania. Są prawdziwi.

Na zapowiadaną ekranizację trylogii czekam jednak z dużymi obawami. Zawsze tak mam w przypadku książek, które mi się podobały, bo bardziej wtedy boli, jeśli wersja filmowa nie sprosta temu, co sobie wyobraziłam czytając 😉

*wiem, że w Czechach ukazała się komiksowa kontynuacja, ale nic poza tym.

Vojtech Matocha „Truchlin. Biała komnata”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2022

Wieczór pełen cudów

Wieczór pełen cudów

„Wieczór pełen cudów” to książka, która trochę kojarzyła mi się ze świątecznymi filmami, jakich wiele można zobaczyć na platformach steramingowych. Ich oglądanie to taka moja adwentowa guilty pleasure, a najbardziej lubię wyłapywać w nich stałe punkty, choć czasem są wciśnięte w akcję na siłę i, jak to się mówi, zupełnie od czapki 😉 Ale muszą być, bo bez nich nie byłoby świątecznej atmosfery.

Kiedy zaczęłam czytać tę, drugą już w tym roku świąteczną książkę Joanny Jagiełło, początkowo czułam się trochę, jakby oglądała taki film. Podobnie jak Zwierz Popkulturalny w tym zestawieniu odhaczałam kolejne punkty: czy ktoś nie żyje/ odszedł ? Tak, choć początkowo nie jest dla nas jasne, co stało się z mamą Marcela i Irenki. Czy jest urocze rezolutne dziecię ? Tak, młodsza siostra bohatera. Czy pada śnieg ? Oczywiście. Czy bohaterowie najpierw darzą się niechęcią/ dystansem ? Tak, ale tutaj chodzi o starszą panią z sąsiedztwa. Mamy też Mikołaja z saniami i reniferami, narodziny w wigilijny wieczór oraz całą serię świątecznych cudów…

Jednak im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej poruszała mnie ta historia. Docierało do mnie, że mimo tych wszystkich elementów, nie jest to cukierkowa bajeczka o idealnych świętach, tylko całkiem poważna opowieść o życiu po stracie i o tym, co jest w nim naprawdę ważne. Bolała mnie samotność jej bohatera, który tak nieustępliwie stara się, aby mimo straty Mamy i psychicznej nieobecności Ojca jego mała siostra miała Święta, o jakich marzy. Bardzo mu w tym kibicowałam i zupełnie nie przeszkadzało mi to, że w pewnym momencie zaczęły się tam dziać rzeczy nie do końca prawdopodobne. Należało mu się to !

Nie zawsze możemy mieć dokładnie to, co byśmy chcieli. Ale zawsze możemy znaleźć sobie coś, czym możemy się cieszyć. I sami zadbać o to, by świat był piękniejszy…

Joanna Jagiełło „Wieczór pełen cudów”, ilustr.: Joanna Kolibaj, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2022

Podwójne Święta / Подвійне Різдво

Podwójne Święta / Подвійне Різдво

Już na początku grudnia spadł pierwszy śnieg. Maja i Wojtek stanęli przy oknie, podziwiając ogromne, białe płatki wolno opadające w ciemności na trawnik przed domem.

– Chyba niedługo przyjdzie Święty Mikołaj – powiedział Wojtek. – I będzie choinka, i makowiec, i wszystko.

Maja pogłaskała młodszego brata po jasnej czuprynie.

-Też nie mogę się doczekać świąt – powiedziała z uśmiechem. – Mam nadzieję, że ten śnieg się nie roztopi i jutro ulepimy bałwana!

-Patrz Maja, tamte dzieci też patrzą na śnieg! – zawołał chłopiec.

Rzeczywiście. W oknie naprzeciwko pojawiły się głowy dwójki dzieci – starszego chłopca, mniej więcej w wieku Mai, i młodszej dziewczynki. Maja i Wojtek jeszcze nie zdążyli poznać nowych sąsiadów, jakoś nie było okazji. Wiedzieli tylko, że ta rodzina, bo oprócz dzieci była też ich babcia, pochodzi z Ukrainy.

– Może moglibyśmy się razem pobawić? – zaproponował Wojtek. – Ulepić nawet cztery bałwany albo zrobić bitwę na śnieżki, albo zbudować igloo?

Tak zaczyna się ta historia i mimo że z pomysłu Wojtka nic nie wyszło, bo następnego dnia śnieg już stopniał, był to początek miłej znajomości – zarówno dzieci, jak i ich babć. Igor i Sofia razem ze swoją babcią Alenką odwiedzili Maję i Wojtka (oraz ich babcię Marysię). Zamiast bawić się na śniegu piekli razem pierniczki, co stało się pretekstem do rozmowy o zwyczajach świątecznych. Okazało się przy tym, że chociaż wiele rzeczy jest podobnych, to jest też wiele różnic, a podstawową jest to… że te Święta są obchodzone w różnych terminach. I dzięki temu można je obchodzić dwa razy, za to wspólnie !

Ta książka także jest, można powiedzieć, podwójna 🙂 Nie tylko z powodu tytułu i tekstu w dwóch językach, który umieszczony jest równolegle na sąsiadujących stronach, ale także dlatego, że są tu dwie równorzędne opowieści. Dzieci polskie opowiadają dzieciom ukraińskim o swoich świętach, a ukraińskie polskim – o swoich. Podoba mi się ta równoważność obu narracji, widoczna także w ilustracjach. Co prawda ich kreska nie zachwyca, ale sam ich pomysł – tak. Ilustracje są rozplanowane na całych rozkładówkach i tak skomponowane, żeby porównywać to, co w opisywanych zwyczajach się różni, ale także pokazywać to, co jest podobne.

Dodam także, bo jest to ważne nie tylko dla mnie, że gdzieś w tle pojawia się także religijny kontekst tych świąt…

Zaliczyłam „Podwójne Święta / Подвійне Різдво” do kategorii: wokół wojny na Ukrainie, ale to nie jest książka o wojnie. Właściwie nie ma o niej tam mowy, poza jedną wzmianką przy okazji rozmowy o fajerwerkach, że ludzie teraz boją się wybuchów. Kwestia tego, dlaczego dzieci są w Polsce tylko z babcią, gdzie są ich rodzice i reszta rodziny, w ogóle nie jest poruszana. Dzięki temu Igor i Sofia nie są tu traktowani jak uchodźcy, którym trzeba współczuć, tylko po prostu jak sąsiedzi, normalne dzieci czekające niecierpliwie na święta.

Wojna się przecież kiedyś skończy (miejmy nadzieję, że już niedługo !), a sąsiedztwo pozostanie na zawsze.

Joanna Jagiełło „Podwójne Święta / Подвійне Різдво”, ilustr.: Katarzyna Urbaniak, przekł.: Joanna Majewska-Grabowska, wyd.: Świetlik, Białystok 2022

Boże Narodzenie z Manią i Tyniem; Góralskie święta z Manią i Tyniem

Boże Narodzenie z Manią i Tyniem; Góralskie święta z Manią i Tyniem

Na ogół nie piszę tu o podobnych publikacjach, bo w książkach szukam przede wszystkim ciekawego literacko tekstu oraz pięknych i intrygujących ilustracji, do których ma się ochotę wracać. W tej tego nie ma, ale za to są OKIENKA do otwierania i różne inne atrakcje, które na pewno spodobają się małym dzieciom. W dodatku wykonane są na tyle solidnie, że wytrzymają niejeden kontakt z małymi paluszkami 😉

Te książki to nieskomplikowana opowieść o zwykłych rodzinnych świętach w Polsce – w pierwszej części w domu w mieście, w drugiej – w Zakopanem. Razem z rodziną Mani i Tynia ubieramy choinkę, zaglądając do licznych pudeł z ozdobami, pieczemy pierniczki, a w Wigilię możemy otworzyć drzwi cioci z daleka, która się tego wieczoru niespodziewanie pojawiła.

Obie te książeczki pokazują nie tylko zwyczaje świąteczne, ale także osadzają te święta w ich religijnym kontekście. Trudno, żeby było inaczej, skoro wydało je wydawnictwo katolickie. Mamy więc nie tylko choinkę z prezentami pod nią, ale także bożonarodzeniową szopkę…

… a święta w Zakopanem to nie tylko narty, zabawy na śniegu i kulig, ale także góralskie kolędowanie i wzmianka o tym, że dorośli wybierają się na pasterkę.

Te sztywnostronicowe, solidnie wykonane książki to dobry wstęp nie tylko do przygotowań do świąt z małymi dziećmi, ale także do kolejnych świątecznych lektur, których propozycje znajdziecie w zakładce Książki Świąteczne – Boże Narodzenie. Zapraszam —>>> tutaj 🙂

Magdalena Młodnicka „Boże Narodzenie z Manią i Tyniem. Świąteczna opowieść z ruchomymi elementami”, ilustr.: Agnieszka Matz, wyd.: Wydawnictwo Jedność, Kielce 2021

Magdalena Młodnicka „Góralskie święta z Manią i Tyniem. Świąteczna opowieść z ruchomymi elementami”, ilustr.: Agnieszka Matz, wyd.: Wydawnictwo Jedność, Kielce 2022

Lis i skrzat

Lis i skrzat

Na początku tej książki wydawnictwo zamieściło następującą informację:

Tekst Astrid Lindgren jest parafrazą popularnego niegdyś w Szwecji wiersza Karla-Erika Frosslunda z 1900 roku, który doczekał się wielu wydań w zbiorach i antologiach, a także jako książka obrazkowa z ilustracjami Haralda Wiberga.

Niemiecki wydawca zamówił u Lindgren krótszą, prozatorską wersję wiersza, którą opublikował z ilustracjami Wilberga w 1965 roku. W Szwecji wydano tekst Lindgren dopiero pół wieku później z ilustracjami Ewy Eriksson.

Lis mieszka w lesie. Wieczorem wychodzi głodny ze swojej nory. Gdzie mógłby znaleźć coś do jedzenia ?

Chyba wie. Cichaczem, Mikaelu, chyłkiem przemknij do zagrody, gdzie mieszkają ludzie.

Jak jasno tej nocy ! Biały śnieg i niebo pełne gwiazd. Skradaj się, Mikaelu, skradaj ostrożnie, żeby nikt cię nie zobaczył.

Sięgnęłam po „Lisa i skrzata” zachęcona nazwiskiem Astrid Lindgren, ale akurat jej jest tutaj najmniej. Historię, która rozgrywa się w ciągu jednej zimowej nocy, wymyślił Karl-Erik Frosslund, a ona tylko napisała ją prozą. I to prozą, rzekłabym, dość oszczędną, bo wypada po dwa – trzy zdania na stronę. Tak naprawdę większość opowieści znajduje w ilustracjach Ewy Eriksson – pięknych, nastrojowych, doskonale oddających tę mroźną i ciemną noc.

Zaliczyłam tę książkę do kategorii świątecznych, bo dzieje się w czasie Bożego Narodzenia, ale poza jedną ilustracją z dziećmi bawiącymi się przy choince nic na to nie wskazuje. Myślę, że dzieciom skandynawskim może się ona bardziej kojarzyć ze Świętami, bo w tamtejszej tradycji to właśnie taki świąteczny skrzat czyli Jultomte przynosił prezenty, zanim wyparł go globalny Uzurpator 😉 Stąd tyle krasnali w skandynawskich sklepach z wyposażeniem domu u nas. Mój też stamtąd pochodzi.

O tej wigilijnej tradycji zostawiania owsianki w drewnianej misce dla krasnoludka czytałam także w innych książkach Astrid Lindgren. Na pewno robiono tak na wyspie Saltkrakan – przypomniała mi się Tjorven, która dla krasnoludka uczyła się ruszać uchem, choć czasem miała wątpliwości, czy on w ogóle istnieje. Przypomniało mi się, że też był tam lis skradający się nocą…

Ale to już historia dla nieco starszych czytelników niż ta. Dla takich, którzy rozumieją, że prawdziwy lis nie da się spłycić ani kaszą, ani owsianką i to w ilościach przeznaczonych dla skrzata, nawet jeśli jest z tych większych.

Jednak póki dzieci są małe, nie trzeba ich tych złudzeń pozbawiać, niech magia tej nocy trwa…

P.S. Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego 🙂

Astrid Lingren (tekst), Ewa Eriksson (ilustr.) „Lis i skrzat”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2022

Świąteczny kalendarz Gabrysi

Świąteczny kalendarz Gabrysi

… czyli moje największe tegoroczne zaskoczenie w kategorii lektur świątecznych. Bardzo miłe zaskoczenie 🙂

W ogóle kategoria książkowych kalendarzy adwentowych rozwija się w całkiem interesujący sposób. Najpierw były to historie mniej lub bardziej związane ze Świętami i podzielone na 24 rozdziały. W kolejnych akcja była umieszczana już wyraźniej w kolejnych dniach grudnia, a ostatnio pojawiły się takie, które skrupulatnie rozpisują przygotowania świąteczne od 1 grudnia do Wigilii (na to, że Adwent może zacząć się zarówno wcześniej jak i później, spuśćmy tym razem zasłonę milczenia). Moim zeszłorocznym odkryciem było „W grudniu po południu”. Jedynym zastrzeżeniem, jakie miałam do tej książki, było to, że przeciętnej rodzinie trudno jest podporządkować cały grudzień wyłącznie przygotowaniom do Świąt …

i o tym właśnie jest „Świąteczny kalendarz Gabrysi”.

Gabrysię i jej rodziców – Ewę i Krzysztofa Jeżyków poznajemy 30 listopada. Już pierwsze spotkanie z nimi pokazuje, że tej rodzinie daleko jest do przedświątecznej sielanki rodem filmów Netflixa. Mama w dość zaawansowanej ciąży i zapracowany Tata kompletnie nie mają głowy do przygotowań, których oczekuje od nich córka, więc Gabrysia sama przygotowuje adwentowy kalendarz z zadaniami. Żeby było jak co roku czyli wspaniale.

Bardzo polubiłam całą tę rodzinę, bo są tacy zwyczajni. Rozmawiają ze sobą normalnie, czasem żartują, czasem się złoszczą czy kłócą, ale potrafią się dość szybko pogodzić. Zapracowany Tata nie jest zaniedbującym rodzinę pracoholikiem i naprawdę stara się wszystkiemu sprostać. Widzę w nim odpowiedzialnego mężczyznę, który z jednej strony chciałby spędzać więcej czasu z żona i córką, ale z drugiej – wie, że w ich życiowej sytuacji nie może sobie pozwolić na stratę pracy, nawet jeśli jego pracodawca zdecydowanie przekracza granice. Naprawdę się stara ! Czyta Gabrysi wieczorem świąteczne książki (przygotowanie ich listy jest zadaniem na jeden z dni), ale największą tajemnicą tego adwentu pozostanie dla mnie odpowiedź na pytanie, jak udało mi się zdobyć jemiołę, żeby się jego córce kalendarzowy harmonogram nie posypał 😉

Mama w ciąży jest taka jak… normalne kobiety w ciąży. Trochę szczęśliwa, trochę zmęczona, trochę pełna obaw o to, czy wszystko dobrze się skończy. Cieszy się, ale równocześnie rozumie, że Gabrysia musi się to tej sytuacji przyzwyczaić.

Gdy rodzice powiedzieli jej, że będzie miała rodzeństwo, bardzo się ucieszyła. Znajomym dzieciakom przybywało braci i sióstr i Gabrysia też chciała, żeby w ich domy pojawił się dzidziuś. Nie wiedziała jednak, że ciąża trwa tak długo, tak niesłychanie długo i że jest taka… NUDNA. Gabrysi zdawało się, że ten stan będzie trwał już zawsze, a pęczniejąca mama w końcu zamieni się w balon i odfrunie. W dodatku mama nie czuła się zbyt dobrze i ciągle odpoczywała, zamiast jeździć na rowerze i wygłupiać się wieczorami. Od dwóch tygodni była na zwolnieniu i wcale nie chodziła do pracy. I to też było dziwne.

W tej historii są także Babcia i Dziadek, którzy zjawiają się wtedy, kiedy są najbardziej potrzebni. To właśnie babciom i dziadkom Autorka zadedykowała też książkę, bo zawsze wiedzą, kiedy przybyć z odsieczą.

Grudniowe życie Gabrysi to nie tylko dom, ale też szkoła i tam się także sporo dzieje. Emocje związane z przygotowaniami do świątecznego spektaklu trochę blakną, kiedy okazuje się, że Majka, którą dotychczas uważała za swoją najlepszą przyjaciółkę, woli siedzieć w ławce i bawić się na przerwach z kim innym. Z Kaśką, która jest typem takiej klasowej królowej, bez zmrużenia oka rozstawiającej po kątach wszystkich i wygłaszającej złośliwości pod adresem tego, kogo akurat ma na celowniku. W każdej klasie jest taka Kaśka, nieważne, jak ma na imię 😉 Warto jednak rozejrzeć się uważnie, bo może w kącie czeka ktoś inny…

Napisałam, że „Świąteczny kalendarz Gabrysi” był moim największym tegorocznym zaskoczeniem, jakoś podświadomie nie spodziewałam się, że ta książka może zawierać w sobie tak głęboką historię. Myślę, że problemem była okładka, bo bardzo nie lubię tego koloru, gryzie mi się z czerwienią sukienki i ozdób choinkowych 😉 W ogóle ilustracje trochę mnie rozczarowały. Bardzo ładne są choinkowo – pierniczkowe winietki zaczynające każdy dzień, ale nie do końca trafia do mnie kreska, jaką rysowane są tutaj postacie ludzkie i ich twarze. Jednak nie zawsze, bo na przykład cała rodzina przy wigilijnym stole podoba mi się bardzo.

Dzięki temu odległemu od oczekiwań grudniowi Gabrysia (a wraz z nią także czytelnicy tej książki) zrozumiała, że (jak tłumaczyła jej Mama) w życiu nie zawsze jest tak, jak sobie zaplanujemy. I rzadko kiedy jest idealnie. Ale czy w ogóle musi być idealnie i zgodnie z planem ?

Ważne, żeby wszystko się dobrze skończyło i wszystkim było dobrze.

Anna Włodarkiewicz „Świąteczny kalendarz Gabrysi”, ilustr.: Katarzyna Bukiert, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2022

Harcuj z nami ze słowami albo Dawniej czyli drzewiej 2

Harcuj z nami ze słowami albo Dawniej czyli drzewiej 2

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: fakt !!!

Słowa, słowa, słowa…

Dzięki nim możemy się porozumiewać, dlatego warto znać ich pochodzenie, historię, przemiany… I bawić się nimi.

Harcuj z nami ze słowami, a na pewno niejedno cię zadziwi !

„Harcuj z nami ze słowami” to kolejny, po wydanym w 2015 roku „Dawniej czyli drzewiej” dykcjonarz czyli leksykon słów już w języku polskim nieużywanych, albo takich, które teraz znaczą cos innego niż kiedyś. W tak zwanym międzyczasie ta sama spółka autorsko – ilustratorska czyli Małgorzata Strzałkowska i Adam Pękalski stworzyła jeszcze „Mamę Gęś” zawierającą polskie wersje angielskich nursery rhymes z rozbudowanymi komentarzami historyczno – filologicznymi. Wszystkie te książki są porywająco ciekawe, zarówno w warstwie tekstowej, jak i w ilustracjach – pełnych szczegółów i smaczków. Mówiąc najkrócej – to uczta dla oczu i umysłu !!!

Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa – napisał dawno temu jeden z Wieszczów. Dzięki obu tym dykcjonarzom możemy uświadomić sobie, jak bardzo nasz język zmienia się wraz ze zmieniającym się światem i docenić tę jego giętkość i zdolność do nazywania coraz to nowych przedmiotów i czynności.

Dlaczego czołg jest czołgiem, a nie tankiem , jak w wielu innych językach ?

Czym nam grozi powietrze ?

Dlaczego mały list to liścik, a nie listek ?

Ile dawniej ludzie mieli palców u rąk ?

Czemu goście z Czech chcą kupować czerstwy chleb ?

Na te i wiele innych pytań znajdziecie tu odpowiedzi, a na końcu czeka jeszcze strona ze staroświeckimi zagadkami.

Jedynym zastrzeżeniem, jakie mogę mieć wobec tej książki, jest to, że pozostawia pewien niedosyt. Dlatego z wielką radością przyjmuję enuncjacje ze strony Autorki o tym, że ma ochotę stworzyć kolejną część. Czekam niecierpliwie i jestem bardzo ciekawa jakimi postaciami Adam Pękalski wypełni tym razem wyklejkę 🙂

Małgorzata Strzałkowska „Harcuj z nami za słowami albo Dawniej czyli drzewiej 2”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Co lubią uczucia ?

Co lubią uczucia ?

Kiedy dowiedziałam się, że ukaże się druga książka o życiu prywatnym uczuć, miałam sporo obaw. Pierwsza – „Co robią uczucia?” – była fantastyczna, bo taka… w sam raz. Miała dokładnie tyle słów, ile było potrzebne i ilustracje doskonale z nimi współgrające. Nie przypadkiem nominowaliśmy ją w kategorii Od A do Z Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA, w której całkowicie zasłużenie wygrała. W tym roku ukazała się jej kolejna wersja w formie zbioru pocztówek, które można wysłać komuś bliskiemu.

Obawiałam się, że próba kontynuacji może mi tylko ten zachwyt popsuć, ale na szczęście tak nie jest, mimo że słów jest w niej zdecydowanie więcej. Opowiada tym razem nie tylko o ulubionych czynnościach uczuć, ale także o tym, co je łączy, a co dzieli. Słów jest więcej, ale układają się one w pełne uroku historie. Posłuchajcie:

Co roku o tej porze, gdy ciemność wcześnie zapada, Nostalgia zdejmuje z szafy ozdoby na choinkę. Zabawne, jak delikatna i uroczysta jest dla niej ta chwila, kiedy otwiera stare pogniecione pudełko po swoich pierwszych łyżwach. Oddycha głęboko, podnosi kartonowe wieczko. Odgarnia nitki anielskich włosów i bierze w palce kruche figurynki. W srebrzystej bombce odbijają się jej oczy i nos, ale w głębi Nostalgia widzi coś więcej…

Spotykamy tu znajomych z poprzedniej części i warto do niej przy tej okazji sięgnąć, bo punktem wyjścia są często sytuacje stamtąd.

Pojawia się tez kilka uczuć, których tam nie było, w tym dwa dla mnie szczególnie ważne – Bezwartościowość i Upór. To, co mnie ujęło w tej pierwszej, zachowam dla siebie, a ten drugi… No cóż – większość życia upłynęła mi z osobą, która jest kwintesencją tego pojęcia 😉 Nie będę ściemniać – bywa trudno, ale są też chwile, kiedy okazuje się on przydatną cechą.

Bo Upór jest potrzebny. Z nim inni czują się bezpieczniej. Tak, jest okropnie irytujący, gdy nie chce ustąpić w sprawach drobnych i nieważnych. Lecz nic go nie zastąpi, gdy trzeba być nieustępliwym w sprawach ważnych i dużych . Upór pomaga innym, gdy to oni muszą wytrwać w jakiś niemożliwym miejscu. On i jego klej są wówczas na wagę złota. Ale wtedy nikt nie nazywa go uporem – mówią o nim „Determinacja” i „Wytrwałość”.

Sięgnijcie po tę książkę – to cudowna lektura nie tylko na tę porę gdy ciemność wcześnie zapada. Dowiecie się z niej, z kim najlepiej rozumie się Nostalgia, czemu Lęk koleguje się z Ciekawością, a jakiej porze roku najlepiej czuje się Cierpliwość, kiedy Złośliwość jest szczęśliwa i do czego najbardziej lubi wracać Wdzięczność. A kiedy doczytacie do końca, okaże się, że tak naprawdę jest on początkiem i można ją czytać na okrągło. I jeszcze raz, i jeszcze…

Tina Oziewicz „Co lubią uczucia ?”, ilustr.: Aleksandra Zając, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Tina Oziewicz (tekst), Aleksandra Zając (ilustr.), „Komu wyślesz uczucia. Zestaw pocztówek z książki „Co robią uczucia ?” wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Praktycznie wszystko. Podpowiednik dla dzielnych dzieciaków

Praktycznie wszystko. Podpowiednik dla dzielnych dzieciaków

Wśród masy książek dla czytelników niedorosłych, które ukazują się u nas co roku, sporą część stanowią takie, które można zaliczyć do kategorii non fiction. Jest to coraz większy i coraz bardziej interesujący segment rynku wydawniczego – w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA dla takich tytułów przeznaczona jest kategoria: fakt. Naprawdę nie jest nam łatwo wybrać, które z nich nominować !

Większość z nich, niezależnie od tego, jak bardzo pasjonującej gałęzi nauki czy dziedzinie życia są poświęcone, można jedynie przeczytać i (ewentualnie) przyswoić zawartą w nich wiedzę. A potem odstawić na półkę i… sięgnąć po smartfona, pograć w coś albo zobaczyć, czy ktoś znajomy wrzucił może do sieci coś interesującego.

Książka, którą mam przed sobą jest inna. Dlaczego ? Najlepiej wyjaśnią to sami Autorzy, którzy tak o niej piszą na początku:

Znajdziecie w niej „praktycznie wszystko”, czyli to, co jest potrzebne do fajnego, wesołego, ale też bezpiecznego spędzania czasu.

Zabierzemy was do ogrodu, lasu, kuchni, a nawet nad jezioro ! Damy do ręki badyle, kredki, garnki i latarkę. Pokażemy, jak czerpać radość z zabawy, nawet kiedy leje deszcz. Podpowiemy, jak wezwać pomoc i co zrobić, jeśli biegnąc przez leśną gęstwinę, zadrapiecie sobie kolano (czego oczywiście nikomu nie życzymy, ale wszyscy wiemy, jak to z leśnymi gęstwinami bywa). Będzie coś dla początkujących, coś dla zaawansowanych, coś dla przyszłych mistrzów i mistrzyń kulinarnych oraz dla ekonomistów i ekonomistek.

Całość podzielona jest na pięć działów, a ich tytuły mówią właściwie wszystko: Przyjemne, Pożyteczne, W terenie, Tylko spokojnie oraz Różne różności. Znajdziemy tam pomysły na rozmaite aktywności, zabawy i umiejętności – absolutnie wykonalne przez dzieci w wieku, do którego adresowana jest ta książka czyli ze szkoły podstawowej. Wiem to z własnego doświadczenia, bo moje dzieciństwo i dorastanie było harcerskie, żeglarskie i turystyczne. Wszystko to uczyło samodzielności. Wiązałam węzły, znałam alfabet Morse’a, wiedziałam, do czego służy kompas. Robiłam większość rzeczy opisywanych tutaj i nikt nie uważał, że w wieku 10 lat mogę nie radzić sobie z nożem czy zapałkami 😉

Obawiam się, że teraz większy problem z tym mogą mieć dorośli – żeby dzieciom na to wszystko pozwolić – niż one same.

A co, jeśli coś się wydarzy ? Po to jest rozdział Tylko spokojnie, żeby nauczyć się podstaw pierwszej pomocy, w tym także tego, jak tę pomoc wezwać. Jeden z współautorów Jarosław Sowizdraniuk jest ratownikiem medycznym z dużym doświadczeniem zawodowym oraz wykładowcą akademickim, więc wszystko jest tam bardzo jasno wyłożone oraz czytelnie zobrazowane przez ilustrującego tę książkę Tomasza Samojlika.

Ogromną jej zaletą jest to, że nie tylko odrywa dzieci od ekranów i podsuwa im pomysły na aktywności analogowe, ale także zachęca je do własnych pomysłów. A ja zachęcam dorosłych, żeby się odważyli pozwolić im na samodzielność. Autorzy – Justyna Dżbik-Kluge i Jarosław Sowizdraniuk mają w sumie sześcioro dzieci, więc mieli na kim sprawdzać te pomysły i nikomu nic się nie stało. Większość ich propozycji jest naprawdę zupełnie bezpieczna 😉

Ruszajmy więc! Bo gdy jest się dzielnym dzieciakiem, szkoda czasu na nicnierobienie.

A przygoda czeka na każdym kroku.

Nawet między dużym pokojem a kuchnią.

Justyna Dżbik-Kluge, Jarosław Sowizdraniuk „Praktycznie wszystko. Podpowiednik dla dzielnych dzieciaków”, ilustr.: Tomasz Samojlik, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Hania i Hania

Hania i Hania

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: obraz !!!

Joanna Rudniańska napisała na swoim facebookowym profilu:

„XY”, moja baśń o bliźniaczkach, z których jedna była Żydówką, po dziesięciu latach dostała nowe życie – Wydawnictwo Muchomor wydało ją po raz drugi. Jest teraz inna – nie tylko inaczej wygląda, ale ma również inny tytuł, nazywa się „Hania i Hania”, co chyba lepiej oddaje jej treść. I naprawdę stała się inna, bo książka to nie tylko słowa, bo osoba, która ją ilustruje i składa, staje się osobą współautorską.

„XY” rysował Jacek Ambrożewski, a „Hanię i Hanię” narysowała i zaprojektowała Ewa Beniak-Haremska. Mnie podobają się obie wersje, ale, przyznam się, lubię zmiany!

Ja chyba jednak wolę tę nowszą wersję, w której ilustracje bardziej osadzają całą opowieść w kontekście historycznym. Bo chociaż to jest baśń, to jednak jej akcja umieszczona jest w bardzo konkretnym czasie i miejscu. Działo się to w 1932 roku we wschodniej Europie, w Polsce, nad rzeką o nazwie Bug... – możemy przeczytać, na jej pierwszej stronie. Potem akcja przenosi się do Warszawy, jeszcze potem wybucha wojna, a całość kończy się już po jej zakończeniu.

wyklejka autorstwa Ewy Bieniak – Haremskiej

Były sobie dwie dziewczynki. Zupełnie takie same, jak dwie kurki wyklute z tego samego jajka. Ich matka urodziła je w lesie i naprawdę nie mogła wrócić z nimi do domu. Poszła więc do starej kobiety, która mieszkała w chacie na skraju lasu, jednaj z tych staruszek, jaki często można spotkać na wiejskich drogach, niskich i przygarbionych, okutanych w chusty i spódnice. Jedyne, co było w niej niezwykłego, to oczy: przejrzyste, ametystowe oczy o spojrzeniu, które trudno zapomnieć.

Matka dziewczynek dała starej kobiecie złoty pierścionek i poprosiła ją, aby zajęła się jej dziećmi. Wtedy stara kobieta powiedziała jej, żeby wróciła do domu i niczym się nie martwiła. Dodała jeszcze, że to wyjątkowo piękne dzieci i już ona się postara, aby miały szczęśliwe życie…

Rzeczywiście postarała się, bo jak się możecie domyślić, nie była to taka zwykła staruszka. Najpierw doprowadziła do tego, że dziewczynki zostały znalezione przez swoje nowe mamy…

Właśnie wtedy dwie młode kobiety, które przyjechały tu na wakacje udały się na spacer do lasu. […] Kobiety zatrzymały się, rozejrzały dookoła i dopiero wówczas zobaczyły dziewczynki, dwa niemowlaki leżące w trawie ! Podbiegły do nich i bez zastanowienia wzięły je na ręce, jedna jedną, a druga drugą bliźniaczkę.

I tak już zostało, bo w tym samym momencie obie kobiety pokochały dziewczynki nad życie, oczywiście każda z nich właśnie tę, którą trzymała w swoich ramionach. I każda z nich uważała, że właśnie ta dziewczynka jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie.

… a potem, kiedy dziewczynki, które dostały to samo imię – Hania, żyły już ze swoimi nowymi rodzicami w Warszawie, jedna na Saskiej Kępie, a druga przy Pięknej, nie wiedząc nawzajem o swoim istnieniu, także czuwała nad nimi. Również wtedy, kiedy zaczęła się wojna, a że rodzice jednej z Hań byli Żydami, więc dziewczynka również okazała się Żydówką i trafiła do getta.

ilustr.: Ewa Bieniak – Haremska

Czuwała nad nimi także potem, kiedy Hania już się stamtąd wydostała i trafiła do rodziny swojej siostry, a dziewczynki zaczęły udawać, że są tylko jedną osobą. Można powiedzieć, że jedna ukryła się w drugiej i dzięki temu obie przeżyły wojnę. A trochę także dzięki pierścionkowi swojej pierwszej mamy…

ilustr.: Ewa Bieniak – Haremska

„Hania i Hania” to nie jest powieść (czy też raczej nowela) historyczna – nie znajdziemy tam ani wiedzy o kulturze czy religii żydowskiej, ani realiów getta, ani szczegółowej wiedzy o Holokauście. Nie o odmienność żydowskich bohaterów tutaj chodzi, ale o podkreślenie podobieństw, aby unaocznić absurdalność dzielenia ludzi, które doprowadziło do Zagłady. Nie da się tego pokazać dobitniej niż poprzez historię bliźniaczek rozdzielonych po urodzeniu, bo przecież to, którą z dziewczynek zabrała która kobieta, było wtedy kwestią absolutnego przypadku.

Baśń tę poświęcam pamięci pewnej dziewczynki, Hani Rotwandówny, która, w pewnym sensie, była zarówno Hanią X, jak i Hanią Y. A gdy dorosła, została moją mamą – napisała na ostaniej stronie tej książki Joanna Rudniańska.

P.S. W „Kulturze Liberalnej” artykuł o tej książce napisała także Paulina Zaborek – jurorka Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA i autorka bloga „Poczytaj dziecku” —>>> „Wojna to kiepski czas na obietnicę szczęśliwego życia.”

Joanna Rudniańska „Hania i Hania”, ilustr.: Ewa Bieniak – Haremska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2022

Joanna Rudniańska „XY”, ilustr.: Jacek Ambrożewski, wyd.: Muchomor, Warszawa 2012

ilustr.: Jacek Ambrożewski

Na prośbę Wydawnictwa Muchomor dodaję informację: Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.