Grzeczna

Grzeczna

Wpis z 8 marca 2011 roku:

– Madzia była dziś tak grzeczna, jakby jej wcale nie było !

Taką pochwałę swojej córki usłyszała z ust przedszkolanki autorka felietonu w miesięczniku „Dziecko”, której nazwiska już nie pomnę. Czytałam go dawno temu, ale przypomniał mi się, kiedy zobaczyłam tę książkę:

Mam alergię na określenie grzeczne dziecko. Co to właściwie znaczy ?Grzeczne… czyli jakie ?

Grzeczne to słowo – wytrych, które zawiera w sobie to wszystko, co aktualnie jest wygodne dla dorosłego. Grzeczne dziecko jest ciche (jakby go wcale nie było), bez dyskusji wykonuje wszystkie polecenia (bo dzieci i ryby głosu nie mają), nie brudzi sięnie hałasuje (ponieważ dzieci powinno się widzieć, ale nie słyszeć),  nie przerywa dorosłym i nie odzywa się niepytane (siedź w kącie – znajdą Cię !) oraz ( last but not least 😉 ) ładnie je.

Przy czym ładne jedzenie w tym rozumieniu nie oznacza wcale, że owo grzeczne dziecko biegle posługuje się nożem i widelcem, tudzież nie garbi się przy stole. To oczywiście też, ale przede wszystkim – grzeczne i ładnie jedzące dziecko to takie, które (jak w przedszkolnej piosence) zjada wszystko z talerzyka.

Popatrz na Lusię ! No popatrz na Lusię ! Zobacz, jaka jest cichutka !

Cichutka jak biała kreda i cienki papier. Cichutka jak błyszczące szkło w szafie.

Bo Lusia robi wszystko, jak należy. Zobacz jak się uśmiecha. Ładnie pisze, czyta z książki, przytakuje, uśmiecha się i zgłasza, podnosząc ładną rączkę.

Lusia – dziecko idealne do tego stopnia, że można jej nie zauważyć. Można też nie zauważyć tego, że zniknęła. I tylko ona sama może się z tego stanu wyrwać, ale do tego musi odkryć, że potrafi przestać być cicha. Podobnie jak Ella zaklęta musi odnaleźć w sobie siłę, która pozwoli jej żyć tak, aby zadowolić siebie, a nie innych.

„Grzeczna” to książka niegrzeczna 😉 Książka, która podważa fundamenty tradycyjnego systemu wychowania grzecznych dzieci. Dlatego obawiam się, że zyska u nas status książki kontrowersyjnej – bo przecież pokazuje, że w życiu można (a nawet trzeba) być niegrzecznym, a bez niej oczywiście dzieci same by na to nie wpadły 😉

Ponieważ ten system zdecydowanie łatwiej akceptuje niegrzeczność u chłopców, można ją (szczególnie dziś 😉 ) odczytywać jako rodzaj manifestu feministycznego. Przecież wiadomo nie od dziś, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą. 😉 I powinny się uczyć mądrej niegrzeczności.

„Grzeczna” to druga wydana w Polsce książką duetu małżeńskiego Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Poprzednią były „Włosy mamy”poruszające trudny temat depresji. Ilustracje Svena Nyhusa znamy też z jego autorskiej książki „Tato !”.

Gro Dahle (tekst), Svein Nyhus (ilustracje) „Grzeczna”, przekł.: Helena Garczyńska, wyd.: EneDueRabe, Gdańsk 2011

Podwójna rola

Podwójna rola

Wpis z 27 czerwca 2007 roku :

Kiedy buszowałyśmy z Najstarszą z córek po jednej z londyńskich księgarni wpadła mi w ręce książka „The Twins at St. Clare’s” Enid Blython. Nazwisko autorki z niczym mi się nie kojarzyło (a jej imię na okładce odczytałam początkowo jako Guid ;-), ale tytuł – „Bliźniaczki od Św. Klary” brzmiał dziwnie znajomo. Nagle olśnienie – to przecież jest ta książka, w ekranizacji której chciały zagrać Ruby i Garet z „Podwójnej roli” !!! No, może chciały to za dużo powiedziane – chciała Ruby, a Garet jak zawsze jej się podporządkowała.

Jak to jest – być jednym z bliźniąt ? Jak to jest, kiedy przez całe życie towarzyszy Ci Twoja wierna kopia, Twoje lustrzane odbicie ? Czy być bliźniaczkami to tak, jakby się było jedną osobą, tylko dwa razy lepszą od innych ? A może jednak ma to swoje złe strony ? Na przykład: czasami chciałoby się mieć spokój w samotności. Nie musieć stale rozmawiać, wymyślać zabaw i słuchać sekretów. Po prostu być sobą. A nie częścią kogoś innego. Sobą.

Z zewnątrz wyglądają tak samo, ale w środku są jednak różne. Przez dziesięć lat Ruby i Garet tworzyły podwójną jedność – były samowystarczalne, miały własny język na własne potrzeby, a do osób trzecich mówiły jednym głosem. Teraz w ich życiu wiele się zmieniło – Tata po kilku latach wdowieństwa związał się z Rose. Potem stracił dotychczasową pracę w biurze i zdecydował się na wyjazd do małej miejscowości, aby tam prowadzić księgarnię – oczywiście z Rose, Ruby i Garet. Babcia (mama Mamy), która dotychczas mieszkała z nimi i opiekowała się dziewczynkami, przeniosła się do domu spokojnej starości.

Nagle okazało się, że wobec tych zmian dziewczynki przestały zachowywać się jednakowo. Garet z coraz większymi oporami zgadzała się na pomysły starszej o 20 minut Ruby, choć przecież tak było dotychczas zawsze. Czy będą potrafiły zachować tę specyficzną więź, jaka je łączy, jeśli każda z nich zacznie szukać swojej własnej drogi w życiu ?

„Podwójna rola” była chyba pierwszą z książek Jacqueline Wilson,jaka pojawiła się w naszym domu. Napisana jest w formie wspólnego pamiętnika – dwugłosu obu dziewczynek, a czarno- białe ilustracje Nicka Sharratta i Sue Heap robią wrażenie rysuneczków nabazgranych przez nie na marginesach. Czytałyśmy ją ze Środkową z córek najpierw w systemie trochę Ty, trochę ja – tzn. zaczęłam i przeczytałam jej pierwszy wpis Ruby, a ona (po cichu) to, co dopisała Garet i tak na zmianę 😉 Z czasem Garet zaczęła się rozpisywać coraz szerzej i Środkowa trochę się buntowała, ale perypetie obu dziewczynek wciągnęły ją. Teraz mogę powiedzieć, że była jedna z pierwszych książek przeczytanych przez nią z przyjemnością (choć tylko połowicznie 😉 ).

Jacqueline Wilson „Podwójna rola”, przekł.: Jolanta Kozak, ilustr.: Nick Sharratt, Sue Heap, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2002

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

… czyli portrety 11 ilustratorek i 13 ilustratorów, których twórczość składała się na Polską Szkołę Ilustracji.

Barbara Gawryluk rozmawiała z tymi z nich, którzy jeszcze żyją, oraz z najbliższymi tych, których już nie ma. Ich opowieściom towarzyszą okładki i ilustracje – i takie, które wszyscy pamiętamy i te czasem już zapomniane, wydobyte z zakamarków pracowni, czeluści szuflad, skrzyń, czasem tapczanów, a także z przepastnych magazynów Muzeum Książki Dziecięcej, BWA w Zamościu oraz paru innych niespodziewanych miejsc 🙂

W przedmowie autorka napisała: O pamięć chodzi w tej książce przede wszystkim. Chciałabym, żeby moja opowieść, czasem dziurawa, często niekompletna, bywa, że amatorska, miejscami bardzo osobista, wywołała u Czytelników dobre powroty do dzieciństwa spędzanego z książką. Kiedy byliśmy dziećmi, my, dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie, nie zauważaliśmy przecież nazwisk wypisanych na okładkach czy stronach tytułowych. Ale obrazy tych okładek mamy wdrukowane w pamięć, zatrzymujemy się, widząc je za szybą w witrynie antykwariatu, odnajdując na jakimś blogu poświęconym literaturze dla dzieci, uśmiechamy się, odkrywając wznowienia wierne dawnym wydaniom.

Bardzo trudno jest powiedzieć o „Ilustratorkach, ilustratorach” coś więcej niż to, że jest to książka wspaniała i wciągająca, bo od razu chce się napisać tyle, że znacznie przekroczyłoby to ramy zwykłej blogowej recenzji. Pierwszy raz przeczytałam ją od razu po premierze, niemal całą w jeden wieczór. Potem już na spokojnie przeglądałam ilustracje, odnajdując w nich całą masę rzeczy, o których dawno zapomniałam. Do kolejnej lektury przystąpiłam niedawno i wtedy zaznaczałam sobie w tekście wszystkie przypomnienia, zaskoczenia i odkrycia. Oto moja lista, ale zapewne każdy z czytelników tej książki ma własną 😉

Pierwszym przypomnienie – zaskoczenie dotyczyło tego, co znajdowało się na tylnej okładce (obwolucie) „Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”. Ta ukochana książka mojego dzieciństwa obwolutę straciła dość szybko i o ile domek z tytułową cukiernią, który był z przodu, pamiętałam bardzo dobrze, to kompletnie zapomniałam londyńskie widoczki z tyłu. Zapewne dlatego, że wtedy jeszcze te miejsca z niczym mi się nie kojarzyły.

Drugie, tym razem odkrycie związane było z „Emilem ze Smalandii”, bo tak mi się jakoś wydawało, że w książce, którą czytałam dawno temu, były ilustracje podobne do tych, które pamiętałam z „Dzieci z Bullerbyn”. Okazało się, że miałam rację i pierwsze polskie wydanie „Emila” było ilustrowane przez Hannę Czajkowską.

Kolejne odkrycie to Leonia Janecka – jedyne nazwisko w tej książce, które początkowo z niczym mi się nie kojarzyło, aż odkryłam, że to właśnie ona ilustrowała jedną z moich ukochanych książek – „Jadwigę i Jagienkę” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej.

Następne dotyczyło „Fizi Pończoszanki”, bo pod takim imieniem poznałam Pippi mniej więcej w tym samym czasie co Emila. Książkę pod tym tytułem pożyczałam z biblioteki, a potem już nigdy nie miałam jej w ręku. Ilustracje pamiętałam jak przez mgłę, ale zdecydowanie nie były one podobne do tych kanonicznych Ingrid Van Nyman, z którymi teraz Pippi jest wydawana. Z rozdziału poświęconego Janinie Krzemińskiej dowiedziałam się wreszcie, że ich autorem był jej długoletni partner Zbigniew Piotrowski.

W tym samym rozdziale przypomniałam sobie okładkę i ilustracje Janiny Krzemińskiej do „Naszej mamy czarodziejki” Joanny Papuzińskiej – tę mamę płynącą nad miasteczkiem na poduszce jak księżniczka na latającym dywanie, naprawdę czarodziejską.

Potem zobaczyłam zdjęcie Jerzego Srokowskiego i zrozumiałam, skąd jego postaci brały te charakterystyczne migdałowe, rozmarzone oczy…

Jeszcze potem odkryłam z zaskoczeniem, że autorem pamiętnej drzeworytowej okładki (oraz ilustracji) do „Klechd domowych” był Zbigniew Rychlicki, którego kojarzyłam przede wszystkim z Misiem Uszatkiem .

Ostatni rozdział poświęcony Bohdanowi Butence, który niestety (podobnie jak Zdzisław Witwicki) nie dożył premiery tej książki, czytałam kilka dni po wiadomości o jego śmierci. Co prawda jako dziecko nie lubiłam jego ilustracji, ale były one częścią mojego dzieciństwa, a z czasem doceniłam ich oryginalność i absolutną niepodrabialność. Kiedy byłam już dorosła, razem z moimi córkami odkryłam „Donga, co ma świecący nos” i zachwyciłam się tą książką, tak odmienną, której wygląd doskonale korespondował z absurdalnością treści – przede wszystkim dzięki czarnym kartkom z białymi literami.

Lektura „Ilustratorek, ilustratorów” uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam WSZYSTKIM bohaterom tej książki (a także tym, dla których w niej miejsca nie starczyło, a których twórczość także współtworzyła Polską Szkołę Ilustracji), bo dzięki różnorodności ich kresek szara rzeczywistość PRLu nabierała barw, a ja nauczyłam się, jak różnie można widzieć świat.

Wiedzieliśmy, że dla dziecka wszystko musi być najlepsze. To jest jego pierwsza galeria sztuki – powiedziała pani Krystyna Michałowska. W tej galerii sztuki i ja się wychowałam – dziękuję za nią bardzo !!!

Barbara Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów”, projekt książki: Anna Pol, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Ilustratorki: Maria Orłowska – Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik

Ilustratorzy: Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko

Miś Uszatek

Miś Uszatek

Wpis z 19 stycznia 2007 roku:

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci.
Dzieci lubią misie – misie lubią dzieci.

To wcale nie było tak dawno, choć niektórym trudno w to uwierzyć. Telewizja miała wtedy tylko jeden program i wszystkie dzieci, jak Polska długa i szeroka, zasiadały przed telewizorami o tej samej porze. Dobranocki wówczas wyświetlane były naszym „przeżyciem pokoleniowym”, a miś Uszatek postacią kultową (cokolwiek by to słowo miało znaczyć 😉 ) dla wielu, dziś już dorosłych roczników.

Mimo, że książki o jego przygodach ukazywały się wówczas w setkach tysięcy egzemplarzy, większości z nas Uszatek kojarzy się przede wszystkim ze swoja wersją telewizyjną i miłym głosem Mieczysława Czechowicza. Dobranockowy świat Uszatka różni się od książkowego i jest trochę dziwny – nie ma w nim ludzi, a Miś i inne zwierzątka mieszkają sami, każdy w swoim domku, mimo że chodzą do przedszkola. Któraś z moich córek zapytała, oglądając ten film – To on jest mały czy dorosły, bo nie rozumiem ? 😉

Uszatek z książek jest misiem „przypisanym” do dzieci. Najpierw, po ucieczce ze sklepu z zabawkami spotkał Zosię i Jacka i zamieszkał z nimi. Kiedy oni poszli do szkoły, przeniósł sie do pokoju ich młodszej siostrzyczki Ani. Później razem z nią powędrował do przedszkola i już tam został.

Książki o jego przygodach pojawiły się w naszym domu jeszcze przed trzecimi urodzinami Najstarszej z córek. Uszatek zdetronizował Borysa i panował niepodzielnie, póki nie nastała era  Pafnucego. Potem było tak jeszcze dwa razy, bo córki Środkowa i Najmłodsza też polubiły te misie. Przygody Uszatka są zrozumiałe dla maluchów – dzieją się w domu i na podwórku, na łące i w lesie. Oprócz misia występują w nich piesek, kogucik, bocian, zajączek, zabawki i dzieci. Historyjki są niezbyt długie i opowiedziane nieskomplikowanym, ale pięknym językiem. Początkowo trochę drażniły mnie w tych książkach krótkie zdania i maniera autora, polegająca na zaczynaniu ich od orzeczenia (Wyszedł Miś na drogę. Patrzy. Drogą idzie Kogucik), ale szybko się przyzwyczaiłam.

Nasza Księgarnia wydała niedawno wszystkie części przygód Uszatka z kanonicznymi ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego, na których wychowało się kilka pokoleń czytelników. Dla mnie tworzą one nierozdzielną całość z tekstem Czesława Janczarskiego, podobnie jak ilustracje Sheparda z historyjkami A.A. Millne’go. Pierwsza część Uszatka, którą kupiłam dla Najstarszej z córek była zilustrowana przez Małgorzatę Śliwińską – ładnie, nie powiem, ale to nie było TO. W następnych częściach z radością znalazłam obrazki, które pamiętałam z własnego dzieciństwa.

Przeglądałam ostatnio w księgarni ten starannie wydany tom i trochę mi się smutno zrobiło, że moje córki już są za duże na Uszatka. Może kupię dla wnuków ? Ani się obejrzę i będzie jak znalazł 😉

Czesław Janczarski „Miś Uszatek”, ilustr.: Zbigniew Rychlicki, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2006

Moje książeczki. Księga pierwsza

Moje książeczki. Księga pierwsza

Wpis z 11 listopada 2015 roku. Potem ukazała się jeszcze jedna księga tej serii 🙂

Po wydaniu sześciu ksiąg serii „Poczytaj mi mamo” wydawnictwo Nasza księgarnia ponownie sięgnęło do swoich przepastnych archiwów. Wydobyło z nich, odkurzyło i przypomniało kolejną serię, na której się wychowałam. Moje dzieciństwo było uboższe w loga (tak się to odmienia ?) niż świat, w którym wychowują się dzisiejsi adresaci tej księgi i bardzo dobrze pamiętam tego kota z okładki 🙂

Czarny kot w czerwonych butach, namalowany przez Zbigniewa Rychlickiego, po raz pierwszy pojawił się na środku tylnej okładki w 1959 roku. W jego brzuszek została wpisana prosta, ale jakże chwytliwa i trafna nazwa serii – Moje książeczki. Do lat 90. ukazało się w niej kilkadziesiąt tekstów najwybitniejszych autorów polskich i zagranicznych, ilustrowanych przez uznanych artystów.(…) Książki skierowane do najmłodszych miały czytelną czcionkę i i duży, zbliżony do A4 format. Najczęściej wydawano je w oprawie twardej z charakterystyczną wyklejką w pionowe, dwukolorowe pasy z okienkami, z których wyglądali bohaterowie danej opowieści… – napisała w przedmowie do tej książki jej redaktor Katarzyna Piętka, ale dla mnie ta wyklejka to raczej ściana ze staroświecka pasiastą tapetą i wiszącymi na niej portretami 😉

Księga pierwsza tej serii, która ukazała się w tym roku, zawiera siedem historii, z których dwie pamiętam szczególnie – to „Zajączek z rozbitego lusterka” Heleny Bechlerowej i „Złoty koszyczek” Hanny Januszewskiej. Pierwsza to odległe wspomnienie książeczki, którą miałam dawno temu, jej atmosfery i zapomnianej już nieco, ale lubianej przeze mnie wówczas zabawy w puszczanie lusterkiem zajączków na ścianę. Dzięki tej księdze przypomniałam sobie też wesołą Ludwiczkę z książeczki Anny Świrszczyńskiej, choć wydaje mi się, że bardziej pamiętam ją z telewizyjnej dobranocki.

„Złoty koszyczek” Hanny Januszewskiej z cudownymi ilustracjami Bożeny Truchanowskiej był natomiast wśród książeczek, które pozostały z dzieciństwa mojego Męża i jego siostry, a następnie znalazły się w księgozbiorze naszych córek. Stał się naszą kalendarzową lekturą na przedwiośnie, pomagał nam przetrwać ten smutny, szary i chłodny czas w oczekiwaniu na pierwsze liście na drzewach. Dziewczyny dorosły, nie sięgałam więc po tę książkę już dobrych parę lat, ale pozostały ze mną słowa Olaboga, laboga, jaka wstrętna pogoda !, które same cisną mi się na usta, kiedy rano wyglądam przez okno w wyjątkowo paskudny dzień, niezależnie od pory roku.

Cieszę się, że dzięki tej księdze kolejne pokolenie małych czytelników zyskało możliwość obcowania z niepowtarzalną kreską Bożeny Truchanowskiej. Niedawno w nowo otwartej (po remoncie) warszawskiej Bibliotece na Koszykowej była wystawa jej ilustracji (niestety możliwa do oglądania bardzo krótko) i przy tej okazji zamarzyły mi się wznowienia kolejnych książek mojego dzieciństwa z „Małym pokojem z książkami” na czele (edit – został wznowiony, ale innymi ilustracjami). Jeszcze tyle pięknych i zapomnianych rzeczy kryją w sobie archiwa Naszej Księgarni… 🙂

„Moje książeczki. Księga pierwsza”, wyd.: Nasza księgarnia, Warszawa 2015

autorzy: Helena Bechlerowa, Adam Bahdaj, Anna Świrszczyńska, Ada Kopcińska, Hanna Januszewska

ilustratorzy: Krystyna Witkowska, Maria Mackiewicz, Janina Krzemińska, Mirosław Pokora, Hanna Czajkowska, Ignacy Witz, Bożena Truchanowska

Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza

Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza

Wpis z 17 maja 2011 roku. Od tego czasu ukazało się jeszcze siedem (a więc w sumie osiem) ksiąg tej serii 🙂

Poczytaj mi, Mamo ! A jak nie ma Mamy – poczytaj mi Tato ! – tak nazywałam podobno te książeczki, kiedy byłam mała. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ta seria była czymś niesamowitym. Jak twierdzi Wikipedia (a innego, bardziej wiarygodnego źródła nie udało mi się znaleźć) zaczęto ją wydawać w 1951 roku, a zaprzestano (o czym Wikipedia milczy) chyba z początkiem lat dziewięćdziesiątych. W każdym razie, kiedy kupowałam pierwsze książki dla Najstarszej z moich córek, zdarzało mi się jeszcze trafiać na jakieś końcówki nakładów.

Na książeczkach z tej serii wychowało się kilkadziesiąt roczników obecnych dorosłych, których dzieciństwo przypadło na czasy PRL. Były to czasy trudne, niewesołe, mające jednak swoje (nieliczne 😉 ) dobre strony. Jedną z nich było to, że książeczki dla dzieci znakomitych autorów z ilustracjami równie znakomitych ilustratorów ukazywały się (i rozchodziły !) w nakładzie 375 tysięcy egzemplarzy (i to często gęsto w kilku wydaniach). W porównaniu z dzisiejszymi te książeczki były szare i skromne, żeby nie powiedzieć – siermiężne, ale obecni wydawcy mogą tylko pomarzyć o takich ilościach, mimo że mają do dyspozycji twórców nie mniejszej rangi i dużo większe możliwości techniczne 😦

Z okazji jubileuszu 90 lat istnienia wydawnictwo „Nasza Księgarnia” sięgnęło do swojego przepastnego archiwum. Efektem tego jest ta księga, zawierająca 10 książeczek w niezmienionej szacie graficznej– od deski do deski, od pierwszej okładki do ostatniej.

Natychmiast znalazła się ona na szczycie wszystkich niemal zestawień bestsellerów. Nie dziwi mnie to wcale. Wyobraźmy sobie rodziców, dziadków, ciocie i wszelkich innych dorosłych, którzy wybierają się do księgarni po książeczkę dla dziecka (wnuka, siostrzeńca etc. etc.). Wchodzą i stają bezradni wobec masy książek w różnych kształtach i rozmiarach, cieńszych, grubszych, kolorowych, z zabawkami i bez… i nagle wpada im w oko znajomy widok – napis z pękatych literek, rybka, domek, koniczynki… i od razu czują się jakby znów sami byli dziećmi… 🙂 Ja również tak się poczułam i nie odmówiłam sobie tego zakupu, mimo że moje córki są już na nią za duże, a chrześnica – za mała 😉

Zastanawiam się jednak nad kryteriami, jakimi kierowano się wybierając historyjki do tej księgi. Zaczyna się od „Daktyli” czyli absurdalnego wierszyka Danuty Wawiłow (z ilustracjami Edwarda Lutczyna) i jest to jedyny wiersz w całym tym zbiorze, kończy „Zaczarowaną fontanną” – poetycką baśnią Heleny Bechlerowej (z ilustracjami Elzbiety Gałdasińskiej) a pomiędzy nimi… groch z kapustą 😉 Jeż Kolczatek szuka domu na zimę, pewna Julka – przyjaciółki na podwórku, a mały kotek – swojej mamy. Szymek z nogą w gipsie siedzi na balkonie i tęskni do rówieśników, kociak Filemon próbuje zrozumieć świat, kot Bonifacy szuka świętego spokoju…

Wydaje mi się, ze jedynym logicznym uzasadnieniem doboru są tu prawa autorskie, bo niestety spora część autorów z tamtych lat już nie żyje. Tłumaczyć to może także pewną nadreprezentację kocich opowieści duetu autorskiego: Sławomir Grabowski i Marek Nejman i ilustracji Julitty Karwowskiej – Wnuczak. W tej samej serii ukazały się niedawno „Przygody kota Filemona”.

Niezależnie od tego, według jakiego klucza wybrane, cieszę się, że te książeczki zostały przypomniane następnemu pokoleniu dzieci. I mam nadzieją, ze niebawem doczekamy się kolejnego , z zapowiadanych w przedmowie kilku tomów.

„Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

autorzy: Danuta Wawiłow, Sławomir Grabowski i Marek Nejman, Janina Porazińska, Helena Bechlerowa, Joanna Papuzińska,

ilustratorzy: Edward Lutczyn, Julitta Karwowska – Wnuczak, Danuta Przymanowska – Rudzińska, Zbigniew Rychlicki, Maria Orłowska – Gabryś, Anna Stylo – Ginter, Elżbieta Gaudasińska

Śnieżna siostra

Śnieżna siostra

Ta książka określana jest jako kalendarz adwentowy, ale mam z nią podobny problem jak ten, o którym pisałam, kiedy przypominałam tu „Prezent dla Cebulki”. Na moim profilu na FB wywołało to małą dyskusję o tym, jaką książkę można takim kalendarzem nazwać ? Napisałam wtedy: czym innym jest „historia, którą można przeczytać w Adwencie”, a czym innym książka, która ma być kalendarzem adwentowym. Od tej drugiej oczekuję jednak jakiegoś związku z religijnym wymiarem Bożego Narodzenia (a w każdym razie – nie pomijania go), oraz takiej konstrukcji akcji, która wprowadzi czytelnika w nastój świąteczny płynnie, stopniując go z dnia na dzień. Być może chcę zbyt wiele, bo na razie nie spotkałam książki, która by te moje oczekiwania spełniła. Uprzedzając – nie spełniła ich także „Tajemnica Bożego Narodzenia” Gaardera, choć wydaje mi się, że była najbliżej.

Doświadczenie ostatnich lat uczy, że nie powinnam się tego spodziewać po książce skandynawskiej, więc nie miałam takich oczekiwań wobec „Śnieżnej siostry”. I słusznie, bo dzięki temu się nie rozczarowałam, za to odkryłam przepiękną historię, którą na pewno warto przeczytać – nie tylko w Adwencie. I naprawdę to, że jest ona podzielona na 24 rozdziały nie robi jeszcze z niej kalendarza adwentowego. Jest tak interesująca i wciągająca, że trudno mi sobie wyobrazić rozkładanie czytania na tyle wieczorów, bo kolejne części kończą się tak, że nie można jej tak po prostu odłożyć. Ja pochłonęłam ją na jeden raz, od pewnego momentu czytałam przez łzy, ale nie potrafiłam się od niej oderwać.

Jestem pewny, że dokładnie wiecie, jak powinny wyglądać święta. Z kim chcecie je spędzić, czym powinny pachnieć i co powinno wisieć na choince. I pewnie chcecie, żeby tak było co roku. Ja też tego chciałem…

W tym roku święta w domu Juliana, narratora tej historii, rzeczywiście stanęły pod znakiem zapytania. Kilka miesięcy wcześniej umarła jego siostra Juni i rodzice pogrążyli się w żałobie, kompletnie nie zwracając uwagi ani na niego, ani na jego młodszą siostrę Augustę. Miałem wrażenie, że przy stole siedzą kopie moich rodziców, które nie do końca wiedzą, jak się kiedyś zachowywali. (…) Nie byli sobą, tylko siebie przypominali. (…) Ale najbardziej brakowało mi Juni, mojej starszej siostry, Wszystkim nam jej brakowało, wiedziałem o tym. Chętnie wybrałbym się z rodziną na cmentarz, żeby ją odwiedzić, ale mama i tata nigdy tego nie chcieli. Nie wiedziałem dlaczego. Raz poszedłem tam sam. Grób był ciemny i pusty, bez żadnych ozdób czy zniczy. Juni leżała tam na dole. Podobno. Nie mogłem tego pojąć…

„Śnieżna siostra” to przepiękna, magiczna i wzruszająca opowieść o stracie, żałobie i pamięci, znakomicie wpisująca się w ten przedświąteczny czas. Czytając ją, cały czas miałam gdzieś w tyle głowy „Kolędę dla nieobecnych”: A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie…

W jej nastrój i smutny, i świąteczny wpisują się też znakomicie miejscami mroczne, ale także urokliwe, a przy tym zdecydowanie nieprzesłodzone ilustracje Lisy Aisato.

To książka wymykająca się kategoriom, także wiekowym 😉 Myślę, że nie ma górnej granicy wieku czytelników. Dolną tez trudno mi określić – to zależy od osobistych możliwości udźwignięcia tej historii i smutku, który niesie. Nie bójmy się go ! Łzy wypłakane nad książką oczyszczają, pomagają uporać się z tym, co siedzi gdzieś głęboko i co czasem trudno nawet przed sobą nazwać…

Maja Lunde „Śnieżna siostra. Opowieść świąteczna” ilustr.: Lisa Aisato, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019