Święty Mikołaj

Święty Mikołaj

Wpis z 12 grudnia 2009 roku:

Tegoroczny mikołajkowy Święty Mikołaj w naszym domu wykazał się sporą dawką egocentyryzmu i podarował Najmłodszej z córek książkę… o samym sobie. Ta książeczka jest już trochę dla niej za dziecinna, bo niebawem skończy ona 10 lat, więc towarzyszyła jej jeszcze inna, bardziej odpowiednia wiekowo. Polowałam jednak na nią od dłuższego czasu i dopiero teraz udało mi się ją kupić. Ten prezent to część mojej prywatnej wojny ze świętomikołajowym  Uzurpatorem 😉

Był biskupem, a przedstawiany jest jako duży krasnal z czerwonym nosem, w czerwonej czapie i pelerynie, z długą brodą.

Każdego roku widujemy go w sklepach, na ulicach i w telewizji, ale tak naprawdę, to nie można zobaczyć go nigdzie. Można go poczuć. Znaleźć w prezentach, w uśmiechu, w dobroci. Usłyszeć w biciu serca, w modlitwie. Urodził się i mieszkał w kraju, gdzie śnieg pada rzadko lub wcale, ale Mikołaj najbardziej kojarzy nam się właśnie ze śniegiem.

Prawdziwej historii prawdziwego świętego Mikołaja opowiedzianej przez Jarosława Mikołajewskiego towarzyszą ilustracje Doroty Łoskot – Cichockiej. Jest na nich śnieg, bo rzeczywiście trudno nam już sobie świętego Mikołaja bez niego wyobrazić, ale poza tym wszystko jest tak, jak być powinno w Azji Mniejszej 17 wieków temu. I domy, i stroje bohaterów i biskupie szaty Świętego.

Jarosław Mikołajewski w prosty sposób (i bez wierszyków, które bardzo mnie złościły w bajkach „Agory” jego autorstwa) opowiada o tym, jak biskup Miry po kryjomu obdarował trzy córki ubogiego wdowca pieniędzmi na posag. I jest to historia zupełnie inna od tych o wrzucaniu zabawek przez komin.

Jak napisała w przedmowie do tej książeczki Janina Ochojska, był to przykład mądrego działania świętego Mikołaja, który dał prezent nie po to, żeby sprawić chwilową przyjemność. Dał prezent po to, żeby obdarowane nim dziewczęta mogły zbudować swoją przyszłość i szczęście.

Janina Ochojska napisała jeszcze, że świat, w którym żyjemy, zależy od tego, jacy jesteśmy dla bliźnich. Od tego, czy potrafimy pomagać, zależy, czy świat jest dobry czy zły. Czy jest przyjazny, czy możemy się w nim rozwijać. Czy czujemy się w nim bezpiecznie.

Pomaganie to wielka sztuka. Kiedy chcemy komuś udzielić pomocy, przede wszystkim musimy się dowiedzieć, jakie ten człowiek ma potrzeby.

I musimy pamiętać, że nasza pomoc nie może go upokorzyć ani zniszczyć. Że musi dać mu szansę.

Musi dać mu nadzieję, że da sobie radę, ze będzie umiał żyć odpowiedzialnie, że sam będzie potrafił pomagać. (…)

Pomagajmy mądrze. Pamiętajmy, ze dla wielu ludzi najlepszym prezentem jest dobre słowa lub nasza zwykła obecność. I bądźmy świętymi Mikołajami przez cały rok. Nie tylko od święta.

Jarosław Mikołajewski „Święty Mikołaj” (seria: Święci), ilustr.: Dorota Łoskot – Cichocka, wyd.: Muchomor, Warszawa 2003

Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba

Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba

Wpis z 9 grudnia 2009 roku:

… czyli kolejna historia z cyklu: zasadniczo nie lubię takich książek, ale…  😉

Nie przypominam sobie, żeby Święty Mikołaj odegrał jakąś szczególną rolę w moim dzieciństwie. Prezenty (zarówno drobiazgi mikołajkowe, jak i te większe pod choinką) pojawiały się same i chyba od zawsze wiedziałam, że podkładają je Rodzice 😉 Z przebierańcem rozdającym prezenty spotkałam się pewnie kilka razy na zabawach choinkowo karnawałowych w pracy u rodziców i w szkole, ale (ponieważ wychowywałam się w Bydgoszczy) ten przebieraniec był raczej Gwiazdorem niż Świętym Mikołajem. Nie widywałam go także zbyt często na pocztówkach i opakowaniach, bo tych w siermiężnych czasach PRL raczej nie było. O reklamach w ogóle nikt nawet nie śnił 😉

W czasach dzieciństwa moich córek wszystko jest inaczej. Znanego mi wcześniej Mikołaja – biskupa i świętego Kościoła zastąpił rubaszny grubas w stroju krasnoludka rodem z reklamy Coca-coli. Święty od miłości i dzielenia się ustąpił pola bożkowi zakupów, patronowi supermarketów, a ten pojawia się jeszcze przed Adwentem i nie ma przed nim ucieczki.

Mikołajowy Uzurpator rozpanoszył się również w książkach dla dzieci i sprowadza sens Świąt Bożego (przecież !) Narodzenia li i jedynie do prezentów, których powinno być jak najwięcej i które należą się każdemu jak nie przymierzając psu micha. Dlatego książki świętomikołajowe to kategoria książek świątecznych, której nie lubię najbardziej, bo wszystko w nich obraca się wokół prezentów, a ich brak (a raczej taka groźba, bo przecież wszystko zawsze kończy się dobrze) równoznaczny jest z brakiem Świąt.

Historia, którą opowiada Cornelia Funke jest inna..

W nocy z dziewiątego na dziesiątego grudnia nadciągnęła z północy straszna burza. Niezliczone błyskawice przewiercały ciemności, a grzmot piorunów przetaczał się po czarnym niebie niczym łoskot wykolejonego pociągu towarowego.

Właśnie ta burza była przyczyną, dla której wóz Niklasa Julebukka wylądował na ulicy Mgielnej. Wóz trochę dziwny, jakby cyrkowy, a Niklas Julebukk był… no właśnie – tu się zaczynają problemy translatorskie 😦

Tłumaczka określiła go jako zawodowego Świętego Mikołaja i używała tej nazwy konsekwentnie w całej książce, łącznie z jej tytułem. Tymczasem w oryginale był to Weihnachtsmann czyli po naszemu Gwiazdor, znany dobrze mieszkańcom Wielkopolski i okolic. Nie jest on bynajmniej synonimem Świętego Mikołaja, ma swoje własne miejsce w bożonarodzeniowej tradycji, choć i jego pomału wypiera Uzurpator.

Niklas Julebukk jest ostatnim prawdziwym Weihnachtsmannem. Ostatnim, bo władzę w tej branży przejął (przy pomocy Dziadków do orzechów) niejaki Waldemar Dzieciosrogi, który dąży do absolutnej komercjalizacji Świąt.

Tak, ten Waldemar to oślizgły obrzydliwiec. (…) Świętym Mikołajom rozkazał podróżować na saniach motorowych, a z renów zrobił salami. Przekonał innych Mikołajów, aby listy z życzeniami i prośbami od dzieci wyrzucali do kosza, a zamówienia tak naprawdę przyjmowali tylko od rodziców – za zaliczką rozumie się. No i kiedy przyjdzie wieczór wigilijny, zamówienia są hurtem dostarczane do domów. Masówka.

Waldemar D. wygląda wypisz wymaluj jak Santa Claus czyli dobrze nam znany Uzurpator. Ta książka to protest – song przeciwko utożsamianiu Świąt z górą prezentów i to koniecznie bardzo drogich.

Dzięki spotkaniu z Niklasem Ben przekonał się, że najpiękniejsze prezenty, to wcale nie te które można kupić w sklepie.  „Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba” to książka o przyjaźni, miłości, życzliwości, bo to jest najważniejsze podczas Świat.

No i oczywiście jeszcze żeby padał śnieg 😉

I okazuje się, ze wcale nie są potrzebne kolorowe i błyszczące ilustracje. Te, które stworzył Paul Howard – ołówkowe, w różnych odcieniach szarości, zupełnie jak świat w początkach grudnia, w zupełności wystarczają, aby oddać nastrój ciepłej opowieści Cornelii Funke.

Cornelia Funke „Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba”, przekł.: Anna Wziątek, ilustr.: Paul Howard, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

P.S. Niedawno odkryłam, że również i ta książka Cornelii Funke została zekranizowana. Nie miałam czasu, żeby obejrzeć cały film, ale robi niezłe wrażenie 🙂

Edit. 2024: filmu nie ma już na YouTube, zobaczyć można tylko zwiastun

Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich pisarzy

Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich pisarzy

Wpis z 28 grudnia 2007 roku czyli kolejna książka na półkę świąteczną. Nasza miała inną okładkę, ale tę, którą widać, można kupić nadal 🙂

Hej, kolęda, hejże ho ! Święta, święta i już po…

Tegoroczne Święta w naszym domu upłynęły pod znakiem lektury„Opowiadań wigilijnych”, które Najmłodsza z córek znalazła pod choinką. Unikam zazwyczaj podobnych okazjonalnych składanek – szczególnie tych dla dorosłych, bo zawsze coś mi w nich zgrzyta. Kiedy jednak przeczytałam listę autorów „Opowiadań wigilijnych”, nie zdołałam się oprzeć tej książce. Ludwik Jerzy Kern,  Grzegorz Kasdepke, Anna Onichimowska,  Beata Ostrowicka , Wanda Chotomska,  Joanna Papuzińska,  Roksana Jędrzejewska – Wróbel, Barbara Gawryluk, Ewa Chotomska, Joanna Olech, Barbara Kosmowska, Agnieszka Frączek, Paweł Beręsewicz i inni czyli plejada polskich twórców literatury dziecięcej, zilustrowana przez równie znamienite ilustratorki – Iwonę Całą i Ewę Poklewską – Koziełło.

Według stworzonej przeze mnie w zeszłym roku  systematyki książek okołoświątecznych 😉 – tę zaliczyć można do kategorii choinkowych, bo zajmuje się zwyczajami świątecznymi w oderwaniu od ich religijnego kontekstu. Są to jednak obyczaje polskie i na tym polega jej główna zaleta. Nie znajdziecie tu wzmianek o pończochach wieszanych na kominku czy świątecznym puddingu. Jest za to opłatek, barszcz z uszkami, karp i puste miejsce przy stole, które czeka na zbłąkanego wędrowca czyli wszystko to, co odróżnia Święta w Polsce, od obchodzonych w innych miejscach świata.

Czytając kolejne opowiadania, patrzymy na Święta z perspektywy anioła odwiedzającego Ziemię, psa oraz pudła z choinkowymi ozdobami ;-), ale przede wszystkim widzimy je oczami dzieci (czasem całkiem sporych, jak pewien Januszek 😉 ). Wszystkie te historie próbują odpowiedzieć na pytanie – na czym polegają prawdziwe Święta ? Receptą na nie, jak się okazuje, nie jest ani masa pieniędzy wydanych na prezenty, ozdoby i catering, ani nerwowa krzątanina Mamy wokół porządków i odpowiedniej ilości dań.

Paradoksalnie – odpowiedź na to pytanie znajdujemy w opowiadaniu, które rozgrywa się w środku lata, ale gromadka dzieci właśnie wtedy urządza święta – aby spełnić marzenie chorego przyjaciela. Okazuje się wtedy, że Święta wcale nie potrzebują kalendarza. Bo one są w nas samych, kiedy myślimy o innych.

P.S. Żeby nie było za słodko – jednak coś mi w tej książce zazgrzytało. W wierszu „Rozmowa przy tarciu chrzanu” dwa karpie pływające w wannie deliberują na temat tego, do którego z ich pośmiertnych wcieleń bardziej pasuje chrzan… Jakoś mnie raził ten z lekka frywolny ton ich dyskursu… Zwłaszcza, że czytałyśmy to niedługo po spożyciu karpia w galarecie, który udał się z tym roku mojej Mamie nadzwyczajnie. Z chrzanem, ma się rozumieć 😉

„Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich autorów”, ilustr.: Iwona Cała, Ewa Poklewska – Koziełło, wyd. Literatura, Łódź 2007

Patriotyzm w książkach dla dzieci i młodzieży

Patriotyzm w książkach dla dzieci i młodzieży

To artykuł, który napisałam cztery lata temu na zlecenie Ośrodka Rozwoju Edukacji. Ponieważ nie ma go już na ich stronie (albo jest tam dobrze ukryty 😉 ), pozwalam sobie co przypomnieć.

– Kto ty jesteś?– Polak mały.

– Jaki znak twój?– Orzeł biały.

Od ponad stu lat „Katechizm dziecka polskiego” Władysława Bełzy pozostawał podstawą patriotycznego wychowania polskich dzieci. Do dziś bywa recytowany przez nie na szkolnych akademiach. Czy jest to jednak nadal odpowiedni wzorzec ?

Jak rozmawiać z dziećmi o patriotyzmie ? Co to słowo, zdefiniowane przez Władysława Kopalińskiego jako miłość ojczyzny, własnego narodu, połączona z gotowością do ofiar dla niej, z uznaniem praw innych narodów i szacunkiem dla nich, znaczy w początkach dwudziestego pierwszego wieku ? Czy jesteśmy winni Ojczyźnie oddawanie życia i czy powinniśmy rozumieć to li i jedynie dosłownie, jako śmierć na polu bitwy ?

Czy w czasach globalizacji, Unii Europejskiej i braku granic w ogóle ma jeszcze znaczenie to, skąd pochodzimy i gdzie mieszkamy ?

Jeszcze kilka lat dorosły, który chciał rozmawiać o tym z dzieckiem, skazany był na Bełzę i własne przemyślenia. Na szczęście ukazały się dwie książki, które mogą być w tym pomocne: „Kto ty jesteś ?” Joanny Olech z ilustracjami Edgara Bąka i „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej. Mimo że obie tytułami nawiązują do „Katechizmu dziecka polskiego” różnią się zasadniczo. Obie są jednak próbą zdefiniowana na nowo pojęcia patriotyzmu na poziomie dziecka.

„Kto ty jesteś ?” to zbiór 25 haseł czy też deklaracji o tym, w jaki sposób powinien zachowywać się patriota. Krótko i węzłowato – np.: Uczę się. Jestem patriotą.

Zdecydowanie nie jest to książka, którą można kupić dziecku, dać mu do przeczytania i uznać, że temat patriotyzmu mamy odfajkowany. Ona wymaga rozmowy, wyjaśnienia, rozwinięcia, bo składa się z 25 haseł, które same w sobie niewiele znaczą. I to jest jej ogromną zaletą, bo generalnie dorośli maja problem z rozmawianiem z dziećmi o sprawach wykraczających poza Co tam w szkole ?

Przykłady patriotycznych zachowań proponowane przez autorów są przedstawiane w sposób, który nazwałabym Od szczegółu do ogółu i dlatego właśnie wymagają rozmowy. Przykład pierwszy z brzegu: Sprzątam po moim psie. Jestem patriotą. pozostawiony bez dyskusji bardzo spłyca problem, o który chodzi. Tymczasem rozwijając go i zastanawiając się, dlaczego właściwie powinniśmy sprzątać te psie kupy, dojdziemy do tego, że po to, aby w naszym otoczeniu było czysto. Bo kiedy jest czysto, jest także przyjemnie, a chcemy, żeby w naszym kraju żyło się dobrze, żeby było ładnie. Przez wiele lat Polska była krajem, w którym ludzie dbali tylko o to, co ich własne, z zadbanych mieszkań wychodzili na obskurne klatki schodowe i podwórka z połamanymi ławkami i śmieciami na trawniku. Teraz ta przestrzeń, do starań o którą się poczuwamy, trochę się rozszerzyła, ale często kończy się już na płocie zamkniętego osiedla.

„Kto ty jesteś ?” to książka, która nie daje gotowych recept, wzorców współczesnego patriotyzmu. Ona tworzy ramy rozmowy z dzieckiem, ale to, czym je ostatecznie wypełnimy zależy tylko od nas i tego, jak sami rozumiemy ten temat. Na ostatniej stronie zadaje pytanie: A Ty ? I pozostawia wolną przestrzeń do wypełnienia tym, co jej czytelnikom w duszy patriotycznie gra. „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej to bardziej zapis takiej rozmowy, propozycja, jak sformułować pewne myśli i jakimi słowami mówić o rzeczach, o których na co dzień nie rozmawiamy. Pokazuje każdego z nas jako członka wielu społeczności, przynależnego do różnych miejsc – od rodziny poprzez małe ojczyzny po Polskę i jeszcze szerzej jako obywatela Europy i świata.

Wiem skąd wziął się francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką.

O tym, że z tą wiedzą różnie bywa możemy przekonać się, kiedy w większym gronie próbujemy zaśpiewać hymn. Pierwsza zwrotka jeszcze jakoś idzie, z następnymi jest już gorzej… Można zapytać, jakie to ma znaczenie, skoro w razie potrzeby hymn można puścić z taśmy, albo w ogóle go pominąć ? Zofia Stanecka daje na to pytanie taką odpowiedź:

Symbole są ważne. Dzięki nim czujemy, że jesteśmy grupą, łączą nas i przypominają o ważnych wydarzeniach. Budują nasza tożsamość.

Jej książka „Nasza paczka i niepodległość. O sześciu polskich świętach” pomoże dzieciom zrozumieć, skąd wzięły się i co symbolizują nasze najważniejsze święta państwowe. Kompendium wiedzy o narodowych symbolach znajdziemy natomiast w dwóch publikacjach wydawnictwa Bajka – „Mazurek Dąbrowskiego – nasz hymn narodowy” Małgorzaty Strzałkowskiej i „Orzeł Biały – znak państwa i narodu” Alfreda Znamierowskiego.

To książki nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej albo jak należy zachować się podczas wykonywania hymnu państwowego.

To jest matura mojej prababci. A to pamiętnik dziadka. Zbieram rodzinne pamiątki. Jestem patriotką.

Pamięć jest podstawą tożsamości. Zakhor ! – bezwarunkowy i bezwzględny nakaz pamięci znalazł się już w Starym Testamencie. Pierwszy kontakt dziecka z pamięcią przeszłości odbywa się w rodzinie, kiedy ogląda zdjęcia i słucha opowiadań starszych o tym, co było i jak się żyło kiedyś, jeszcze zanim się urodziło. Potem stopniowo, poprzez pomniki przeszłości w miejscu, w którym żyje, lektury i wiedzę wyniesioną ze szkoły, dostrzega, że (jak to napisał Erich Gombrich): za każdym „dawno dawno temu” jest jeszcze jakieś dawniejsze.

Wstępem do fascynującej podróży w przeszłość, może być na przykład książka „Banany z cukru pudru” – bezpretensjonalna opowieść o dzieciństwie z historią w tle, o zwykłym życiu na podwarszawskiej (wówczas) Sadybie. Jej autorki – Barbara Caillot Dubus i Aleksandra Karkowska zaprosiły swoich wiekowych już sąsiadów do rozmowy o ich dzieciństwie i o tym, jak żyło się w Mieście Ogrodzie, którym wtedy była Sadyba przed wojną, podczas okupacji i w trudnych powojennych latach. Z ich wypowiedzi i zdjęć wydobytych z rodzinnych albumów powstała książka, która może (i powinna) sprowokować czytelników do zainteresowania tym, jak to wyglądało w ich małej ojczyźnie i w życiu ludzi, których znają.

Podobne losy zwykłych ludzi wokół których dzieje się historia opowiada seria „Wojny dorosłych – historie dzieci” łódzkiego wydawnictwa Literatura. Każda książka to autentyczna historia dziecka, które spotykamy też współcześnie jako osobę wiekową, a więc wiemy, że wszystko skończyło się dobrze, że bohater wojnę przeżył. Jedynym wyjątkiem od tej zasady jest „Bezsennośc Jutki”, która opisuje historię dziecka z łódzkiego getta. Jutka jest jedyną bohaterką, której nazwiska i późniejszych losów nie znamy. My, dorośli, wiedząc, co tam się działo i czym była tzw. Wielka Szpera, możemy się ich domyślać, jednak zakończenie książki pozostawia nadzieję.

W tej serii znajdziemy pozycje dla czytelników w różnym wieku – kluczem do rozpoznania adresatów może być wiek bohaterów. Dla stosunkowo najmłodszych czytelników przeznaczona jest „Asiunia” Joanny Papuzińskiej, w której autorka wraca do czasów, kiedy miała pięć lat, a wojna, dotychczas tocząca się gdzieś z dala od jej domu, nie tylko przyszła do niego, ale w ogóle go jej odebrała. Tę historię rozwinęła we wcześniejszych „Darowanych kreskach” oraz w książce „Mój tata szczęściarz”, w której opowiada powstańcze losy swojego ojca.

Notabene – wydanymi niedawno książkami „Która to Malala ?” i „Hebanowe serce” Renaty Piątkowskiej oraz „Tu jest teraz nasz dom” Barbary Gawryluk wydawnictwo poszerzyło zakres serii o wojny współczesne i pozornie nie dotyczące bezpośrednio Polski.

Autentyczne historie dzieci z Powstania Warszawskiego znajdziemy też w „Fajnej ferajnie” Moniki Kowaleczko – Szumowskiej, która jest także autorką „Galopu 44” – pierwszej po 1989 roku (i na razie jedynej) powieści dla młodzieży o Powstaniu. Dokonała w niej ryzykownego, acz moim zdaniem udanego zabiegu wędrówki w czasie i wprowadziła współczesnych nastolatków w realia walczącej Warszawy. Ta książka jest próbą odpowiedzi na pytanie, które często zadajemy sobie czytając o wydarzeniach z przeszłości – jak my sami zachowalibyśmy się wobec takich wyzwań ? Z pewnością stawiają je sobie także nastolatki, a przykład Wojtka i Mikołaja daje im nadzieję na to, że stanęliby na wysokości zadania podobnie jaki ich rówieśnicy z tamtych czasów. Uświadamia jednak równocześnie, że nie byłoby to łatwe. Pojawienie się w powstańczej Warszawie chłopców żyjących w niej współcześnie jest zabiegiem, który pomaga nastoletniemu czytelnikowi umieścić wydarzenia znane z historii w miejscach, które mija codziennie. Pomaga też poczuć związek z tymi wydarzeniami i z tymi ludźmi.

Jestem patriotą, a nie patriotom. Lubię język polski.

Nasz język rozwijał się i zmieniał przez wieki. Słowa pojawiały się w nim, często zapożyczane z innych języków (łaciny, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidisz czy ostatnio z angielskiego), bywało że zmieniały znaczenie, a niekiedy odchodziły w zapomnienie. Małgorzata Strzałkowska wybrała kilkadziesiąt z nich i stworzyła „Dawniej czyli drzewiej” – oryginalny dykcjonarz czyli leksykon słów i zwrotów już zapomnianych, a czasem używanych kompletnie bez świadomości ich pierwotnego znaczenia czy pochodzenia.

Autorka nie ogranicza się tylko do zapoznania czytelników ze słowami, które odeszły już do lamusa – zmusza ich także do zastanowienie się, jak oni sami używają ojczystego języka. Uświadamia to choćby strona, pokazująca ile obrazowych określeń bywa zastępowanych przez jedno słowo – wytrych: fajny.

Patriotyzm to trudny temat. Trudno o nim mówić nie uzywając wielkich słów, które ostatnio jakoś wyszły z mody. Często bywa mylony z nacjonalizmem. Dla mnie oznacza o przede wszystkim nieobojętność na to co się dzieje w Polsce. Patriotyzm to także poczucie wspólnoty i przynależności oraz świadomość i szacunek dla naszej tradycji.

Każde pokolenie musi sobie to pojęcie zdefiniować samodzielnie – tak by odpowiadało czasom, w którym żyje.

P.S. Od czasu, w którym pisałam ten tekst, przybyła jeszcze jedna ważna pozycja, będąca próbą zredefiniowania patriotyzmu – „Jaki znak twój ? Wierszyki na dalsze sto lat niepodległości” Michała Rusinka .

Śródtytuły pochodzą z książki Joanny Olech „Kto Ty jesteś ?”

Bibliografia:

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”, wyd.: Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2015

Monika Kowaleczko – Szumowska „Galop ’44”, wyd.: Egmont, Warszawa 2013

Joanna Olech (tekst) i Edgar Bąk (ilustr.) „Kto ty jesteś ?”, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2013

Joanna Papuzińska „Asiunia”, ilustr.:Maciej Szymanowicz, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2011, Literatura, Łódź 2011

Joanna Papuzińska „Mój tato szczęściarz”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2013

Eliza Piotrowska (tekst & ilustr.) „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały”, wyd.: Czarna Owieczka, Warszawa 2013

Zofia Stanecka „Nasza paczka i niepodległość. O sześciu polskich świętach”, ilustr.: Daniel de Latour, wyd.: Egmont, Warszawa 2014

Małgorzata Strzałkowska „Dawniej czyli drzewiej”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego – nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Alfred Znamierowski „Orzeł Biały – znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016

Orzeł Biały. Znak państwa i narodu

Orzeł Biały. Znak państwa i narodu

Wpis z 12 lipca 2006 roku i książki bardzo odpowiednie na nadchodzące Narodowe Święto Niepodległości 🙂

Polskim godłem jest wizerunek orła z koroną na głowie.

Herbem Rzeczypospolitej Polskiej jest godło, czyli wizerunek tego orła umieszczony w czerwonym polu tarczy herbowej.

Zarówno nasze godło, jak i herb noszą nazwę Orzeł Biały.

Jest w Muzeum Powstania Warszawskiego taki fragment ekspozycji – na pierwszy rzut oka niepozorny, ale zawierający to, co najcenniejsze. W szybie windy na trzech kondygnacjach wyeksponowane są opaski powstańcze, ofiarowane Muzeum przez powstańców i ich rodziny. Zawsze zatrzymuję się tam z grupami, które oprowadzam, bo te niepozorne, wypłowiałe kawałki materiału miały (i mają) ogromne znaczenie – to one były jedynym umundurowaniem powstańców, one świadczyły o tym, że byli żołnierzami Wojska Polskiego.

Trudno wyjaśnić współczesnym nastolatkom, jak odbierali to ówcześni warszawiacy, którym przez ostatnie pięć lat za posiadanie flagi polskiej groziły kary. Dla nich polskie flagi wiszące na budynkach są przecież czymś normalnym. Jak im wytłumaczyć, jakie znaczenie miała akcja Szarych Szeregów, kiedy Rudemu udało się powiesić na dachu Zachęty flagę biało-czerwoną, zamiast tej hitlerowskiej, która tam od początku okupacji powiewała ? Nawet jeżeli tylko niewielu mieszkańców Warszawy zdołało ją zobaczyć, to wiadomość o tym stugębną plotką szybko rozeszła się nie tylko wśród mieszkańców miasta. Po co jednak narażać życie dla czegoś, co ma znaczenie wyłącznie symboliczne ? Jak mają to zrozumieć dzieci, które codziennie widzą na ścianie w klasie Orła Białego i jest to dla nich normalny element wystroju – tak normalny, że go wręcz nie zauważają ?

Może ta książka trochę w tym pomoże ?

„Orzeł Biały” Alfreda Znamierowskiego to niezwykle starannie wydane kompendium wiedzy o naszym godle i barwach narodowych – począwszy od tego, dlaczego przed wiekami orzeł został uznany za symbol zwycięstwa dobra nad złem, a na słowniczku niezbędnych pojęć, pozwalającym nie pomylić flagi z banderą czy chorągwią, skończywszy.

Kiedy orzeł pojawił się na pieczęciach polskich władców ? Jak się zmieniał ? Co symbolizuje jego korona ? Od kiedy za polskie barwy narodowe uznajemy biel i czerwień ?

To książka nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej.

„Orzeł Biały – znak państwa i narodu” stanowi w pewnym sensie komplet z wydaną w zeszłym roku książką Małgorzaty Strzałkowskiej, która zawiera równie wyczerpującą wiedzę o naszym hymnie narodowym. (edit: „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy” został wznowiony w 2022 roku i napisałam o nim —>>> tutaj )

Alfred Znamierowski „Orzeł Biały. Znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Opowieść wigilijna (przekł. A. Polkowski)

Opowieść wigilijna (przekł. A. Polkowski)

Wpis z 18 grudnia 2006 roku i najwyższa pora go przypomnieć, bo „Opowieść wigilijna” jest lekturą obowiązkową w klasach VII – VIII i pewnie zaraz będzie po nią sięgać kolejny rocznik uczniów.

Więc pamiętajcie – jak „Opowieść wigilijna” to tylko w tym wydaniu !!!

Jako, że Święta już naprawdę niedługo – Najstarsza z córek zaczęła omawiać w szkole „Opowieść wigilijną”. Czekałyśmy w napięciu, czy wydawnictwo „Media Rodzina” zdąży na czas z wydaniem jej w nowym przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Udało się !!!

Nie będę się tutaj zajmować treścią tej książki, bo wszyscy ją znają – przynajmniej z grubsza 😉 Jeśli nawet ktoś jej nie czytał, to prawie na pewno widział którąś z licznych ekranizacji wyświetlanych co roku w telewizji.

Jest kilka nader znaczących szczegółów odróżniających tę „Opowieść wigilijną” od innych wydań, które można obecnie kupić. Po pierwsze – zawiera ona tylko oryginalny tekst, bez opracowania i omówienia. Po drugie – czyta się ją z przyjemnością. Przeglądałam wcześniej jedno z takich wydań z opracowaniem i było przetłumaczone językiem tak topornym, że jego lektura wymagała samozaparcia, jakiego trudno się spodziewać po gimnazjalistach. Po trzecie wreszcie – jest wydana niezwykle starannie i pięknie zilustrowana przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch, której kreskę znamy już z  ”Bajki o szczęściu”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że książki z obrazkami przeznaczone są dla najmłodszych czytelników, ale to nie jest książka dla dzieci !!! Zresztą Dickens nie pisał jej dla nich. Nie ma w niej nic z tego, czego oczekujemy od lektur, mających nas wprowadzić w świąteczną atmosferę – mało jest w niej ciepła i tzw. klimatów rodzinnych, za to sporo horroru, szczególnie na początku. Ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch też nie są ciepłe i przytulne. Jest w nich wiktoriańska surowość, doskonale korespondująca z niewesołą przecież treścią, ale w miarę zbliżania do happy endu nabierają nieco łagodności.

Mimo urody języka i ilustracji nie jest to lektura łatwa dla współczesnych nastolatków. Nie zaczyna się jak film Hitchcocka od trzęsienia ziemi, po którym napięcie powinno rosnąć. Wręcz przeciwnie – po pierwszym podejściu do czytania Najstarsza stwierdziła, z lekka zdegustowana: Dwie pierwsze strony poświęcone wyłącznie temu, że Marley NAPRAWDĘ umarł. Pamiętam, że w czasach szkolnych, kiedy sama miałam problem z lekturą jakiejś lektury 😉 , szłam do Mamy z prośbą, żeby mi ją poczytała na głos. Mama zaczynała, a potem już jakoś szło. W tym przypadku pomoc „osób trzecich” nie będzie potrzebna – do książki dołączona jest płyta, na której pierwszą jej część czyta Zbigniew Zapasiewicz. Potem już jakoś pójdzie 😉

Osobnikom szczególnie opornym można zaproponować pełne wydanie audio. Zdecydowanie lepiej jest wysłuchać tej jakże budującej historii nawróconego grzesznika w interpretacji znakomitego aktora, niż ograniczyć się do lektury streszczenia lub obejrzenia filmu.

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, wydanie audio – mp3, czyta: Zbigniew Zapasiewicz, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2017

Puk, puk ! Kto tam ?

Puk, puk ! Kto tam ?

Wpis z 11 grudnia 2006 roku. Niestety nie mam już tej książki, powędrowała dalej i jedynym miejscem, gdzie znalazłam jej okładkę był ten blog.

Święta coraz bliżej – przyszła już pora, żeby przynieść z piwnicy leżakujące tam od miesiąca ciasto i upiec pierniczki. W supermarketach niestety zaczęli grać Świąteczne Piosenki – na szczęście po angielsku, więc możemy udawać, że nas one nie dotyczą 😉

Dziś opowiem o książeczce, z której moja Najmłodsza z moich córek już wyrosła, więc zaraz powędruje do naszej dwuletniej sąsiadki, bo szkoda, żeby tak sobie leżała odłogiem. Jej czytanie przypomina trochę ulubioną przez maluchy zabawę w chowanego, kiedy ktoś (najchętniej one same 😉 ) chowa się gdzieś (niekoniecznie w całości 😉 ), a potem wyskakuje wołając „A kuku !” 😉 Ile przy tym radości !!! Małe dzieci lubią takie książki, w których można zajrzeć pod spód obrazka, zobaczyć, co kryje się za drzwiami czy zasłoną.

„Puk, puk ! Kto tam ?” daje się zaliczyć do kategorii  lektur bożonarodzeniowych, z tym że (podobnie jak  ”Wigilijna opowieść”) nie streszcza Ewangelii według św. Łukasza, ale opowiada własną historię dotykającą tego tematu. Jej bohaterem jest właściciel gospody – tej właśnie, w której nie było już miejsca dla Maryi i Józefa, oraz stajenki – tej właśnie, w której się miejsce dla nich znalazło. A może jest to opowieść o stajence i jej licznych mieszkańcach ? Oprócz krów, osiołka i kur znajdują tam schronienie gołębie, jaszczurki i myszki, a w końcu również zdrożeni wędrowcy. Ta książeczka zdejmuje odwieczne odium z właściciela gospody, który nie przyjął pod swój dach Józefa z Maryją – tutaj jest troskliwym gospodarzem, który w miarę swoich możliwości troszczy się o wszystkich przybyszów.

Co da dwu-, trzylatkowi lektura tej książeczki – oczywiście oprócz radości z odnajdywania kolejnych mieszkańców stajenki ukrytych za klapkami ? Może zapamięta, że Jezus urodził się wśród zwierząt, bo nie było dla nich miejsca w gospodzie i że pierwszymi, którzy Go powitali na świecie, byli pasterze ? Może zostanie mu jakiś obraz ówczesnego życia, bo ilustracje prezentują podziwu godną zgodność z realiami Palestyny czasów Chrystusa – od ubrań, przez potrawy na stole, aż po oświetlające wszystko lampy oliwne model: koniec I wieku p.n.e. (który był zresztą w użyciu bardzo długo). Najważniejsze, żeby dziecko zrozumiało, że te Święta nie są urodzinami Św. Mikołaja, ale kogoś zupełnie innego. 😉

Vicki Howie, Moira Maclean „Puk, puk ! Kto tam ? Książka z niespodziankami za otwieranymi drzwiami”, przekł.: Robert Łobko, wyd.: Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2004

Wyspa Trolli

Wyspa Trolli

Wpis z 26 listopada 2006 roku czyli kolejna świąteczna książka, której już prawie nikt poza mną nie pamięta, wraca na półki Małego Pokoju 🙂

Święta coraz bliżej – w sklepach mamy już nie tylko świąteczne dekoracje, ale również Świąteczne Słodycze, Świąteczne Torebki do Prezentów, Świąteczne Książki oraz Świąteczne Wszystko, Co Tylko Może Być Świąteczne 😉

Te świąteczne książki można „z grubsza” podzielić na trzy kategorie:

Bożonarodzeniowe – w większym lub mniejszym skrócie streszczające historię Narodzenia Pańskiego czyli opowiadające własnymi słowami to, co blisko 2 tysiące lat temu napisał św. Łukasz;

Świętomikołajowe – opisujące najrozmaitsze perypetie św. Mikołaja w drodze do dzieci czyli sprowadzające sens tych świąt wyłącznie do prezentów;

Choinkowe – takie, których akcja osnuta jest wokół świątecznych przygotowań, ze szczególnym uwzględnieniem ubierania choinki. Ich bohaterami często gęsto bywają najrozmaitsze zwierzęta, tak jakby wieszanie bombek było to normalną czynnością wszystkich stworzeń na początku zimy 😉 Z tych książeczek podobała mi się ostatnio jedna, bodaj z serii „Amberki”, bo w niej myszki szykowały choinkę, dlatego, że podpatrzyły to u ludzi.

Przez ostatnie kilkanaście lat w naszym domu uzbierało się sporo takich świątecznych lektur. Jednak te, które pozostały w naszej pamięci i do których wracamy co roku, to takie, które nie należą do żadnej z tych kategorii – na przykład „Wyspa Trolli”.


Trollskar, wyspa Trolli to mała wysepka – szkier na północnym Bałtyku. Rodzina rybaka Elisa mieszkała na niej od pokoleń. Teraz pozostał już tam tylko on sam, za jedynego towarzysza mając psa o imieniu Poppe. Pewnego dnia w starym kufrze na strychu znalazł list swojego dziadka, z którego dowiedział się, że na ich wyspie mieszka krasnoludek…

Dlaczego zaliczam tę książkę do kategorii świątecznych, skoro opisuje okres od jesieni do wiosny a same święta zajmują zaledwie jeden rozdział ? Poza tym książki świąteczne są na ogół kolorowe i błyszczące, a ta ma skromne, monochromatyczne ilustracje. Może dlatego, że w tym okresie szczególnie potrzebujemy magii. Czym wiara w Świętego Mikołaja różni się od wiary w krasnoludki ?

Akcja „Wyspy Trolli” dzieje się w czasach, kiedy prababcie jej czytelników były jeszcze małymi dziewczynkami czyli… nie tak znowu dawno. Jednak nasze współczesne życie różni się diametralnie od tego, które wiedzie Elis. Wtedy żyło się zgodnie z rytmem pór roku, a codzienność była dużo bardziej absorbująca niż obecnie. Teraz ciepła woda leci z kranu, jedzenie kupujemy w sklepie, a w zimie ogrzewają nas kaloryfery. Pory roku też już nie mają takiego znaczenia. Sezon świąteczny zaczynamy przecież w listopadzie 😉 Zimą możemy bez problemu opalać się nad ciepłym morzem, latem jeździć na nartach, a truskawki jeść przez okrągły rok.

Co roku przed Świętami przeglądam różne pisma – czytam przepisy na wyszukane dania, zachwycam się obrazkami ukazującymi stół wigilijny w tonacji fioletowo-złotej czy choinkę ubraną w herbaciane róże. Oglądam je, ale i tak wiem, że jak co roku nakryję stół białym obrusem, postawię na nim te same potrawy co w zeszłym roku, a na choince zawisną od lat te same zabawki. Inaczej Święta nie byłyby Świętami. Dziewczynki już w październiku zaczynają pytać, czy upieczemy pierniczki na choinkę, czy będzie mak z bakaliami i czy Babcia zrobi karpia w galarecie 😉 W tym naszym pędzącym, zmieniającym się świecie potrzebujemy stałych punktów odniesienia, rytuałów powtarzanych co roku.

Boże Narodzenie to święto bardzo rodzinne, kojarzące się z zastawionym stołem i gromadą ludzi dookoła niego. Elis jest zawsze sam i to w sposób bardzo teraz rzadki. Współczesna samotność to samotność w tłumie jak bezdomni na Dworcu Centralnym czy ktoś w mieszkaniu w bloku – z telewizorem i obcymi ludźmi za każdą ścianą. Opis Wigilii Elisa, kiedy czyta on Biblię psu i razem z nim tańczy wokół choinki, jest szczególnie przejmujący. Nic dziwnego, że z taką radością powitał niespodziewaną informację o tym, ze na jego wyspie mieszka jeszcze ktoś.

Sceptyczny czytelnik może te rewelacje o krasnoludku potraktować podobnie jak książkowy Albin czyli uznać, że staruszkowi Elisowi pomieszało się w głowie od starości i samotności. Dla sceptycznego czytelnika mamy radę, której krasnoludek Harmon udzielił Elisowi: Twój problem polega na tym, że patrzysz, ale nie widzisz. Nie widzisz niczego poza tym, co ci podpowiada twój rozum, że możesz zobaczyć. Zacznijmy więc, tak jak nam radzi ta książka, rozglądać się uważnie, a może zauważymy całkiem blisko coś (lub kogoś) zupełnie niespodziewanego…

Carina Wolff – Brandt „Wyspa Trolli”, przekł.: Marta Rey, ilustr.: Inge Loeoek, wyd.: Bellona, Warszawa 2005

Wigilijna opowieść

Wigilijna opowieść

W tym roku pierwsze dekoracje świąteczne w sklepach zobaczyłam jeszcze w październiku 😉 Teraz, kiedy Zaduszki już za nami, myślę, że przyszła pora, aby zacząć wstawiać na wirtualne półki Małego Pokoju książki wprowadzające nas w atmosferę Świąt. Będą się tu pojawiać, w takiej kolejności, w jakiej o nich w kolejnych latach pisałam. Mam nadzieję, że i w tym roku znajdę jakąś świąteczną nowość, która tutaj trafi 🙂

A wszystko zaczęło się od tej książki, o której pisałam 10 listopada 2006 roku 🙂 Pierniczków Silije nie robię już od kilku lat, odkąd córki wyrosły z zapału do ich pieczenia i dekorowania, ale gdybym miała je jeszcze kiedyś robić, to tylko według tego przepisu.

Święta za pasem, w supermarketach pojawiły się już choinki 😉 Kolęd co prawda jeszcze nie grają, a za oknami znów mamy jesień, ale czas najwyższy zaczyniać ciasto na pierniczki Silije. Pora zacząć myśleć o gwiazdkowych prezentach, a także o lekturach, które nas wprowadzą w atmosferę Świąt. Pierwsza, o której opowiem, jest już obecnie nie do kupienia, ale można ją znaleźć w bibliotekach i naprawdę warto to zrobić. Wśród wielu książeczek dla małych dzieci opowiadających w krótkich słowach historię Narodzenia Pańskiego – ta jest szczególna.

W „Wigilijnej opowieści” najważniejsze jest to, czego nie ma w tekście, a co jest na obrazkach. Jeśli poprzestaniemy tylko na jej przeczytaniu, będzie to króciutka historyjka o osiołku, który urodził się był w Nazarecie, a kiedy miał dziewięć miesięcy jego mama wyruszyła z właścicielami w długą podróż. Osiołek tak tęsknił za mamą, że opiekująca się nim dziewczynka wyruszyła ich śladem i przez Jerozolimę dotarli do Betlejem, gdzie w stajence odnaleźli Mamę Oślicę wraz z Maryją, Józefem i nowo narodzonym Jezusem. To, co jest sensem tej historii, rozgrywa się w tle. W dalszym planie, za oknami widzimy anioła, który zwiastuje pannie Maryi, Trzech Króli pogrążonych w rozmowie z Herodem i wreszcie anioły budzące pasterzy. A jakie piękne są te anioły !!! Jakby zeszły z ikon albo z obrazów Chagalla. Ilustracje Briana Wildsmitha są zupełnie inne od tych, które przyzwyczailiśmy się oglądać w bożonarodzeniowych książkach dla małych dzieci, wcale nie infantylne, a kiedy w końcowych scenach zaczyna padać śnieg, to w ogóle robi się tak… świątecznie. Zupełnie nie razi ten śnieg w Palestynie.

Aby odnaleźć sens „Wigilijnej opowieści”, nie wystarczy tylko przeczytać ją dziecku. Trzeba jeszcze uważnie obejrzeć z nim ilustracje i porozmawiać o nich. Ta książka nie opowiada historii Narodzenia Pańskiego – ona pozwala, aby rodzic opowiedział ją sam.

Jest tylko jeden mały problem – efekt uboczny tej lektury. Dla moich córek oczywiste jest, że Maryja podróżowała na oślicy. Wszelkie wzmianki o ośle w innych książkach o tych wydarzeniach wywoływały natychmiastowy protest. To BYŁA Oślica, Mama Osiołka i nikt ich nie przekona do innej wersji. Przecież widziały na własne oczy 😉

Brian Wildsmith „Wigilijna opowieść” (ilustracje autora), przekł.: Magda Koziej – Ostaszkiewicz, wyd.: Prószyński i S-ka, Warszawa 1998

Gdybym była jak… balerina

Gdybym była jak… balerina

Wpis z 12 sierpnia 2007 roku i ostatnia z książek tanecznych, jakie stały na półkach Małego Pokoju.

Przyzwyczailiśmy się, że książki sztywnostronicowe, wyposażone w rozmaite okienka i klapki przeznaczone są dla maluchów. Tę Środkowa z córek dostała na ostatnie Mikołajki i okazała się ona bardzo odpowiednia właśnie dla dziesięciolatki zainteresowanej tańcem. Bo chociaż w tym wieku ma się już pewne pretensje do bycia niemal dorosłą młodzieżą 😉 , to czasem jeszcze przyjemnie jest się trochę pobawić.

W tej książce (podobnie jak w „Różowych baletkach”) wspólnie z uczniami szkoły baletowej wędrujemy za kulisami teatru i poznajemy jego tajemnice. Trwają przygotowanie do inscenizacji „Śpiącej królewny”, a w przedstawieniu wezmą udział także uczniowie. Uczestniczymy w lekcji tańca i przy tej okazji poznajemy nie tylko pozycje baletowe, ale też podstawowe pojęcia (jak pas de deux) oraz takie nazwiska jak Margot Fonteyn czy Michaił Barysznikow. Zaglądamy do garderoby i obserwujemy próbę kostiumową, aby w końcu wziąć udział w spektaklu.

Jak we wszystkich książkach z tej serii (edit: była jeszcze na pewno taka o rycerzu, innych już nie pamiętam), także i w tej przednia okładka jest trójwymiarowa – możemy podnieść kurtynę i wprawić w ruch tancerkę na scenie.

Myślę, że ta książka może być też znakomitym wstępem do pierwszej wyprawy na spektakl baletowy – na „Śpiącą królewnę” albo na „Dziadka do orzechów”. Najstarsza i Środkowa były już na tym ostatnim przedstawieniu w Teatrze Wielkim – w tym roku chyba już jest pora, abyśmy się tam wybrały z Najmłodszą. Wszystkie razem oczywiście 😉

P.S. Byłyśmy potem z Najmłodszą na tym „Dziadku do orzechów”, ale minęło już znowu parę lat i mam ochotę wybrać się znowu. Tylko że w tym roku już chyba za późno, żeby dostać bilety 😦

„Gdybym była jak… Balerina” tekst: Rosie McCormick, ilustr.: John Shelley, wyd.: Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk – Inwestycje Sp.z o.o., Warszawa 2006