Moje książeczki. Księga pierwsza

Moje książeczki. Księga pierwsza

Wpis z 11 listopada 2015 roku. Potem ukazała się jeszcze jedna księga tej serii.

Po wydaniu sześciu ksiąg serii „Poczytaj mi mamo” wydawnictwo Nasza księgarnia ponownie sięgnęło do swoich przepastnych archiwów. Wydobyło z nich, odkurzyło i przypomniało kolejną serię, na której się wychowałam. Moje dzieciństwo było uboższe w loga (tak się to odmienia ?) niż świat, w którym wychowują się dzisiejsi adresaci tej księgi i bardzo dobrze pamiętam tego kota z okładki.

Czarny kot w czerwonych butach, namalowany przez Zbigniewa Rychlickiego, po raz pierwszy pojawił się na środku tylnej okładki w 1959 roku. W jego brzuszek została wpisana prosta, ale jakże chwytliwa i trafna nazwa serii – Moje książeczki. Do lat 90. ukazało się w niej kilkadziesiąt tekstów najwybitniejszych autorów polskich i zagranicznych, ilustrowanych przez uznanych artystów.(…) Książki skierowane do najmłodszych miały czytelną czcionkę i i duży, zbliżony do A4 format. Najczęściej wydawano je w oprawie twardej z charakterystyczną wyklejką w pionowe, dwukolorowe pasy z okienkami, z których wyglądali bohaterowie danej opowieści… – napisała w przedmowie do tej książki jej redaktor Katarzyna Piętka, ale dla mnie ta wyklejka to raczej ściana ze staroświecka pasiastą tapetą i wiszącymi na niej portretami 😉

Księga pierwsza tej serii, która ukazała się w tym roku, zawiera siedem historii, z których dwie pamiętam szczególnie – to „Zajączek z rozbitego lusterka” Heleny Bechlerowej i „Złoty koszyczek” Hanny Januszewskiej. Pierwsza to odległe wspomnienie książeczki, którą miałam dawno temu, jej atmosfery i zapomnianej już nieco, ale lubianej przeze mnie wówczas zabawy w puszczanie lusterkiem zajączków na ścianę. Dzięki tej księdze przypomniałam sobie też wesołą Ludwiczkę z książeczki Anny Świrszczyńskiej, choć wydaje mi się, że bardziej pamiętam ją z telewizyjnej dobranocki.

„Złoty koszyczek” Hanny Januszewskiej z cudownymi ilustracjami Bożeny Truchanowskiej był natomiast wśród książeczek, które pozostały z dzieciństwa mojego Męża i jego siostry, a następnie znalazły się w księgozbiorze naszych córek. Stał się naszą kalendarzową lekturą na przedwiośnie, pomagał nam przetrwać ten smutny, szary i chłodny czas w oczekiwaniu na pierwsze liście na drzewach. Dziewczyny dorosły, nie sięgałam więc po tę książkę już dobrych parę lat, ale pozostały ze mną słowa Olaboga, laboga, jaka wstrętna pogoda !, które same cisną mi się na usta, kiedy rano wyglądam przez okno w wyjątkowo paskudny dzień, niezależnie od pory roku.

Cieszę się, że dzięki tej księdze kolejne pokolenie małych czytelników zyskało możliwość obcowania z niepowtarzalną kreską Bożeny Truchanowskiej. Niedawno w nowo otwartej (po remoncie) warszawskiej Bibliotece na Koszykowej była wystawa jej ilustracji (niestety możliwa do oglądania bardzo krótko) i przy tej okazji zamarzyły mi się wznowienia kolejnych książek mojego dzieciństwa z „Małym pokojem z książkami” na czele (edit – został wznowiony, ale innymi ilustracjami). Jeszcze tyle pięknych i zapomnianych rzeczy kryją w sobie archiwa Naszej Księgarni… 🙂

„Moje książeczki. Księga pierwsza”, wyd.: Nasza księgarnia, Warszawa 2015

autorzy: Helena Bechlerowa, Adam Bahdaj, Anna Świrszczyńska, Ada Kopcińska, Hanna Januszewska

ilustratorzy: Krystyna Witkowska, Maria Mackiewicz, Janina Krzemińska, Mirosław Pokora, Hanna Czajkowska, Ignacy Witz, Bożena Truchanowska

Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza

Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza

Wpis z 17 maja 2011 roku. Od tego czasu ukazało się jeszcze siedem (a więc w sumie osiem) ksiąg tej serii 🙂

Poczytaj mi, Mamo ! A jak nie ma Mamy – poczytaj mi Tato ! – tak nazywałam podobno te książeczki, kiedy byłam mała. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ta seria była czymś niesamowitym. Jak twierdzi Wikipedia (a innego, bardziej wiarygodnego źródła nie udało mi się znaleźć) zaczęto ją wydawać w 1951 roku, a zaprzestano (o czym Wikipedia milczy) chyba z początkiem lat dziewięćdziesiątych. W każdym razie, kiedy kupowałam pierwsze książki dla Najstarszej z moich córek, zdarzało mi się jeszcze trafiać na jakieś końcówki nakładów.

Na książeczkach z tej serii wychowało się kilkadziesiąt roczników obecnych dorosłych, których dzieciństwo przypadło na czasy PRL. Były to czasy trudne, niewesołe, mające jednak swoje (nieliczne 😉 ) dobre strony. Jedną z nich było to, że książeczki dla dzieci znakomitych autorów z ilustracjami równie znakomitych ilustratorów ukazywały się (i rozchodziły !) w nakładzie 375 tysięcy egzemplarzy (i to często gęsto w kilku wydaniach). W porównaniu z dzisiejszymi te książeczki były szare i skromne, żeby nie powiedzieć – siermiężne, ale obecni wydawcy mogą tylko pomarzyć o takich ilościach, mimo że mają do dyspozycji twórców nie mniejszej rangi i dużo większe możliwości techniczne 😦

Z okazji jubileuszu 90 lat istnienia wydawnictwo „Nasza Księgarnia” sięgnęło do swojego przepastnego archiwum. Efektem tego jest ta księga, zawierająca 10 książeczek w niezmienionej szacie graficznej– od deski do deski, od pierwszej okładki do ostatniej.

Natychmiast znalazła się ona na szczycie wszystkich niemal zestawień bestsellerów. Nie dziwi mnie to wcale. Wyobraźmy sobie rodziców, dziadków, ciocie i wszelkich innych dorosłych, którzy wybierają się do księgarni po książeczkę dla dziecka (wnuka, siostrzeńca etc. etc.). Wchodzą i stają bezradni wobec masy książek w różnych kształtach i rozmiarach, cieńszych, grubszych, kolorowych, z zabawkami i bez… i nagle wpada im w oko znajomy widok – napis z pękatych literek, rybka, domek, koniczynki… i od razu czują się jakby znów sami byli dziećmi… 🙂 Ja również tak się poczułam i nie odmówiłam sobie tego zakupu, mimo że moje córki są już na nią za duże, a chrześnica – za mała 😉

Zastanawiam się jednak nad kryteriami, jakimi kierowano się wybierając historyjki do tej księgi. Zaczyna się od „Daktyli” czyli absurdalnego wierszyka Danuty Wawiłow (z ilustracjami Edwarda Lutczyna) i jest to jedyny wiersz w całym tym zbiorze, kończy „Zaczarowaną fontanną” – poetycką baśnią Heleny Bechlerowej (z ilustracjami Elzbiety Gałdasińskiej) a pomiędzy nimi… groch z kapustą 😉 Jeż Kolczatek szuka domu na zimę, pewna Julka – przyjaciółki na podwórku, a mały kotek – swojej mamy. Szymek z nogą w gipsie siedzi na balkonie i tęskni do rówieśników, kociak Filemon próbuje zrozumieć świat, kot Bonifacy szuka świętego spokoju…

Wydaje mi się, ze jedynym logicznym uzasadnieniem doboru są tu prawa autorskie, bo niestety spora część autorów z tamtych lat już nie żyje. Tłumaczyć to może także pewną nadreprezentację kocich opowieści duetu autorskiego: Sławomir Grabowski i Marek Nejman i ilustracji Julitty Karwowskiej – Wnuczak. W tej samej serii ukazały się niedawno „Przygody kota Filemona”.

Niezależnie od tego, według jakiego klucza wybrane, cieszę się, że te książeczki zostały przypomniane następnemu pokoleniu dzieci. I mam nadzieją, ze niebawem doczekamy się kolejnego , z zapowiadanych w przedmowie kilku tomów.

„Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

autorzy: Danuta Wawiłow, Sławomir Grabowski i Marek Nejman, Janina Porazińska, Helena Bechlerowa, Joanna Papuzińska,

ilustratorzy: Edward Lutczyn, Julitta Karwowska – Wnuczak, Danuta Przymanowska – Rudzińska, Zbigniew Rychlicki, Maria Orłowska – Gabryś, Anna Stylo – Ginter, Elżbieta Gaudasińska

Śnieżna siostra

Śnieżna siostra

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Ta książka nazywana jest kalendarzem adwentowym, ale mam z nią podobny problem jak ten, o którym pisałam, kiedy przypominałam tu „Prezent dla Cebulki”. Na moim profilu na FB wywołało to małą dyskusję o tym, jaką książkę można takim kalendarzem nazwać ? Napisałam wtedy: czym innym jest „historia, którą można przeczytać w Adwencie”, a czym innym książka, która ma być kalendarzem adwentowym. Od tej drugiej oczekuję jednak jakiegoś związku z religijnym wymiarem Bożego Narodzenia (a w każdym razie – nie pomijania go) oraz takiej konstrukcji akcji, która wprowadzi czytelnika w nastój świąteczny płynnie, stopniując go z dnia na dzień. Być może chcę zbyt wiele, bo na razie nie spotkałam książki, która by te moje oczekiwania spełniła. Uprzedzając – nie spełniła ich także „Tajemnica Bożego Narodzenia” Gaardera, choć wydaje mi się, że była najbliżej.

Doświadczenie ostatnich lat uczy, że nie powinnam się tego spodziewać po książce skandynawskiej, więc nie miałam takich oczekiwań wobec „Śnieżnej siostry”. I słusznie, bo dzięki temu się nie rozczarowałam, za to odkryłam przepiękną historię, którą na pewno warto przeczytać – nie tylko w Adwencie. I naprawdę to, że jest ona podzielona na 24 rozdziały, nie robi jeszcze z niej kalendarza adwentowego. Jest tak interesująca i wciągająca, że trudno mi sobie wyobrazić rozkładanie czytania na tyle wieczorów, bo kolejne części kończą się tak, że nie można jej tak po prostu odłożyć. Ja pochłonęłam ją na jeden raz, od pewnego momentu czytałam przez łzy, ale nie potrafiłam się od niej oderwać.

Jestem pewny, że dokładnie wiecie, jak powinny wyglądać święta. Z kim chcecie je spędzić, czym powinny pachnieć i co powinno wisieć na choince. I pewnie chcecie, żeby tak było co roku. Ja też tego chciałem…

W tym roku święta w domu Juliana, narratora tej historii, rzeczywiście stanęły pod znakiem zapytania. Kilka miesięcy wcześniej umarła jego siostra Juni i rodzice pogrążyli się w żałobie, kompletnie nie zwracając uwagi ani na niego, ani na jego młodszą siostrę Augustę. Miałem wrażenie, że przy stole siedzą kopie moich rodziców, które nie do końca wiedzą, jak się kiedyś zachowywali. (…) Nie byli sobą, tylko siebie przypominali. (…) Ale najbardziej brakowało mi Juni, mojej starszej siostry, Wszystkim nam jej brakowało, wiedziałem o tym. Chętnie wybrałbym się z rodziną na cmentarz, żeby ją odwiedzić, ale mama i tata nigdy tego nie chcieli. Nie wiedziałem dlaczego. Raz poszedłem tam sam. Grób był ciemny i pusty, bez żadnych ozdób czy zniczy. Juni leżała tam na dole. Podobno. Nie mogłem tego pojąć…

„Śnieżna siostra” to przepiękna, magiczna i wzruszająca opowieść o stracie, żałobie i pamięci, znakomicie wpisująca się w ten przedświąteczny czas. Czytając ją, cały czas miałam gdzieś w tyle głowy „Kolędę dla nieobecnych”: A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie…

W jej nastrój i smutny, i świąteczny wpisują się też znakomicie miejscami mroczne, ale także urokliwe, a przy tym zdecydowanie nieprzesłodzone ilustracje Lisy Aisato.

To książka wymykająca się kategoriom, także wiekowym 😉 Myślę, że nie ma górnej granicy wieku czytelników. Dolną tez trudno mi określić – to zależy od osobistych możliwości udźwignięcia tej historii i smutku, który niesie. Nie bójmy się go! Łzy wypłakane nad książką oczyszczają, pomagają uporać się z tym, co siedzi gdzieś głęboko i co czasem trudno nawet przed sobą nazwać…

Edit 2024: Książka została bardzo wiernie zekranizowana i można już ją oglądać na platformie Netflix

Maja Lunde „Śnieżna siostra. Opowieść świąteczna” ilustr.: Lisa Aisato, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Kraina smoków czyli Smoczy jeździec

Kraina smoków czyli Smoczy jeździec

Edit grudzień 2020: „Smoczy jeżdziec” Cornelii Funke został zekranizowany i książka ukazała się pod nowym, filmowym tytułem i z nową, filmową okładką. Przekład na szczęście pozostał ten sam 🙂

Wpis z 4 grudnia 2007 roku:

„Smoczy jeździec” był trzecią po  ”Atramentowym sercu” i „Królu złodziei” książką Cornelii Funke, która ukazała się w Polsce. Tamte dwie bardzo się spodobały się Najstarszej z córek, więc czekała na nią niecierpliwie. Żeby ją dostać na Mikołajki dwa lata temu, musiałam urządzić niemal polowanie z nagonką, ale udało się ! I tu niestety nastąpiło rozczarowanie 😦 Okazało się, że jest ona adresowana do czytelnika zdecydowanie młodszego, więc nie bardzo przypadła Najstarszej (wówczas trzynastoletniej) do gustu. Za to dwaj znajomi, niespełna dziesięcioletni chłopcy byli nią zachwyceni.

Nauczona tym doświadczeniem zabrałam „Smoczego jeźdźca” na zeszłoroczne wakacje i zaczęłam czytać Najmłodszej – podówczas sześcioipółletniej. Tym razem książka odniosła zasłużony sukces 🙂 Wystarczyło nam czytania na całe dwutygodniowe wczasy – w końcu to ponad 400 stron. Po jakimś czasie wróciłyśmy do niej, a dziś skończyłyśmy czytanie trzecie 🙂

„Smoczy jeździec” to powieść drogi. Razem ze srebrnym smokiem Lungiem, koboldką Siarczynką i chłopcem Benem odbywamy podróż ze Szkocji w Himalaje w poszukiwaniu Skraju Nieba – mitycznej ojczyzny smoków i miejsca, gdzie będą mogły ukryć się przed wszechobecnymi ludźmi. Jest to podróż przez świat, jakiego istnienia nawet się nie domyślamy. Wędrowcy musieli unikać ludzi (gdyby było inaczej pewnie nie dotarliby do celu), za to spotkali wiele baśniowych stworzeń – mniej i bardziej sympatycznych. Bazyliszek, Dżin o Tysiącu Oczu, Wąż morski – to tylko nieliczne z nich (że o gadającym szczurze – kartografie i jego kuzynce pilotce nie wspomnę 😉 ).

„Smoczy jeździec” to opowieść o przyjaźni, lojalności i współpracy. Tylko dzięki nim wędrowcom udało się nie tylko odnaleźć Skraj Nieba, ale również pokonać Parzymorta Złotego – odwiecznego wroga smoków.

Złoto będzie mniej warte niż srebro, gdy powróci Smoczy Jeździec– tak głosiła przepowiednia powtarzana w legendach i tak się stało. – Ale to nie opowieści go pokonały – powiedział Ben.   – Prawda, my to zrobiliśmy – krzyknęła Siarczynka, rozkładając szeroko ramiona. – My wszyscy razem. Koboldy, smoki, człowiek, homunkulus, krasnal i szczur. Niezła z nas mieszanka rozpuszczająca !

„Smoczy jeździec” to także opowieść o przeznaczeniu – to co nam jest pisane, wydarzy się, jeśli tylko odważymy się podążyć za jego głosem, nawet gdyby wydawało się to nierozsądne. Jeśli Ben zachowywałby się rozsądnie, to uciekłby ze starego spichrza w którym spotkał Lunga i Siarczynkę, a juz na pewno nie wsiadłby na smoka i nie wyruszył w podróż w nieznane. Gdyby zachował się rozsądnie… nie dowiedziałby się, że jest Smoczym Jeźdźcem, nie zyskałby dozgonnej przyjaźni homunkulusa i nie znalazłby rodziny.

Czasem w życiu warto zaryzykować – ale czy naprawdę było warto, wiedzieć będziemy dopiero wtedy, kiedy to zrobimy 😉

Cornelia Funke „Smoczy jeździec” (ilustrowała Autorka), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

Cornelia Funke „Kraina smoków” , przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Poradnia K, Warszawa 2020

A ja czekam…

A ja czekam…

Na pierwszy dzień adwentu (który w tym roku trwa 24 dni czyli akurat tyle, ile jest czekoladek w sklepowym kalendarzu adwentowym 😉 ) wpis z 19 grudnia 2007 roku.

Adwent. Czas oczekiwania.

Wszyscy na coś czekamy. Na Święta, na prezenty, na spotkanie z kimś rzadko widywanym, na potrawy jedzone tylko raz w roku. Na śnieg. Potem będziemy czekać na Nowy rok, na ferie zimowe, na wakacje… Dzieci czekają na kolejne etapy dorastania, dorośli – na kolejne etapy doroślenia dzieci. Na tym czekaniu upływa nam życie.

Czy w tej pogoni za tym, co przed nami, nie gubimy tego, co dzieje się teraz ? Czy potrafimy dostrzec i uszanować tę jedną chwilę, która lśni (jak śpiewa w mojej ulubionej piosence zespół „Pod Budą”) ? Czy nie przegapiamy gdzieś tych momentów, w których chciałoby się zawołać jak Faust: Trwaj chwilo ! Chwilo, jesteś piękna !

„A ja czekam…” to książka (książeczka raczej 😉 ) podobna do opisywanej już przeze mnie wcześniej  ”Kiedyś”. Ascetyczne ilustracje plus aptekarska ilość tekstu dają razem materiał do myślenia na długo. Przemawia i do siedmiolatki (Najmłodsza nawet przeczytała ją sama ! 😉 ), i do jedenastolatki, która ten prezent na Mikołajki zrecenzowała jako bardzo dobrą książkę. Osoby dorosłe może też zadumają się chwilę nad życiem i tym, co z niego zostaje.

Carpe diem ! – drogi czytelniku. Szkoda czasu na czekanie – nie wiemy przecież, ile go nam dano.

Davide Cali (tekst) & Serge Bloch (ilustr.) „A ja czekam…”, przekł.: Julian Kutyła, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2007 (wznowienie – 2013)

Oto jest Paryż

Oto jest Paryż

Wpis z 15 lutego 2014 roku:

Ze wszystkich miejsc, w których nie byłam, najbardziej tęsknię do Paryża. Z jednej strony bardzo chciałabym tam pojechać, a z drugiej – obawiam się, że to, co zobaczę, nie dorówna moim wyobrażeniom o tym mieście. Utkałam je sobie z tego, co wyczytałam w książkach, zobaczyłam na obrazach, w filmach i wyobraziłam na podstawie muzyki, a zupełnie nie uwzględniam w swoich wizjach wielojęzycznych tłumów i zakorkowanych ulic.

Paryż z tej książki już nie istnieje. Jej autor – czeski emigrant, z wykształcenia architekt, od 1948 roku mieszkający w Monachium, gdzie pracował w Radiu Wolna Europa, w 1950 roku pojechał na urlop do Paryża. Tam przyszedł mu do głowy pomysł takiej książki – przewodnika dla dzieci.

Przed nami Paryż, stolica Francji. A w nim: pięć milionów mieszkańców, wielka rzeka – Sekwana, dziesiątki pomników, zabytkowych kościołów, muzeów i… tysiące kotów.

Przenosi nas ona w czasy, kiedy w każdym paryskim domu była konsjerżka, a policjanci w czarnych pelerynach jeździli po ulicach na rowerach i co drugi nazywał się Dupont 😉 Najlepsze jedzenie kupowało się w Halach, a na dziedzińcu Luwru nikt jeszcze nie przeczuwał szklanej piramidy. Tamtego Paryża już nie ma, ale może warto zobaczyć na własne oczy na ile ten obecny różni się od niego ?

Paryż jeszcze przede mną, natomiast z miast, w których byłam – najbardziej chciałabym wrócić do Londynu i Pragi. Dlatego z radością przywitałam kolejną książkę z cyklu zapoczątkowanego przez „Oto jest Paryż” 🙂 (Edit: do dziś ukazało się w sumie sześć części – także o Nowym Jorku, Wenecji, Rzymie i Monachium)

Smutnym paradoksem historii jest to, że tworząc książki o najpiękniejszych i najciekawszych miastach świata, Miroslav Sasek nie poświęcił żadnej temu, w którym się urodził i wychował. Dzieci, do których je adresował, żyły po drugiej stronie żelaznej kurtyny i szansa, że kiedyś odwiedzą Pragę jako turyści, była niewielka.

On sam nie dożył takich czasów, a ja cieszę się, że moje dzieci mogą bez problemu zwiedzać zarówno Pragę, jak i wszystkie miasta opisywane i narysowane przez niego.

Miroslav Sasek (tekst & ilustr.) „Oto jest Paryż”, przekł.: Maciej Byliniak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Wpis z 18 stycznia 2015 roku, ale okładka powyżej pochodzi z wydania najnowszego. Pierwsza była taka:

Jakiś czas temu pewna moja znajoma wyznała, że wzruszyło ja ogromnie tytułowe opowiadanie z „Siedmiu wspaniałych” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Ponieważ znałam ją dotychczas jako osobę raczej nieskorą do wzruszeń, a już na pewno nie do publicznego przyznawania się do nich, natychmiast sięgnęłam po tę książkę, aby sprawdzić, co też takiego ona w sobie ma 🙂 Opowiadanie tytułowe nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, ale całość spodobała mi się bardzo.

Moje córki były już wtedy zdecydowanie zbyt posunięte w latach na tę lekturę. Na szczęście, kiedy jak na zamówienie ukazało się nowe wydanie z ilustracjami Marianny Oklejak, w naszej rodzinie pojawiły się kolejne dzieci, które mogłam nią obdarować.

Księgarnie pełne są teraz baśni w najrozmaitszych wersjach – od kanonicznych (czyli z grubsza takich jak je Grimmowie czy Andersen napisali) począwszy, przez rozmaite skróty po mniej lub bardziej udane przeróbki, bawiące się ich postaciami i schematami. Roksana Jędrzejewska – Wróbel dokonała zabiegu oryginalnego. Sięgnęła po znanych skądinąd bohaterów, ale umieściła ich w sytuacjach na wskroś współczesnych, takich, jakie na pewno nie mogły im się przydarzyć dawno dawno temu za górami za lasami….

Tamten świat nie miał przecież celebrytów znanych z tego, że są znani. Nie było w nim nachalnych akwizytorów, którzy potrafią wmówić niemal każdemu, że absolutnie i natychmiast potrzebuje czegoś, o istnieniu czego jeszcze wczoraj nie miał pojęcia. O przemocy szkolnej też chyba nikt nie słyszał, a i z rozwodami było trochę inaczej niż teraz.

Mnie najbardziej urzekło pierwsze opowiadanie. W roli Kopciuszka obsadzona w nim została pewna mama, która wcześniej poświęciła całe swoje życie, plany i ambicje wychowaniu córek, natomiast jako złe siostry wystąpiły jej własne dzieci. Historia, która raczej nie mogła się wydarzyć w poprzednich wiekach, poruszyła czułą strunę – może dlatego, że skojarzyła mi się z moim własnym życiem ? Tym bardziej ucieszyło mnie jej szczęśliwe zakończenie 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Joanna Olechnowicz – Czernichowska, wyd.: Bajka, Warszawa 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2014

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2018

Baśń o rumaku zaklętym

Baśń o rumaku zaklętym

Wpis z 1 października 2007 roku z aktualizacją 😉

Książka – widmo. Gdyby nie to, że leży przede mną, mogłabym zwątpić w to, że w ogóle istnieje 😉

Kupiłyśmy ją zimą w Zachęcie, kiedy zwiedzałyśmy wystawę „Arki” Józefa Wilkonia. Ach, co to była za wystawa !!! Na zewnątrz stała wspaniała szopka, którą normalnie można podziwiać przed bielańskim kościołem pokamedulskim. W środku – arka, zwierzaki i mnóstwo przepięknych ilustracji książkowych. Dziewczyny do dziś ją wspominają, podobnie jak wcześniejszą wystawę „Zachęta dzieciom”, z której zapamiętały niesamowity labirynt i przechodzenie przez szafę. Szkoda, że takie wystawy adresowane do dzieci trafiają się tylko raz na kilka lat 😦

Niedługo potem Najmłodsza z córek została zaproszona na przyjęcie urodzinowe i chciałam kupić tę książkę dla solenizanta. Poprosiłam o pomoc moją niezawodną księgarnię osiedlową. Okazało się jednak, że nie tylko nie ma jej w hurtowniach, ale też nikt tam nie słyszał o wydawnictwie, które ją wydało. Google ujawniły, że jest do dostania w kilku miejscach w internecie, a w realu – w jednej takiej księgarni specjalizującej się w książkach dla dzieci, od której dzieli mnie całe miasto (nie pierwszy raz tego żałuję !). Nie starczyło mi już czasu i solenizant musiał zadowolić się innym książkowym prezentem. A szkoda…

… bo „Baśń o rumaku zaklętym” to książka – marzenie, łącząca w sobie wszystko, co książka mieć powinna – piękny tekst, fantastyczne ilustracje i staranność wydania.

Ta książka to spotkanie dwóch mistrzów – mistrza języka i mistrza obrazu. „Klechdy sezamowe” (do których należy „Baśń o rumaku zaklętym”) powstały niemal sto lat temu, a czyta się je zupełnie współcześnie. Wcześniej czytałyśmy leśmianowskie „Przygody Sindbada Żeglarza” i już wtedy byłam zdziwiona, że wytrzymały próbę czasu i czyta się je nadal nie tylko bez przykrości, ale często z zachwytem. W prozie Leśmiana jest poezja, która uwodzi i czaruje – bogactwem języka i melodią, która sprawia, że głośne czytanie nie nuży, a wręcz sprawia przyjemność.

Uwodzą i czarują również wilkoniowe ilustracje – nie tylko w tej książce. Jeszcze zanim wybrałyśmy się do Zachęty, znalazł sie w naszym domu gazetowy album „Bóg się rodzi”. To druga z trzech książek z Jego ilustracjami, które ukazały się u nas po wieloletniej przerwie. Z podziwem patrzyłam na te szalenie wyraziste obrazki – mimo że namalowane pozornie niedbale, bez cyzelowania szczegółów. Taki zając na przykład – zaledwie kilka pociągnięć pędzla, a wyraźnie widać jaki ma wyraz twarzy 😉 W „Baśni” zachwycił mnie nie tylko cały bliskowschodni sztafaż – te minarety, kopuły, pałace i stroje (wszystko pozłacane), ale przede wszystkim tytułowy rumak. Każdy kto choć trochę próbował rysować wie, że koń to wyższa szkoła jazdy i niewielu jest malarzy, którzy to naprawdę potrafili. Ci nieliczni potrafiący przeszli do historii jak Juliusz i Wojciech Kossakowie. Koń na ilustracjach Wilkonia naprawdę jest rumakiem – nie szkapą czy chabetą tylko wspaniałym wierzchowcem. Czystej krwi arabskiej 😉

Czytałyśmy „Baśń o rumaku zaklętym” kilka razy zaraz po tym, jak została kupiona. Ostatnio wyciągnęłam ją z półki, żeby opisać tutaj i Najmłodsza natychmiast kazała ją sobie przeczytać. Na okładce tej książki znalazłam zapowiedź wydania dalszych. Niestety mimo, że minął już prawie rok – nic o nich nie słychać. Szkoda by było, gdyby na tym się skończyło 😦

Bolesław Leśmian „Baśń o rumaku zaklętym”, ilustr.: Józef Wikoń, wyd.: Oficyna Olszynka, Warszawa 2006

Warto wspomnieć, że ta baśń ukazała się także we wznowionym przez Wydawnictwo Dwie Siostry zbiorze „Klechdy sezamowe” z ilustracjami Jana Lenicy. Tam ilustracji (w przeliczeniu na jedną baśń) jest mniej i są one zupełnie inne niż wilkoniowe, ale też zdecydowanie warto po tę książkę sięgnąć. A najlepiej – porównać jak różnie dwaj Twórcy podeszli do tej samej baśni 🙂

Bolesław Leśmian „Klechdy sezamowe”, ilustr.: Jan Lenica, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017

Bajarka opowiada

Bajarka opowiada

Wpis z 22 lutego 2007 roku. Wydawnictwo wydało tę książkę ponownie w 2018 roku i nadal jest ona do kupienia. Niestety, mimo że jest na niej ta sama ilustracja, co zawsze, okładka w tej wersji jakoś nie zachwyca 😦

Książka – legenda.

Ilekroć na jakimkolwiek forum książkowym albo „dzieciowym” pojawia się wątek o ukochanych książkach dzieciństwa, prędzej czy później ktoś wspomina „Bajarkę”. Ceny jakie do niedawna osiągała na Allegro też o tym świadczyły, choć nie ocierały się jeszcze o absurd tak, jak to ma miejsce w przypadku „Śpiewającej Lipki” (która nota bene również ma zostać niebawem wydana). „Bajarkę” wznowiło niedawno poznańskie wydawnictwo Zysk i S-ka. Chwała mu za to i cześć !!!

Wydawnictwa coraz częściej sięgają po książki, na których wychowały się pokolenia obecnych rodziców i dziadków. Wiadomo przecież, że to oni właśnie kupują książki dla dzieci. Mając do wyboru książkową nowość, która nic im nie mówi, oraz coś, co wzbudza rzewne wspomnienia dzieciństwa, oczywiście zdecydują się na tę drugą. W moim przypadku o zakupie zdecydowała nie tylko legenda, jaką otoczona jest ta książka, ale przede wszystkim ilustracje Marii Orłowskiej – Gabryś, jednej z ulubionych ilustratorek mojego dzieciństwa. Od wielu lat już nie widziałam w księgarniach niczego z jej ilustracjami – moje dzieci znają je z moich starych książek (m.in. z ukochanej przez nas  ”Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”), ale nie wszyscy ich rówieśnicy mieli taką możliwość.

Na pewno nie miałam „Bajarki” jako dziecko, ale kiedy teraz kupiłam ją dla Najmłodszej z córek, stwierdziłam, że niektóre z tych bajek znam. Może ktoś mi je opowiadał ? Właśnie – opowiadał, bo ta starannie wydana i pięknie ilustrowana książka, w zamyśle jej autorki wcale nie miała służyć do czytania dzieciom. Jest to zbiór historii do opowiadania różnym audytoriom w różnym wieku. W posłowiu znajdziemy poradnik „Jak opowiadać baśnie” – i to opowiadać je nie tylko własnym dzieciom, ale też szerszej publiczności – w szkołach, bibliotekach, przy wakacyjnym ognisku.

Czy ktoś jeszcze opowiada dzieciom bajki ? Wiemy, że ważne jest czytanie im książek – te przysłowiowe już: 20 minut dziennie. Codziennie ;-). Oglądamy filmy, czasem chodzimy do teatru, coraz częściej sięgamy po tzw. audiobooki, ale coraz rzadziej opowiadamy.

Kiedy myślę o opowiadaniu komuś baśni, natychmiast przypomina mi się Karen Blixen i piękna scena z mojego ukochanego filmu „Pożegnanie z Afryką”. Ona sama pisała: Czasy i moda zmieniły się, w Europie zanikła sztuka słuchania opowieści. Mieszkańcy Afryki, nie umiejący czytać, nadal ją mają. Jeśli ktoś zacznie do nich mówić w te słowa: „Był raz pewien człowiek, który wyszedł na równinę i tam spotkał drugiego człowieka” – cali zamieniają się w słuch, ich wyobraźnia biegnie śladem nieznanych ludzi na równinie. Natomiast biali nie potrafią słuchać opowiadania, nawet jeśli czują, że powinni. Jeżeli nie zaczynają się wiercić i nagle nie przypominają sobie rzeczy wymagających natychmiastowej akcji, to zasypiają. Ci sami ludzie proszą jednak o coś do czytania, potrafią długo w noc pochłaniać pierwszą lepsza książkę, jaka im wpadnie do ręki (…). Ci ludzie przyzwyczaili się do odbierania wrażeń oczyma.*

Małe dzieci jeszcze nie mają takich przyzwyczajeń. Kiedy zaczynają obcować z telewizją, szybko ich nabierają i wtedy nieruchome literki w książkach też są dla nich zbyt statyczne. Zanim jednak to nastąpi, słuchałyby zapewne chętnie rozmaitych opowieści. Problem w tym, że to dorośli nie chcą i nie potrafią już opowiadać. Zdarza mi się czytać posty rodziców bardzo przejętych misją czytania dzieciom i zaniepokojonych tym, że dziecko (często roczniak, albo niewiele starszy maluch) nie chce słuchać i próbuje odwrócić uwagę rodzica od literek w książce i skierować ją na siebie. A gdyby tak właśnie zrobić – spojrzeć na dziecko i po prostu opowiedzieć mu to, co jest w tej książce ? Oczywiście – są takie książki, które trzeba przeczytać tak, jak je autor napisał, ale jest też wiele, którym nie zaszkodzi opowiedzenie własnymi słowami. Boimy się tego – tak jakbyśmy uważali, że to, co nie jest zapisane, ma mniejsza wartość.

Autorka pisze w swoim posłowiu: Oczywiście, że można baśnie czytać. Jednakże baśń ludowa zrodziła się jako opowiadanie i gdy robimy z niej wyłącznie literaturę, oddalamy się od pierwowzoru. Baśń czytana, zwłaszcza po cichu, ubożeje jak czytany dramat, który zrodził się z myślą o scenie. Opowieści zawarte w tym zbiorze podzielone są na cztery stopnie trudności. Te najprostsze to zazwyczaj mniej niż jedna strona tekstu. Warto spróbować – może okaże się, że bycie bajarzem wcale nie jest takie trudne.

„Bajarka opowiada” to, zgodnie z podtytułem, zbiór baśni całego świata. No, może nie całkiem całego, bo poza jednym wyjątkiem, są to baśnie półkuli północnej, ale na pewno różnych kręgów kulturowych. Fascynujące jest to, że (pominąwszy realia geograficzne) te historie są uniwersalne. Wszędzie, na Północy i na Południu, mamy ludzi złych – podłych, chciwych i tchórzliwych oraz dobrych – odważnych, życzliwych, pracowitych i chętnych do pomocy. Baśnie Bajarki mówią o trudnych sprawach, ale dobro zawsze zostaje nagrodzone, a zło – ukarane i to ukarane srodze. To nie są współczesne wygładzone wersje bajek – tu w najlepszym wypadku ktoś znika i słuch o nim ginie. Nie ma w nich miejsca na relatywizm – tu białe jest zawsze śnieżnobiałe, a czarne – kruczoczarne. Taka jest przecież od zawsze rola baśni, aby pewne rzeczy nazwać po imieniu i dać ludziom wyraźne wskazówki postępowania. Dziecku, które pozna takie wzorce, łatwiej będzie później odnaleźć drogę w świecie, w którym dominują różne odcienie szarości.

„Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata” opracowała: Maria Niklewiczowa, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2006

* Karen Blixen „Pożegnanie z Afryką”, przekł.: Józef Giebułtowicz, wyd.: Muza S.A., Warszawa 1995, s. 200

Milion miliardów świętych mikołajów

Milion miliardów świętych mikołajów

O tym, jak bardzo świat się zglobalizował, najdobitniej świadczy to, co stało się z naszymi prezentami pod choinkę – a konkretnie z tym, kto je przynosi 😉 Kiedy ja byłam dzieckiem, święty Mikołaj odpowiadał jedynie za drobiazgi, które 6 grudnia znajdowałam w (specjalnie na tę okazję porządnie wyczyszczonych) butach. Pojawiał się on też (zamiennie z Gwiazdorem) na rozmaitych choinkowych imprezach – w przedszkolu, szkole czy zakładzie pracy rodziców. O tym, że moje prezenty pod choinką w Wigilię kładli tam rodzice, wiedziałam chyba od samego początku. Innym dzieciom przynosił je wtedy, w zależności od tego gdzie mieszkały (lub skąd pochodziła ich rodzina), Gwiazdor, Aniołek, Dzieciątko, Gwiazdka albo krasnoludki. W innych krajach (np. w Hiszpanii) prezenty były dopiero po świętach, bo przynosili je (zgodnie z ewangeliczną tradycją) Trzej Królowie.

Świętego Mikołaja w wersji: rubaszny, brzuchaty, przerośnięty krasnal z czerwonym nosem, w opiętym wdzianku i czapce z pomponem, podróżujący latającymi saniami zaprzężonymi w renifery, poznałam… nawet nie wiem kiedy. Pierwszy raz chyba musiałam go zobaczyć na plastikowej torbie – reklamówce, które wtedy można było kupić od osób handlujących nimi na ulicy. Przypominam sobie, jak dbałam o tę moją torbę, w której nosiłam do szkoły cymbałki, a kiedy urwały jej się uszy, obcięłam je i przez długi czas była workiem do pakowania różnych drobiazgów na wyjazdy 😉

Dzieciństwo moich córek przypadło już na czasy wszechobecności tego gościa, którego w przypływie złości nazwałam kiedyś Uzurpatorem i niestety, nie ma już przed nim (oraz jego reniferami z Rudolfem na czele) ucieczki. Myślące dzieci, karmione historyjką o facecie, który latając tym swoim zaprzęgiem, jest w stanie w jeden wieczór podrzucić prezenty pod wszystkie choinki świata, muszą zadać sobie pytanie: jak to jest możliwe ? Moje córki też o to pytały i miałam spory problem z takim sformułowaniem odpowiedzi, żeby z jednej strony nie odbierać im zbyt szybko atmosfery magii, a z drugiej – znaleźć tam jakieś miejsce na prawdziwego świętego Mikołaja. Łatwo nie było i przyznam, że ulżyło mi kiedy Najmłodsza z córek też już przestała w tę świętomikołajową ściemę wierzyć 😉

„Milion miliardów świętych mikołajów” to książka, która w całości (zarówno jej tekst, jak i ilustracje, jak i wreszcie tytuł, który brzmi, jakby ktoś nieduży i nieumiejący jeszcze dobrze liczyć chciał powiedzieć: bardzo, bardzo dużo) – robi wrażenie, jakby wyszła spod ręki dziecka, które usiłuje odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens i stara się wyjaśnić (sobie, a może jeszcze komuś ?) skąd się te wszystkie prezenty biorą ? Całkiem nieźle mu to wychodzi, podoba mi się ta wersja. Szkoda, że nie było tej książki wtedy, kiedy pytały mnie o to moje córki, ale, jak widać, potrzebna do tego była autorska koprodukcja japońsko – fińska 😉

Choć oczywiście nie byłabym sobą, gdybym tego wpisu nie zakończyła apelem o to, żebyśmy jednak nie zapominali, czyje urodziny obchodzimy w Boże Narodzenie !!!

P.S. Jeśli kogoś dziwią małe litery w tytule – wyjaśniam za Wikipedią, w której jest bardzo ciekawe hasło poświęcone Świętemu Mikołajowi w kulturze masowej, co następuje: 5 maja 2004 Rada Języka Polskiego zaleciła, że pomimo iż nazwę imienia (Mikołaj) lub świętego (św. Mikołaj) piszemy wielką literą, to w znaczeniu postaci przynoszącej prezenty z okazji Bożego Narodzenia należy ją pisać małą literą: święty mikołaj (np. Tata przebrał się za świętego mikołaja).

Hiroki Motai (tekst), Marika Maijala (ilustr.) „Milion miliardów świętych mikołajów”, przekł.: Karolina Iwaszkiewicz, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019