Wystarczy, że jesteś

Wystarczy, że jesteś

Wpis z 30 stycznia 2010 roku, ale książka niedawno została wznowiona. Popularność „Zmierzchu”, na którą była odpowiedzią, już chyba pomału dogasa, ona jednak jest bardziej uniwersalna, bo nie ma w niej wampirów 🙂

O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna, kiedy z pączka przemienia się w kwiat ?…

Jakiś czas temu Jasmeen pytała, czy ukaże się tu recenzja„Zmierzchu” Stefanie Meyer. Napisała: bo osobiście mam mieszane uczucia, ale moja dziesięciolatka pieje z zachwytu i chętnie przeczytałabym opinię Autorytetu 🙂 Niniejszym informuję, że Autorytet przeczytał ów „Zmierzch”wyłącznie w imię zasady Jak wszyscy, to wszyscy… Następnych tomów czytać nie zamierzam, choć nie ukrywam, że ciekawi mnie, jak może się skończyć ta historia. Za stara jestem już na takie lektury – stwierdzam to z prawdziwym smutkiem. Gdzieś daleko za mną został czas, kiedy wierzyłam w Miłość Idealną, Porozumienie Dusz i takie tam… Kiedyś wierzyłam, kiedyś marzyłam, a teraz już wiem, że miłość to zadanie i wspólna praca dwojga ludzi na całe życie.

Dlatego o „Zmierzchu” pisać nie będę, za to napiszę o książce, która w bardzo interesujący sposób odnosi się do jego fenomenu.

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Weronika nie przeczytała „Zmierzchu” ?

Ale jak miała nie przeczytać, skoro wszystkie dziewczyny w klasie czytały, wszystkie się zachwycały, wszystkie wzdychały, a potem chodziły tygodniami jak zaczadziałe z głowami w chmurach i naiwnym poczuciem, że są kochane za nic, tak po prostu kochane tylko za to, że istnieją. A im która była brzydsza, tym intensywniej to sobie wyobrażała.

Weronika nie jest ani brzydka, ani piękna. Jest zwykłą dziewczyną – cichą, skromną, obowiązkową licealistką, której życie biegnie po utartych ścieżkach. Rano jazda metrem z Ursynowa do Śródmieścia, szkoła, powrót metrem na Ursynów, spacer z psem, lekcje… i tak codziennie. Uczy się nieźle, nie sprawia tzw. kłopotów wychowawczych – jest, ale jakby jej nie było. I tylko my, czytelnicy tej książki, wiemy o niej to, czego nie widzi nikt z jej otoczenia.

„Wystarczy, że jesteś” to książka napisana ze specyficznej optyki. Cały czas właściwie siedzimy w głowie Weroniki – dopuszczeni jesteśmy do jej najskrytszych myśli, ale równocześnie patrzymy na świat, tak jak ona chce go widzieć. Nie wiemy, jak to wszystko wygląda z drugiej strony.

Większość tej historii rozgrywa się zresztą wyłącznie w głowie dziewczyny, która z nielicznych maili, rzadkich spotkań i swoich pragnień stworzyła sobie Romans Wszechczasów. W tym wirtualnym związku realny chłopak nie był właściwie potrzebny, a czasem wręcz przeszkadzał. Natomiast zauważenie kogoś całkiem realnego (choć może nie do końca idealnego), kto zawsze był w pobliżu, nie mieściło się w jej możliwościach.

Mózg nastolatki to fascynujący organ 😉 Ponad 90 % jej myślenia wypełnia chłopak – to, co zrobił i to, czego nie zrobił, to, co mógłby zrobić i to, jak ona by zareagowała… Pozostały skrawek świadomości wystarcza jej jednak, żeby zdać maturę i dostać się na studia.

Tak chciała być kochaną, tylko kochaną.

Na razie nie nauczyła się jeszcze kochać.

„Wystarczy, że jesteś” to książka o drodze, jaką trzeba przejść, aby odróżnić potrzebę bycia kochaną, rodem z książek pani Mayer, od Miłości, o której tak pięknie pisał św. Paweł. To książka o dorastaniu – po prostu.

P.S.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk jest bodaj jedyną polską pisarką, która otwartym tekstem pisze o seksie nastolatków.

„Wystarczy, że jesteś” nie jest Jej pierwszą książką, w której się ten temat pojawia. Nie spodziewajcie się jakichś pikantnych momentów, ale wreszcie jest tam powiedziane wprost to, co w innych książkach dla nastolatek pozostaje jedynie w sferze domysłów i niedopowiedzeń.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Wystarczy, że jesteś”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Wystarczy, że jesteś” (Seria z kropką), wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Anyżowa warownia

Anyżowa warownia

Wpis z 18 stycznia 2012 roku:

Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to z brak pożywki, bo pomału wyczerpują nam się lektury na ten temat. Powód drugi – bo (poniekąd z powodu pierwszego 😉 ) zmuszona była sięgnąć po książki o innej tematyce i padło na Atramentową Trylogię Cornelii Funke, co skutecznie zajęło ją na dobrych kilku tygodni. Co tam zajęło ? Zassało zupełnie tak jak wcześniej książki Ricka Riordana i skłoniło do konstatacji, że to właśnie Cornelia Funke jest nieodmiennie jej ulubioną pisarką.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam – „Anyżowa Warownia”.

Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z czarodziejskich ksiąg, raz w tygodniu zdrapywanie mchu z grzyw kamiennych lwów. A tylko raz w roku turniej w Mrocznej Skale. Tutaj nigdy nie dzieje się nic ciekawego – tak przynajmniej uważała Igerna. Rzeczywiście – można by pomyśleć, że nie ma na świecie nudniejszego miejsca niż Anyżowa Warownia !!!

Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było trochę więcej, ale tego dziewczynka dokładnie nie wiedziała). Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś miały dokładnie metr grubości. Dla Igerny była to jednak najpiękniejsza warownia na świecie. Anyżowy dziedziniec zdobiły polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie.

Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na widok obcych robiły potworne miny. Lecz gdy Igerna łaskotała je w nos jaskółczym piórem, straszydła chichotały tak, że grzechotały kamienie w murach twierdzy. Przepastne pyski maszkaronów potrafiły połykać armatnie kule, a płonącymi strzałami delektowały się, jakby na świecie nie było lepszego przysmaku.

Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami Igerny, zamek często bywał szturmowany, jej rodzina posiadała bowiem czarodziejskie księgi, o których marzył niejeden możnowładca. Chcąc zagarnąć magiczny księgozbiór, Anyż najeżdżali rozbójnicy, książęta, baronowie, a nawet dwóch króli. Ale nastały spokojniejsze czasy.

Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed dziesiątymi urodzinami Igerny. Piękna Melisanda i sir Lamorak – jej rodzice, wyczarowując prezenty urodzinowe dla córki omyłkowo zamienili się w prosięta, a tymczasem pojawił się ktoś, kto bardzo chciał zająć ich zamek i wejść w posiadanie Śpiewających Ksiąg. Inny Ktoś musiał więc szybko zdobyć włosy olbrzyma, niezbędne do odczarowania rodziców, a tym kimś musiała być właśnie ona, mimo że młodsza i że dziewczynka…

Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale Igernie magia wydawała się nudna. Zaklęcia, czarodziejskie formułki, listy składników magicznych proszków i nalewek – wkuwanie tego wszystkiego przyprawiało ją o ból głowy. Wolała, jak jej pradziadek Pellas z Anyżu, być szlachetnym rycerzem, ktory walczył na turniejach i od rana do wieczora przeżywał przygody. Albert śmiał się z Igerny, ale tak to już bywa czasem ze starszymi braćmi, a tymczasem teraz on był potrzebny w Anyżu, a jego młodsza siostra musiała wyruszyć na samotną wyprawę.

„Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w żadnym momencie nie pozostawiająca wątpliwości co do tego, że wszystko skończy się dobrze. A w dodatku pokazująca wyraźnie, że jeśli dziewczynka o czymś naprawdę marzy, to nie ma powodu, aby w realizacji tych marzeń ograniczał ją fakt, że jest dziewczynką 😉 Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynach – wbrew stereotypom – ale to wcale nie znaczy, że jest to lektura wyłącznie dla nich…

Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.: Małgorzata Słabicka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Zapałka na zakręcie; Pejzaż sentymentalny; Zatrzymaj echo

Zapałka na zakręcie; Pejzaż sentymentalny; Zatrzymaj echo

zdjęcie z profilu FB Wydawnictwa Akapit Press

Na stronie wydawnictwa Akapit Press znalazłam taki pakiet i zastanowiłam się po raz kolejny, do kogo jest on adresowany. Już pisząc o tych książkach 12 stycznia 2010 roku miałam wątpliwości, co do ówczesnych adresatek jej twórczości. Teraz mam niemal pewność, że ten zestaw ma sens wyłącznie sentymentalny – dla mam lub nawet babć dzisiejszych nastolatek. Krystyna Siesicka zmarła w 2015 roku, więc wiemy już na pewno, że kolejnego ciągu dalszego nie będzie. Oto mój wpis sprzed prawie 10 lat:

zdjęcie z profilu FB Wydawnictwa Akapit Press

Zastanawiam się – dla kogo pisze teraz swoje książki Krystyna Siesicka ? Dla obecnych nastolatek czy dla tych, które wychowały się na jej książkach, ale nastolatkami już dawno nie są ? Czy dziewczynom podoba się jej obecny styl pisania ? Trudno mi to stwierdzić, bo w naszym domu Pani Siesicka ma status Londona 😉 Określenie to wzięło się z czasów, gdy byłam rówieśniczką moich córek. Ilekroć skarżyłam się mojemu Tacie, że nie mam co czytać, on nieodmiennie proponował mi Londona. Z przyczyn, których do końca nie rozumiem, budziło to mój zdecydowany opór i po dziś dzień (poza „Zewem krwi”, który był lekturą szkolną, a ja miałam do lektur stosunek solenny) nie sięgnęłam po jego książki.

U moich córek status Londona mają dwie autorki – Joanna Chmielewska (oprócz „Pafnucego” oczywiście !) i Krystyna Siesicka. Na wszelkie moje propozycje, na podsuwanie którejś z nich moich ukochanych książek o Teresce i Okrętce albo na przykład „Opowieści rodzinnych”, słyszę zdecydowane NIE ! Dlatego nie wiem, czy te książki podobają się współczesnym nastolatkom.

„Zapałkę na zakręcie” czytałam oczywiście jako nastolatka i była jedną z moich ulubionych książek. Po „Pejzaż sentymentalny” sięgnęłam w zeszłym roku – z nadzieją, ale też z obawą. Czułam się trochę tak, jak przed spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi. Czy poznamy się po tylu latach ? Czy nadal będziemy mieli o czym rozmawiać ? Sama Autorka tak pisała o w posłowiu do tej książki o wątpliwościach, które miała, przystępując do pracy nad nią:

Napisałam książkę, której się nie spodziewałam. Znajdziecie w niej dalsze losy bohaterów „Zapałki na zakręcie”. A jednak „Pejzaż sentymentalny” jest powieścią trochę inną niż „Zapałka”, której „pięć minut powodzenia” zaczęło się przecież wiele lat temu. Czas zmienił nie tylko świat wokół Mady i Marcina, ale przede wszystkim zmienił ich samych.

Oczywiście przeczytałam „Zapałkę”, kiedy zaczynałam pisać „Pejzaż”. I co ? I wydawało mi się, że nie ja jestem jej autorką, tylko ktoś inny, bo dziś napisałabym tę książkę inaczej. A więc czas, który minął, zmienił także mnie. I tu zaczęła się pierwsza trudność, bo skoro zdecydowałam się na powrót do życia Mady i Marcina, sposób napisania tamtej książki już do czegoś zobowiązywał. Nie tylko w treści, ale i w formie. Kłopot był w tym, że chciało się chociaż trochę od tego zobowiązania uciec. No i jest, tak jak jest.

Często wdaje mi się, że „Pejzaż sentymentalny” to książka, którą zamówiłyście sobie u mnie w czasie naszych przelotnych spotkań i rozmów, uporczywie pytając: – I co z nimi było dalej ?

Choć nie do końca przypadł mi do gustu wątek Tiny i Kacpra, to jednak spodobała mi się dorosła Mada, którą spotkałam w tej książce. I dorosły Marcin, i Alka, i Olo… I Achmed Jacobi, którego nie było w „Zapałce”, mówiący po polsku językiem więcej niż literackim 😉 Dziwny, trochę śmieszny pan. Jak Holy Golightly u Trumana Capote’a, zawsze w podróży.(…) Biznesmen. Wielbiciel aromatycznych herbat i marokańskiej kuchni. Przyjaciel Marcina, chrzestny ojciec Tiny.

Po dziesięciu latach Autorka postanowiła powrócić do tamtych bohaterów. „Zatrzymaj echo” to książka osnuta wokół przyjazdu do Osady pewnej pani Krysi, jej wędrówki śladami Mady i Marcina i spotkań z bohaterami tamtych książek. Mimo że podobno: podobieństwo pani Krysi do autorki jest tylko pomysłem fabularnym, a opisane zdarzenia z rzeczywistością mają związek wyłącznie pozorny, cała ta książka to typowa dla obecnej twórczości Krystyny Siesickej zabawa formą.

Zabawa zabawą, ale jest to kolejna (po „Atramentowym sercu” choć w zupełnie innym stylu) książka, która zmusza nas to zastanowienia się nad tym, czy Autor jest stwórcą swoich bohaterów czy jedynie kronikarzem ich życia i świata. Co dzieje się z nimi po postawieniu ostatniej kropki w tekście? Czy ich świat kończy się, kiedy zamykamy książkę, czy istnieje nadal? Żyją dalej tak, jak im to zaplanował Autor, czy też wędrują swoimi ścieżkami?

Kogo spotkamy w Osadzie następnym razem ? Co dalej z Tiną, Talią, chłopakami Geny, Kacprem ? Może kiedyś się dowiemy…

Krystyna Siesicka „Zapałka na zakręcie”, wyd.: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1979

Krystyna Siesicka „Pejzaż sentymentalny”, wyd.: Akapit Press, Łódź 1999

Krystyna Siesicka „Zatrzymaj echo”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2009

Bombka z gwiazdką

Bombka z gwiazdką

Pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę dwa lata temu, ale to nie był na nią odpowiedni moment. Walczyliśmy wtedy z remontem domu, w którym równocześnie mieszkaliśmy (jest to rozwiązanie, którego nikomu nie rekomenduję 😉 ) i w dodatku oczywiście trwał on dłużej, niż było to pierwotnie planowane. W tym szaleństwie z trudem ogarniałam przygotowania do Świąt, a na pewno nie miałam głowy do świątecznych książek. Już po Nowym Roku opisałam „Bajkę o rozczarowanym rumaku Romualdzie” – drugą książkę tej samej spółki autorskiej, natomiast „Bombka z gwiazdką” czekała na swój czas aż do dziś, bo miałam pewien problem z jej odbiorem.

Pierwsze wrażenie jakie ma się w kontakcie z nią to: WOW !!! (wiem – amerykanizm czy też anglicyzm, ale żadne polskie O rany! nie ma tego efektu 😉 ). Jest po prostu piękna !!! Granatowe jak zimowa noc karty i cudowne dekoracje, które wyszły spod ręki Jagi Słowińskiej, zachwycają i samo jej przeglądanie jest fantastyczną przyjemnością, natomiast treść…

Po pierwszej lekturze nie bardzo wiedziałam, co o tym myśleć – czegoś mi tam brakowało, ale nie bardzo wiedziałam, czego. Teraz przeczytałam ją ponownie, już spokojniej i zrozumiałam, że to są święta, jakie zapewne obchodzi się w wielu domach w Polsce czyli Boże Narodzenie ze wszystkim świątecznymi zwyczajami, ale bez religijnego kontekstu. Pierwsza gwiazdka musi pojawić się na niebie, żeby dzieci mogły dostać prezenty przynoszone przez Mikołaja. Jest tam też Mikołajowa, która dba o dietę Mikołaja, bo jak on zanadto utyje, to się w kominie nie zmieści. W wannie pływa karp (choć to akurat już chyba coraz rzadziej się zdarza), na stole stają tradycyjne, jedzone tylko raz do roku potrawy, pod obrusem leży sianko, przy stole zostaje puste krzesło, ale po co to wszystko ? Dlaczego ?

Spotkałam się gdzieś ze zdaniem, że ta książka to Święta widziane oczami dziecka. Takie, w których dorośli w ferworze przygotowań nie bardzo mają czas i ochotę na wyjaśnienia. Trochę zwariowane – z potworem, który bardzo chce być choinką i psem, którym można porozmawiać… po angielsku. Znów przypomniał mi się stary czechosłowacki świąteczny film o Panu Tau, w którym zwierzęta z szopki ożyły i biegały po mieszkaniu, a karp w wannie protestował na próby wyłowienia go, twierdząc, że ma łaskotki 😉

„Bombka z gwiazdką” to lektura, w której chodzi przede wszystkim o świąteczną ATMOSFERĘ i znakomicie się w nią wpisuje. A kontekst ? No cóż – trzeba go poszukać w innych książkach 🙂

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bombka z gwiazdką”, wyd.: Tashka, Warszawa 2016

Niebieskie nitki

Niebieskie nitki

Wpis z 20 października 2008 roku:

Kiedy niedawno rozmawiałam z Małgorzatą Gutowską – Adamczyk, zapytałam ją między innymi o to, czy Pałac opisany w „Niebieskich nitkach” istnieje naprawdę ? Odpowiedziała:

– Ależ tak ! Właśnie zdjęcie tego budynku wywołało we mnie potrzebę napisania powieści ! Wiedziałam oczywiście, że on istnieje, stoi bowiem bardzo blisko bloku, w którym mieszkałam, ale dopiero fotografia zamieszczona w kalendarzu z zabytkami ziemi mińskiej pobudziła mnie do refleksji. Pomyślałam, że w tak pięknym domu muszą mieszkać szczęśliwi ludzie. Jako osoba z natury złośliwa unieszczęśliwiłam jednak swoich bohaterów, pozwalając im jednocześnie mieszkać w pięknym domu.

autorem zdjęcia jest Andrzej Ryszawa – pożyczyłam je z profilu Autorki na FB

Bohaterki „Niebieskich nitek” rzeczywiście są nieszczęśliwe – przynajmniej na początku tej książki. Ale czy można być osobą szczęśliwą, jeśli właśnie rozpadło ci się małżeństwo, zostałaś sama z córką i musiałaś wprowadzić się do Mamy i Babci, ponieważ twój dom w ramach podziału majątku musi zostać sprzedany ? Czy można być osobą szczęśliwą, jeśli dotychczas było się córeczką Tatusia, a teraz ojciec odszedł (w dodatku trzeba było opuścić swój pokój i zamieszkać w mocno zaniedbanym pałacu, razem z Babcią i Prababcią) ? Czy można być osobą szczęśliwą, jeśli ma się na głowie wymagający remontu Pałac, matkę staruszkę, a w dodatku córce i wnuczce właśnie rozpadła się rodzina ? Czy można być osobą szczęśliwą, jeśli ma się za sobą długie, niełatwe życie, a teraz można tylko patrzeć jak ukochany dom idzie w ruinę, a córka, wnuczka i prawnuczka męczą się w nim i z nim ?

Wiktoria, Natalia, Joanna i Paulina – cztery pokolenia kobiet z tej samej rodziny. I dom. Dom z którym wiążą je nie tylko wspomnienia. Dom, który jest podstawą ich tożsamości. Bunia i Musia już to wiedzą – Joanna i Linka potrzebują czasu, aby to zrozumieć.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk powiedziała jeszcze: To zdjęcie rzutowało też chyba na atmosferę powieści. Niestety – jego reprodukcja na okładce książki, o zmienionej przez autorkę okładki kolorystyce, nie oddaje nastroju tajemniczości i zadumy, która mnie zainspirowała.

Dla mnie „Niebieskie nitki” są niebieskie nie tylko z powodu tytułu i koloru okładki. Atmosfera tej książki kojarzy mi się z wczesnym, zimowym zmierzchem, kiedy śnieg sprawia, ze powietrze staje się błękitne. To książka zimowa (a właściwie grudniowa bo zaczyna się w Andrzejki, a kończy w Nowy Rok) także ze względu na moment życia, w jakim znalazły się jej bohaterki. Coś się skończyło, coś się być może zacznie, ale trzeba na to poczekać. Z czasem wszystko się ułoży, uporządkuje i znajdzie się na swoim miejscu. Życie mimo wszystko trwa dalej.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Niebieskie nitki”, wyd.: Ezop, Warszawa 2005

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Niebieskie nitki”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2011

Wilczek

Wilczek

Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał
I spały małe wilczki dwa – zupełnie ślepe jeszcze,
Wtem stary wilk przewodnik co życie dobrze znał
Łeb podniósł warknął groźnie aż mną szarpnęły dreszcze..
.

13 grudnia 1981 roku była piękna pogoda – przynajmniej w Warszawie. Rano świeciło słońce, z okna naszego mieszkania na dziesiątym piętrze widziałam dymiące kominy Siekierek, a na dole puste, pokryte śniegiem osiedle. W radiu leciał Chopin, co nas trochę zdziwiło, bo czekaliśmy, jak zwykle przy niedzielnym śniadaniu, na „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Do drzwi zadzwoniła sąsiadka z prośbą, czy może skorzystać z naszego telefonu, bo u niej nie działa…

W tym samym czasie, w akademiku w Krakowie mały Wiktor, mieszkający tam z rodzicami, siedział w sali telewizyjnej i czekał na „Teleranek”.

Rozległa się bardzo poważna muzyka, a moim oczom ukazał się nieznajomy pan w okularach.

– Obywatele i obywatelki Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. (…) Zwracam się do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego…

„Wilczek” to trzecia, obok „Teatru niewidzialnych dzieci” i „Skutków ubocznych eliksiru miłości” adresowana do niedorosłych czytelników książka, w której widzimy ten dzień. Akcja „Teatru” kończyła się 13 grudnia, natomiast w „Skutkach ubocznych” (podobnie jak w „Wilczku”) – zaczynała się właśnie wtedy. Widzimy w niej pierwsze dni stanu wojennego oczami kilkulatka, żyjącego w dość specyficznym środowisku studentów i pracowników krakowskiej Akademii Górniczo – Hutniczej, dziecka, które już wcześniej miało okazję zobaczyć od środka strajk i dla którego paczki z bibułą były domową codziennością. To perspektywa podobna do tej, z jaką mamy do czynienia także we „Wrońcu” Dukaja, choć tamta książka IMO nie jest dla dzieci, mimo że może robić takie wrażenie.

Zasadą serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, złamaną dotychczas chyba tylko raz przy „Bezsenności Jutki” jest to, że wiemy, kim są bohaterowie książki i poznajemy ich późniejsze, powojenne losy. W przypadku „Wilczka” jest trochę inaczej. Autorka napisała w posłowiu:

To ja byłam „gitarową ciocią” grającą popularną piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Obława” i przemycającą „bibułę” (czyli ulotki). (…) Opowiedziałam Wam o Wilczku – Wiktorze. Spotkałam go w chwili, gdy kolumna pancernych samochodów jechała ulicą w stronę Huty imienia Lenina, największego zakładu produkcyjnego Krakowa. Wśród ludzi, którzy wybiegli z domów, znalazł się mały chłopiec, oddzielony przez tłum od mamy, podawany z rąk do rąk ponad głowami ludzi. Zaprzyjaźniłam się z Wilczkiem i jego mamą. Spędziliśmy razem niejeden wieczór nie tylko z gitarą, a na stole stał druciany Wron.

Być może Wilczek ma już własne dzieci i czasem opowiada im o czasie grozy, tajemniczym Wronie i zimie, która była wyjątkowo mroźna i długa. Zbyt długa…

Katarzyna Ryrych „Wilczek” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci) , ilustr.: Sylwia Szyrszeń, wyd.: Literatura, Łódź 2018

Grzeczna

Grzeczna

Wpis z 8 marca 2011 roku:

– Madzia była dziś tak grzeczna, jakby jej wcale nie było !

Taką pochwałę swojej córki usłyszała z ust przedszkolanki autorka felietonu w miesięczniku „Dziecko”, której nazwiska już nie pomnę. Czytałam go dawno temu, ale przypomniał mi się, kiedy zobaczyłam tę książkę:

Mam alergię na określenie grzeczne dziecko. Co to właściwie znaczy ? Grzeczne… czyli jakie ?

Grzeczne to słowo – wytrych, które zawiera w sobie to wszystko, co aktualnie jest wygodne dla dorosłego. Grzeczne dziecko jest ciche (jakby go wcale nie było), bez dyskusji wykonuje wszystkie polecenia (bo dzieci i ryby głosu nie mają), nie brudzi się, nie hałasuje (ponieważ dzieci powinno się widzieć, ale nie słyszeć),  nie przerywa dorosłym i nie odzywa się niepytane (siedź w kącie – znajdą Cię !) oraz ( last but not least 😉 ) ładnie je.

Przy czym ładne jedzenie w tym rozumieniu nie oznacza wcale, że owo grzeczne dziecko biegle posługuje się nożem i widelcem, tudzież nie garbi się przy stole. To oczywiście też, ale przede wszystkim – grzeczne i ładnie jedzące dziecko to takie, które (jak w przedszkolnej piosence) zjada wszystko z talerzyka.

Popatrz na Lusię ! No popatrz na Lusię ! Zobacz, jaka jest cichutka !

Cichutka jak biała kreda i cienki papier. Cichutka jak błyszczące szkło w szafie.

Bo Lusia robi wszystko, jak należy. Zobacz jak się uśmiecha. Ładnie pisze, czyta z książki, przytakuje, uśmiecha się i zgłasza, podnosząc ładną rączkę.

Lusia – dziecko idealne do tego stopnia, że można jej nie zauważyć. Można też nie zauważyć tego, że zniknęła. I tylko ona sama może się z tego stanu wyrwać, ale do tego musi odkryć, że potrafi przestać być cicha. Podobnie jak Ella zaklęta musi odnaleźć w sobie siłę, która pozwoli jej żyć tak, aby zadowolić siebie, a nie innych.

„Grzeczna” to książka niegrzeczna 😉 Książka, która podważa fundamenty tradycyjnego systemu wychowania grzecznych dzieci. Dlatego obawiam się, że zyska u nas status książki kontrowersyjnej – bo przecież pokazuje, że w życiu można (a nawet trzeba) być niegrzecznym, a bez niej oczywiście dzieci same by na to nie wpadły 😉

Ponieważ ten system zdecydowanie łatwiej akceptuje niegrzeczność u chłopców, można ją (szczególnie dziś 😉 ) odczytywać jako rodzaj manifestu feministycznego. Przecież wiadomo nie od dziś, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą. 😉 I powinny się uczyć mądrej niegrzeczności.

„Grzeczna” to druga wydana w Polsce książką duetu małżeńskiego Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Poprzednią były „Włosy mamy”poruszające trudny temat depresji. Ilustracje Svena Nyhusa znamy też z jego autorskiej książki „Tato !”.

Gro Dahle (tekst), Svein Nyhus (ilustracje) „Grzeczna”, przekł.: Helena Garczyńska, wyd.: EneDueRabe, Gdańsk 2011

Podwójna rola

Podwójna rola

Wpis z 27 czerwca 2007 roku :

Kiedy buszowałyśmy z Najstarszą z córek po jednej z londyńskich księgarni wpadła mi w ręce książka „The Twins at St. Clare’s” Enid Blython. Nazwisko autorki z niczym mi się nie kojarzyło (a jej imię na okładce odczytałam początkowo jako Guid 😉 ), ale tytuł – „Bliźniaczki od Św. Klary” brzmiał dziwnie znajomo. Nagle olśnienie – to przecież jest ta książka, w ekranizacji której chciały zagrać Ruby i Garet z „Podwójnej roli” !!! No, może chciały to za dużo powiedziane – chciała Ruby, a Garet jak zawsze jej się podporządkowała.

Jak to jest – być jednym z bliźniąt ? Jak to jest, kiedy przez całe życie towarzyszy Ci Twoja wierna kopia, Twoje lustrzane odbicie ? Czy być bliźniaczkami to tak, jakby się było jedną osobą, tylko dwa razy lepszą od innych ? A może jednak ma to swoje złe strony ? Na przykład: czasami chciałoby się mieć spokój w samotności. Nie musieć stale rozmawiać, wymyślać zabaw i słuchać sekretów. Po prostu być sobą. A nie częścią kogoś innego. Sobą.

Z zewnątrz wyglądają tak samo, ale w środku są jednak różne. Przez dziesięć lat Ruby i Garet tworzyły podwójną jedność – były samowystarczalne, miały własny język na własne potrzeby, a do osób trzecich mówiły jednym głosem. Teraz w ich życiu wiele się zmieniło – Tata po kilku latach wdowieństwa związał się z Rose. Potem stracił dotychczasową pracę w biurze i zdecydował się na wyjazd do małej miejscowości, aby tam prowadzić księgarnię – oczywiście z Rose, Ruby i Garet. Babcia (mama Mamy), która dotychczas mieszkała z nimi i opiekowała się dziewczynkami, przeniosła się do domu spokojnej starości.

Nagle okazało się, że wobec tych zmian dziewczynki przestały zachowywać się jednakowo. Garet z coraz większymi oporami zgadzała się na pomysły starszej o 20 minut Ruby, choć przecież tak było dotychczas zawsze. Czy będą potrafiły zachować tę specyficzną więź, jaka je łączy, jeśli każda z nich zacznie szukać swojej własnej drogi w życiu ?

„Podwójna rola” była chyba pierwszą z książek Jacqueline Wilson, jaka pojawiła się w naszym domu. Napisana jest w formie wspólnego pamiętnika – dwugłosu obu dziewczynek, a czarno- białe ilustracje Nicka Sharratta i Sue Heap robią wrażenie rysuneczków nabazgranych przez nie na marginesach. Czytałyśmy ją ze Środkową z córek najpierw w systemie trochę Ty, trochę ja – tzn. zaczęłam i przeczytałam jej pierwszy wpis Ruby, a ona (po cichu) to, co dopisała Garet i tak na zmianę 😉 Z czasem Garet zaczęła się rozpisywać coraz szerzej i Środkowa trochę się buntowała, ale perypetie obu dziewczynek wciągnęły ją. Teraz mogę powiedzieć, że była jedna z pierwszych książek przeczytanych przez nią z przyjemnością (choć tylko połowicznie 😉 ).

Jacqueline Wilson „Podwójna rola”, przekł.: Jolanta Kozak, ilustr.: Nick Sharratt, Sue Heap, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2002

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

… czyli portrety 11 ilustratorek i 13 ilustratorów, których twórczość składała się na Polską Szkołę Ilustracji.

Barbara Gawryluk rozmawiała z tymi z nich, którzy jeszcze żyją, oraz z najbliższymi tych, których już nie ma. Ich opowieściom towarzyszą okładki i ilustracje – i takie, które wszyscy pamiętamy i te czasem już zapomniane, wydobyte z zakamarków pracowni, czeluści szuflad, skrzyń, czasem tapczanów, a także z przepastnych magazynów Muzeum Książki Dziecięcej, BWA w Zamościu oraz paru innych niespodziewanych miejsc 🙂

W przedmowie autorka napisała: O pamięć chodzi w tej książce przede wszystkim. Chciałabym, żeby moja opowieść, czasem dziurawa, często niekompletna, bywa, że amatorska, miejscami bardzo osobista, wywołała u Czytelników dobre powroty do dzieciństwa spędzanego z książką. Kiedy byliśmy dziećmi, my, dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie, nie zauważaliśmy przecież nazwisk wypisanych na okładkach czy stronach tytułowych. Ale obrazy tych okładek mamy wdrukowane w pamięć, zatrzymujemy się, widząc je za szybą w witrynie antykwariatu, odnajdując na jakimś blogu poświęconym literaturze dla dzieci, uśmiechamy się, odkrywając wznowienia wierne dawnym wydaniom.

Bardzo trudno jest powiedzieć o „Ilustratorkach, ilustratorach” coś więcej niż to, że jest to książka wspaniała i wciągająca, bo od razu chce się napisać tyle, że znacznie przekroczyłoby to ramy zwykłej blogowej recenzji. Pierwszy raz przeczytałam ją od razu po premierze, niemal całą w jeden wieczór. Potem już na spokojnie przeglądałam ilustracje, odnajdując w nich całą masę rzeczy, o których dawno zapomniałam. Do kolejnej lektury przystąpiłam niedawno i wtedy zaznaczałam sobie w tekście wszystkie przypomnienia, zaskoczenia i odkrycia. Oto moja lista, ale zapewne każdy z czytelników tej książki ma własną 😉

Pierwsze przypomnienie – zaskoczenie dotyczyło tego, co znajdowało się na tylnej okładce (obwolucie) „Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”. Ta ukochana książka mojego dzieciństwa obwolutę straciła dość szybko i o ile domek z tytułową cukiernią, który był z przodu, pamiętałam bardzo dobrze, to kompletnie zapomniałam londyńskie widoczki z tyłu. Zapewne dlatego, że wtedy jeszcze te miejsca z niczym mi się nie kojarzyły.

Drugie, tym razem odkrycie związane było z „Emilem ze Smalandii”, bo tak mi się jakoś wydawało, że w książce, którą czytałam dawno temu, były ilustracje podobne do tych, które pamiętałam z „Dzieci z Bullerbyn”. Okazało się, że miałam rację i pierwsze polskie wydanie „Emila” było ilustrowane przez Hannę Czajkowską.

Kolejne odkrycie to Leonia Janecka – jedyne nazwisko w tej książce, które początkowo z niczym mi się nie kojarzyło, aż odkryłam, że to właśnie ona ilustrowała jedną z moich ukochanych książek – „Jadwigę i Jagienkę” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej.

Następne dotyczyło „Fizi Pończoszanki”, bo pod takim imieniem poznałam Pippi mniej więcej w tym samym czasie co Emila. Książkę pod tym tytułem pożyczałam z biblioteki, a potem już nigdy nie miałam jej w ręku. Ilustracje pamiętałam jak przez mgłę, ale zdecydowanie nie były one podobne do tych kanonicznych Ingrid Van Nyman, z którymi teraz Pippi jest wydawana. Z rozdziału poświęconego Janinie Krzemińskiej dowiedziałam się wreszcie, że ich autorem był jej długoletni partner Zbigniew Piotrowski.

W tym samym rozdziale przypomniałam sobie okładkę i ilustracje Janiny Krzemińskiej do „Naszej mamy czarodziejki” Joanny Papuzińskiej – tę mamę płynącą nad miasteczkiem na poduszce jak księżniczka na latającym dywanie, naprawdę czarodziejską.

Potem zobaczyłam zdjęcie Jerzego Srokowskiego i zrozumiałam, skąd jego postaci brały te charakterystyczne migdałowe, rozmarzone oczy…

Jeszcze potem odkryłam z zaskoczeniem, że autorem pamiętnej drzeworytowej okładki (oraz ilustracji) do „Klechd domowych” był Zbigniew Rychlicki, którego kojarzyłam przede wszystkim z Misiem Uszatkiem .

Ostatni rozdział poświęcony Bohdanowi Butence, który niestety (podobnie jak Zdzisław Witwicki) nie dożył premiery tej książki, czytałam kilka dni po wiadomości o jego śmierci. Co prawda jako dziecko nie lubiłam jego ilustracji, ale były one częścią mojego dzieciństwa, a z czasem doceniłam ich oryginalność i absolutną niepodrabialność. Kiedy byłam już dorosła, razem z moimi córkami odkryłam „Donga, co ma świecący nos” i zachwyciłam się tą książką, tak odmienną, której wygląd doskonale korespondował z absurdalnością treści – przede wszystkim dzięki czarnym kartkom z białymi literami.

Lektura „Ilustratorek, ilustratorów” uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam WSZYSTKIM bohaterom tej książki (a także tym, dla których w niej miejsca nie starczyło, a których twórczość także współtworzyła Polską Szkołę Ilustracji), bo dzięki różnorodności ich kresek szara rzeczywistość PRLu nabierała barw, a ja nauczyłam się, jak różnie można widzieć świat.

Wiedzieliśmy, że dla dziecka wszystko musi być najlepsze. To jest jego pierwsza galeria sztuki – powiedziała pani Krystyna Michałowska. W tej galerii sztuki i ja się wychowałam – dziękuję za nią bardzo !!!

Barbara Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów”, projekt książki: Anna Pol, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Ilustratorki: Maria Orłowska – Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik

Ilustratorzy: Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko

Miś Uszatek

Miś Uszatek

Wpis z 19 stycznia 2007 roku:

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci.
Dzieci lubią misie – misie lubią dzieci.

To wcale nie było tak dawno, choć niektórym trudno w to uwierzyć. Telewizja miała wtedy tylko jeden program i wszystkie dzieci, jak Polska długa i szeroka, zasiadały przed telewizorami o tej samej porze. Dobranocki wówczas wyświetlane były naszym „przeżyciem pokoleniowym”, a miś Uszatek postacią kultową (cokolwiek by to słowo miało znaczyć 😉 ) dla wielu, dziś już dorosłych roczników.

Mimo, że książki o jego przygodach ukazywały się wówczas w setkach tysięcy egzemplarzy, większości z nas Uszatek kojarzy się przede wszystkim ze swoja wersją telewizyjną i miłym głosem Mieczysława Czechowicza. Dobranockowy świat Uszatka różni się od książkowego i jest trochę dziwny – nie ma w nim ludzi, a Miś i inne zwierzątka mieszkają sami, każdy w swoim domku, mimo że chodzą do przedszkola. Któraś z moich córek zapytała, oglądając ten film – To on jest mały czy dorosły, bo nie rozumiem ? 😉

Uszatek z książek jest misiem przypisanym do dzieci. Najpierw, po ucieczce ze sklepu z zabawkami spotkał Zosię i Jacka i zamieszkał z nimi. Kiedy oni poszli do szkoły, przeniósł się do pokoju ich młodszej siostrzyczki Ani. Później razem z nią powędrował do przedszkola i już tam został.

Książki o jego przygodach pojawiły się w naszym domu jeszcze przed trzecimi urodzinami Najstarszej z córek. Uszatek zdetronizował Borysa i panował niepodzielnie, póki nie nastała era  Pafnucego. Potem było tak jeszcze dwa razy, bo córki Środkowa i Najmłodsza też polubiły te misie. Przygody Uszatka są zrozumiałe dla maluchów – dzieją się w domu i na podwórku, na łące i w lesie. Oprócz misia występują w nich piesek, kogucik, bocian, zajączek, zabawki i dzieci. Historyjki są niezbyt długie i opowiedziane nieskomplikowanym, ale pięknym językiem. Początkowo trochę drażniły mnie w tych książkach krótkie zdania i maniera autora, polegająca na zaczynaniu ich od orzeczenia (Wyszedł Miś na drogę. Patrzy. Drogą idzie Kogucik), ale szybko się przyzwyczaiłam.

Nasza Księgarnia wydała niedawno wszystkie części przygód Uszatka z kanonicznymi ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego, na których wychowało się kilka pokoleń czytelników. Dla mnie tworzą one nierozdzielną całość z tekstem Czesława Janczarskiego, podobnie jak ilustracje Sheparda z historyjkami A.A. Millne’go. Pierwsza część Uszatka, którą kupiłam dla Najstarszej z córek była zilustrowana przez Małgorzatę Śliwińską – ładnie, nie powiem, ale to nie było TO. W następnych częściach z radością znalazłam obrazki, które pamiętałam z własnego dzieciństwa.

Przeglądałam ostatnio w księgarni ten starannie wydany tom i trochę mi się smutno zrobiło, że moje córki już są za duże na Uszatka. Może kupię dla wnuków ? Ani się obejrzę i będzie jak znalazł 😉

Czesław Janczarski „Miś Uszatek”, ilustr.: Zbigniew Rychlicki, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2006