Zaczarowane baletki

Zaczarowane baletki

„Zaczarowane baletki” właśnie pojawiły się w księgarniach, ale pisałam o tej książce już 22 września 2008 roku 😉

Znacie film „Masz wiadomość” ?

Jest w nim scena, która zawsze kojarzy mi się z tą książką. Kathleen Kelly (grana przez Meg Ryan) właścicielka małej księgarni z książkami dla dzieci, którą odziedziczyła po matce, wie już, że przegrała konkurencję z siecią książkowych supermarketów i że będzie musiała zamknąć swój „Shop Around The Corner”. Idzie do megaksięgarni „Fox Books” i siada sobie w dziale dziecięcym. Jest tam świadkiem rozmowy sprzedawcy z klientką, która pyta go o książki o butach – słyszała o nich od znajomej. Sprzedawca nie wie, o czym mowa i kto napisał te książki. Wtedy do rozmowy włącza się Kathleen Kelly i mówi: Noel Streatfield. Napisał  „Buty baletowe”, i „Buty do łyżew” i „Teatralne buty”, i „Tańczące buty” … Ja najbardziej lubię „Buty baletowe” i „Buty do łyżew”, ale… (tu następuje pełne wyrazu chlipnięcie)... nakład jest już wyczerpany. Sprzedawca na to: Streatfield ? Może Pani przeliterować ?, a przysłuchujący się temu ukradkiem Joe Fox (czyli Tom Hanks) niemal wali z rozpaczą głową w balustradę, bo to trochę tak, jakby w polskiej księgarni sprzedawca spytał przez jakie „u” pisze się Tuwim 😉

Bardzo lubię ten film, ale minęło trochę czasu zanim skojarzyłam, że owa rozmowa dotyczy jednej z ulubionych od lat książek Najstarszej z moich córek. Przy okazji wyszła też na jaw niedoróbka tłumacza dialogów w filmie, bo Mary Noel Streatfield zdecydowanie była kobietą 😉 „Zaczarowane baletki” to w oryginale „Ballet shoes” czyli przywoływane tam buty baletowe. Oprócz książek wymienianych w filmie, napisała jeszcze„Tennis…”, „Circus…”, „Movie…”, „Family..”, „New..” i „Travelling Shoes” oraz wiele innych książek, już bez butów w tytule 😉 W tej samej serii, co „Zaczarowane baletki”ukazała się jeszcze jej „Złota jabłoń”, ale nie spodobała się już tam tak bardzo.

Siostry Fosyl mieszkały na samym końcu ulicy Cromwella, wciąż jednak dostatecznie blisko muzeum Wiktorii I Alberta, by w deszczowe dni móc tam oglądać domki lalek. W dni pogodne zabierano je tam, aby „oszczędzić parę groszy… – Najstarsza przypomniała to sobie, kiedy  byłyśmy w tym muzeum w zeszłym roku, ale nie udało nam się ich znaleźć (domków, nie dziewczynek 😉 ) .

Paulinka, Pietrowna i Pusia tak naprawdę nie były siostrami, mimo że wszystkie nosiły nazwisko Fosyl – nazwisko, którego nie zawdzięczały dziadkom i które było tylko ich. Wszystkie trzy zostały przywiezione do Londynu przez pewnego kolekcjonera skamielin jako swego rodzaju znaleziska z podróży. Ów pan, zwany przez dziewczynki Dziamem, adoptował je, a nastepnie zostawił pod opieką swojej stryjecznej wnuczki i wyruszył w długą podróż po świecie. Iście po męsku – jak by niewątpliwie powiedziała panna Kornelia Bryant 😉

„Zaczarowane baletki” to książka, która ma wiele wspólnego z drugą ukochaną książką Najstarszej – Cukiernią pod Pierożkiem z Wiśniami”. W obu jest Londyn w okresie międzywojennym, w obu są dziewczynki bez rodziców pozostające pod opieką życzliwych dorosłych i w obu te dziewczynki występują w teatrze. W obu też pojawia się Zarząd Miejski Londynu, który wydaje dzieciom zezwolenia na pracę w teatrze. W pewnym stopniu tym właśnie lekturom zawdzięczamy zainteresowanie Najstarszej teatrem i tańcem.

W „Cukierni” jej bohaterka (i imienniczka Najstarszej) dowiaduje się ze zdziwieniem od Zofii, że istnieją specjalne szkoły, w których dzieci uczą się grać. (…) Ania nigdy o takich szkołach nie słyszała, a do niedawna nie przyszłoby jej nawet do głowy, ze dzieci mogą grać w czymś innym niż przedstawienia szkolne urządzane dla rodziców. Siostry Fosyl trafiły do takiej szkoły – Dziecięcej Akademii Tańca i Sztuki Aktorskiej przez przypadek, dzięki nauczycielce z tej szkoły, która wynajmowała u nich pokój. Był to zdecydowanie szczęśliwy przypadek, który pomógł im zarobić na swoje utrzymanie, kiedy pieniądze pozostawione przez Dziama zaczęły się kończyć. Potem jednak okazało się, że tylko dla jednej z nich taniec stanie się życiem, pozostałe znajdą sobie inne drogi…

Widząc mnie ostatnio z tą książką w ręku Najstarsza powiedziała: Za każdym razem, kiedy ją czytam widzę wyraźniej, jak kiepsko jest przetłumaczona, ale mimo wszystko ciągle ją lubię. Rzeczywiście – tłumaczenie miejscami kuleje, bywa nieco chropowate. Są to jednak drobiazgi, pomimo których książka ma nadal wiele uroku. Zrozumieć natomiast nie mogę, dlaczego tytułowe baletki miały być zdaniem tłumaczki zaczarowane ???

Noel Streatfield „Zaczarowane baletki”, przekł.: Ewa Fiszer, wyd.: Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2003

„Zaczarowane baletki” ukazały się właśnie wznowione przez Wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji”. Trochę zdziwiłam się, że w tym wydaniu zachowany został przekład Ewy Fiszer z jego wszystkimi jego chropowatościami oraz tym, że Piotruś Królik z książki Beatrix Potter jest tam Piotrem Króliczkiem, ale mimo to książka nadal ma swój urok 😉

Urocze są również oryginalne ilustracje Ruth Gervis – proste i syntetyczne, utrzymane w duchu Art Deco, a z dzisiejszej perspektywy: staroświeckie jak opowiadana w tej książce historia. Ich autorka była siostrą Noel Streatfield, ale wydawca podobno nie wiedział o tym, kiedy proponował jej pracę nad książką debiutantki. Ilustrowała także m.in. książki Enid Blython, ale to „Ballet Shoes” pozostają do dziś najbardziej znane.

Noel Streatfield „Zaczarowane baletki”, przekł.: Ewa Fiszer, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Nie, to nie jest tytuł książki…

To wpis z 24 lipca 2011 roku, który przypominam, bo wczoraj dowiedzieliśmy się o śmierci Andrzeja Polkowskiego – wybitnego tłumacza, któremu polscy czytelnicy zawdzięczają przede wszystkim, ale przecież nie wyłącznie „Opowieści z Narnii” i świat Harrego Pottera . 8 lat temu tak pisałam o mojej córce i książkach, które dzięki Niemu kształtowały jej świat:

Pojutrze czyli 26 lipca Najstarsza z moich córek obchodzi imieniny. Będzie to równocześnie taki mały jubileusz – oto kończy się w jej życiu dekada z Harrym Potterem 😉

10 lat temu bardzo martwiłam się tym, że moja (wówczas ośmioletnia) pierworodna ma problemy z czytaniem. Podsuwałam jej różne, w moim przekonaniu interesujące książki, ale nic jakoś nie było w stanie zainteresować jej na tyle, żeby chciała przeczytać samodzielnie. Na imieniny kupiłam jej pierwszy tom Harrego Pottera, o którym wiedziałam tylko, że dzieci czytają to chętnie i że za dwa miesiące zapowiadana jest premiera tomu czwartego. To było to !!! Sukces przerósł moje najśmielsze oczekiwania 😉 Przez dwa miesiące moja nieczytająca dotąd córka pochłonęła wszystkie trzy tomy i czekała niecierpliwie na czwarty. I tak się zaczęło…

Czekanie na kolejne tomy, które pan z zaprzyjaźnionej księgarni dawał jej spod lady (i na kredyt 😉 ) jeszcze przed oficjalną premierą. Ostatni tom przeczytała po angielsku, zanim ukazało się polskie wydanie.

Czekanie na kolejne filmy. Nocne premiery i emocje z tym związane. Pamiętam, jak wybierała się do kina w różowej bluzie, podobnej to noszonej przez Hermionę w tej części, i z fryzurą na Hermionę uzyskaną przez zaplecenie na mokro wielu warkoczyków (jak myślicie, kto je zaplatał ? 😉 ). Na jednym z bali karnawałowych w szkole przebrała się za Cho Chang – Szukającą Krukonów (na tym etapie chyba jeszcze nie było wiadomo, jak znaczącą postacią będzie ona w kolejnych tomach). Herb Ravenclaw, który Najstarsza zrobiła sama do tego przebrania, był chyba najstaranniejszą pracą plastyczną, jaką wykonała na potrzeby szkoły 😉

No i oczywiście – w dniu 11 urodzin czekała z nadzieją na list z Hogwartu 🙂

Miała potem jeszcze kilka fascynacji książkowych – największa była chyba ta związana z Tolkienem, ale żadna nie była tak silna. Żadna również nie była dzielona z taką ilością rówieśników. Harry Potter jest ich globalnym przeżyciem pokoleniowym. Kiedy z Kanady przyjechała do nas kuzynka, jej rówieśniczka, bez problemu znalazły wspólny temat.

Kilka dni temu poszła do kina na ostatnią część filmu. Po powrocie powiedziała: „Wiesz Mamo, to jest prawdziwy koniec mojego dzieciństwa. Bardziej niż 18 urodziny.”

P.S. Córki Środkowa i Najmłodsza oczywiście także czytały i oglądały wszystko, co się z tym cyklem wiąże, ale tylko Najstarsza naprawdę dorastała z Harrym.

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Wpis z 11 stycznia 2015 roku:

Co można robić w słoneczny ranek ? // Gonić gołębie ? Jeść obwarzanek ? // Oglądać różne śmieszne pomniki // czy u kwiaciarki kupić goździki ?

Mam nieuleczalny sentyment do Krakowa i krakowskich książek. Wziął się on po części z tego, że jako dziecko uwielbiałam „Abecadło krakowskie” Wandy Chotomskiej. Nie była to moja pierwsza książka, ale jest pierwszą, którą pamiętam. Znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Dzięki niej nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Każdej literze przypisane było jakieś ważne miejsce w Krakowie, a wyznaczały one trasę wędrówki słoneczka po tym mieście. Do dziś pamiętam, co było tam po kolei – od Akademii Sztuk Pięknych do Dzwonu Zygmunta. I pamiętam też kończące go słowa (można w nich poczuć ducha lat, w których powstał 😉 ) : Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy już tam pojechałam i zobaczyłam to wszystko na własne oczy… w pierwszej chwili rozczarowałam się srodze 😦 Kraków wczesnych lat siedemdziesiątych w realu nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę. Ale czar Krakowa, mimo że wtedy głęboko ukryty, jednak zwyciężył. I sentyment pozostał – staram się wracać do Krakowa, choćby tylko po to, żeby trochę posiedzieć na Rynku albo pogapić się na witraże w kościele franciszkanów. A że mimo wszystko jestem niepoprawną warszawianką, do naszych rodzinnych rytuałów należy śniadanie w kawiarni Wedla. Wiem, wiem – teraz moi krakowscy czytelnicy wznoszą oczy do nieba, ale to stało się przypadkiem – po prostu to był kawiarniany ogródek położony najbliżej stoiska z ziarnem dla ptaków (bo wtedy jeszcze takie na rynku było) i mogłam jeść nie spuszczając z oczu moich córek karmiących gołębie.

Czy „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” ma szansę stać się dla swoich czytelników podobnie mocnym doświadczeniem jak dla mnie „Abecadło” ? Nie wiem, ale na pewno znalazło się tam miejsce dla wszystkich tych rzeczy, które czynią krakowski rynek jednym i niepowtarzalnym. Jest Kościół Mariacki i pomnik Adama Mickiewicza, wieża ratuszowa i kościółek św. Wojciecha, są kwiaciarki i malarze, dorożki i gołębie, obwarzanki i Lajkonik… A wszyscy tam są rumiani jak jabłuszka – jak to zwykle na ilustracjach Iwony Całej 🙂

„Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” to książka, która znakomicie nadaje się nie tylko na pamiątkę z wycieczki do Krakowa. Może być również świetnym przygotowaniem do takiej wycieczki (nawet jeśli na razie pozostaje ona w mglistych planach). A dla małych krakowiaków to po prostu lektura obowiązkowa !!!

I oto księżyc wzeszedł nad rynkiem // jak obwarzanek z makiem lub kminkiem. // Śpią już gołębie i śpią pomniki, // i śpią dorożki, chrapią koniki…

Michał Rusinek „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2014

oraz Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: RUCH 1964

Latający detektyw

Latający detektyw

i kolejne części cyklu o Ture Sventonie i jego latającym dywanie 🙂

Wpis z 3 listopada 2012 roku:

Jakieś dziesięć lat temu, na campingu w Dueodde na Bornholmie, zaczęłam przeglądać książki stojące na półce w jadalni. Taki nie dający się powstrzymać odruch – mimo że wszystkie były w języku, którego nie rozumiem 😉 W pierwszej, do której zajrzałam, zauważyłam znajome nazwisko – Ture Sventon. Spojrzałam na kartę tytułową – zgadza się: autor Ake Holmberg, ale, zabijcie mnie, nie wiem, którą z książek o tym detektywie tam znalazłam. Jednak poczułam się tak, jakbym gdzieś w tłumie na plaży zobaczyła znajomego z bardzo dawnych lat…

Detektyw Ture Sventon należy do grona ulubionych bohaterów literackich mojego dzieciństwa. Pierwszą książką z jego przygodami, jaka wpadła mi w ręce, była druga część cyklu czyli „Detektyw na pustyni”. Pamiętam, że dokładnie wyobraziłam sobie zapach wielbłąda, którym pachniał jego latający dywan, Doskonale wiedziałam też, jak wyglądało metalowe pudełko, w którym zabierał w podróż swoje ulubione ptysie, bo przecież było takie samo jak to, w które moja Mama pakowała jedzenie, kiedy wyjeżdżaliśmy pod namiot. I te ptysie… na jakiś czas stały się moimi ulubionymi ciastkami. Po wielu latach dowiedziałam się, że w oryginale wcale nie chodziło o ptysie, tylko o bułeczki cynamonowe, bardzo popularne w Szwecji, za to w Polsce w chwili ukazywania się przekładu właściwie nieznane, a dodatku ich polska nazwa nie pozwalała na zademonstrowanie jednej z charakterystycznych cech bohatera. Przecież naprawdę nazywał się on Sture Svensson, ale wada wymowy nie pozwalała mu przedstawiać się należycie. A ptysie w jego ustach stawały się psysiami i ja też czasem je tak nazywam.

„Latającego detektywa” przeczytałam później. W szwedzkich okolicznościach przyrody znany mi już detektyw nie miał niestety takiego uroku – zabrakło pustynnej egzotyki. Dlatego zdecydowanie zachęcam do czytania tego w odpowiedniej kolejności. Wtedy w pierwszym tomie poznamy Turego, dowiemy się, kim jest i skąd ma ten niezwykły dywan, aby w drugim towarzyszyć mu jak dobremu znajomemu w egzotycznej podróży. Ponieważ we wszystkich tomach w rozwiązywaniu zagadki pomagają mu dzieci, młodym czytelnikom łatwiej jest odnaleźć na kartach książki swoje alter ego.

Kiedy moje córki dorosły do znajomości z Latającym Detektywem kupiłam im nowe wydanie, bo moje stare książki powędrowały gdzieś w świat. Niestety – bez ilustracji Anny Kołakowskiej, które pamiętałam, ten dywan nie pachniał mi już tak, jak wcześniej 😉 Dlatego z radością przyjęłam fakt wznowienia tych książek przez wydawnictwo „Dwie Siostry” w ich kanonicznej wersji.

A teraz w zapowiedziach pojawił się również „Ture Sventon w Sztokholmie” czyli trzeci tom, który ominął nas wszystkie. Szkoda, że dopiero teraz, bo moje córki już z tych książek wyrosły, a miałabym znakomity prezent mikołajkowy…

Ake Holmberg „Latający detektyw” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2011

Ake Holmberg „Detektyw na pustyni” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

Ake Holmberg „Ture Sventon w Sztokholmie” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

P.S. Kolejne tomy cyklu czyli „Ture Sventon w Londynie” i „Ture Sventon w Paryżu” niepublikowane wcześniej w Polsce ukazały się w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” z oryginalnymi ilustracjami Svena Hemmela.

Dawniej czyli drzewiej

Dawniej czyli drzewiej

Wpis z 25 października 2015 roku:

Przez wieki, które dzielą Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj od Elo ziom, posłuchaj mej nawijki język polski rozwijał się i zmieniał. Słowa pojawiały się w nim, często zapożyczane z innych języków (łaciny, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidisz czy ostatnio z angielskiego), czasem zmieniały znaczenie, a czasem odchodziły w zapomnienie.

Małgorzata Strzałkowska wybrała kilkadziesiąt z nich i stworzyła oryginalny dykcjonarz czyli leksykon słów i zwrotów czasem już zapomnianych, a czasem używanych kompletnie bez świadomości ich pierwotnego znaczenia czy pochodzenia.

Praszczur na początku, a na koniec szczątek !

Co robili Szwedzi w kaszy, a Hiszpanka na twarzy ? Kim byli jętrew , świekier i wnęka ? Jakie szaraczki siedziały na szarym końcu ?

„Dawniej czyli drzewiej” to książka pełna anegdot i ciekawostek historycznych, których próżno by szukać w szkolnych podręcznikach historii. Fascynująco zilustrował ją Adam Pękalski, który nie tylko narysował obrazki wyjaśniające słowa i pojęcia, bawiąc się przy tym stylistyką różnych epok, ale także opracował ją graficznie.

W pierwszym odruchu chciałam napisać, że stworzył tzw. layout. To kolejne zapożyczenie, ale nie mieliśmy chyba wcześniej słowa, które zawierałoby w sobie i rozplanowanie tekstu i obrazu, i krój użytej czcionki, i kolorystykę, i wszystko inne, co składa się na wygląd strony. Layout oznacza jednak pewien szablon, więc nie do końca tutaj pasuje, bo w tej książce każda strona wygląda inaczej. Przy pierwszym, pobieżnym jej przejrzeniu może to zrobić wrażenie nieco bałaganiarskie, ale kiedy zaczniemy czytać okaże się, że wygląd kolejnych stron doskonale koresponduje z ich treścią, a czytając, przekładamy kartki z ogromną ciekawością – co też nas czeka po drugiej stronie ?

Co za szok – w sieci jest milion ok !

Autorka nie ogranicza się tylko do zapoznania czytelników ze słowami, które odeszły już do lamusa – zmusza ich także do zastanowienie się, jak oni sami używają ojczystego języka. Uświadamia to choćby strona, pokazująca ile obrazowych określeń bywa zastępowanych przez jedno słowo – wytrych: fajny.

Ja sama dowiedziałam się z tego dykcjonarza, że w dawnej polszczyźnie istniała (oprócz liczby mnogiej) także liczba podwójna, której pozostałością są dwie formy odmiany takich słów jako oko czy ucho.

Człowiek uczy się całe życie, pod warunkiem jednak, że chce i ma do dyspozycji takie fantastyczne, ciekawe, nietuzinkowe, arcyciekawe i urokliwe (czyli po prostu fajne 😉 ) książki 🙂

Małgorzata Strzałkowska „Dawniej czyli drzewiej”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Edit —>>> „Dawniej czyli drzewiej” doczekało się kontynuacji pod tytułem „Harcuj z nami ze słowami”, o której możecie przeczytać —>>> tutaj

Dzielna Kajsa

Dzielna Kajsa

Wpis z 30 września 2012 roku:

Skandynawskie skrzywienie w naszej rodzinie zdecydowanie jest dziedziczne. Korzystając z przywileju maturzystów, jakim są wakacje we wrześniu (jeszcze nieobciążone myśleniem o sesji poprawkowej 😉 ) w zeszłym tygodniu Najstarsza z moich córek spędziła kilka dni w Sztokholmie. Bardzo dużo zwiedzała i nie byłaby moją córką, gdyby przy tej okazji nie odwiedziła także Junibacken czyli Czerwcowego Wzgórza – jedynej w swoim rodzaju księgarni połączonej z muzeum literatury dziecięcej i miejscem zabaw. Mimo dość (jak na ten rodzaj literatury oczywiście ) zaawansowanego wieku, wróciła zachwycona. Jej Towarzysz Podróży – nieco mniej, ale cóż – podobno przeczytał tylko dwie czy trzy książki Astrid Lindgren, więc trudno się dziwić, że nie poczuł atmosfery.

Przywiozła mi stamtąd taką książkę:

– przewodnik po podróży pociągiem przez świat książek Astrid Lindgren od Czerwcowego Wzgórza do Nangilimy. Dziękuję córeczko !!!

Młodsze siostry obdarowane zostały pasiastymi, biało – czerwonymi lizakami. Ten prezent przypomniał mi, że w Vimmerby, w Świecie Astrid Lindgren również sprzedawano takie dwukolorowe, pasiaste cukierki, ale my wtedy nie wiedzieliśmy – dlaczego ? Nie mogliśmy wiedzieć, bo nie znaliśmy jeszcze historii dzielnej Kajsy, która właśnie takie cukierki sprzedawała na bożonarodzeniowym jarmarku. Książka, zawierająca to opowiadanie ukazała się w Polsce już po naszym powrocie. W dodatku – w angielskim przewodniku po Świecie Astrid Lindgren ta postać nazywała się Brenda Brave, co trochę utrudniło mi skojarzenie.

Kiedy tuż przed Bożym Narodzeniem Babcia Kajsy złamała nogę, wydawało się, że nie będzie żadnych Świąt. Tymczasem dzielna Kajsa nie tylko poradziła sobie z domowymi porządkami, ale także zdołała sprzedać na jarmarku wszystkie świąteczne cukierki, które Babcia przygotowała…

Oprócz „Dzielnej Kajsy” w książce pod tym tytułem znajduje się jeszcze osiem opowiadań – bohaterami wszystkich są dzieci żyjące w czasach dzieciństwa autorki, a nawet wczesniej. Wydaje mi się, że bohater historii „Trochę o Samelauguście” nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak ojciec autorki. Ten zbiór to kolejna, wydana przez Naszą Księgarnię, książka Astrid Lindgren, która zaliczam do kontrowersyjnych, ponieważ radykalnie rozmija się ze swoim (że się tak nowocześnie wyrażę ) targetem. Wbrew temu, co napisane jest na okładce, większość opowiadań adresowanych jest do dzieci zdecydowanie młodszych niż sześcioletnie.

Z jednej strony – takie maluchy mogą mieć trudność ze zrozumieniem wielu spośród opisywanych tam realiów życia na szwedzkiej wsi sto lat temu. Z drugiej – potrzebują zupełnie innej proporcji ilustracji do tekstu niż to ma miejsce tutaj. I najlepiej by było, żeby te ilustracje były kolorowe….

Dlatego bardzo żałuję, że historia Kajsy nie ukazała się jako oddzielna książeczka z ilustracjami Ilon Wikland – o taka

ale może „Zakamarki” nadrobią ten brak ? To taka ciepła i optymistyczna historia w świątecznym nastroju. Aż chciałoby się ją znaleźć pod choinką…

P. S. Warto wspomnieć, że jedno z opowiadań – „Marit” dotyka problemu śmierci – nie tak baśniowo jak „Bracia Lwie Serce”, i nie tak rozdzierająco smutno jak w „Południowej łące” – ale lepiej o tym wiedzieć, zanim się zacznie to czytać z dziećmi.

Astrid Lindgren „Dzielna Kajsa”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ingrid Vang Nyman, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Zła dziewczyna

Zła dziewczyna

Kolejna książka Beaty Ostrowickiej, którą pierwotnie wydało Ossolineum w serii „Nasza biblioteka”, a niedawno wznowiło ją Wydawnictwo Literatura.

Wpis z 21 stycznia 2008 roku:

Marcyśka ma osiemnaście lat i bardzo dobrze wie, czego chce. Chce studiować. Chce wyrwać się z rodzinnej wsi, od ojca alkoholika, mamy i dwójki rodzeństwa. Nie chce żyć tak, jak jej rówieśnice tam.

Dostała swoją szansę – uczy się w liceum w Krakowie i mieszka u ciotki w zamian za opiekę nad nią. Nie jest łatwo, ale zaciska zęby i odlicza dni do matury. Kiedy ciotka umiera, wszystko się komplikuje. Kiedy w dodatku okazuje się, że zapisała jej swoje mieszkanie, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ojciec chce je sprzedać i założyć sklep na wsi, ale Marcyśka wie, że wtedy może pożegnać się z marzeniami o studiach. Jest już jednak pełnoletnia i mieszkanie należy do niej. Decyzja o tym, by się na jego sprzedaż nie zgodzić – również.

Czy Marcyśka miała prawo tak postąpić ? Co jest ważniejsze – jej plany i marzenia czy poprawa bytu reszty rodziny (iluzoryczna – jeśli pamiętać o pociągu ojca do kieliszka) ? Czy naprawdę jest złą dziewczyną ? Gdzie jest granica miedzy asertywnością a egoizmem ?

Ta książka, podobnie jak  ”Świat do góry nogami” tej samej autorki stawia pytanie o istotę więzi rodzinnych. Marcyśka ma poczucie, że jest w rodzinie tą gorszą córką – obarczaną większymi obowiązkami, za to mniej dopieszczaną (i w sensie uczuciowym, i materialnym). Ojciec alkoholik i bezwolna, współuzależniona Mama to jedno. Oni są dorośli i w pewnym sensie żyją tak na własne życzenie. Jakie są jednak jej zobowiązania wobec rodzeństwa ? Czy w ogóle ma wobec nich jakieś obowiązki – wynikające tylko z tego, że urodzili się tym samym rodzicom ?

Czytając tę książkę zaczęłam myśleć o jej bohaterce z macierzyńską troską. Niby jest już formalnie dorosła, ale… czy zdoła udźwignąć ciężar tej samodzielności ? Czy wyzwolona z gorsetu ograniczeń, jakie narzucała jej opieka nad Ciotką, będzie potrafiła narzucić sobie dyscyplinę niezbędną, żeby zdać maturę i zrealizować marzenia o studiach ? Czy, pozbawiona w domu rodzinnym takich wzorców, będzie potrafiła pokochać i stworzyć dobry związek ?

Zostawiamy ją w takim momencie, że wszystko się może zdarzyć. Trzymam za nią kciuki – nich jej się uda. Życzę jej tego z całego serca.

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Ossolineum, Wrocław 2005

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Literatura, Łódź 2014

Złodziej pioruna

Złodziej pioruna

i kolejne tomy serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” czyli początek mitologicznego świra Najmłodszej z córek, który trwał dobrych kilka lat – wpis z 11 grudnia 2011 roku.

Kiedy Najstarsza i Środkowa z moich córek kończyły 11 lat, po cichu pielęgnowały w sobie nadzieję na odwiedziny sowy z listem z Hogwartu. Najmłodsza z nich, która w lata nastoletnie weszła z początkiem tego roku, nie była już zainteresowana taką ścieżką kariery. Za to bardzo ucieszyłaby ją wiadomość, że nie jest dzieckiem jednego ze swoich rodziców. Byłaby najszczęśliwsza w świecie, gdyby okazało się, że któreś z nas zgrzeszyło na boku… ale oczywiście nie z byle kim – wyłącznie z bogiem olimpijskim. Moja córka marzy o tym, by być herosem…

… a wszystko to za sprawą cyklu książek Ricka Riordana „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”.

Dowiedziałam się o tej serii od mojej mieszkającej w USA przyjaciółki, a jej syn był pierwszym znanym mi maniakiem tej serii. Kiedy opowiedziała mi o książkach, które dzieją się współcześnie w Ameryce, ale ich bohaterami są bogowie olimpijscy i herosi, i jeszcze, że Olimp mieści się na szczycie Empire State Building, byłam mocno sceptyczna i nie planowałam kupowania ich Najmłodszej. O tym, jak bardzo tego nie planowałam niech świadczy fakt, że kiedy przypadkiem trafiłyśmy na ekranizację „Złodzieja pioruna” pozwoliłam jej go obejrzeć, mimo że moją twardą zasadą było zawsze: najpierw książka, a potem film.

Córka film obejrzała i poprosiła o książkę. Przeczytała i poprosiła o kolejny tom. A potem o następny, i jeszcze następny i wreszcie ostatni. Po Riordanie zaczęła czytać „Mitologię” Parandowskiego i rozmaite publikacje o mitologii. Potem były jeszcze audiobooki „Opowieści z zaczarowanego lasu” i pierwsze tomy kolejnych olimpijskich cykli Riordana (i niecierpliwe oczekiwanie na następne ich części) – tak w największym skrócie prezentuje się mitologiczny świr mojego najmłodszego dziecka 😉

Obserwowałam jak ją zasysało, a potem jak wciągało inne znajome dzieci i chcąc nie chcąc musiałam zainteresować się – co też takiego siedzi w tych książkach ??? Przełamałam sceptycyzm i zabrałam się za lekturę. Czytało się znakomicie, wciągnęło mnie od pierwszej strony. W dodatku okazało się, że ci bogowie olimpijscy w Ameryce mają swoje uzasadnienie, gdyż (jak tłumaczył to Percy’emu jego nauczyciel Chejron) bogowie przemieszczają się za sercem Zachodu czyli za tym, co nazywamy zachodnią cywilizacją. Poza tym (co uświadomiła mi tłumaczka tych książek w tym filmiku) bogowie byli dla starożytnych Greków postaciami żywymi, w mitach pojawiały się wciąż nowe wątki i nowe spojrzenie na poszczególnych bogów. A więc – wbrew moim obawom – to, co zrobił z nimi Rick Riordan jest jak najbardziej zgodne z duchem tamtej tradycji.

Od strony historycznej czy też filologicznej nie można się do tych książek przyczepić i to jest miód na moje skrzywienie historyczne, bo niewiele jest rzeczy, które tak mnie denerwują w filmach i książkach jak lekceważący stosunek do faktów historycznych.

Niezależnie od całego kontekstu naukowego są to po prostu dobrze napisane powieści przygodowe, a od mnogości dostępnych obecnie książek fantastycznych odróżnia je tylko to, że opisywany tam świat nie powstał li i jedynie w wyobraźni autora. Było to sporym wyzwaniem dla tłumaczki i wydawnictwa, ale poradzili sobie z tym znakomicie.

Wiecie co, wcale nie chciałem być półkrwi. Nie prosiłem się o to, żeby być synem greckiego boga. Byłem zwyczajnym dzieckiem: chodziłem do szkoły, grałem w koszykówkę i jeździłem na rowerze. Nic szczególnego. Dopóki przez przypadek nie wyparowałem nauczycielki matmy. Wtedy się zaczęło. Teraz zajmuję się walką na miecze, pokonywaniem potworów, w czym pomagają mi przyjaciele, a poza tym staram się po prostu… przeżyć. Zrozumiecie to, jak przeczytacie opowieść o wszystkim, co stało się po tym, jak Zeus, bóg niebios, uznał, że ukradłem mu piorun – a rozgniewany Zeus to naprawdę spory problem !

Percy Jackson jest postacią, z którą łatwo jest się utożsamić. O tym, że jest herosem, dowiedział się dopiero kiedy miał dwanaście lat. Wcześniej nie podejrzewał nawet, że mógłby być kimś niezwykłym – uważał się za zwykłego chłopca z problemami, bo miał dysleksję i ADHD. Najmłodsza ma prawie 12 lat, problemy wynikające z dysleksji i pewną nadpobudliwość ruchową – nie dziwi więc fakt, że poczuła z nim sporą więź duchową 😉 Od Percy’ego odróżnia ją tylko to, że bardzo dobrze zna swojego Tatę. Choć zapewne wolałaby, żeby nie był takim normalnym śmiertelnikiem… 😉

P.S. To jest taki cykl książkowy, w którym trzeba czytać tomy w kolejności nadanej im przez Autora, nie da się inaczej, bo wynikają z siebie.

Rick Riordan „Złodziej pioruna” (seria „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”, t. 1), przekł.: Agnieszka Fulińska, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2009

Ucieczka Pippi

Ucieczka Pippi

Wpis z 30 marca 2010 roku:

Książka zadedykowana Inger Nillsson, Marii Persson i Perowi Sundbergowi oraz tym wszystkim dzieciom, dla których wspomniana trójka na zawsze pozostanie Pippi, Anniką i Tommym.

To dla mnie ta dedykacja !!! To ja jestem tym dzieckiem, dla którego Pippi od zawsze miała buzię Inger Nillsson (i mówiła głosem Ewy Złotowskiej), bo naszym pierwszym spotkaniem był serial telewizyjny. Pozostała dwójka też zrosła się w mojej wyobraźni z postaciami Anniki i Tommy’ego. Dopiero potem odnalazłam w bibliotece książkę z ilustracjami Ingrid Vang Nyman, w której z resztą Pippi była Fizią. Pożyczałam ją z tej biblioteki w kółko na okrągło 😉

Ach co to był za serial !!! Wyświetlano go chyba w niedziele rano, po Teleranku, bo jakoś kojarzę go z piękną słoneczną pogodą za oknem i pamiętam, ze oglądaliśmy go całą rodziną. Może wcale tak nie było i czasem jednak padał deszcz, ale Pippi sprawiała, że wszystko dookoła wydawało się piękniejsze i radośniejsze. Miasteczko Visby na Gotlandii, gdzie (jak się potem dowiedziałam) znajdowała się filmowa Willa Śmiesznotka, na długo pozostało dla mnie miejscem marzeń – takie przytulne, sympatyczne, zatopione w zieleni i skrojone na ludzką miarę.

A wspomnienie odcinka, w którym Pippi robi zakupy i wykupuje cały sklep ze słodyczami, jeszcze przez wiele lat wywoływało u mnie ślinotok… Aż do momentu, w którym udało mi się wreszcie spełnić marzenie o tym, żeby spróbować takich czarnych cukierków, co to wyglądały jak sznurowadła. Spróbowałam i mi przeszło 😉

Zaczęło się od tego, że Annika posprzeczała się ze swoją mamą. Tak się czasem zdarza. I nagle Annice przyszło do głowy, że ucieknie. Tommy’emu od razu przyszło do głowy to samo.

Kochana Pippi, nie mogłabyś uciec z nami ? – poprosił Tommy.

Bo bez Pippi ucieczka wcale nie byłaby udaną ucieczką, tego był pewien.

– Jasne, że mogę ! – odparła Pippi.

Przyrzekła zresztą mamie Tommy’ego i Anniki, że będzie towarzyszyć jej dzieciom i że się nimi zaopiekuje.

I uciekli.

I wędrowali sobie, wędrowali… Mieli po drodze różne przygody, nie zawsze bezpieczne, ale z Pippi żadna przygoda nie jest straszna.

A potem wrócili – Tommy i Annika do rodziców, a Pippi do Willi Śmiesznotki. Bo przecież (jak powiedziała Pippi): ucieka się po to, żeby mieć potem radość z powrotu do domu.

Tej historii nie znajdziecie w żadnej z zasadniczych książek o Pippi. Astrid Lindgren napisała ją na podstawie własnego scenariusza do pełnometrażowego filmu pod tym samym tytułem nakręconego w 1970 roku. Literacko – nie jest to jej szczególne osiągnięcie. Owszem, czyta się nieźle, ale miałam poczucie, że była pisana trochę na siłę, bez zaangażowania, które niewątpliwie towarzyszyło tworzeniu scenariusza do tego filmu.

Po przeczytaniu „Ucieczki Pippi” zapragnęłam gorąco obejrzeć znów tamten serial. Znalazłam go nawet, ale okazało się, że wydanie DVD nie zawiera tamtego (równie kultowego jak sam serial) dubbingu. Po doświadczeniu z kreskówką, którą oglądały kiedyś moje córki, wiem, ze nie zniosłabym Pippi mówiącej innym głosem, niż ten, który pamiętam – czyli Ewy Złotowskiej. Zdecydowanie nie !!!

Astrid Lindgren „Ucieczka Pippi”, przekł.: Anna Węgleńska, zdjęcia: Bo-Erik Gyberg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010