Opowieść wigilijna

Opowieść wigilijna

Wpis z 18 grudnia 2006 roku i najwyższa pora go przypomnieć, bo „Opowieść wigilijna” jest lekturą obowiązkową w klasach VII – VIII i pewnie zaraz będzie po nią sięgać kolejny rocznik uczniów.

Więc pamiętajcie – jak „Opowieść wigilijna” to tylko w tym wydaniu !!!

Jako, że Święta już naprawdę niedługo – Najstarsza z córek zaczęła omawiać w szkole „Opowieść wigilijną”. Czekałyśmy w napięciu, czy wydawnictwo „Media Rodzina” zdąży na czas z wydaniem jej w nowym przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Udało się !!!

Nie będę się tutaj zajmować treścią tej książki, bo wszyscy ją znają – przynajmniej z grubsza 😉 Jeśli nawet ktoś jej nie czytał, to prawie na pewno widział którąś z licznych ekranizacji wyświetlanych co roku w telewizji.

Jest kilka nader znaczących szczegółów odróżniających tę „Opowieść wigilijną” od innych wydań, które można obecnie kupić. Po pierwsze – zawiera ona tylko oryginalny tekst, bez opracowania i omówienia. Po drugie – czyta się ją z przyjemnością. Przeglądałam wcześniej jedno z takich wydań z opracowaniem i było przetłumaczone językiem tak topornym, że jego lektura wymagała samozaparcia, jakiego trudno się spodziewać po gimnazjalistach. Po trzecie wreszcie – jest wydana niezwykle starannie i pięknie zilustrowana przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch, której kreskę znamy już z  ”Bajki o szczęściu”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że książki z obrazkami przeznaczone są dla najmłodszych czytelników, ale to nie jest książka dla dzieci !!! Zresztą Dickens nie pisał jej dla nich. Nie ma w niej nic z tego, czego oczekujemy od lektur, mających nas wprowadzić w świąteczną atmosferę – mało jest w niej ciepła i tzw. klimatów rodzinnych, za to sporo horroru, szczególnie na początku. Ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch też nie są ciepłe i przytulne. Jest w nich wiktoriańska surowość, doskonale korespondująca z niewesołą przecież treścią, ale w miarę zbliżania do happy endu nabierają nieco łagodności.

Mimo urody języka i ilustracji nie jest to lektura łatwa dla współczesnych nastolatków. Nie zaczyna się jak film Hitchcocka od trzęsienia ziemi, po którym napięcie powinno rosnąć. Wręcz przeciwnie – po pierwszym podejściu do czytania Najstarsza stwierdziła, z lekka zdegustowana: Dwie pierwsze strony poświęcone wyłącznie temu, że Marley NAPRAWDĘ umarł. Pamiętam, że w czasach szkolnych, kiedy sama miałam problem z lekturą jakiejś lektury 😉 , szłam do Mamy z prośbą, żeby mi ją poczytała na głos. Mama zaczynała, a potem już jakoś szło. W tym przypadku pomoc „osób trzecich” nie będzie potrzebna – do książki dołączona jest płyta, na której pierwszą jej część czyta Zbigniew Zapasiewicz. Potem już jakoś pójdzie 😉

Osobnikom szczególnie opornym można zaproponować pełne wydanie audio. Zdecydowanie lepiej jest wysłuchać tej jakże budującej historii nawróconego grzesznika w interpretacji znakomitego aktora, niż ograniczyć się do lektury streszczenia lub obejrzenia filmu.

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, wydanie audio – mp3, czyta: Zbigniew Zapasiewicz, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2017

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Nie, to nie jest tytuł książki…

To wpis z 24 lipca 2011 roku, który przypominam, bo wczoraj dowiedzieliśmy się o śmierci Andrzeja Polkowskiego – wybitnego tłumacza, któremu polscy czytelnicy zawdzięczają przede wszystkim, ale przecież nie wyłącznie „Opowieści z Narnii” i świat Harrego Pottera . 8 lat temu tak pisałam o mojej córce i książkach, które dzięki Niemu kształtowały jej świat:

Pojutrze czyli 26 lipca Najstarsza z moich córek obchodzi imieniny. Będzie to równocześnie taki mały jubileusz – oto kończy się w jej życiu dekada z Harrym Potterem 😉

10 lat temu bardzo martwiłam się tym, że moja (wówczas ośmioletnia) pierworodna ma problemy z czytaniem. Podsuwałam jej różne, w moim przekonaniu interesujące książki, ale nic jakoś nie było w stanie zainteresować jej na tyle, żeby chciała przeczytać samodzielnie. Na imieniny kupiłam jej pierwszy tom Harrego Pottera, o którym wiedziałam tylko, że dzieci czytają to chętnie i że za dwa miesiące zapowiadana jest premiera tomu czwartego. To było to !!! Sukces przerósł moje najśmielsze oczekiwania 😉 Przez dwa miesiące moja nieczytająca dotąd córka pochłonęła wszystkie trzy tomy i czekała niecierpliwie na czwarty. I tak się zaczęło…

Czekanie na kolejne tomy, które pan z zaprzyjaźnionej księgarni dawał jej spod lady (i na kredyt 😉 ) jeszcze przed oficjalną premierą. Ostatni tom przeczytała po angielsku, zanim ukazało się polskie wydanie.

Czekanie na kolejne filmy. Nocne premiery i emocje z tym związane. Pamiętam, jak wybierała się do kina w różowej bluzie, podobnej to noszonej przez Hermionę w tej części, i z fryzurą na Hermionę uzyskaną przez zaplecenie na mokro wielu warkoczyków (jak myślicie, kto je zaplatał ? 😉 ). Na jednym z bali karnawałowych w szkole przebrała się za Cho Chang – Szukającą Krukonów (na tym etapie chyba jeszcze nie było wiadomo, jak znaczącą postacią będzie ona w kolejnych tomach). Herb Ravenclaw, który Najstarsza zrobiła sama do tego przebrania, był chyba najstaranniejszą pracą plastyczną, jaką wykonała na potrzeby szkoły 😉

No i oczywiście – w dniu 11 urodzin czekała z nadzieją na list z Hogwartu 🙂

Miała potem jeszcze kilka fascynacji książkowych – największa była chyba ta związana z Tolkienem, ale żadna nie była tak silna. Żadna również nie była dzielona z taką ilością rówieśników. Harry Potter jest ich globalnym przeżyciem pokoleniowym. Kiedy z Kanady przyjechała do nas kuzynka, jej rówieśniczka, bez problemu znalazły wspólny temat.

Kilka dni temu poszła do kina na ostatnią część filmu. Po powrocie powiedziała: „Wiesz Mamo, to jest prawdziwy koniec mojego dzieciństwa. Bardziej niż 18 urodziny.”

P.S. Córki Środkowa i Najmłodsza oczywiście także czytały i oglądały wszystko, co się z tym cyklem wiąże, ale tylko Najstarsza naprawdę dorastała z Harrym.

Księga dżungli

Księga dżungli

Kolejny po „Tajemniczym ogrodzie” nowy, znakomity przekład klasyki literatury. Wpis z 27 marca 2010 roku:

Niewiele jest chyba obecnie dzieci, które nie znałyby „Księgi dżungli”. Jeśli jednak doprecyzujemy pytanie, okaże się, że ta znajomość wcale nie dotyczy książki Kiplinga, a jedynie ekranizacji – najczęściej w wersji Disney’a. Niestety – do książkowego oryginału pozostaje on w stosunku… takim, jak to zwykle bywa z filmami tej wytwórni… czyli dość swobodnym 😉 Największym zaskoczeniem, jakie czeka tych, którzy sięgną po książkę, jest to, że nie opowiada ona wyłącznie o Mouglim – chłopcu wychowanym przez wilki.

Dzięki filmowi Mougli miał zagwarantowane miejsce w świadomości społecznej , natomiast mały dzielny Riki Tiki Tavi – moja ulubiona postać- odchodził pomału w zapomnienie. Podobnie jak Tumaj Słoniomistrz (którego ja znałam jako Toomai – druha słoni) i Kotik – biała foka, której obecność w książce z dżunglą w tytule nieodmiennie mnie zaskakuje.

Jeszcze do niedawna „Księga dżungli” w wersji: książka należała do kategorii: raczej niechętnie czytywana klasyka. Znajome dzieci, które musiały się z nią zmierzyć jako z lekturą szkolną, delikatnie mówiąc, nie były nią zachwycone. Trudno im się dziwić, bo przekład Józefa Brinkenmajera, na którym się wychowałam, napisany był polszczyzną dziś już mocno archaiczną. Także realia kolonialne – szczególnie w dwóch ostatnich opowiadaniach, mogą być trudne do zrozumienia dla współczesnych europejczyków. Trudno sobie teraz wyobrazić armię, w której służyło tyle rozmaitych zwierząt. Nowy przekład Andrzeja Polkowskiego zdecydowanie ułatwia lekturę – przynajmniej w warstwie językowej, choć jego polszczyzna daleka jest od potocznej. Dzięki niemu Najmłodsza z moich córek jest już trzecim pokoleniem w naszej rodzinie, które pokochało dzielnego Riki Tiki Tavi.

W tej „Księdze dżungli” nowy jest nie tylko przekład. Nowe są także ilustracje Mistrza Józefa Wilkonia – jakże odległe od disneyowskiej, cukierkowej poetyki filmu. Ilustracje trudne, często mroczne i tajemnicze jak sama dżungla. Niech Was nie zwiedzie ich pozorna niedbałość ! Robią wrażenie maźniętych ot tak, od niechcenia, a w rzeczywistości każda kreska ma sens i wyraz.

Za każdym razem, kiedy oglądam kolejne wilkoniowe  ilustracje, zadaję sobie pytanie: jak to się robi ? Jak narysować groźne spojrzenie tygrysa, trzepot skrzydeł krawczyka Darzi czy ryk słonia ? Odpowiedź znalazłam  w tych słowach Mistrza:

Bardzo prosto, jeśli się wie i umie parę rzeczy. Najpierw trzeba wiedzieć, jak wygląda to wszystko, co chce się namalować: człowiek, ryba, ptak, liść czy zwierzę. Później wiedzieć, jak się porusza, wszystko co biega, pełza i lata. Dla wielu to już koniec edukacji. Niektórzy idą jednak dalej, potrafią namalować porę dnia, księżyc, żeby świecił, ptaka, żeby śpiewał, potrafią nawet namalować smutek i radość, strach i odwagę. Tylko nielicznym udaje się namalować sen, ciszę, a nawet zapach i smak owoców. Jeżeli się to wszystko umie, trzeba na koniec wiedzieć, co robić, żeby w książce rosło napięcie jak w teatrze, by wszystko było w swoim czasie i w dobrych proporcjach.

Proste – prawda ? 😉

Tę edycję wydawnictwa Media Rodzina śmiało można określić mianem wydania luksusowego. Twarda oprawa w dwóch wersjach, piękny, kredowy papier, słuszny rozmiar – jedyne co może rozczarowywać, to fakt, że tomisko tych rozmiarów zawiera jedynie pierwszą część „Księgi dżungli”. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie każe nam zbyt długo czekać na tom drugi.

To jest druga wersja okładki pierwszego tomu, „Drugiej księgi dżungli” nie ma do dziś 😦

Rudyard Kipling Księga dżungli”, przekł. Andrzej Polkowski, ilustr.: Józef Wilkoń, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Ella zaklęta

Ella zaklęta

To kolejne wykopalisko z samych początków mojego blogowania, ale nieoczekiwanie nabrało aktualności, bo książka właśnie została wznowiona przez wydawnictwo Poradnia K. Od czasu jej pierwszego wydania nurt książek, które namawiają dziewczęta do niegrzeczności bardzo się rozwinął, ale IMO nadal warto po nią sięgnąć. Film z Anne Hathaway z 2004 rozczarował mnie, bo w rozbuchanej, fantastycznej rzeczywistości filmowej jakoś ginęło przesłanie książki.

Warto po nią sięgnąć także ze względu na znakomity przekład Andrzeja Polkowskiego. To się po prostu świetnie czyta !!!

A tak pisałam o „Elli zaklętej” 17 marca 2006 roku:

Gdy Ella przyszła na świat, otrzymała od szalonej wróżki Lucyndy dar bezwzględnego posłuszeństwa. Musi spełniać wszystkie polecenia – nawet głupie, śmieszne albo co gorsza groźne w skutkach. Staje się to szczególnie niebezpieczne, kiedy po śmierci Matki jej Ojciec żeni się ponownie. Macocha ma dwie córki, którym bardzo nie podoba się to, że Ella cieszy się sympatią Księcia.

Coś Wam to przypomina ??? Tak, tak – ta baśń w wyraźny sposób nawiązuje do “Kopciuszka” i “Śpiącej królewny”, ale nie jest tylko kolejną kompilacją znanych baśniowych motywów. “Ella zaklęta” to umieszczona w fantastycznych realiach całkiem współczesna opowieść o tym, jak odnaleźć w życiu własną drogę.

To jest książka o manowcach posłuszeństwa. Lucynda nie była złośliwa, nie chciała skrzywdzić Elli. Przeciwnie – sądziła, że w ten sposób ułatwia życie jej Matce. Posłuszne dziecko jest bardzo wygodne dla rodziców – bez szemrania robi to, co mu się każe, zjada wszystko, co ma na talerzu, ubiera się tak, jak lubią rodzice, można nim łatwo kierować. Takie dziecko ( a szczególnie córka) to chodzący ideał i powód do zazdrości wszystkich wokół.

Problem zaczyna sie wtedy, gdy staje się ono na tyle duże, że powinno wyjść spod opieki rodziców (albo wtedy, gdy oni nie mogą już sie nim opiekować). Od tej chwili powinno być samodzielne, zdecydowane i rozważne.

Elli zagrażali nie tylko ludzie, którzy (jak złośliwa przybrana Siostra) mogli wykorzystać jej posłuszeństwo do własnych niecnych celów, ale również przeróżne baśniowe stwory. W prawdziwym życiu nie ma ogrów – są za to dilerzy narkotyków i pedofile. W zetknięciu z nimi posłuszeństwo staje się niebezpieczne. Przydaje sie za to rozwaga i nonkonformizm – a te cechy wychowanie do posłuszeństwa skutecznie wytłumia.

To jest książka o tym, że nie istnieje nic takiego, co determinowałoby nasze życie i tylko od naszej woli zależy, jak się ono potoczy. Zaklęta dziewczynka próbuje w życiu codziennym “obchodzić” zaklęcie – jest posłuszna w stopniu niezbędnym, a niepokorna wszędzie tam, gdzie zaklęcie nie działa. Podejmuje niebezpieczne próby odnalezienia Lucyndy w nadziei, że ta zdejmie z niej czar. Niestety – ani Lucynda, ani Wróżka chrzestna dziewczyny nie są w stanie tego zrobić. Przełamać zaklęcie może tylko ona sama – siłą własnej woli. Ella musi znaleźć w sobie tę siłę – inaczej nie będzie mogła poślubić księcia.

To jest książka o sile, jaką daje miłość. Ella znalazła w sobie determinację niezbędną do przełamania mocy zaklęcia dopiero wtedy, gdy uświadomiła sobie, że jej posłuszeństwo zagraża ukochanemu. Będąc nadal posłuszną może stać się narzędziem w rękach wrogów Księcia, więc dla jego dobra musi zrezygnować ze swojej miłości. Zrezygnować albo… przełamać zaklęcie. Z miłości do ukochanego jest w stanie zdobyć się na to, czego wcześniej nie potrafiła zrobić tylko dla siebie.

Choć nie wykluczam, że są chłopcy, którym spodoba sie taka love story w świecie fantasy, wydaje mi się, ze jest to lektura raczej dla dziewczynek – dla takich, które już zaczynają odczuwać burzę hormonów, ale jeszcze lubią bajki.

„Ella zaklęta” to książka, która może pomóc dorastającej panience w znalezieniu złotego środka między posłuszeństwem autorytetom, jakie przystoi każdej grzecznej dziewczynce, a nonkonformizmem niezbędnym, aby doszła, tam, dokąd chce.

Gail Carson Levine “Ella zaklęta”, przekł.: Andrzej Polkowski, wyd. Media Rodzina, Poznań 2003

Gail Carson Levine “Ella zaklęta” (seria: Latawiec),  przekł.: Andrzej Polkowski, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019