Wojna, która ocaliła mi życie; Wojna, którą w końcu wygrałam

Wojna, która ocaliła mi życie; Wojna, którą w końcu wygrałam

Pierwszą z tych książek czytałam w zeszłym roku, a pisałam o niej 1 lipca 2018 roku. Druga ukazała się niedawno i sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem i nadziejami 🙂

Historia, która opowiadam, rozpoczyna się przed czterema laty, w pierwszych dniach lata 1939 roku. Anglia stała wtedy u progu kolejnej Wielkiej Wojny, tej, która nadal się toczy. Większość ludzi się bała. Ja miałam dziesięć lat (chociaż wtedy o tym nie wiedziałam) i mimo że słyszałam o Hitlerze – fragmenty rozmów i przekleństwa, które dolatywały z uliczki do mojego okna na trzecim piętrze – wcale nie przejmowałam się ani nim, ani żadną wojną między narodami.

1 września, jeszcze przed przystąpieniem Wielkiej Brytanii do wojny, w obawie przed niemieckim nalotami rozpoczęto ewakuację dzieci z Londynu na wieś. O tym, że mógł to być początek niezwykłych przygód, wiemy już z „Opowieści z Narnii”, ale ta historia jest inna…

Jedyni ludzie, których Ada dotychczas znała to matka i młodszy braciszek, jedyny świat – jednopokojowe mieszkanie i widok z okna, a jedyny dotyk – bicie. Gdyby nie podjęła ryzyka ucieczki od brutalnej matki, która w taki sposób odreagowywała wstyd związany z posiadaniem kalekiego dziecka, byłoby tak nadal.

„Wojna, która ocaliła mi życie” – tytuł paradoksalny ale prawdziwy. Wojna kojarzy się ze śmiercią i tragediami, ale dla Ady i Jamiego stała się szansą.

Ich droga do innego świata nie prowadziła przez szafę, ale przez czerwone drzwi domu panny Susan, a to co ich potem spotkało nie miało nic wspólnego z magią. Choć może to właśnie była magia ? Gdzieś w tle działa się wojna, która początkowo zupełnie ich nie dotyczyła, a między rodzeństwem z Londynu i samotną, pogrążoną w żałobie kobietą, która przecież wcale nie chciała ich przyjąć do siebie, rodziła się więź silniejsza niż ta, która wynika z pokrewieństwa.

„Wojna, która ocaliła mi życie” to zaskakująco piękna, prosta opowieść o odkrywaniu własnej wartości, o miłości, która rodzi się z zaufania i o rodzinie, którą buduje miłość.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2017

Wkrótce po wydarzeniach, które kończyły pierwszy tom, w życiu Ady zmienia się wszystko. Dziewczynka trafia do szpitala na operację szpotawej stopy, a wkrótce potem przychodzi wiadomość o tym, że ich matka zginęła w wyniku bombardowania. W krótkim czasie kończą się dwa największe koszmary jej życia – kalectwo i obawa przed tym, że razem z bratem będą musieli opuścić Susan i wrócić do domu, do Londynu.

W tej książce są dwie wojny – pierwszą jest ta, która toczy się dookoła nich, ale jej obraz, jaki poznają czytelnicy jest mocno ograniczony. Z perspektywy dzieci przebywających na angielskiej prowincji widzimy w miarę normalne (jak na naszą polską wiedzę o tych czasach) codzienne życie, w którym wojna oznacza jedynie: zaciemnienie, zagrożenie nalotami, ograniczenia w dostępności jedzenia, a najtrudniejszym doświadczeniem, które przynosi, jest strach o tych spośród najbliższych, którzy służą w wojsku. O tym ostatnim tak opowiadała Adzie Maggie:

Od drogi prowadzącej do szkoły ciągnie się taki długi podjazd, który widać z okien każdej klasy. Za każdym razem, gdy chłopak rozwożący telegramy skręca w ten podjazd, aż do chwili, gdy dociera do drzwi, wszystkie go obserwujemy. Stoimy w oknach, wstrzymując oddech w nadziei, że wiadomość, którą wiezie, nie jest dla nas.(…) Przyglądamy się, jak chłopak pedałuje wzdłuż podjazdu, a potem dyrektorka wywołuje kogoś z klasy i wszyscy wiemy, co się stało. I cieszymy się, że to nie nas zawołano. Czujemy nie tyle smutek, co ulgę. To straszne.

Ada niewiele wie o tym, co dzieje się na kontynencie. Nowe spojrzenie na wojnę pojawia się w życiu bohaterów wraz z Ruth – żydowską uciekinierką z Niemiec, którą Susan przygotowuje do egzaminów na studia. Ten wątek poszerza jej nieco obraz sytuacji, ale pozostawia wrażenie, jakby jedynymi ofiarami Hitlera na kontynencie byli Żydzi w Niemczech i nie tylko tam. Nawet kiedy Jonatan wspomina swojego kolegę – lotnika z Polski, robi to dlatego, że jest on Żydem i także niepokoi się o pozostawioną w Łodzi rodzinę. W tym wątku zadziwiająca dla mnie jest reakcja lady Thorton na obecność w jej domu i posiadłości pochodzącej z Niemiec dziewczyny, którą przecież umieścił tam jej mąż. Trudno mi uwierzyć w to, że tak długo nie mogła zrozumieć tego, że Ruth jest uciekinierką i ofiarą wojny – przecież jej wiedza o świecie była zdecydowanie szersza niż ta, którą dysponowała Ada. Zaczęłam raczej podejrzewać, że był w tym podskórny, niezwerbalizowany antysemityzm i że to o żydowskie pochodzenie dziewczyny chodziło, a nie o to, skąd przyjechała.

Wojna (od pewnego momentu) światowa pozostaje jednak w tle całej opowiadanej przez autorkę historii. Dużo ważniejsza jest w niej prywatna wojna Ady z całym światem o to, żeby żyć i funkcjonować normalnie i nadrobić to wszystko, co straciła przez nieudolną i przemocową matkę. Dziewczynka powoli uczy się normalności, zaufania i miłości, a także odwagi w życiowych wyborach.

„Wojna, którą w końcu wygrałam” to książka, która, mimo dekoracji i kostiumów z czasu wojny, prezentuje bardzo współczesne spojrzenie na świat. Widać to szczególnie w postaci Susan, której związek z nieżyjącą już Becky oraz to, dlaczego żyje ona w odrzuceniu przez rodzinę, pozostaje do końca w sferze niedomówień. Warto pamiętać o tym, że wszystko to dzieje się w czasie, kiedy związki homoseksualne mężczyzn były w Wielkiej Brytanii karane więzieniem. O kobiecych prawo nie wspominało, co jednak nie oznacza, że były powszechnie akceptowane. Jej stosunek do przybranych dzieci i metody wychowawcze są także zdecydowanie odległe od tego, jak wówczas traktowano i wychowywano dzieci w Wielkiej Brytanii. Jednak to właśnie dzięki jej miłości i zrozumieniu Ada wygrała swoją wojnę o normalne życie.

P.S. Trochę szkoda, że w polskim wydaniu tej książki nie znalazł się choć krótki przypis dopowiadający czytelnikom informacje o roli polskich lotników w bitwie o Anglię oraz roli naszych kryptologów w złamaniu kodów Enigmy.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, którą w końcu wygrałam”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2019

Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

Wpis z 14 marca 2015 roku:

Siedział sam w ostatniej ławce pod oknem. Często wyłączał się lekcji i gapił przez nie. W oddali widać było wypływające w morze statki. Coraz mocniej czuł, że chce znaleźć się na pokładzie któregoś z nich.

Teraz właśnie, w czasie długiej przerwy, obserwował wielki, biały prom z napisem „PRINCESSA”. Statek powoli wychodził w morze. Ivan miał wrażenie, że słyszy buczenie syreny i widzi ludzi machających z górnego pokładu…

Od pierwszych słów tej książki zazdrościłam jej bohaterowi tego, że mieszka w Gdyni i ma na co dzień morze na wyciągnięcie ręki. Choć obawiam się, że ja, mając taki widok z okna klasy, miałabym duże problemy z nauką 😉 Wzdychałam tęsknie towarzysząc mu podczas spaceru z psem po plaży czy kiedy obserwował statki ze szczytu redłowskiego klifu. A gdy w dodatku, dzięki tajemniczemu listowi sprzed lat, w czasie wakacji dotarł na Gotlandię, moja zazdrość niepokojąco wzrosła, bo tę wyspę znam tylko z serialu o Pippi i z serii kryminałów Mari Jungstedt.

Ivan jest Polakiem, a swoje nietypowe imię, które często bywa źródłem problemów, zawdzięcza tacie i jego marzeniom, że wychowa syna na tenisistę – następcę Ivana Lendla, Niestety – te ambitne plany szybko zniweczyła kontuzja barku. Chłopcu pozostało tylko sportowe imię i poczucie, że rozczarował tatę.

Poznaliśmy go w momencie, kiedy jego dotychczasowe życie zawaliło się. Rodzice zdecydowali się na rozwód, a tata wyprowadził się nie tylko z domu, ale także z Trójmiasta. W dodatku sytuacja materialna Ivana i jego mamy pogorszyła się radykalnie, co nie pozostało niezauważone przez jego kolegów. Czasem czuł, ze tęskni za ojcem, ale najczęściej był na niego wściekły. I na wszystkich, którzy stawali mu na drodze. Okazuje się jednak, że wszystko w życiu jest po coś, a każdy koniec jest zarazem początkiem.

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, koledzy chłopca nie mieliby powodu, aby mu dokuczać i nie doszłoby między nimi do bójki. Gdyby nie doszło do bójki, Ivan nie trafiłby do schroniska dla psów i w jego życiu nie pojawiłaby się Czarna…

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, jego mama nie musiałaby przyjąć sublokatora i Ivan nie poznałby Marka, który jest członkiem Błękitnego Patrolu i nie wiedziałby, co zrobić ze znalezioną na plaży foczką…

Gdyby…

Próbowałam zrobić listę ważnych tematów, które poruszane są w tej książce i okazało się, że jest ich, jak na jej niezbyt okazałe rozmiary, całkiem dużo. A więc: rozwód, przemoc szkolna, bezpańskie psy i schronisko, foki bałtyckie i fokarium na Helu (to chyba pierwsza polska książka, w której się one pojawiają !), morze i związane z nim niebezpieczeństwa, ale też marzenia o morskich podróżach i legendarny już jacht Zawisza Czarny, szwedzka pomoc dla Polski w trudnych powojennych latach i tajemnica zatonięcia statku Mount Vernon

Uff, to chyba wszystko 😉 Ale mimo to, że tych ważnych rzeczy jest tak wiele, autorce udało się uniknąć publicystyki i historię Ivana, Nikoli, Czarnej i Klifki czyta się z dużą przyjemnością.

Barbara Gawryluk „Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza”, ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2014

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012

Upadki

Upadki

Wpis z 4 lutego 2007 roku. Szkoda, że ta książka wtedy jakoś tak bez echa przeszła, przez lata nic nie straciła na aktualności, wręcz przeciwnie…

Anne Provoost napisała w posłowiu: Ludzie uważają, że chciałam napisać tę książkę w proteście przeciwko przemocy, rasizmowi i ekstremizmowi. Nie chciałam. Chciałam napisać o strachu, który pojawia się, gdy stajemy przed wyborem.

Mówi się, że każdy jest kowalem swojego losu. Czy naprawdę ? Jak wiele w naszym życiu zależy od nas samych ? Jak często o tym, co będzie, decyduje przypadkowy zbieg okoliczności ? Jak często okazuje się post factum, że tak naprawdę nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi droga, którą podążamy, a kiedy już się zorientowaliśmy, było za późno na zmiany ? Jak często zdarza się, że decyduje za nas strach ? Strach, który nie pozwala racjonalnie ocenić sytuacji, albo każe nam biernie poddawać się wydarzeniom.

To nie były pierwsze wakacje, które Lukas spędzał w domu swojego dziadka, jednak wszystko było inaczej niż zawsze. Dziadek umarł zimą, w miasteczku pojawiło się wielu imigrantów, a do klasztoru na wakacje przyjechała Caitlin, z którą bawił się jako dziecko. Tego lata Lukas przestał być dzieckiem i stanął wobec całkiem dorosłych problemów.

Może byłoby inaczej, gdyby Mama nie ukrywała przed nim prawdy o przeszłości jego dziadka… Gdyby jej ojciec nie ukrywał tego wcześniej przed nią… Gdyby Lukas nie ostrzygł włosów tak krótko… Gdyby Mama w porę zainteresowała się, jak i z kim spędza czas… Gdyby Siostra Beatrycze przyjęła od niego drewno… Gdyby Benoit… Gdyby Caitlin… Gdyby… Stało się jednak tak, jak się stało i nie da się cofnąć czasu. Człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny, a ich następstwa nie zawsze można przewidzieć. Ta odpowiedzialność nazywa się dorosłość.

Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Konsekwencje, które być może rzutować będą na całe życie – jak w przypadku Caitlin i Lukasa.

Ta książka pozostawia osad na duszy. Jest w niej coś, co nie pozwala o niej zapomnieć i zmusza do powracania myślami do opisanych tam wydarzeń. Zmusza także do zadawania sobie pytań o to, co by było gdyby… Warto się nad tym zastanowić, zanim naprawdę stanie się przed takimi wyborami.

Anne Provoost „Upadki”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Agencja Edytorska „Ezop”, Warszawa 2006

Jak ziarnka piasku

Jak ziarnka piasku

Uwaga ! W tym wpisie będą spoilery, ale niestety bez nich się nie do powiedzieć tego, co wydaje mi się w tej książce najważniejsze.

Tegoroczny werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY przyznający ten tytuł w kategorii książek młodzieżowych powieści „Jak ziarnka piasku” Joanny Jagiełło był burzliwie dyskutowany – i na spotkaniu po gali, i jeszcze później. Takie dyskusje to rzecz normalna – trudno jest spośród wielu bardzo różnych książek wybrać jedną najlepszą, bo często są one nieporównywalne i nie sposób jest ustalić obiektywne kryteria oceny. Jednemu z rozmaitych przyczyn podoba się bardziej ta, a komuś innemu inna… Werdykt to informacja o tym, które ze zgłoszonych do konkursu książek najbardziej spodobały się jurorom.

W dyskusjach na temat „Jak ziarnka piasku” opinie były raczej zgodne co do jednego – książka jest mocna, robi wrażenie i nie pozostawia nikogo, kto ją przeczyta, obojętnym.

Kiedy ktoś mnie pyta o to, dla czytelnika w jaki wieku polecałabym ją, odpowiadam, że dla grupy Young Adult, ale z naciskiem na drugi człon tego określenia. To książka dla osób u progu dorosłości. Tych naprawdę dorosłych takie powieści inicjacyjne już nie interesują, bo oni tę inicjację (życiową, nie seksualną, choć akurat tutaj także i o nią chodzi) mają już za sobą.

Ania i Nina urodziły się tego samego dnia, poznały na rozpoczęciu roku w pierwszej klasie podstawówki i od tego czasu były niemal nierozłączne. Dopiero koniec gimnazjum je rozdzielił, bo Ania nie dostała się razem z Niną do liceum plastycznego, a potem w dniu ich wspólnych urodzin, kiedy Ania była na zimowisku, Nina popełniła samobójstwo…

To akurat jest nie bardzo spoiler, bo właśnie od tego zaczyna się akcja książki. Ania usiłuje dojść do tego, co było przyczyną decyzji Niny, ale nie udaje jej się. Dopiero, kiedy przenosi się na zwolnione przez nią miejsce w szkole plastycznej i poznaje jednego z nauczycieli, zostaje przez niego wykorzystana w ten sam sposób.

„Jak ziarnka piasku” to powieść, jako się rzekło, mocna. Autorka nie ucieka od trudnych problemów, które wiążą się z dorastaniem, bez owijania w bawełnę, ale z wyczuciem, porusza zarówno temat inicjacji seksualnej, jak i seksualnej przemocy.

Jeżeli mam z tą książką jakiś problem, to nie dotyczy on tego, co w niej jest czyli kontrowersyjnej dla niektórych tematyki obyczajowej, ale tego, czego w niej brakuje. Otóż brakuje w niej (nie tylko mi) pozytywnych postaci heteroseksualnych mężczyzn. Obie bohaterki nie mają ojców (jeden umarł, drugi odszedł) i nie mają też obok siebie też żadnych innych bliskich mężczyzn. Żadnego dziadka,wujka, kuzyna, kolegi – nawet w tle, nawet we wspomnieniach. Pierwsza miłość Ani to popapraniec czy też łagodniej – chłopak złamany przez przemocowego ojca. Chłopcy w klasie najpierw Niny, a potem Ani opisani są jako: jeden pryszczaty, jeden gruby, jeden dziwny i jeden gej i to właśnie ten ostatni jest jedynym sensownym, który pomaga najpierw jednej, a potem drugiej. Ok, w porządku, może tak być, ale czy naprawdę wszyscy heterycy w ich otoczeniu (z jednym wyjątkiem, który majaczy na końcu książki) muszą być albo słabi albo okrutni ? Czy to nie jest przypadkiem seksizm ?

Joanna Jagiełło „Jak ziarnka piasku”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2018

Edit : Książka wpisana w 2019 roku przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens