Emil i Ida. Trzy opowiadania

Emil i Ida. Trzy opowiadania

Rzadko popełniam wpisy okolicznościowe, ale ten taki właśnie jest. Nie chodzi mi jednak bynajmniej o przypadające w tym roku 60 urodziny Emila, lecz o to, że dziś jest 15 rocznica naszych odwiedzin w Vimmerby, w Astrid Lindgrens Värld . Kiedy na początku lipca 2008 roku wyruszaliśmy z dziećmi w podróż przez Niemcy, Danię i Szwecję, nie mieliśmy żadnego ustalonego programu. Wędrowaliśmy z przyczepą od campingu do campingu, gdzie nam przyszła ochota, ale jednego miejsca na tej trasie byliśmy pewni – właśnie Vimmerby. Tam urodziła się i spędziła dzieciństwo Astrid Lingren, tam jest także pochowana.

Ach, co to był za dzień !!! Astrid Lindgrens Värld okazał się miejscem, które mnie zachwyciło, bo tak bardzo czuć tam ducha jej twórczości, ale także dlatego, że jest tak bardzo skandynawskie. Bilety (jak wszystko w Szwecji) tanie nie były, ale potem już wszystko, poza gastronomią i sklepikami z pamiątkami, było w ich cenie. Każda z książek Astrid ma tam swoją część zanurzoną w jej treści i klimacie, a pamiątki, które można tam nabyć są z nimi związane i wyglądają zupełnie tak, jak na ilustracjach. Na przykład Nisiek Lotty, którego nie kupiliśmy, bo Najmłodsza już miała swojego prosiaczkowego misia i nie chciała innego. Można też kupić ukochaną czapkę Emila i jego wystruganą z drewna strzelbę, a że większość dzieci reprezentowała skandynawski typ urody, można powiedzieć, że Emilów było tam na pęczki 😉

Dziewczynki natomiast dzieliły się na Lotty z Niśkami i Pippi w ilościach hurtowych.

Nie znajdziecie tam żadnego plastiku, nie usłyszycie głośnej muzyki – wszystko jest nie tylko analogowe, ale wręcz unplugged 😉 Moje córki pierwszy (i nie wiem, czy nie ostatni) raz spróbowały chodzenia na szczudłach, pływały promem po małym i niegłębokim akwenie wodnym, uważały, żeby nie wpaść do Diabelskiej Czeluści i wychodziły z domu Mateusza w Dolinie Dzikich Róż tajnym przejściem za kredensem.

Najmłodsza mogła naśladując Emila spróbować uciec po desce z drewutni…

a kto był na to za duży, mógł sobie zrobić zdjęcia w scenach z ulubionych książek – na przykład wcielić się w Emila, który wciągnął Idę na maszt od flagi.

Poprzedni mój wpis o Emilu i książkach o nim powstał jeszcze zanim tam wyruszyliśmy. Znajdziecie go —>>> tutaj.

W zbiorze „Emil i Ida. Trzy opowiadania” zgodnie z tytułem znajdują się trzy opowiadania o przygodach Emila i jego siostry Idy, których nie ma we wcześniejszym zbiorowym wydaniu Naszej Księgarni. Wszystkie trzy ukazały się już wcześniej pojedynczo nakładem Zakamarków. Najbardziej lubię „Mała Ida też chce psocić”, bo bardzo fajnie pokazuje to, jak rodzice przywiązują się do ról, które ich dzieci zwykły pełnić. Ida co prawda rzeczywiście napsociła, ale przecież psoty to zawsze była domena Emila, więc i tym razem on poniósł karę. Brzmi to może bardzo niesprawiedliwie, ale wiemy przecież, że kara w postaci siedzenia w drewutni nie była specjalnie dolegliwa, a wręcz przez niego lubiana 😉

Astrid Lindgren pisała historie o Emilu i jego rodzinie w początku lat sześćdziesiątych, ale realia życia tam opisane dotyczą bardziej jej własnego dzieciństwa w Vimmerby. Teraz, kiedy minęło kolejnych 60 lat, można zastanawiać się, na ile życie w Katthult jest zrozumiałe dla współczesnych dzieci – i w Szwecji, i w Polsce? Myślę, że i ja wtedy, kiedy poznawałam rodzinę Emila jakieś pięćdziesiąt lat temu, i moje córki – ponad piętnaście lat temu, i dzieci teraz traktowałyśmy i traktują te realia trochę jak świat z baśni, inny od naszego. Niezależnie od realiów, chłopiec, który najpierw działa, a potem myśli oraz rodzice, którzy go kochają i choć czasem mają dość, to zawsze mu wybaczają jego psoty, są ponadczasowi.

Jeśli jednak dla czytelników z trzeciej dekady XXI wieku te historie mogłyby okazać się zbyt długie, a ilość nieaktualnych już szczegółów życia – przytłaczająca, warto zacząć najpierw od „Ach ten Emil!” czyli książki, w której Astrid Lingren zrekapitulowała wszystkie najważniejsze przygody swojego bohatera. Jeśli się spodoba, wtedy warto sięgnąć po resztę 🙂

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki książki „Emil i Ida. Trzy opowiadania” 🙂

Astrid Lindgren „Emil i Ida. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2023

Astrid Lindgren „Ach, ten Emil!”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Lis i skrzat

Lis i skrzat

Na początku tej książki wydawnictwo zamieściło następującą informację:

Tekst Astrid Lindgren jest parafrazą popularnego niegdyś w Szwecji wiersza Karla-Erika Frosslunda z 1900 roku, który doczekał się wielu wydań w zbiorach i antologiach, a także jako książka obrazkowa z ilustracjami Haralda Wiberga.

Niemiecki wydawca zamówił u Lindgren krótszą, prozatorską wersję wiersza, którą opublikował z ilustracjami Wilberga w 1965 roku. W Szwecji wydano tekst Lindgren dopiero pół wieku później z ilustracjami Ewy Eriksson.

Lis mieszka w lesie. Wieczorem wychodzi głodny ze swojej nory. Gdzie mógłby znaleźć coś do jedzenia ?

Chyba wie. Cichaczem, Mikaelu, chyłkiem przemknij do zagrody, gdzie mieszkają ludzie.

Jak jasno tej nocy ! Biały śnieg i niebo pełne gwiazd. Skradaj się, Mikaelu, skradaj ostrożnie, żeby nikt cię nie zobaczył.

Sięgnęłam po „Lisa i skrzata” zachęcona nazwiskiem Astrid Lindgren, ale akurat jej jest tutaj najmniej. Historię, która rozgrywa się w ciągu jednej zimowej nocy, wymyślił Karl-Erik Frosslund, a ona tylko napisała ją prozą. I to prozą, rzekłabym, dość oszczędną, bo wypada po dwa – trzy zdania na stronę. Tak naprawdę większość opowieści znajduje w ilustracjach Ewy Eriksson – pięknych, nastrojowych, doskonale oddających tę mroźną i ciemną noc.

Zaliczyłam tę książkę do kategorii świątecznych, bo dzieje się w czasie Bożego Narodzenia, ale poza jedną ilustracją z dziećmi bawiącymi się przy choince nic na to nie wskazuje. Myślę, że dzieciom skandynawskim może się ona bardziej kojarzyć ze Świętami, bo w tamtejszej tradycji to właśnie taki świąteczny skrzat czyli Jultomte przynosił prezenty, zanim wyparł go globalny Uzurpator 😉 Stąd tyle krasnali w skandynawskich sklepach z wyposażeniem domu u nas. Mój też stamtąd pochodzi.

O tej wigilijnej tradycji zostawiania owsianki w drewnianej misce dla krasnoludka czytałam także w innych książkach Astrid Lindgren. Na pewno robiono tak na wyspie Saltkrakan – przypomniała mi się Tjorven, która dla krasnoludka uczyła się ruszać uchem, choć czasem miała wątpliwości, czy on w ogóle istnieje. I był tam też lis skradający się nocą…

Ale to już historia dla nieco starszych czytelników niż ta. Dla takich, którzy rozumieją, że prawdziwy lis nie da się spłycić ani kaszą, ani owsianką i to w ilościach przeznaczonych dla skrzata, nawet jeśli jest on z tych większych.

Jednak póki dzieci są małe, nie trzeba ich tych złudzeń pozbawiać, niech magia tej nocy trwa…

P.S. Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego 🙂

Astrid Lingren (tekst), Ewa Eriksson (ilustr.) „Lis i skrzat”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2022

Wiosna w Bullerbyn

Wiosna w Bullerbyn

Wpis z 25 kwietnia 2008 roku. Od tego czasu sporo zdążyło się zmienić. Nie czytam już nikomu wieczorami na głos. Mieszkam teraz gdzie indziej – w lesie i nie mam za oknami kwitnących drzew owocowych. Ale dziś zapachniało wiosną i zauważyłam pierwszy kwiatek, więc jest to zdecydowanie dobry moment, żeby tę książkę przypomnieć.

Wiosna, wiosna już w powietrzu…

W moim ogrodzie po morelach, których kwitnienie jakoś nam umknęło w ogólnym zimnie i szaroburości, zakwitła śliwa. Rośnie tuż pod oknem naszej sypialni, więc co rano czuję się niemal jak Ania z Zielonego Wzgórza 😉

Zmęczyła mnie już bardzo ta trwająca od ponad pół roku jesień. Obawiałam się, że już nam zostanie na zawsze tak szaroburo i ponuro, a kolejne pory roku oglądać będziemy tylko w książkach. Na przykład tych  zakamarkowych … Zimę z prawdziwego zdarzenia w tym roku widziałyśmy właściwie tylko w zimowej „Madice”, a na wiosnę mamy „Wiosnę w Bullerbyn”.

Wydarzenia opisywane w tej książce dzieją się trochę później niż „Dzieci z Bullerbyn”, bo malutka siostrzyczka Ollego – Kerstin jest tu już dziarsko chodzącym i sporo mówiącym, zbuntowanym dwulatkiem. „Wiosna” to właściwie zbiór scenek o tematyce wiosennej, trudno tu mówić o jakiejś akcji. Obok wiosennych zdarzeń, które pamiętamy z ”Dzieci” – jak łażenie po płotach w drodze ze szkoły czy opieka nad jagniątkiem Pontusem, znajdziemy też takie, których tam nie było. „Wiosna” to dobra książka zarówno dla tych, którzy zaprzyjaźnili się już z mieszkańcami Bullerbyn, jak i dla tych, którzy pierwszy raz się z nimi spotykają.

Kiedy pierwszy raz wzięłam „Wiosnę w Bullerbyn” do ręki, skojarzyła mi się ona z elementarzem Falskiego, z którego się uczyłam w szkole – w tej starszej wersji sprzed ilustracji Grabiańskiego. Podobny papier, format, kolory, realia i kreska – a wszystko tak mile staroświeckie.

Współczesna wieś (nie tylko szwedzka) wygląda oczywiście inaczej, ale jedno pozostaje niezmienne – ten wiosenny amok ogarniający dzieci. Ten rodzaj szaleństwa wynikający z potrzeby odreagowania długich miesięcy spędzonych w domu i spętania ciepłymi ubraniami. Jest w wiosennym powietrzu cos takiego, że dzieci staja się po prostu doładnie dzikie 😉

P.S. A wieczorami czytam Najmłodszej z córek  Ronję córkę zbójnika” i po raz kolejny zachwycam się tą książką. Trochę żal mi, że już ostatni raz towarzyszę dziecku w jego pierwszej wyprawie do tego świata, w pierwszym spotkaniu w Pupiszonkami, Wietrzydłami, Pieśnią Wilków i Huczącą Gardzielą…

Astrid Lindgren „Wiosna w Bullerbyn”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Żadnej przemocy !

Żadnej przemocy !

Gdybym była Bogiem,

płakałabym,

nad ludźmi,

których stworzyłam

na swoje podobieństwo.

Jakżebym płakała

nad ich złem

i podłością,

i okrucieństwem,

i głupotą,

ich nieszczęsną dobrocią

i bezradną rozpaczą,

i smutkiem.

W 1978 roku Astrid Lindgren otrzymała Pokojową Nagrodę Księgarzy Niemieckich.

Nieduża książeczka pięknie wydana właśnie przez poznańskie Wydawnictwo Zakamarki zawiera w sobie oprócz przemowy, którą Astrid Lindgren wygłosiła na uroczystości wręczenia tej nagrody oraz jej wiersza Gdybym była Bogiem… także napisane w 2018 roku: przedmowę autorstwa Marty Santos Pais, Specjalnej Przedstawicieli Sekretarza Generalnego ONZ do Spraw Przemocy wobec Dzieci i posłowie Tomasa Hammarberga, Doradcy w Komitecie Praw Człowieka ONZ i członka pierwszego Komitetu Praw Dziecka. W tym posłowiu czytamy:

Tekst, który przygotowała i przekazała organizatorom, nie został dobrze odebrany i poproszono ją, by jednak nie wygłaszała przemówienia. Jego przesłanie uznano za zbyt kontrowersyjne. Lecz Lindgren tak łatwo się nie poddała. Oświadczyła, że jeśli nie będzie mogła przedstawić swojej wizji tego, jak stworzyć bardziej pokojowy świat wraz z dziećmi i dla dzieci, to nie zamierza w ogóle przyjeżdżać. Koniec końców organizatorzy ustąpili, autorka pojechała do Frankfurtu i wygłosiła swoją słynna mowę „Żadnej przemocy !”.

Powiedziała wtedy między innymi takie słowa:

Mówić o pokoju, to mówić o czymś, co nie istnieje. Prawdziwy pokój nie istnieje w naszym świecie i chyba nigdy nie istniał inaczej, niż jako cel, którego wyraźnie nie potrafimy osiągnąć. Odkąd człowiek żyje na tym globie, używa przemocy i rozpętuje wojny, a kruchy pokój, który czasem nastaje, jest nieustannie zagrożony. (…)

Może powinniśmy, po tylu tysiącleciach nieustannych wojen, zadać sobie pytanie, czy nie ma jakiegoś błędu konstrukcyjnego w ludzkiej naturze, skoro zawsze sięgamy po przemoc ?

Jej zdaniem przyczyną jest to, że od zarania dziejów przemoc jest częścią doświadczenia dzieciństwa, a dziecko wychowane w ten sposób, otrzymaną przemoc przekaże dalej – innym ludziom, w tym także swoim dzieciom. Powiedziała wtedy także:

A zatem – jeśli będziemy wychowywać nasze dzieci bez przemocy i surowego rygoru, czy rezultatem stanie się nowy rodzaj człowieka, który żyje w trwałym pokoju ? Tylko autorka książek dla dzieci może żywić tak naiwne nadzieje ! Wiem, ze to utopia. Bo oczywiście jest wiele innych rzeczy na tym nieszczęsnym chorym świecie, które muszą zostać zmienione, żeby zapanował pokój…

Od tamtego dnia minęło ponad 40 lat i w tym czasie na szczęście sporo się zmieniło – przynajmniej w kwestii stosunku do przemocy wobec dzieci. Ale przesłanie tej książki pozostaje nadal aktualne. To, jakie dzieciństwo każdy z nas stworzy swoim dzieciom jest naszym małym wkładem w pokój na świecie.

P.S. Co prawda wydaje mi się to oczywiste, ale na wszelki wypadek zaznaczę wyraźnie – to nie jest książka adresowana do dzieci !!!

Astrid Lindgren „Żadnej przemocy !”, ilustr.: Stina Wirsen, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2020

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Wpis z 18 lutego 2008 roku:

Mała Madika – chluba panien z Czerwcowego Wzgórza o złotym sercu, jak ją nazywał wujek Nilsson. Taka sympatyczna, choć uparta dziewczynka – trochę jak  Lotta (tylko starsza) albo jak  Emil, bo podobnie jak on ma masę pomysłów i łatwo przechodzi od słów do czynów. Dlaczego tak trudno było nam się z nią zaprzyjaźnić ???

Chyba dlatego, że w porównaniu ze znanymi nam wcześniej książkami Astrid Lindgren z jej nurtu realistycznego (do których zaliczam „Dzieci z Bullerbyn”, cykl o  dzieciach z ulicy Awanturników,  ”Emila ze Smalandii” czy ”My na wyspie Saltkrakan”) – te madikowe są zdecydowanie mniej sielankowe. Tamte rozgrywają się w beztroskim, dziecięcym świecie swoich bohaterów, a dorośli, którzy się w nich pojawiają są (z małymi wyjątkami) dobrzy i życzliwi.

Madika i jej siostra Lisabet też mają spokojny i dostatni dom (nawet bardziej dostatni niż w innych książkach), ale świat wokół nich nie jest już tak pastelowy. Tuż za płotem, po sąsiedzku mieszka Abbe – najserdeczniejszy przyjaciel Madiki, który w swoim domu jest jedyną osobą dorosłą, mimo że ma kilkanaście lat. Ojciec alkoholik i bezradna wobec jego nałogu Mama nie poradziliby sobie w życiu, gdyby ich syn się nimi nie opiekował. Poza tym są jeszcze: psychicznie chory Lindkvist, który porywa małą Lisabet; pijak Andersson, który zostawia ją w lesie, kiedy wskoczyła na jego sanie; Mia, koleżanka z klasy Madiki, która jest biedna, ma wszy i tak rozpaczliwie walczy o akceptację rówieśników, ze posuwa się aż do kradzieży; samotna i uboga Lindus Ida… W takim otoczeniu trudno o beztroskę.

Dzięki zakamarkowym  ”Przygodom Astrid – zanim została Astrid Lindgren”  wiemy, że pisarka zawarła w tym cyklu wiele swoich wspomnień z dzieciństwa – tych zdecydowanie smutniejszych. Pierwowzorem tytułowej bohaterki była jej serdeczna i dozgonna przyjaciółka Anne-Marie Ingerstom, którą w domu nazywano Madiką. Jej dom rodzinny czyli willa dyrektora miejscowego banku został tam opisany jako Czerwcowe Wzgórze. Za to w postaci Lisabet Astrid sportretowała własną młodszą siostrę – Stinę.

Te książki nie są jednak tylko smutne i zaangażowane społecznie 😉 Jest w nich wiele zdarzeń wesołych i jest też pięknie opisana więź między siostrami. Choć czasem się kłócą i robią sobie na złość, to wieczorem Lisabet przychodzi do łóżka starszej siostry, żeby się do niej przytulić. Scena kończąca „Patrz Madika pada śnieg”, kiedy rodzice wracają do domu po bezowocnych poszukiwaniach swojej zaginionej córeczki i odnajdują ją w łóżku starszej siostry, wzrusza mnie za każdym razem, gdy ją czytam.

Z tych książek pochodzi też określenie fąflu jeden, które z radością przyjęłam do naszego domowego języka – lubię obdarzać tym epitetem moje córki, kiedy mi podpadną (w zastępstwie zdecydowanie mniej cenzuralnych określeń, które mi się wtedy cisną na usta 😉 )

P.S. Nasza Księgarnia wydała niedawno obie zasadnicze części „Madiki” w jednym tomie w ramach tzw. Serii luksusowej. Edit: a jeszcze potem razem jako „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza”

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza” (Seria Luksusowa), przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Astrid Lindgen „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza” , przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2015

Astrid Lindgen „Patrz Madika, pada śnieg !”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Przygody Emila ze Smalandii

Przygody Emila ze Smalandii

Kolejna pozycja na półce z książkami Astrid Lindgren – wpis z 4 stycznia 2007 roku:

Znacie Emila ??? Sądzę, że tak, bo przecież pierwsze wydanie pierwszej części jego przygód ukazało się w Polsce ponad 30 lat temu i miało wiele wznowień. W latach osiemdziesiątych mogliśmy obejrzeć w telewizji uroczy serial o tym sympatycznym chłopaczku. Pamiętam z niego przede wszystkim Tatę Emila i jego niosący się nad sielskim krajobrazem krzyk „EEEEEEEEEEmil !!!!!!!”, podczas gdy Emil pędem udawał się do stolarni, aby odbyć tam zasłużoną karę za swoje psoty.

Jeśli jednak nie udało wam się dotychczas zawrzeć z nim znajomości, teraz macie wspaniałą okazję. Nakładem „Naszej Księgarni” ukazało się pierwsze pełne (no, prawie pełne 😉 wydanie jego przygód. Najmłodsza z moich córek znalazła je pod choinką, a słuchają z przyjemnością również starsze siostry. Dorosłym też się podoba.

W latach sześćdziesiątych, kiedy powstała, była to książka niemal rewolucyjna – prawie jak Pippi. Pokazywała rodzinę, w której wychowuje się dzieci miłością i nie stosuje kar fizycznych. Było to jeszcze przed sukcesem wielkiej ogólnoszwedzkiej akcji przeciwko biciu dzieci. Jedyna karą, jaką stosowano w Katthult na psoty Emila, było zamknięcie delikwenta w stolarni, gdzie zresztą nigdy się nie nudził, gdyż strugał kolejne drewniane ludziki. Emil wiedział, że wkrótce zostanie wypuszczony. Nigdy nie siedział zbyt długo w stolarni. -Tylko tyle, żebyś porządnie przemyślał swój wybryk i żebyś go nie powtórzy – zwykł mawiać jego tatuś. Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał cos nowego. Można więc powiedzieć, że Tacie udawało się osiągnąć pełen sukces wychowawczy 😉

Czytając tę książkę byłam pod ogromnym wrażeniem atmosfery panującej w rodzinie Svenssonów z Katthult w Loeneberdze w prowincji Smalandia. Alma i Anton to prości, ciężko pracujący ludzie, którzy dawali swoim dzieciom mnóstwo miłości i akceptacji. Wychowanie takiego małego urwisa jak Emil nie jest rzeczą prostą, a jednak żadne z nich nigdy nie podniosło ręki na niesfornego syna. Dzieciństwo małych Svenssonów w porównaniu z życiem współczesnych dzieci wydawać się może ubogie w dobra materialne i atrakcje. Oni jednak nie odczuwali żadnych braków, mieli wszystko, co było im potrzebne do szczęścia. Jest w tej książce echo dzieciństwa samej autorki.

Według standardów wychowawczych obowiązujących w tamtych czasach Emil był dzieckiem niegrzecznym i nieposłusznym, a więc godnym największego potępienia. Patrząc na niego z perspektywy współczesnej widzimy energicznego i ciekawego świata chłopca, którego wszystko interesuje, ma masę pomysłów i nie zastanawia się zbyt długo zanim uderzy w czynów stal. Przecież, jak sam mówił, jak inaczej można by się czegokolwiek na tym świecie dowiedzieć ? Rodzice, zajęci domem i gospodarstwem, nie mieli możliwości, aby nad nim stale czuwać. Emil nie był złym dzieckiem, które świadomie chce zrobić komuś przykrość czy wyrządzić szkodę. Motorem jego działania była na ogół chęć pomocy czy uszczęśliwienia kogoś. Niestety czasem wychodziło to trochę na opak. Najczęściej wtedy, kiedy bardzo chciał zrobić przyjemność Tatusiowi 😉

Cieszę się, że po latach mogłam dowiedzieć się, jakie były dalsze losy Emila. Wbrew najczarniejszym przewidywaniom sąsiadów, którzy tak współczuli jego rodzicom, że aż złożyli się dla niego na bilet do Ameryki, nie było z nim wcale tak źle. Świetnie radził sobie w szkole, uratował życie Alfredowi, a kiedy dorósł został przewodniczącym Rady Gminnej. Patrzcie, wygląda na to, ze z najbardziej nieznośnych dzieci mogą wyrosnąć z czasem naprawdę porządni ludzie, sądzę, że to wspaniałe, gdy się o tym pomyśli. Po prostu – to co u dziecka jest niegrzecznością i nieposłuszeństwem, u dorosłego nazywa się przedsiębiorczością i siłą charakteru 😉

Szkoda tylko, że w tym pięknie wydanym tomie przygód Emila zabrakło miejsca dla uroczej historyjki o jego siostrzyczce czyli „Jak mała Ida chciała psocić”. Ida pozazdrościła Emilowi czasu, który spędzał w stolarni i zapragnęła sama tam trafić. Niestety, mimo że tym razem napsociła ona, Tata znów wykrzyknął „EEEEEEEEEmil !!!”. Tak to już jest, gdy rodzice zbytnio przyzwyczają się do ról, które pełnią w rodzinie ich dzieci 😉

Edit: kiedy pisałam tę recenzję, nie było jeszcze Wydawnictwa Zakamarki, które wkrótce potem wydało też historyjkę pod tytułem „Mała Ida też chce psocić” oraz trzy inne historie o Emilu, których nie ma w zbiorze Naszej Księgarni 🙂

Astrid Lindgren „Przygody Emila ze Smalandii” , przekł.: Irena Szuch – Wyszomirska, Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg , wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2005

Astrid Lindgren „Jak mała Ida chciała psocić” , przekł.: Danuta Rechowicz – Głowacka, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Bajka, Sztokholm 1985

Astrid Lindgren „Mała Ida też chce psocić” , przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

Dzielna Kajsa

Dzielna Kajsa

Wpis z 30 września 2012 roku:

Skandynawskie skrzywienie w naszej rodzinie zdecydowanie jest dziedziczne. Korzystając z przywileju maturzystów, jakim są wakacje we wrześniu (jeszcze nieobciążone myśleniem o sesji poprawkowej 😉 ) w zeszłym tygodniu Najstarsza z moich córek spędziła kilka dni w Sztokholmie. Bardzo dużo zwiedzała i nie byłaby moją córką, gdyby przy tej okazji nie odwiedziła także Junibacken czyli Czerwcowego Wzgórza – jedynej w swoim rodzaju księgarni połączonej z muzeum literatury dziecięcej i miejscem zabaw. Mimo dość (jak na ten rodzaj literatury oczywiście ) zaawansowanego wieku, wróciła zachwycona. Jej Towarzysz Podróży – nieco mniej, ale cóż – podobno przeczytał tylko dwie czy trzy książki Astrid Lindgren, więc trudno się dziwić, że nie poczuł atmosfery.

Przywiozła mi stamtąd taką książkę:

– przewodnik po podróży pociągiem przez świat książek Astrid Lindgren od Czerwcowego Wzgórza do Nangilimy. Dziękuję córeczko !!!

Młodsze siostry obdarowane zostały pasiastymi, biało – czerwonymi lizakami. Ten prezent przypomniał mi, że w Vimmerby, w Świecie Astrid Lindgren również sprzedawano takie dwukolorowe, pasiaste cukierki, ale my wtedy nie wiedzieliśmy – dlaczego ? Nie mogliśmy wiedzieć, bo nie znaliśmy jeszcze historii dzielnej Kajsy, która właśnie takie cukierki sprzedawała na bożonarodzeniowym jarmarku. Książka, zawierająca to opowiadanie ukazała się w Polsce już po naszym powrocie. W dodatku – w angielskim przewodniku po Świecie Astrid Lindgren ta postać nazywała się Brenda Brave, co trochę utrudniło mi skojarzenie.

Kiedy tuż przed Bożym Narodzeniem Babcia Kajsy złamała nogę, wydawało się, że nie będzie żadnych Świąt. Tymczasem dzielna Kajsa nie tylko poradziła sobie z domowymi porządkami, ale także zdołała sprzedać na jarmarku wszystkie świąteczne cukierki, które Babcia przygotowała…

Oprócz „Dzielnej Kajsy” w książce pod tym tytułem znajduje się jeszcze osiem opowiadań – bohaterami wszystkich są dzieci żyjące w czasach dzieciństwa autorki, a nawet wczesniej. Wydaje mi się, że bohater historii „Trochę o Samelauguście” nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak ojciec autorki. Ten zbiór to kolejna, wydana przez Naszą Księgarnię, książka Astrid Lindgren, która zaliczam do kontrowersyjnych, ponieważ radykalnie rozmija się ze swoim (że się tak nowocześnie wyrażę ) targetem. Wbrew temu, co napisane jest na okładce, większość opowiadań adresowanych jest do dzieci zdecydowanie młodszych niż sześcioletnie.

Z jednej strony – takie maluchy mogą mieć trudność ze zrozumieniem wielu spośród opisywanych tam realiów życia na szwedzkiej wsi sto lat temu. Z drugiej – potrzebują zupełnie innej proporcji ilustracji do tekstu niż to ma miejsce tutaj. I najlepiej by było, żeby te ilustracje były kolorowe….

Dlatego bardzo żałuję, że historia Kajsy nie ukazała się jako oddzielna książeczka z ilustracjami Ilon Wikland – o taka

ale może „Zakamarki” nadrobią ten brak ? To taka ciepła i optymistyczna historia w świątecznym nastroju. Aż chciałoby się ją znaleźć pod choinką…

P. S. Warto wspomnieć, że jedno z opowiadań – „Marit” dotyka problemu śmierci – nie tak baśniowo jak „Bracia Lwie Serce”, i nie tak rozdzierająco smutno jak w „Południowej łące” – ale lepiej o tym wiedzieć, zanim się zacznie to czytać z dziećmi.

Astrid Lindgren „Dzielna Kajsa”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ingrid Vang Nyman, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Ucieczka Pippi

Ucieczka Pippi

Wpis z 30 marca 2010 roku:

Książka zadedykowana Inger Nillsson, Marii Persson i Perowi Sundbergowi oraz tym wszystkim dzieciom, dla których wspomniana trójka na zawsze pozostanie Pippi, Anniką i Tommym.

To dla mnie ta dedykacja !!! To ja jestem tym dzieckiem, dla którego Pippi od zawsze miała buzię Inger Nillsson (i mówiła głosem Ewy Złotowskiej), bo naszym pierwszym spotkaniem był serial telewizyjny. Pozostała dwójka też zrosła się w mojej wyobraźni z postaciami Anniki i Tommy’ego. Dopiero potem odnalazłam w bibliotece książkę z ilustracjami Ingrid Vang Nyman, w której z resztą Pippi była Fizią. Pożyczałam ją z tej biblioteki w kółko na okrągło 😉

Ach co to był za serial !!! Wyświetlano go chyba w niedziele rano, po Teleranku, bo jakoś kojarzę go z piękną słoneczną pogodą za oknem i pamiętam, ze oglądaliśmy go całą rodziną. Może wcale tak nie było i czasem jednak padał deszcz, ale Pippi sprawiała, że wszystko dookoła wydawało się piękniejsze i radośniejsze. Miasteczko Visby na Gotlandii, gdzie (jak się potem dowiedziałam) znajdowała się filmowa Willa Śmiesznotka, na długo pozostało dla mnie miejscem marzeń – takie przytulne, sympatyczne, zatopione w zieleni i skrojone na ludzką miarę.

A wspomnienie odcinka, w którym Pippi robi zakupy i wykupuje cały sklep ze słodyczami, jeszcze przez wiele lat wywoływało u mnie ślinotok… Aż do momentu, w którym udało mi się wreszcie spełnić marzenie o tym, żeby spróbować takich czarnych cukierków, co to wyglądały jak sznurowadła. Spróbowałam i mi przeszło 😉

Zaczęło się od tego, że Annika posprzeczała się ze swoją mamą. Tak się czasem zdarza. I nagle Annice przyszło do głowy, że ucieknie. Tommy’emu od razu przyszło do głowy to samo.

Kochana Pippi, nie mogłabyś uciec z nami ? – poprosił Tommy.

Bo bez Pippi ucieczka wcale nie byłaby udaną ucieczką, tego był pewien.

– Jasne, że mogę ! – odparła Pippi.

Przyrzekła zresztą mamie Tommy’ego i Anniki, że będzie towarzyszyć jej dzieciom i że się nimi zaopiekuje.

I uciekli.

I wędrowali sobie, wędrowali… Mieli po drodze różne przygody, nie zawsze bezpieczne, ale z Pippi żadna przygoda nie jest straszna.

A potem wrócili – Tommy i Annika do rodziców, a Pippi do Willi Śmiesznotki. Bo przecież (jak powiedziała Pippi): ucieka się po to, żeby mieć potem radość z powrotu do domu.

Tej historii nie znajdziecie w żadnej z zasadniczych książek o Pippi. Astrid Lindgren napisała ją na podstawie własnego scenariusza do pełnometrażowego filmu pod tym samym tytułem nakręconego w 1970 roku. Literacko – nie jest to jej szczególne osiągnięcie. Owszem, czyta się nieźle, ale miałam poczucie, że była pisana trochę na siłę, bez zaangażowania, które niewątpliwie towarzyszyło tworzeniu scenariusza do tego filmu.

Po przeczytaniu „Ucieczki Pippi” zapragnęłam gorąco obejrzeć znów tamten serial. Znalazłam go nawet, ale okazało się, że wydanie DVD nie zawiera tamtego (równie kultowego jak sam serial) dubbingu. Po doświadczeniu z kreskówką, którą oglądały kiedyś moje córki, wiem, ze nie zniosłabym Pippi mówiącej innym głosem, niż ten, który pamiętam – czyli Ewy Złotowskiej. Zdecydowanie nie !!!

Astrid Lindgren „Ucieczka Pippi”, przekł.: Anna Węgleńska, zdjęcia: Bo-Erik Gyberg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010

Południowa łąka

Południowa łąka

Wpis z 8 listopada 2010 roku

Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska.Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii, córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich, żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do zabawy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości… Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” – bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo częściej niż teraz.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

…Szwecja była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.

Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (a wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.

Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Najmłodszej, która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).

Mimo że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w „Południowej łące” brakuje nadziei. I chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje, bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.

Astrid Lindgren „Południowa łąka i inne opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009

Kati w Ameryce

Kati w Ameryce

a potem we Włoszech i w Paryżu – cykl Astrid Lindgren należący niestety do tej części jej twórczości, która nie wytrzymała próby czasu. Ponieważ jednak wstawiam na półki nowego Małego Pokoju jej książki, znajdzie się tu miejsce także dla nich.

Wpis z 8 maja 2007 roku:

Jest rok 1950. Kati, dwudziestolatka ze Sztokholmu, zafascynowana opowieściami swojego przyjaciela Jana, który wrócił niedawno z Ameryki postanawia zobaczyć ten niezwykły kraj na własne oczy. Wychowująca ją po śmierci rodziców Ciotka początkowo nie chce w ogóle słyszeć o takim pomyśle. Kapituluje wreszcie wobec determinacji dziewczyny, ale… postanawia towarzyszyć siostrzenicy w tak niebezpiecznej wyprawie. Ta książka mogłaby właściwie nosić tytuł „Podróże z moją ciotką” 😉 Zwiedzają Nowy Jork, Waszyngton, Nowy Orlean i Chicago, przejeżdżając przez Stany z góry na dół i z powrotem, podobnie jak dwa lata wcześniej sama Astrid Lindgren. Poznają Amerykanów różnych ras, zamożności i pochodzenia (także emigrantów z ich ojczystej Szwecji). Obie ta podróż zmienia – i entuzjastyczną Kati, i sceptyczną Vilhelminę. Obie w innym świetle zaczynają widzieć zarówno Amerykę, jak i Szwecję.

Dlaczego zaliczyłam „Kati w Ameryce” do książek „kontrowersyjnych” ?

Bo nie do końca rozumiem dla kogo jest przeznaczona, ani w ogóle – po co ją teraz wydano. Opisuje ona Amerykę, której już nie ma, za punkt odniesienia przyjmując Szwecję, której również już nie ma. Trochę przypomina mi to późniejszą o 30 lat książkę Teresy Hołówki „Delicje ciotki Dee” – tam porównywano amerykański Middwest z lat osiemdziesiątych z siermiężną rzeczywistością PRL. Czytając teraz „Delicje” widzę, jak bardzo od tego czasu zamerykanizowało się nasze życie. Mogę to zauważyć, bo znam ówczesną Polskę z autopsji 😉

Kati w Ameryce”, zdaniem wydawnictwa, przeznaczona jest dla czytelników od 10 lat. Czy na pewno ? Co zrozumieją z tamtych amerykańsko – szwedzkich realiów dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak 60 lat temu wyglądało życie ich dziadków w Polsce ? Myślałam przez chwilę, że większy sens miałoby wydanie tej książki w USA – dla tamtejszych nastolatków byłoby to źródło wiedzy o niezbyt odległej przeszłości ich kraju. Chyba jednak nie należy się tego spodziewać…

Ogromne wrażenie na Astrid Lindgren zrobiła wówczas segregacja rasowa – widać to w opisie wizyty Kati w slamsach Nowego Orleanu i jej podróży autobusem przez Wirginię. Tymczasem w obecnej Ameryce ta książka mogłaby zostać uznana za rasistowską ! Znajdziemy w niej na przykład taką opinię (z którą zresztą trudno się nie zgodzić 😉 ) Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Jakież to politycznie niepoprawne (mimo całej czułości w tym zawartej) !!!

Zdanie twierdzące: „Kolorowy” należy mówić o Amerykanach, którzy nie są biali, to absolutna obraza, by Murzyna nazwać Murzynem ! zaopatrzone zostało w następujący przypis: Powieść niniejszą autorka pisała w 1950 roku. Nazwa „Murzyn” i „kolorowy” w odniesieniu do Afroamerykanów miały wtedy inny charakter niż dzisiaj. Być może oddano w ten sposób politycznej poprawności, co jej się należy, ale niewiele wytłumaczono naszemu czwarto- czy piątoklasiście. W obfitości przypisów wyjaśniających, kim były takie zapomniane już, a przywoływane w tej książce postaci jak Esther Williams, Myrna Loy czy Betty Davis, zabrakło informacji o tym, kiedy i w jakich okolicznościach zniesiono w USA segregację rasową.

(Tu następował fragment dotyczący tego, jakie książki Astrid Lindgren ciągle czekają na polskie wydanie, a na pewno byłyby bardziej strawne do czytania – ale stracił on sens, bo wkrótce potem pojawiło się Wydawnictwo Zakamarki i wydało wszystkie pozycje o których tak marzyłam. Zostawiam więc tylko puentę 🙂 )

Dlaczego zdecydowano o wydaniu akurat tych książek, nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczonych ? Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety 😦

Astrid Lindgren „Kati w Ameryce”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Wpis z 19 października 2007 roku:

Po powrocie z Ameryki Kati rozpoczyna nowy etap życia. Nie jest już panienką pod opieką ciotki, tylko młodą samodzielną kobietą z własnym mieszkaniem – pracującą i zarabiającą. Odrzuciła oświadczyny Jana, który chciał jak najszybciej zamieszkać w jej mieszkaniu, bo nie chciała wślizgnąć się w to małżeństwo tylko z rozpędu. Poprosiła go o odłożenie rozmowy o ślubie o rok, ale przez rok może się wiele zdarzyć.

Jak sama mówi – mam dwadzieścia dwa lata i do tej pory chodziłam na smyczy mojej ciotki. Nigdy nie próbowałam, jak to jest radzić sobie samej. Życie było pełne praktycznych szczegółów, których nie opanowałam w najmniejszym stopniu.(…) Nie mogłam prosto z ramion Ciotki powędrować w ramiona Jana, kiedy wreszcie miałam okazje stanąć na własnych nogach. Zamiast zamążpójścia wybiera zamieszkanie z koleżanką z pracy. Razem remontują mieszkanie, razem wygrywają w totolotka i razem wyruszają na wycieczkę objazdową po Włoszech.

Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. To takie sympatyczne i wesołe babskie czytadło. Wydaje mi się jednak, ze wydawnictwo znów pomyliło się określając przedział wiekowy czytelników tej książki – moim zadaniem jest ona raczej dla dorosłych. Trudno mi wyobrazić sobie dziesięciolatkę (że o dziesięciolatku nie wspomnę) którą zainteresować by mogły perypetie uczuciowe dwóch szwedzkich stenografistek szukających we Włoszech miłości swojego życia.

Wszystko to w dodatku w realiach lat pięćdziesiątych, a od tego czasu sporo się zmieniło – także w sferze obyczajowości. Każda kobieta powinna kiedyś móc urządzić własny dom, niezależnie od tego, czy wychodzi za mąż, czy nie. Jej wrodzona skłonność do obszywania ręczników i kupowania małych ogniotrwałych form, i rozlepiania ozdobnych taśm na półkach powinna zostać zaspokojona bez względu na jej stan cywilny. Tego rodzaju pragnienie może zwieść dziewczynę, która po wszystkich tych męskich zabiegach sądzi, ze jest zakochana w jakimś takim nieszczęściu będącym mężczyzną. Byle jakim mężczyzną, który pozwoli jej zaspokoić chęć meblowania, a jednocześnie da jej tytuł „pani”, to ostatnie, rzecz jasna, jest szczególnie ważne. – czy to są rozważania mogące trafić do dziesięciolatków z początków XXI wieku ?

Inaczej niż część amerykańska, ta książka nie próbuje opisywać kraju i zaglądać mu pod podszewkę. To tylko miła love story, a Włochy w niej… Włochy są jak z pocztówki – piękne, romantyczne i ograniczone do najbardziej znanych atrakcji turystycznych.

Reasumując – bardzo fajna książka, ale raczej dla Mam i starszych sióstr nastolatków 😉 Wydawnictwu pozostała do wydania jeszcze jedna książka o Kati i przyznam, że z ciekawością czekam na Paryż widziany jej oczami.

Astrid Lindgren „Kati we Włoszech”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2007

Wpis z 4 grudnia 2008 roku:

Przeczytałam  „Kati w Ameryce”, przeczytałam  „Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” 😉  I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury 😦 

Paryż, którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie. Rozważania na tematy małżeńskie ciut anachroniczne 😉 i raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej dziwny.

Astrid Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej – chyba nie miała okazji sama tego doświadczyć.

Reasumując – „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dla nieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać 😉

Astrid Lindgren „Kati w Paryżu”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008