Charcie harce

Charcie harce

Wydawnictwo Hokus-Pokus skończyło w tym roku 18 lat. Jego założycielka Marta Lipczyńska-Gil wkroczyła więc jako wydawczyni w wiek (nie bójmy się tego słowa 😉 ) dojrzały. Nie wiem, czy wszyscy pełnoletni zawodowo wydawcy tak mają, ale w jej przypadku zaowocowało to wydaniem… własnej książki. Oto ona:

Ostatnie dni października to taki czas, że w kontekście lektur dla dzieci mówi się albo o tych, które dotykają tematu śmierci (bo przed nami Zaduszki i wizyty na cmentarzach) albo o takich, które straszą i wampirzą (bo Halloween). Ja natomiast proponuję dziś książkę, która jest jak beztroski spacer z psem po jesiennym lesie, bo ponieważ właśnie stamtąd wróciłam.

Jej autorka napisała o niej: Ta wyliczanka powstała spontanicznie. Jest wyrazem fascynacji wdziękiem, przekornym charakterem dwóch chartów, które żyją z nami. Starszy od dwóch lat, a młodszy od niemal roku. To nie są pierwsze psy w moich życiu, ale pierwsze, które stały się bohaterami książki.

„Charcie harce” to taka książka w sumie po nic – nie niesie żadnego głębszego przesłania, nie opowiada o rzeczach trudnych, nie uczy właściwie niczego (no, może poza liczeniem do dziesięciu), ale jest w niej mnóstwo uroku, także dzięki ilustracjom Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Marta napisała o nich, że są przekorne, dowcipne, z charcim pazurem. Świetnie oddają urodę i charakter tych psów.

Widać, że obie autorki znakomicie bawiły się tworząc tę książkę i właśnie dzięki temu obcowanie z nią jest taką przyjemności. Jeden chart to już fart, a co przyniesie kontakt z większą ich ilością ? Żeby się tego dowiedzieć, trzeba sięgnąć po „Charcie harce”. Nie pożałujecie !

Marta Lipczyńska-Gil (tekst), Nika Jaworowska-Duchlińska (ilustr.) „Charcie harce”, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2021

P.S.

W charakterze dodatku muzycznego – dwaj panowie, których lubię słuchać i ich spacery z psami:

Andrzej Sikorowski

Jacek Kaczmarski

Psie życie

Psie życie

To już jedna z ostatnich książek, które stały na półkach Małego Pokoju z Książkami w poprzedniej lokalizacji i po przeprowadzce wracają na swoje miejsce. Pisałam o niej 7 października 2012 roku, ale kiedy przeczytałam tamtą recenzję, okazało się, że jest już mocno nieaktualna i wymaga sporych zmian.

Mówię do ciebie ja, pies, twój największy przyjaciel.

Mówię w imieniu wszystkich psów świata, od ratlerka tyciego jak chomik po kaukaza ogromnego jak niedźwiedź.

Jesteśmy razem jak daleko sięga psia i ludzka pamięć. Moim przodkiem był wilk. Czasem jesteśmy podobni jak dwie krople wody.

„Psie życie” – autorska książka Mistrza Józefa Wilkoniato dzieło jedyne w swoim rodzaju. To psi manifest – apel do Człowieka ilustrowany w dodatku nietypowo, bo rzeźbami.

Psimi rzeźbami.

Mamy tam psiaki wesołe, smutne, zamyślone, skaczące, wyjące, śpiące i trzeba do tego kunsztu Mistrza, żeby przy pomocy z grubsza ociosanych kawałków drewna ukazać pełną gamę psich uczuć.

Jednak mój los jest w twoich rękach, mój przyjacielu, mój panie. Pewnie wiesz, że kocham cię z całej psiej mocy i zawsze będę przy tobie.

Będę czekał na ciebie w domu, pod sklepem, na przystanku. Kiedy rozdzielą nas setki mil, powrócę do Ciebie jak Lessie.

Będę ścigał się z tobą po łąkach, rozpędzę twoją chandrę.

Będę twoim zagłówkiem, u twoich stóp milczącą poduszką.

Dzieci dzielą się z grubsza na te, które psa maja i takie, które o nim marzą. Najmłodsza z moich córek należy do tych ostatnich, konsekwentnie od lat. W przeciwieństwie do starszych sióstr, które takie marzenia owszem miały, ale krótko, ona zamierza zostać weterynarzem. Miała chomika, teraz hoduje myszoskoczki, zakłada akwarium, a przede wszystkim – jeździ konno. I bardzo chciałaby mieć zwierzę bardziej kontaktowe od gryzoni. I żeby jeszcze można było pójść z nim na spacer… – pisałam 9 lat temu.

Od tego czasu zmieniło się bardzo wiele. Ówczesna szóstoklasistka zdążyła skończyć wszystkie szkoły i studiuje, aczkolwiek nie weterynarię. Mniej więcej wtedy, kiedy to pisałam, mój Mąż zmęczony jej nagabywaniem o psa złożył pochopną obietnicę, że jeśli skończy szóstą klasę z paskiem na świadectwie, to (cytuję:) pomyślimy o psie. Znając dotychczasowe osiągnięcia ocenowe naszej dyslektyczki mógł spokojnie spodziewać się, że w ten sposób temat zakończy się definitywnie, ale bardzo się zdziwił. Okazało się wtedy po raz pierwszy ale nie ostatni, że jeśli naszej córce na czymś bardzo zależy, to potrafi zrobić rzeczy, których byśmy się po niej nie spodziewali.

Pasek na świadectwie był, więc cóż – słowo się rzekło, kobyłka… Nie, nie kobyłka u płota, tylko pies w domu 🙂 Plan był taki, że będzie to nierasowy szczeniak i takiego na odległej wsi znalazła dla nas moja znajoma. Pojechaliśmy i przywieźliśmy malucha do nas. O perypetiach z wyborem imienia pisałam już przy okazji książki Zofii Staneckiej o Lotcie i jej ludzkim stadzie. I tak Nika jest z nami już 8 lat i trudno nam już sobie przypomnieć, jak to było bez niej.

Podrap mnie za uchem i głaszcz. Zobacz, jak wilgotnieją moje oczy.

Nie zostawiaj mnie samego na długo. Bez ciebie zdziczeję jak Dingo.

Strach pomyśleć, jakie byłoby bez ciebie moje psie życie.

Myślę, że „Psie życie” powinno być lekturą obowiązkowa dla wszystkich, i dużych, i małych, tych, którzy psa już mają, i przede wszystkim dla tych, którzy dopiero chcą go mieć.

Ta książka ukazała się 10 lat temu. Przypominam ją nie tylko dlatego, że szefowa wydawnictwa Hokus Pokus Marta Lipczyńska-Gil wspomina czasami o jej wznowieniu i chciałabym ją do tego zachęcić. Drugim powodem jest to, że rzeźby, które ilustrowały „Psie życie” (a dokładniej – ich odlewy) stanęły niedawno przed biblioteką w podwarszawskim Piasecznie. Nie są to jedyne dzieła Józefa Wilkonia, które można w tym mieście zobaczyć. Jeśli tam będziecie, rozglądajcie się uważnie !

Józef Wilkoń (tekst i ilustr.) „Psie życie”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2011

Lotta czyli jak wychować ludzkie stado

Lotta czyli jak wychować ludzkie stado

Książka nominowana w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej i wpisana na pokonkursową Listę BIS w kategorii tekstu

oraz nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: obraz !!!

Ta książka została napisana dla Lotty z okazji jej dziesiątych urodzin. Nie wiem, czy Principiessa ją doceni. Obawiam się, że wolałaby tort z psich parówek albo porządną wyżerkę w śmieciach. Ponieważ jednak mam to nieszczęście, że jestem człowiekiem, nie psem, miłość wyrażam też słowami. A tym jest właśnie ta książka – wyrazem miłości. Nie bójmy się wielkich słów, gdy mówimy o najważniejszych dla nas „osobach”: psach.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę (jeszcze nawet nie zaczęłam jej czytać), od razu przypomniały mi się nasze z Najmłodszą z córek rozkminy nad imieniem psiny, która miała się w naszym domu pojawić. Szukałyśmy tropów literackich i Lotta była jedną z poważnie rozważanych możliwości. Potem przypomniałyśmy sobie, że nosząca to imię bohaterka Astrid Lindgren była uparta jak stary kozioł, istniały więc obawy, że coś z tego spłynie na nosicielkę tego imienia. W końcu stanęło na Nice, ona była zdecydowanie bardziej zrównoważona 😉

Czytając „Lottę” Zofii Staneckiej wróciłam myślami do początków naszego życia z Niką. Pewne rzeczy, które tu opisuje, brzmiały bardzo znajomo, niektóre nas na szczęście nie dotyczyły. Są tam przygody wesołe i smutne, ale najważniejsza jest więź, która z czasem nawiązuje się między ludźmi a psem. To niepotrzebujące słów porozumienie, dzięki któremu my wiemy, co mówi każde spojrzenie psa, jego pochylenie głowy czy ogon. Pies natomiast nie tylko doskonale rozumie różne słowa we wszystkich językach świata (Nika reaguje nie tylko na spacer i Spaziergang, ale także na prohazku i progułku 😉 ), wyczuwa też pewne rzeczy, jeszcze zanim cokolwiek powiemy.

Lottę i jej ludzkie stado zwizualizowała w tej książce Marianna Sztyma. Pierwszy raz zauważyłam jej ilustracje w „Moim cudownym dzieciństwie w Aleppo” i od tego czasu uważnie obserwuję jej twórczość. Rzadko ilustruje książki dla dzieci – z tym większą radością odnotowałam, że w ostatnim czasie ukazały się aż trzy (w tym dwie autorstwa Zofii Staneckiej). Widziałam bohaterkę tej książki na zdjęciach, więc mogę docenić, że została pokazana w niej jak żywa – nie tylko na okładce i ilustracjach wewnątrz, ale także na wyklejce.

Zofia Stanecka napisała we wstępie: Nie opisuję życia mojej rodziny. Tak więc ani mama nie jest dokładnie mną, ani dzieci nie są moimi dziećmi. Nasze ludzkie życie jest tylko tłem dla Principiessy, dlatego to jej przygody, nie nasze, są w tej książce prawdziwe. Podobnie jak prawdą jest , że Lotta jak mało kto potrafi wychować ludzkie stado. Z nami poradziła sobie bezbłędnie. Co niniejszym zaświadczam, nisko się przy tym kłaniając do jej psich stópek, pachnących trawą, suszonym grzybkiem i starą skarpetką.

A ja się do tych ukłonów przyłączam i dodaję pozdrowienia od Niki!

Zofia Stanecka „Lotta czyli jak wychować ludzkie stado”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Kropka, Warszawa 2021

Król Myszy

Król Myszy

Dwie pierwsze części cyklu „Uczeń sztukmistrza” czyli „Król myszy” i „Powietrzny żeglarz” zostały wyróżnione w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej !!!

oraz nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst

Nigdy nie będzie takiej zimy jak ta, gdy się miało dwanaście lat. Kłopot w tym, że kiedy masz dwanaście lat, nie możesz tego wiedzieć. Wydaje ci się wtedy, że ta melodia dzwonków brzęczących u sań na Krakowskim Przedmieściu, że drobne płatki śniegu, trzepoczące jak ćmy w żółtawym świetle ulicznych latarni, że ten mróz szczypiący policzki i cudowny zapach, dochodzący ze straganu kiełbaśnika, obracającego na rożnie kiełbaski, to coś, co powtórzy się za rok i powtarzać się będzie już zawsze…

Jak się pisze współczesną powieść sensacyjną ?

Najpierw trzeba wymyślić, co ma się w niej dziać, całą intrygę od początku do końca oraz zastanowić, jak rozmieścić zwroty akcji, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika od początku do końca i nie ujawnić za dużo od razu. Potem trzeba wymyślić bohaterów, tak żeby byli wyraziście, rozpoznawalni, mieli zarysowane charaktery, a w dodatku ci, którzy mają być sympatyczni, rzeczywiście sympatię budzili, w przeciwieństwie do postaci negatywnych. Natomiast realia, w których się to wszystko będzie działo, to bułka z masłem, wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła. A potem już tylko wystarczy to napisać…

Zdecydowanie trudniej jest, kiedy chcemy stworzyć sensacyjną powieść historyczną.

Wtedy nie wystarczy tylko wymyślić intrygi i bohaterów oraz zaplanować akcji, trzeba jeszcze zadbać o to, żeby to wszystko było zgodne z realiami. Czyli na przykład – żeby bohaterowie nie przemieścili się za szybko z miejsca na miejsce, chodzili po ulicach miasta, które wyglądają tak, jak wyglądały w ich czasach oraz żeby ubierali się, jedli, żyli zgodnie z ówczesnymi realiami i tak postrzegali świat – to znaczy, żeby ich wiedza ogólna nie wyprzedzała tego, co mogli wówczas wiedzieć. A jeśli jeszcze w dodatku autorowi przyjdzie do głowy wprowadzenie na karty powieści postaci autentycznych – żeby ich obecność właśnie tam i właśnie wtedy była realna, uzasadniona i nie skutkowała czymś, co zmieniłoby bieg późniejszych wydarzeń historycznych. I potem już tylko wystarczy to napisać. Uffff ! 🙂

Są tacy, którzy tego próbują i wychodzi im nie za bardzo, są też tacy, którzy to po prostu potrafią. Zuzanna Orlińska należy do tych ostatnich i IMO jest jedną z najlepszych obecnie osób piszących o przeszłości dla młodych czytelników. W dodatku nie ogranicza się do jednej epoki. Nosiło już ją od lat trzydziestych XX wieku („Detektywi z klasztornego wzgórza”) po średniowiecze („Z Bożej łaski Jadwiga, król”), a tym razem wskazówka jej wehikułu czasu zatrzymała się na roku 1804. Autorka zaprasza czytelników do Warszawy z okresu, o którym rzadko pamiętamy, że był – czyli do czasu między III rozbiorem a utworzeniem Księstwa Warszawskiego, kiedy nasza stolica znajdowała się pod zaborem pruskim. Rozbiory i Warszawa kojarzą się najczęściej z zaborem rosyjskim, ale to przecież nastąpiło dopiero po Kongresie Wiedeńskim.

Na ulicach naszego, pozbawionego wówczas przywileju stołeczności, miasta Autorka skrzyżowała drogi wielu postaci – autentycznych (mniej i bardziej znanych) oraz wymyślonych przez nią. Do tych pierwszych należą na przykład patronujący dziś warszawskim ulicom Antoni Szeliga Magier, Jan Kiliński czy Wincenty Skorochód-Majewski, a także ówczesny urzędnik pruski Ernst Teodor Amadeus Hoffmann, obecnie pamiętany przede wszystkim jako autor „Dziadka do orzechów”. Jest tam także liczne grono Francuzów, towarzyszących osobie, o której możemy przeczytać, że nie było w Warszawie człowieka, który nie wiedziałby, że francuski arystokrata, podający się za hrabiego de Lille, to w rzeczywistości rodzony brat zamordowanego w czasie rewolucji króla Ludwika XVI, brat, który przez zwolenników dawnego porządku uważany był za następcę ściętego władcy i nosił miano Ludwika XVIII. Wiedzieliście, że późniejszy (w latach 1815 – 1824) król Francji mieszkał w Warszawie ??? A Zuzanna Orlińska to wie 😉

Z bohaterami stworzonymi przez Autorkę mam pewien problem, bo nie wiem, kogo naprawdę wymyśliła, a kogo znalazła podczas niezwykle starannej kwerendy, którą poprzedziła pisanie tej książki. Przez długi czas byłam przekonana, że fascynujący Jordaki Kuparenko istniał tylko w jej wyobraźni, ale okazał się postacią autentyczną. Przypuszczam, że wymyśliła Marcina – głównego bohatera przed którym Warszawa nie miała tajemnic, choć wcale nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że był wtedy na Piwnej warsztat szewca nazwiskiem Antoni Michał Zięba i że miał on syna o tym imieniu.

Autorzy piszący powieści historyczne popełniają najczęściej dwa, rzekłabym, przeciwstawne błędy. Bywa, że nie znają wystarczająco realiów czasów, o których piszą i wtedy po prostu nie może im wyjść ciekawa historia. Bywa też odwrotnie – ich wiedza o realiach jest tak duża, że aż szkoda im się nią z czytelnikami nie podzielić w całości i wtedy akcja ginie gdzieś pod tymi ciekawostkami. Zuzanna Orlińska realia zna znakomicie, ale potrafi znaleźć złoty środek w ich opisywaniu tak, żeby czytelnika nie zanudzić. Wręcz przeciwnie ! Tam cały czas dzieją się rzeczy interesujące i zaskakujące.

Nie ma w „Królu Myszy” ilustracji, ale nie mogę nie wspomnieć tu z zachwytem okładki, która znakomicie koresponduje z pierwszym zdaniem tej książki. Wyszła ona spod ręki Marcina Minora. On także jest autorem kończącej książkę wyklejki, na której możemy zobaczyć przegląd ówczesnej mody w kategorii nakryć głowy. Kilkadziesiąt postaci (żeby je policzyć, musiałabym stawiać przy nich jakieś znaczki, a nie zwykłam mazać po książkach 😉 ) i każda inna. A może jakieś się powtarzają ? Ja nie znalazłam. I nie, nie wstawię tu jej skanu, zajrzyjcie do książki ! Na wyklejce początkowej mamy natomiast plan ówczesnej Warszawy autorstwa Mikołaja Kamlera – bardzo przydatny w czasie lektury.

Zaczyna się niewinnie, ale nie dajcie się na to nabrać! Z biegiem stron opowieść się rozkręca, mroczne intrygi i postacie kryją się tylko po to, żeby znienacka wyskakiwać i zaskakiwać nas, czytelników. Kończysz czytanie i pytasz: „No, dobrze, ale co dalej było? Kiedy dalszy ciąg?” Na to pytanie postawione przez Joannę Papuzińską w blurbie na okładce odpowiedź już znamy – drugi tom ukaże się 7 października. To akurat tyle czasu, żeby ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, zdążyli przeczytać pierwszy 😉

P.S. Ten drugi tom to jeszcze nie koniec. Będzie trzeci !!! 🙂

Zuzanna Orlińska „Król Myszy” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.1), wyd.: Literatura, Łódź 2021

Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych

Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych

Pisząc tu niedawno o „Maryjkach” zauważyłam ze zdziwieniem, że (w wyniku ewidentnego przeoczenia) na półki Małego Pokoju z Książkami po przeprowadzce nie wróciła autorska książka Marianny Oklejak „Cuda wianki”, o której pisałam 21 marca 2016 roku.



„Cuda wianki” to książka, która budzi zachwyt – i nic dziwnego, skoro powstała z zachwytu (jak pisze autorka we wstępie, a raczej zaproszeniu do niej).

Kiedy przeglądałam ją po raz pierwszy, miałam spory problem Z jednej strony chciałoby się obejrzeć dokładnie wszystkie szczegóły, które aż mienią się w oczach. Z drugiej – korci, żeby już – natychmiast przełożyć kartkę i zobaczyć, co jest na następnej stronie. Sam człowiek ze sobą nie może dojść do ładu przy tym oglądaniu 😉

Po tym zachwycie pojawia się jednak zdziwienie, bo nie bardzo wiadomo, co z nią właściwie robić i co to w ogóle jest ?

Książka obrazkowa dla dzieci ?

Album ?

Leksykon folkloru ?

Do oglądania czy do czytania ?

I dla kogo ? (choć tu akurat odpowiedź znajdziemy w tytule)

Sama Marianna Oklejak wyjaśnia to tak: Polską kulturę ludową poznaję od kilkunastu lat i nie mogę się wciąż nadziwić jej różnorodności. Żywa muzyka, niezwykła harmonia kolorów, świetne kroje ubrań, piękne ornamenty – wszystko to, co od wieków szczerze płynie z serca, a nie z potrzeby rynku, ma nadal wielką moc. Nie sposób pomieścić całe to bogactwo na osiemdziesięciu stronach. To zaledwie jego ułamek, garść skarbów. Dlatego książka, zamiast stanowić zamknięte naukowa kompendium, ma być zachętą do odkrywania tego ogromnego, a mało znanego świata, pełnego niezwykłych barw, kształtów i rytmów.

Na trzydziestu sześciu tablicach można zobaczyć przegląd tradycyjnych haftów, wycinanek, zabawek, poznać instrumenty muzyczne i poczuć atmosferę potańcówek, a także przeczytać fragmenty starodawnych pieśni. Pośród tego wszystkiego snuje się wciąż aktualna opowieść o zwyczajnym życiu: porach roku, miłości i rozstaniu, narodzinach i śmierci.

Co prawda nasza rodzinna pierwszoklasistka, która znalazła tę książkę pod choinką, dużo większą uwagą zaszczyciła „Animalium” (to był dla odmiany prezent dla Najmłodszej z moich córek -gimnazjalistki), ale mam nadzieję, że z czasem odkryje i doceni urok „Cudów wianków” (edit: rzeczywiście doceniła, a potem jeszcze młodsze siostry !!!) Trzeba im tylko dać trochę czasu, a przecież górnej granicy wiekowej dla nich nie ma. To książka dla młodszych i starszych – tych, którzy jeszcze pamiętają, tych, którzy chcą sobie przypomnieć i tych, którzy chcą się dopiero dowiedzieć.

„Cuda wianki” zostały nagrodzone tytułem Książki Roku Polskiej Sekcji IBBY 2015 w dziedzinie ilustracji i jest to tytuł jak najbardziej zasłużony !!! Rzadko zdarza mi się tak absolutnie i bez wahania zgadzać się z werdyktem jury przyznającego tę (i nie tylko tę) nagrodę 🙂

Marianna Oklejak „Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych”, wyd.: ART Egmont, Warszawa 2015

W 2017 roku ukazała się kolejna autorska książka Marianny Oklejak „Cuda niewidy. Zagadki dla młodszych i starszych” – równie piękna i wciągająca !!!

Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej

Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS w kategorii ilustracji

oraz nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

oraz wpisana na listę White Ravens 2022 i na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2021

Na zdjęciu moja ukochana ikona Matki Boskiej Łopieńskiej Dobrej Miłości – oryginał pochodzący z bieszczadzkiej wsi Łopienka znajduje się obecnie w cerkwi w Polańczyku.

Ta książka powstała z pragnienia, by ocalić od zapomnienia baśnie ludowe łączące Matkę Boską z przyrodą. Wydaje mi się, że niewiele dzieci je zna, choć niegdyś były tak popularne jak dziś opowieści Marvela.

Gdy byłam mała, opiekowała się mną niania mojej mamy, Cecylia Kot, wiejska kobieta z Podkarpacia. Uosobienie miłości. I to ona przekazała mi niektóre z tych legend. Śpiewała mi je, opowiadała wierszem. Te proste bajki z jednej strony tłumaczyły, skąd się wzięło to czy tamto, kolor piórek kanarka, drżenie listków osiki, a z drugiej – włączały przyrodę do sfery sacrum, czyniły z niej element historii zbawienia – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej” to książka zbudowana trochę jak kalendarz roku maryjnego. Zaczyna się i kończy w zimie, i jest to zima pełna śniegu, a zaczyna się i kończy zdaniem: na całym świecie nie ma dwóch takich samych śnieżynek 🙂 Potem wśród różnych historii znajdujemy ułożone chronologicznie takie, które wyjaśniają pochodzenie i zwyczaje kolejnych świąt związanych z Najświętszą Marią Panną. A mamy ich sporo – że wymienię tylko Matki Boskiej Gromnicznej, Jagodnej, Zielnej czy Siewnej.

Kiedy wzięłam „Maryjki” pierwszy raz do ręki, przypomniała mi się opowiadana mi przez Mamę, która znała ją z dzieciństwa od swojej Matki Chrzestnej, historia o tym, jak Matka Boska uczyła Jezuska tańczyć. Pamiętam ją jak przez mgłę, a Mamy, żeby mi ją przypomniała, już nie ma. Nie znalazłam jej w tym zbiorze, może zresztą Ciocia Miłka sama ją wymyśliła, ale była bardzo podobna w duchu do tych, które spisała Justyna Bednarek. Jest w nich coś ujmującego – obraz Matki Boskiej jako z jednej strony osoby nieskończenie dobrej dla wszystkich istot, z drugiej – takiej zwyczajnej ludzkiej mamy, kochającej i troszczącej się o synka nawet wtedy, kiedy był on już dorosłym mężczyzną. W dodatku funkcjonującej w naszych polskich (a więc doskonale znanych tym, którzy je opowiadali, i tym, którzy słuchali) realiach geograficzno – klimatycznych. Efektem tego połączenia jest Maryja gotująca dla syna i jego uczniów pierogi z jagodami, rozmawiająca ze skowronkami i wilkami i chowająca się przed żołnierzami Heroda w leszczynach.

To zaadoptowanie do znanych realiów, takie oswojenie Matki Boskiej jest zjawiskiem występującym na całym świecie. Wystarczy wspomnieć chociażby afrykańskie rzeźby ludowe, na których Święta Rodzina ma rysy rdzennych mieszkańców tego kontynentu.

Opowieściom o Maryi towarzyszą w tej książce ilustracje Marianny Oklejak inspirowane polską sztuką ludową. Ten nurt jest w jej twórczości obecny od dawna, a pierwszą jego emanacją były wydane w 2015 roku autorskie „Cuda wianki” nagrodzone tytułem Książki Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY oraz ich kontynuacja – „Cuda niewidy”. We wstępie do pierwszej z nich Marianna Oklejak napisała: Ta książka powstała z zachwytu. Polską kulturę ludową poznaję od kilkunastu lat i nie mogę się wciąż nadziwić jej różnorodności. Żywa muzyka, niezwykła harmonia kolorów, świetne kroje ubrań, piękne ornamenty – wszystko to, co od wieków szczerze płynie z serca, a nie z potrzeby rynku, ma nadal wielką moc. (…) Ten świat istnieje nie gdzieś daleko – za górami, za lasami lub zamknięty jedynie w skansenach – lecz blisko, za miedzą, i wcale nie jest oderwany od naszego „dzisiaj”. Jego język jest wciąż aktualny. Od nas zależy, czy będzie trwać, rozwijać i wypełniać znaczeniem.

Ten zachwyt ilustratorki trwa nadal, a jego wyrazem były zeszłoroczne ilustracje do nominowanej w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii Od A do Z książki „O kolędach. Gawęda” oraz tegoroczne „Maryjki”. Jestem przekonana, że za tym się nie skończy i bardzo czekam na to, co będzie dalej 🙂

Justyna Bednarek „Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Maleńkie królestwo

Maleńkie królestwo

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2021

Maleńkie Królestwo było naprawdę małe, niektórzy mówią, że było najmniejszym królestwem na świecie. I ze wszystkich stron świata przybywali goście, by się zdumiewać jego pięknem i maleńkością.

Było tak wąskie, że kiedy Król i jego Mądry Doradca chcieli pograć we frisbee, musieli przekraczać granice sąsiednich państw…

Tak zaczyna się „Maleńkie królestwo” Etgara Kereta, o którym Paweł Smoleński reporter i przyjaciel autora napisał na okładce, że jest ciepłe jak ulubiona poduszka, mądre jak sowa i głębokie jak morze. I to prawda, takie właśnie jest !!! W dodatku zostało ono przepięknie zwizualizowane przez Tami Bezaleli. Zachwycił mnie zarówno jej koncept królestwa jako książki, jak i wizja całego świata trochę kojarzącego się z tym z „Małego Księcia”. Fantastyczne są te państwa – planety krążące wokół siebie tak, że można się między nimi swobodnie przemieszczać, skacząc z jednej na drugą !

Ostatnie miesiące w moim życiu to był emocjonalny rollercoaster. Równolegle musiałam się zmierzyć z odchodzeniem Mamy i ślubem Najstarszej z córek, w tym wszystkim nie miałam już siły na poznawanie nowych historii i czytanie książek, szczególnie tych dla dzieci (z literatury dorosłej stać mnie było właściwie tylko na kryminały). Nie znajdywałam już w sobie miejsca na nowe światy i nowe emocje. „Maleńkie królestwo” przełamało tę niemoc. Przeczytałam je na Targach Książki w Warszawie i to dosłownie, bo przycupnęłam z tą książką na krześle w stoisku wydawnictwa. Mam więc wobec jej autorów szczególny dług wdzięczności.

Etgara Kereta kojarzyłam przede wszystkim z najmniejszym domem w Warszawie, którego jest patronem, a który opisany został w „ArchiTekturkach”. Z jego dorosłej twórczości czytałam chyba tylko „Siedem dobrych lat” – zbiór opowiadań (czy też bardziej felietonów) pisanych przez niego w pierwszych latach życia syna. Ich tematyka osnuta jest wokół rodziny, ale do mnie bardziej od tych o synu trafiały te o rodzicach i siostrze, która u progu dorosłości nawróciła się na ortodoksję. Wzruszyła mnie historia specjalnej wersji jednej z jego książek – przeznaczonej dla siostrzeńców. Nie pamiętam już, o jaki tytuł wtedy chodziło, ale myślę że (przy całym szacunku dla konsekwencji w wierze i prawie rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z nią) szkoda by było, gdyby pozbawić ich kontaktu z mądrością zawartą w „Maleńkim królestwie”.

Ta książka to napisana prostymi słowami przypowieść o tym, co jest w życiu najważniejsze. Nie będę zdradzać, co to jest – sądzę, że sami się domyślacie i nie będzie to dla Was zaskoczeniem.

Mali ! Każcie Dużym czytać sobie „Maleńkie Królestwo”. Nie tylko otworzą oczy na dawno już zamglone własne dzieciństwo, ale zobaczą o wiele więcej w dorosłym świecie – napisał na okładce Paweł Smoleński, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami. Dawno nie czytałam niczego równie pięknego i za te wzruszenia dziękuję i autorom, i tłumaczce, i wydawnictwu 🙂

Update 13.10.2021:

Już po napisaniu tej recenzji trafiłam na bardzo ciekawy wywiad z Etgarem Keretem (—>>> tutaj ), w którym opowiada on między innymi o ilustracjach do tej książki i ich autorce.

Historia o tym, jak nawiązałem współpracę z Tami Bezaleli, ilustratorką „Maleńkiego Królestwa”, jest dość zabawna. Miałem tekst i wyobrażałem sobie do niego obrazy, które będą wyrażały samotność, ale i nadzieję. Zazwyczaj takich emocji nie znajdzie się w izraelskich grafikach, pasują raczej do wschodnioeuropejskiego stylu. Przez rok nie mogłem znaleźć nikogo, kto zilustrowałby książkę. W końcu mój redaktor pokazał mi wideo na YouTube, w którym nie widać było twarzy artysty, tylko ręce pracujące nad szkicem. Zawołałem: o, to ta osoba!

Okazuje się, że Tami Bazaleli ilustrowała już wcześniej książkę dla dzieci, ale było to przed 45 laty ! Wtedy nie była zadowolona z efektu i nie chciała już więcej to tego rodzaju twórczości wracać. Na szczęście dała się przekonać 🙂

Dowiedziałam się z tego wywiadu także, że wszystkie znajdujące się na ilustracjach postaci mają twarze autentycznych osób i przed dopasowaniem twarzy do ich książkowych odpowiedników autorzy przeprowadzili coś w rodzaju castingu tak, aby jak najlepiej ich dobrać. Na przykład księciem został bratanek żony Kereta, którego ojciec jest gwiazdorem rocka i jego syn jest przyzwyczajony do różnych przywilejów.

Etgar Keret opowiada tam również o tym, dlaczego w swojej twórczości sięga do baśni i robi to nie tylko w w wersji książkowej 😉 Niedawno powstał także krótki film „Outside”, którego był współautorem. To krótki metraż, przy którym współpracowałem, specyficzna bajka, przypominająca trochę „Jasia i Małgosię”, nawiązująca do trwającej pandemii. Film można obejrzeć online. Pracowałem przy nim z choreografką Inbal Pinto, którą podziwiam — bardzo chciałem zrealizować z nią jakiś projekt. To oznaczało też, że musiałem spróbować tańca.

Obejrzyjcie, warto !

Etgar Keret (tekst), Tami Bazaleli (ilustr.) „Maleńkie królestwo”, przekł.: Agnieszka Maciejowska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2021

Już, już !

Już, już !

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst

oraz: wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY , nominowana w konkursie Literacka Podróż Hestii i do Nagrody imienia Ferdynanda Wspaniałego

oraz laureatka Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego (popularnie zwanej Koziołkiem) – i to podwójna, bo otrzymała także Nagrodę Czytelników !!!

Wiosną 2019 roku na portalu Gazeta.pl przeczytałam wstrząsającą rozmowę Anny Kaliny z mamą dziesięcioletniej Zosi, dziewczynki, która trafiła na odwyk. Poraziła mnie siła uzależnienia behawioralnego, gdzie nawet w kochającej i uważnej rodzinie możliwa jest utrata czujności rodziców i wycofanie dziecka w świat gier. Wiedziałam, że muszę o tym napisać, ta historia stała się moim koszmarem we śnie i na jawie, przede wszystkim dlatego, że sama jestem mamą, a zagrożenie nigdzie się nie czai, tylko żyje sobie po pańsku pod każdym dachem. Opowieść o Zosi stała się luźną inspiracją. Tuż po ukończeniu powieści wybuchła epidemia koronawirusa, nastał czas powszechnej izolacji i nagle ogromna część codziennego życia przeniosła się do internetu – napisała w posłowiu Autorka.

Ja także jestem mamą i przy lekturze tej książki nie raz towarzyszyła mi myśl, jak bardzo cieszę się, że moje córki są już dorosłe. W czasach, kiedy one dorastały, zagrożenia, które obecnie czyhają na dzieci w internecie, dopiero raczkowały. Początkowo mieliśmy w ogóle tylko jeden komputer w domu, potem przez jakiś czas miały jeden na spółkę, a pierwszego laptopa Najstarsza z córek dostała na osiemnaste urodziny. Podobnie późno, jak na obecne standardy, stawały się posiadaczkami telefonów komórkowych, a poza tym były one nieporównywalnie słabiej wyposażone w gry i aplikacje. Dlatego, kiedy w odpowiedzi na wezwanie na obiad czy wyjście z pokoju w innej sprawie, słyszałam od którejś z nich tytułowe Już, już ! mogłam być prawie pewna, że albo się zaczytała w papierowej książce, albo najzwyczajniej w świecie gada z kimś przez telefon.

Oczywiście to się z czasem zmieniało, ale na szczęście w ich życiu był czas i na zajęcia dodatkowe, i na normalne życie towarzyskie z rówieśnikami, i na lekcje informatyki w szkole, na których dowiedziały się o wielu zagrożeniach zanim było za późno na ich uświadomienie.

Lula, bohaterka tej książki, ma dziewięć lat. Jest uzdolniona plastycznie, świetnie się uczy, chodzi na zajęcia sportowe, pamięta o obowiązkach domowych i odrabianiu lekcji – po prostu dziecko marzeń. Wszystko to jednak zmienia się, kiedy jej starsza siostra dostaje na urodziny laptopa. Wtedy jej stary komputer zostaje przeniesiony do pokoju Luli, żeby mogła z niego korzystać na potrzeby zadań szkolnych. Początkowo tak jest, dziewczynka przestrzega ustalonych z rodzicami reguł, ale potem (wzorem niemal wszystkich koleżanek z klasy) zaczyna grać w (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) grę Kryształowy zamek, stworzoną i dystrybuowaną w sieci przez (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) firmę o znaczącej nazwie Devil’s Media. I pomału zaczyna ją ten wirtualny świat wciągać…

Akcja tej książki to zaledwie parę jesiennych miesięcy, a Lula zdoła w tym czasie przejść wszystkie fazy uzależnienia. Zapytacie – jak to możliwe, że rodzice tego w porę nie zauważyli ? Niestety – może tak się zdarzyć. Tata Luli pracuje za granicą i w domu bywa od czasu do czasu. Bardzo się wtedy stara nadrobić zaległości rodzinne, ale przecież tak się nie da. Na co dzień Mama jest sama z trójką dzieci, psem, domem i pracą. Przyzwyczaiła się do tego, że w przeciwieństwie do starszej siostry i brata, najmłodsza z rodzeństwa nie sprawiała jeszcze kłopotów. Początkowo bagatelizowała więc różne (nazwijmy to) wybryki córki, przyjmowała przeprosiny i zapewnienia, że to się nie powtórzy, a potem było już za późno.

„Już, już !” to książka, o której jedna z jurorek Plebiscytu Blogerów Lokomotywa powiedziała, że powinna mieć na okładce apel do rodziców, aby koniecznie przeczytali ją razem z dzieckiem !!! Dorośli mogą w niej znaleźć wiele tematów do zastanowienia się i rachunku sumienia. Nie tylko rodzice, ale także nauczyciele, którzy niespodziewanie dla siebie musieli się zmierzyć z nauczaniem zdalnym. Ja mogłam się tylko (gorzko) zaśmiać, kiedy słyszałam o dzieciach robiących komputerowe prezentacje o rozmaitych dyscyplinach sportu… w ramach lekcji wychowania fizycznego lub oglądające na tych lekcjach filmy o szkodliwości zbyt długiego siedzenia przed ekranem, ale nie wiem, jak bym się znalazła w tej rzeczywistości, gdybym miała dzieci w wieku szkolnym.

„Już, już !” to bardzo dobrze skonstruowana i napisana opowieść. Rodzina Luli jest zupełnie zwyczajna, ale opisana bardzo prawdziwie – relacje między rodzeństwem, ojciec, który w czasie krótkich urlopów w domu aż za bardzo stara się nadrobić czas swojej nieobecności, babcia nie nadążająca za światem swoich wnuków i pies. Tak, wątek psa (a szczególnie ostatnia scena) wyjątkowo mnie poruszył. Poznajemy ich wszystkich pod koniec lata, na początku roku szkolnego i na razie wszystko jest porządku. Katarzyna Wasilkowska z aptekarską dokładnością, niemal jakby odmierzając je kroplomierzem, wprowadza w świat Luli niewielkie, początkowo wręcz niewidoczne gołym okiem zmiany i problemy. Długo jest tak, że kibicujemy jej i mamy nadzieję, że uda jej się (może nawet kosztem niewielkiego kłamstwa, ale jednak) wybrnąć z nich i że wszystko wróci do normy. W okolicach Bożego Narodzenia już jest na to za późno, choć (tu mały spoiler) zakończenie pozostawia jednak nadzieję dla niej i dla całej rodziny.

Zaczęłam od tego, co Autorka napisała w posłowiu, więc zakończę jej słowami otwierającymi tę książkę:

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się bez poważnej przyczyny. Nie było żadnego wypadku, nikt nie wygrał miliona w lotto ani nikt nie umarł. Nie spadł też meteoryt, nie przeprowadzono się do nawiedzonego domu, ani nie ujawniono mrocznego sekretu sprzed lat. Nie odkryto ani jednych tajemniczych drzwi.

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się naprawdę.

Katarzyna Wasilkowska „Już, już !” (seria: To lubię), ilustr.: Robert Konrad, wyd.: Literatura, Łódź 2021

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: komiks

Barbara Gawryluk jest twórczynią niebywale wszechstronną. Jej półka w Małym Pokoju z Książkami należy do najdłuższych i najbardziej urozmaiconych, mimo że zawiera tylko niewielką część jej dorobku. Stoją tam powieści dla czytelników w różnym wieku oraz książki non-fiction zarówno dla dzieci („Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, których jest współautorką) jak i dla dorosłych (biografia Wandy Chotomskiej oraz „Ilustratorki, ilustratorzy”). Jest też sporo przekładów z języka szwedzkiego i właśnie za te ostatnie została niedawno przez Króla Szwecji odznaczona odznaczona Orderem Gwiazdy Polarnej czyli Nordstjärneorden. Otrzymała go (tu cytat z FB Wydawnictwa Zakamarki) za liczne zasługi na polu promowania i udostępniania szwedzkiej literatury i kultury w Polsce. Odznaczenie przyznawane jest obcokrajowcom, którzy w szczególny sposób zasłużyli się na rzecz Szwecji. (Z tej okazji Odznaczona udzieliła wywiadu swojemu macierzystemu Radiu Kraków w którym, notabene, prowadzi cykliczną audycję ‚Alfabet” poświęconą książkom dla niedorosłych czytelników. Można go posłuchać —>>> tutaj )

Informację o tym odznaczeniu Wydawnictwo Zakamarki zilustrowało zdjęciem obrazującym dorobek translatorski Barbary Gawryluk, a ja pozwoliłam sobie je pożyczyć.

Ten imponujący stosik (jaki stosik ? STOS !!!) powiększył się jeszcze, bo ukazał się właśnie pierwszy tom komiksów z serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”, który zawiera cztery historie – tytułową, w której Lasse i Maja rozwiązują tajemnicę wiecznych awarii automatu do skupu puszek i butelek oraz trzy inne. Zachwyciło mnie użycie przez Tłumaczkę w tytule słowa sabotaż, bo bardzo rzadko się je ostatnio słyszy. Z oznaczenia Komiksy 1 w rogu okładki, dedukuję, że możemy spodziewać się następnych oraz że będzie je także tłumaczyć Barbara Gawryluk.

O kryminałach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” pisałam 12 lat temu —>>> tutaj i przyznam, że od tego czasu nie śledziłam kolejnych tomów zbyt uważnie. Ta seria należała do ulubionych lektur Najmłodszej z moich córek w czasach, kiedy zaczynała czytać samodzielnie. Potem powędrowała do kolejnych czytelniczek w naszej rodzinie i wiem, że dwie z nich mają ją już za sobą, a kolejna właśnie do tego etapu dorasta.

Komiksy z tej serii, które mam właśnie w ręku, mają wszystkie zalety wcześniejszych książek czyli ciekawą, wciągającą akcję i zagadkę, którą mogą rozwikłać czytelnicy z pierwszych klas szkoły podstawowej, różnią się od nich jedynie proporcją, w jakiej pozostają do siebie tekst i ilustracje. Komiksy traktowane są często przez dorosłych jako taki nieco mniej poważny rodzaj literatury, coś gorszego od zwykłych książek, ale niesłusznie !!! Dla początkujących czytelników może to być bardzo dobre doświadczenie, bo zawierają mniej tekstu niż typowe powieści, a duma z przeczytanej samodzielnie książki jest taka sama. Poza tym – świat, w którym żyjemy, jest coraz bardziej zdominowany przez obraz, ale w komiksie jednak nadal są litery. A kto już zaczął czytać, ten ma większą szansę na to, że kiedyś sięgnie z przyjemnością po coś bardziej poważnego.

Reasumując więc: lepiej jest czytać komiksy niż nie czytać wcale 😉

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2021

Free lunch. Darmowy obiad

Free lunch. Darmowy obiad

Ostrzeżenie – recenzja niestety zawiera spoilery, ale nie potrafiłam napisać o tym, co moim zdaniem jest w tej historii ważne, nie odnosząc się do jej zakończenia.

Właśnie skończyłem pisać historię, którą wy właśnie skończyliście czytać. Jestem wykończony, smutny i jest mi trochę niedobrze. (Nie bójcie się, nie puszczę na was pawia). Czuję się tak, bo wszystko, co opisałem w tej książce, zdarzyło się naprawdę. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Każdy śmiech, każdy obiad w szkole, każde uderzenie, o których czytaliście, jest efektem głębokiego nurkowania w moją prywatną przeszłość.

Podobnie jak większość szóstoklasistów, interesowali mnie głównie kumple, oceny i kombinacje do szafek. Ale martwiłem się też o inne rzeczy – kiedy znowu coś zjem, w jakim nastroju będzie moja mama czy ojczym, kiedy wrócę ze szkoły, i kiedy inne dzieciaki odkryją mój najmroczniejszy sekret – że jestem biedny jak mysz kościelna – napisał Autor tej książki w posłowiu.

„Free lunch. Darmowy obiad” to nie jest lektura przyjemna. Towarzysząc bohaterowi w jego niełatwym i niesprawiedliwym życiu, odczuwałam przede wszystkim bezradność i bezsilną złość. Adresatami tej ostatniej byli dorośli – przede wszystkim matka i ojczym Rexa, ale także jego nieobecny, choć płacący alimenty ojciec oraz wszyscy ci, którzy go codziennie spotykali, na przykład nauczyciele ze szkoły. W najmniejszym stopniu obwiniałam Abuelę – babcię chłopca, bo ona jednak usiłowała coś dla niego zrobić.

Im dłużej myślę o tej książce, tym większe mam poczucie, że największym problemem Rexa wcale nie była bieda. Ta historia opowiedziana jest z punktu widzenia jej jedenastoletniego bohatera i mimo że pisał ją już jako człowiek dorosły, mam wrażenie, że nadal w głębi duszy jest tym skrzywdzonym przez życie chłopcem. Brakuje mi tam refleksji dorosłego, patrzącego na to wszystko z dystansu.

Dlatego w tej opowieści na pierwszym planie jest bieda – brak jedzenia w domu i tytułowy darmowy obiad w szkole, którego ceną jest wstyd przed kolegami, używane ciuchy, dziurawy plecak czy niemożność zapisania się na zajęcia dodatkowe – bo to są te kwestie, w których Rex porównywał się z rówieśnikami. Są tam też problemy dla polskiego czytelnika niezrozumiałe, na przykład to, jak jest postrzegany bohater z racji swojego meksykańskiego pochodzenia i jak go to sytuuje w strukturze społecznej.

W tle i właściwie bez żadnego odautorskiego komentarza pozostaje to, co działo się w jego domu, a co chłopiec uważał za normę.

Czyli przemoc.

Przemoc słowna i fizyczna, zarówno między dorosłymi, jak też w stosunku do niego, czego skutkiem był z jednej strony brak poczucia bezpieczeństwa, a z drugiej – typowe dla takich sytuacji wchodzenie przez dziecko w rolę osoby dorosłej i branie na siebie odpowiedzialności za brata i mamę.

Mam w związku z tym problem z zakończeniem tej książki, bo (tu następuje zapowiadany spoiler) kończy się ona happyendem. Mama znajduje pracę, rodzice wykupują z lombardu zastawione tam wcześniej rzeczy i wreszcie są normalne święta (czyli z prezentami). Od tego momentu zaczyna się nowe lepsze życie. Ok, być może naprawdę tak było w tej rodzinie, ale we mnie po tej lekturze pozostała obawa. Czy naprawdę tylko brak pieniędzy był w tej rodzinie problemem ? A co jeśli Mama Rexa straci pracę i znowu zaczną się problemy finansowe ? Tyle czasu była bezrobotna, może był jakiś tego inny powód ? A jeśli restauracja splajtuje ? Czy związek mamy z ojczymem przetrwa i co, jeśli nie ? Obawiam się, że ten strach pozostał z Rexem do dziś.

Dlatego napisał tę książkę – dla dzieci, które są w jego sytuacji, ale też dla tych, które takich problemów nie mają. Żeby zrozumiały, że ich biedniejsi koledzy nie są temu winni. A także, że oni sami wcale nie są lepsi dlatego, że ich rodzice (i rodziny) są życiowo zaradniejsi.

Żadne dziecko nie powinno czuć się osamotnione, zawstydzone czy bezwartościowe. Dzieci muszą wiedzieć, że to w jakich warunkach żyją, nie jest ich winą. (…) Napisałem „Darmowy obiad”, bo naprawdę wierzę, że mam coś wartościowego do przekazania. I nie chodzi tylko o wyjawienie prawdy na temat moich najbardziej intymnych doświadczeń, by dać innym do zrozumienia, że nie są sami. Chciałbym również wyrazić solidarność z tymi młodymi czytelnikami, którzy desperacko jej potrzebują.

Tak, życie potrafi być naprawdę, naprawdę ciężkie. Dla niektórych kończy się nawet tragicznie. Ale świat potrafi być też piękny, cudowny i pełny radości. Zazwyczaj jest tak gdzieś pośrodku.

Rex Ogle „Free lunch. Darmowy obiad”, przekł.: Alicja Laskowska, wyd.: Mamania, Warszawa 2020