Ostatnie przedstawienie panny Esterki

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

22 lipca do data, która na osobom wychowanym w PRL kojarzy się z PKWN, świętem, które wtedy obchodzono oraz czekoladami dawniej E. Wedel. Ale dwa lata wcześniej – 22 lipca 1942 roku w getcie warszawskim rozpoczęła się tzw. Wielka Akcja. W ciągu dwóch miesięcy do komór gazowych w Treblince wywieziono ponad 250 tysięcy osób.

Dziś o 18 z Umschlagplatz rusza Marsz Pamięci.

Wpis z 17 lutego 2015 roku:

Udało mi się niedawno odwiedzić wreszcie warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pierwsza wizyta pozwala jedynie na ogólną orientację w tym, co można tam zobaczyć, bo tysiąca lat obecności Żydów na ziemiach polskich nie da się ogarnąć w kilka godzin.

Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie i postanowieniem, że wrócę niebawem i to nie raz, aby spokojnie pooglądać poszczególne galerie. Tym, co zostało mi w pamięci najmocniej, było oczywiście bajeczne, starannie zrekonstruowane sklepienie synagogi w Gwóźdźcu. Zwróciłam też uwagę, na znajdujący się w gablocie obok yad, który przypomniał mi „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej oraz na pocztówki, które doktor Korczak ofiarowywał swoim wychowankom jako pamiątki i nagrody. W Domu Sierot jeszcze na Krochmalnej, w spokojnym przedwojennym czasie…

Wyszłam z tego muzeum z jeszcze jednym postanowieniem – że opiszę tutaj „Ostatnie przedstawienie panny Esterki”

GETTO WARSZAWSKIE. Przy południowym murze, tam, gdzie dziś mieści się teatr Lalka, stał niegdyś stary, czteropiętrowy gmach. Podczas II wojny światowej służył on jako siedziba Domu Sierot, który w tych mrocznych czasach dawał schronienie aż dwustu podopiecznym dr. Korczaka.

O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców: Pan Doktor i jedna z jego wychowanek, dwunastoletnia Genia…

„Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to książka, na którą składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią Geni. Dziewczynka opowiada o życiu w Domu Sierot, o innych dzieciach, o ich zajęciach, skarbach, radościach i smutkach. Nie mówi o tym, co działo się poza murami Domu, w getcie – Korczak i jego współpracownicy wkładali wiele wysiłku w to, aby odizolować dzieci od wszystkich koszmarów tam się rozgrywających.

Ilustracje Gabrieli Cichowskiej, niezwykłe kolaże zdjęć, rysunków, gazet, kartek z kalendarza utrzymane są w tonacji szaroburej, bo w takim pozbawionym barw świecie żyli wówczas bohaterowie tej książki. Jedynym żywszym akcentem były przysłane zza muru i troskliwie przez nich podlewane pelargonie.

A tytułowa panna Esterka ?

Estera Winogronówna była wychowawczynią w Domu Sierot, a przed wojną studiowała na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Uzdolniona tanecznie, marzyła o balecie, a w Domu opiekowała się zespołem tanecznym i organizowała rozmaite wydarzenia teatralne. Niepokaźna, szczupła, małego wzrostu, bardzo mizernej twarzy , w ogromnych okularach w rogowej oprawie, miała bardzo bujne włosy spadające na ramiona, była zawsze zamyślona i smutna – tak ją zapamiętali przyjaciele, których cytuje Joanna Olczak – Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii”.

Ona właśnie zaproponowała, aby dzieci wystawiły „Pocztę” Rabindranatha Tagore i była duszą tego przedstawienia. Korczak zgodził się na ten wybór: Może to właśnie ta bajka zdoła nadać temu życiu jakiś sens i przygotować dzieci, do tej długiej, dalekiej i niebezpiecznej podróży…

Przedstawienie, na które zaproszono wielu gości z zewnątrz, odbyło się 18 lipca 1942 roku, a główną rolę, umierającego hinduskiego chłopca Amala zagrał Abramek. Na zaproszeniu znalazły się słowa poety Władysława Szlengela:

Coś więcej niż tekst – bo nastrój;

Coś więcej niż emocja – bo przeżycie;

Coś więcej niż aktorzy – bo dzieci...

22 lipca rozpoczęła się w getcie wielka akcja likwidacyjna.

5 sierpnia Aniol Śmierci zapukał do drzwi Domu Sierot.

Panny Esterki nie było wtedy z dziećmi – kilka dni wcześniej aresztowano ją w ulicznej łapance i zabrano na Umschlagplatz. Doktorowi Korczakowi nie udało się wywalczyć jej zwolnienia. W swoim pamiętniku zapisał: Dała nam „Pocztę” na to chwilowe pożegnanie. Jeśli nie wróciła tu i teraz, to spotkamy się później gdzie indziej. Mam pewność, że innym przez ten czas służyć będzie tak, jak dobro dawała i przynosiła pożytek.

Adam Jaromir (tekst), Gabriela Cichowska (ilustr.) „Ostatnie przedstawienie panny Esterki. Opowieść z getta warszawskiego”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

Kasieńka

Kasieńka

Aktualizacja 24 czerwca 2021 roku – „Kasieńka” i „My dwie, my trzy, my cztery” zostały wznowione z nowymi okładkami autorstwa Zosi Frankowskiej 🙂

„Kasieńka” to pierwsza książka tej autorki, która ukazała się w Polsce. Pisałam o niej 9 kwietnia 2016 roku, a niebawem napiszę o kolejnej 🙂

Mam dwanaście lat.

Prawie trzynaście.

Rosną mi piersi,

I mam miesiączkę.

A jestem w klasie z

Jedenastolatkami.

Kasieńka do niedawna mieszkała w Gdańsku – z Mamą, bo Tata dwa lata temu odszedł od nich.

Olu, wyjechałem do Anglii.

To wszystko, co napisał.

Mnie nie zostawił listu.

I nie wspomniał o mnie w liściku do Mamy.

Mama płakała przez dwa lata,

A Babcia przez cały ten czas trzymała ją w ramionach.

Ja nie płakałam, chociaż Tata o mnie zapomniał,

Chociaż miałam prawo płakać.

Po jakimś czasie przyszedł od niego czek, a pieczątka na liście wskazywała na to, że został wysłany z Coventry. Wtedy Mama spakowała ostatnią walizkę, jaka im została i pojechały tam, aby go odnaleźć. Jednak to nie jest takie proste, a na razie muszą sobie radzić z życiem w obcym kraju. Z problemami z językiem, z powodu których Kasia trafia do niższej klasy. Z biedą, brakiem pieniędzy, mieszkaniem w pokoju ze wspólnym łóżkiem.

Nic nie mówi.

Udaje, że śpi.

Ale gdy na zewnątrz przejeżdża samochód,

Zauważam w ciemności

Błysk łzy

Na policzku Mamy.

I choć chciałabym ją pocieszyć,

Nie wiem, jak to zrobić,

Żeby jej nie rozzłościć.

„Kasieńka” to nie tylko historia dziewczynki, która staje wobec rozstania rodziców. To także opowieść o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości, problemach z rówieśnikami oraz o odnajdywaniu tego, co we własnym życiu najważniejsze.

Woda to inny świat.

Kraina z własnym językiem.

Którym mówię płynnie.

Muszę zaufać sobie.

Zaufać terytorium i

Swojemu ciału,

Sile każdej kończyny.

Chcę tej ciszy.

Chcę czuć ciężar wody

Na sobie –

Dookoła –

Bezpieczną ciszę zanurzenia.

Może na brzegu jestem brzydka,

Ale gdy mówię językiem wody

Jestem piękna.

„Ciężar wody” („The Weight of Water”) to oryginalny tytuł tej książki, bo (co w pierwszej chwili może być zaskakujące) powstała ona po angielsku, a jej autorka jest Irlandką, która studia ukończyła w Wielkiej Brytanii, a potem przez jakiś czas pracowała jako nauczycielka w USA. Jednak problemy, które porusza są uniwersalne, a sposób w jaki to robi jest fascynujący.

„Kasieńka” jest chyba pierwszą wydaną po polsku książką z gatunku verse novel – to właściwie zbiór białych wierszy. Prostych, lapidarnych, często skupiających się na jakimś szczególe, ale właśnie dzięki temu znakomicie oddających emocje bohaterki.

Jeżeli mam jakąś wątpliwość z nią związaną, to dotyczy ona wieku bohaterki – trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie niespełna trzynaście lat. Wydaje mi się, że wszystko, co w tej książce robi, myśli i jak się zachowuje, byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby dodać je jakieś dwa lata.

„Kasieńka” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie. Gdyby ktoś zapytał mnie o grono jej potencjalnych czytelników, odpowiedziałabym, że jest ona dla każdego, kto zechce ją przeczytać i zrobi to z przyjemnością – w tym samym stopniu dla dorosłych, co dla rówieśników jej bohaterki.

Sarah Crossan „Kasieńka”, przekł.: Katarzyna Domańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

Nocny Maciek

Nocny Maciek

Szukałam książki, która pasowałaby na dzisiejszą pięćdziesiątą rocznicę lądowania na Księżycu i najbardziej mi do tego dnia pasuje „Nocny Maciek”, którego opisałam 26 października 2008 roku 🙂

Maciek przyjechał ze mną do domu  z wystawy Ewy Kozyry – Pawlak i Pawła Pawlaka w ramach akcji „Łap Bakcyla”. Wiem oczywiście, że moje córki są już na tę książkę za duże, ale nie mogłam się jej oprzeć. Zresztą – na okładce jest napis: wiek 3+, więc w zasadzie wszyscy w naszej rodzinie się na tę kategorię wiekową łapiemy… 😉

„Nocny Maciek” to druga  po „Jajuńćku” autorska książka Pawła Pawlaka. Tam były wędrujące po świecie zajączki, tu mamy Robaczka (który dziwnie mi kogoś przypomina 😉 ) i Księżyc ( a właściwie jego połówkę). Robaczek jest malutki, nic jeszcze o świecie nie wie i bardzo przestraszył się zniknięcia Słońca, które oświetlało pierwsze chwile jego życia. Księżyc Maciek tłumaczy mu, że nie ma się czego bać, bo: wieczorem słońce chowa się za horyzont i wtedy po dniu przychodzi noc. W nocy słońce świeci gdzie indziej, a ja go tutaj zastępuję. Ale następnego ranka słońce wraca i znowu jest dzień.

„Nocny Maciek” to książka dobra na dobranoc. Wiele dzieci podobnie jak Robaczek boi się ciemności. Ta ciepła historyjka i urocze, nocne ilustracje (a szczególnie ta z Robaczkiem śpiącym słodko w objęciach Maćka) pomogą pokonać ten strach. Łatwiej jest zasnąć, kiedy ma się pewność, że po ciemnej nocy na pewno przyjdzie jasny dzień.

Przywykliśmy myśleć o księżycu jako o Srebrnym Globie, a tymczasem Maciek jest złoty ! Trochę mnie to zdziwiło, ale tylko na krótko. Następnego wieczora wracaliśmy całą rodziną do domu. Na niebie złocił się półksiężyc i wyglądał zupełnie tak, jakby to pan Paweł osobiście go wyciął i tam umieścił. Zawołałam do dziewczyn: Patrzcie, nocny Maciek na niebie !

Zaraz potem naszła mnie refleksja rodem z jednego z moich ulubionych filmów: To, co widzę, przypomina mi to, co kiedyś czytałam. Może powinno być odwrotnie ? 😉

Paweł Pawlak (tekst i ilustracje) „Nocny Maciek”, wyd.: Wydawnictwo Piotra Marciszuka Stentor, Warszawa 2008

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMA – Astrid Lindgren Memorial Award – gratulacje !!!

Sen który odszedł

Sen który odszedł

Wpis z 30 kwietnia 2008 roku:

Przewracałem się z boku na bok i śledziłem przesuwające się po suficie smugi światła. Tak bardzo chciałem zasnąć, ze czułem, jak sen odchodzi ode mnie stanowczym marszowym krokiem. Potarmosiłem za uszy mojego przyjaciela, zająca Filipa.

– Filipie, chodź pójdziemy szukać snu.

I poszli. Najpierw szukali w domu, potem na ulicy i nad rzeką, potem wyruszyli w podróż pociągiem. W swojej wędrówce spotkali Policjanta, Kota, Sowy, Babcię i Pana w Kapeluszu, który pomógł im znaleźć pociąg powrotny.

Ta baśń jest jak sen. Taki, o którym mówimy po obudzeniu: śniło mi się coś dziwnego, dokądś jechałam, czegoś szukałam, a potem okazało się, że jestem zupełnie gdzie indziej… Zdarzają Wam się takie sny ? Najważniejsze jednak jest to, że każda noc i każdy sen (nawet te najczarniejsze) kończy się jasnym porankiem.

Sen jest wielką tajemnicą. We śnie możemy być królikiem, górą, muszelką albo wiatrem. We śnie wszystko może się zdarzyć. Dobre i złe – napisała w końcowym liście do czytelników autorka tej książki.

Niezwykłą, senną, magiczną atmosferę tej książki tworzą ilustracje Krystyny Lipki – Sztarbałło. Błękitno – szafirowo – granatowe, tajemnicze i czarodziejskie – mają w sobie coś fascynującego, choć mogą też wydawać się groźne i ponure. Pamiętam, ze zarówno Środkowa z moich córek, jak i później Najmłodsza, początkowo podchodziły do tej książki nieufnie, jakby trochę z lękiem. Jednak kiedy już dały się namówić na jej lekturę, były nią oczarowane i chętnie do niej wracały. Ja również.

Książka nagrodzona tytułem Książka Roku IBBY 2001

Anna Onichimowska „Sen który odszedł” (seria: Książka z zebrą), ilustr.: Krystyna Lipka – Sztarbałło, wyd.: Ezop, Warszawa 2001

Moje – nie moje

Moje – nie moje

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2004 w kategorii literackiej !!!

Wpis z 10 kwietnia 2006 roku. Wtedy ta książka miała inną, czerwoną okładkę, a potem ukazało się wznowienie, które nadal można kupić 🙂

Wszystko zaczęło się od jajka. Rzec można – ab ovo 😉

Jajko było piękne – złociutkie i w srebrzyste kwiatuszki. Leżało sobie w lesie, samotne i bezpańskie. Nic więc dziwnego, że wszyscy się do niego na wyprzódki przyznawali i wszyscy chcieli się nim opiekować. Zrobiła się z tego kłótnia na cały las i nie wiadomo, jak by się skończyła, gdyby nie Kangur i jego genialna w swojej prostocie propozycja – wychowajmy je razem. Tak się stało i odtąd jajkiem opiekowali się wszyscy po kolei. Było takie piękne – może nawet najpiękniejsze na świecie ? Kiedy wykluło się wreszcie z niego pisklę – chętni do opieki zniknęli. Został tylko Kangur.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pisklę było… nie bójmy sie tego słowa – brzydkie, takie jakieś bure i krzywe. Moja Najmłodsza nazwała je Krzywaczek (bo ma wszystko krzywe, Mamusiu). Dlaczego Kangur nie uciekł jak wszyscy ? Nie wiem – może było mu żal biednego i bezradnego maleństwa, a może to była… przyzwoitość (takie trudne i odchodzące w zapomnienie słowo 😉 ). Z czasem litość przerodziła się w troskliwą czułość, a malec pod jej wpływem wypiękniał i rozszczebiotał się tak, że zachwycał swoim śpiewem wszystkich w lesie. Tych wszystkich, którzy wcześniej odwrócili się od burego, krzywego pisklaka.

„Moje – nie moje” to opowieść o miłości, która rodzi się z wzajemnej bliskości i powoduje, że nawet najbardziej niepozorne stworzonko rozkwita i pięknieje.

Na urok tej książki składają się: piękno historii, którą opowiada – jej prostota i czytelne przesłanie oraz uroda języka, którym jest napisana (spróbujcie zmienić choć jedno słowo, a od razu odczujecie dysonans), a także – last but not least – niezwykłe ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło.

Jej nazwisko jest już dla mnie swoistym znakiem jakości. Widząc książkę przez nią ilustrowaną wiem, że mogę spodziewać się tam obrazków niezwykłych, znakomicie oddających nastrój opowieści i zawsze trochę innych, choć jednoznacznie kojarzących się z autorką. Są na tyle dokładne, że bez problemu odróżnimy pawia od perkoza i strusia od bociana ;-), a równocześnie niedopowiedziane w takim stopniu, że pozostawiają pole dla wyobraźni czytelnika. Nie spotkałam się nigdy z książką, w której ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło upiększałyby tekst, który nie byłby tego wart.

Lilianna Bardijewska „Moje – nie moje”, ilustr. Krystyna Lipka -Sztarbałło, wyd. Ezop Warszawa 2004

Dokąd iść ? Mapy mówią do nas

Dokąd iść ? Mapy mówią do nas

Trafiłam wczoraj na taki film na YouTube. Znakomita ilustratorka Krystyna Lipka – Sztarbałło opowiada w nim o swoich związkach z pismem „Świerszczyk”, do którego sama mam ogromny sentyment, bo miał w nim miejsce mój debiut prasowy, kiedy miałam chyba 7 lat 😉

Uświadomiłam sobie, że nie wstawiłam jeszcze na półki nowego Małego Pokoju żadnej książki, którą ilustrowała Krystyna Lipka – Sztarbałło. Niesłychane niedopatrzenie !!! Spieszę więc przypomnieć jedną z nich, o której pisałam 2 maja 2013 roku:

Mapy z patyków i muszelek mieszkańców Oceanii, wykuty w marmurze starożytny plan Rzymu, mapy nieba, plany metra, mapa ludzkiego genomu… Jeszcze zanim powstało pismo, ludzie tworzyli mapy. Każda z nich to unikalny obraz świata widzianego oczami jej twórcy i próba odnalezienia w nim drogi.

Kiedy byłam w wieku moich córek, mapy były moją codziennością. Obozy harcerskie, rajdy, zajęcia z terenoznawstwa, mapy turystyczne i wojskowe, szkice terenu, azymuty, parokroki…

Co prawda mapy służyły wówczas bardziej zmyleniu przeciwnika niż orientacji w terenie i nieraz bywało tak, jak w tej anegdocie, o dziecku krzyczącym zza płota: Mamo, Mamo, harcerze z mapą idą, będę się o drogę pytać !!!, ale jakoś w końcu zawsze docieraliśmy do celu, choć może niekoniecznie najkrótszą drogą. Zdarzało nam się odkrywać, że miejscowość, która na mapie leżała przy szosie, którą szliśmy, w rzeczywistości była od niej oddalona o dobry kilometr, niemniej stanowiło to interesujący przyczynek, do obrazu świata, w którym żyliśmy 😉

Moich córek przygoda z harcerstwem była zdecydowanie krótsza niż moja i skończyła sie już jakiś czas temu, więc nie wiem – czy harcerze nadal używają map (które obecnie są zdecydowanie bliższe rzeczywistości) czy w swoich wędrówkach korzystają z urządzonek, które miłym damskim lub męskim głosem instruują ich: „Za 100 metrów skręć w prawo” ?

„Dokąd iść ? Mapy mówią do nas.” to książka intrygująca. Na pierwszy rzut oka robi wrażenie adresowanej do całkiem małych czytelników, ale po bliższym poznaniu okazuje się, że zawiera w sobie wiedzę interesującą także dla sporo starszych.

Stworzył ją duet polsko – koreański, więc nie jest europocentryczna, jak zapewne byłaby, gdyby autorka pochodziła z naszych okolic – pokazuje różne punkty widzenia świata i dawne mapy, które za jego środek mają to miejsce, w którym żyli ich twórcy.

O tym, że autorka ilustracji jest Polką świadczyć może choćby podrasowana ciut mapa warszawskiego metra, uwzględniająca już także jego drugą linię, i to w wersji, na którą przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Ale rozumiem panią Krystynę – w porównaniu z metrem w Seulu dzisiejszy plan naszego metra wygląda bardzo prosto. Za to trudno jest się w nim zgubić 😉

„Dokąd iść?” nie jest ani atlasem, ani historią znaków graficznych, ani zbiorem ciekawostek. Autorki robią coś znacznie trudniejszego: pokazują, w jaki sposób świat zmienia się w znak graficzny. Pokazują, że mapa w tej formie, jaką znamy, wcale nie jest oczywista. Pokazują również, że żadna z tych metamorfoz rzeczywistości w znak nie jest przezroczysta, ponieważ mapa jest zawsze interpretacją i to na kilku poziomach. Zawsze jest wyborem jakichś elementów i pominięciem innych. I zawsze kryje się w niej idea, która organizuje mapę, pomagając człowiekowi odnaleźć się w labiryncie świata.
Wytłumaczenie dziecku, jak te idee się pojawiają i transformują poprzez wieki, wymaga ogromnej dyscypliny intelektualnej – i to od obu autorek, bo w „Dokąd iść?” tekst i obraz idealnie się dopełniają. Kto by pomyślał, że książka o mapach może okazać się tak oszałamiającą podróżą poprzez historię idei. (Anna Brzezińska, Wirtualna Polska)

Heekyong Kim „Dokąd iść ? Mapy mówią do nas.”, przekł: Jiwone Lee, ilustr.: Krystyna Lipka – Sztarbałło, wyd.: Entliczek, Warszawa 2012

Mówcie mi Bezprym

Mówcie mi Bezprym

Wpis z 5 września 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Bohater tej książki był pierworodnym synem pierwszego polskiego króla, jednak nie wspomina o nim żaden z kronikarzy najwcześniejszych dziejów Polski – ani Gall Anonim, ani Wincenty Kadłubek, ani Jan Długosz. Nie wiadomo, jak miał właściwie na imię, nie ma pewności, kim była jego matka, a przede wszystkim – nie jest jasne, dlaczego został przez ojca pozbawiony następstwa tronu. Jeszcze w XIX wieku wątpliwości historyków budziło nawet jego istnienie. Dziś już tak nie jest, ale właściwie każdy fakt z jego życia może być rozmaicie, często sprzecznie interpretowany. 

Wystarczy zajrzeć do Wikipedii (tak, wiem, że nie jest to poważna publikacja, ale może to zrobić każdy, kto czyta moją recenzję) aby się o tym przekonać. Jeśli wspomina się o nim w szkole, to tylko w kontekście krótkiego okresu (1031 – 1032), kiedy odebrał władzę młodszemu bratu i rządził Polską. Podobno wykazał się przy tym niezwykła okrutnością – ale nawet i to nie jest pewne.

Grażyna Bąkiewicz opisuje czasy wcześniejsze, gdy Bezprym był dopiero dorastającym chłopcem. Rozpoczyna swoją opowieść jesienią 999 roku a kończy w roku 1002. Był to czas szczególny i dla Polski, i dla Europy – przełom tysiącleci, zjazd gnieźnieński, wielkie plany cesarza Ottona III, które przerwała jego śmierć. Autorka oparła się na śladach po Bezprymie, które zachowały się w kronikach niemieckich i wypełniła przestrzeń między nimi swoimi wyobrażeniami. „Mówcie mi Bezprym” to książka, która mocno skojarzyła mi się w twórczością Elżbiety Cherezińskiej, a szczególnie z „Grą w kości”, bo dotyczy tych samych wydarzeń.

Bezprym, którego poznajemy w tej książce, jest księciem (choć jego następstwo tronu nie jest pewne), ale jest też zwykłym nastolatkiem, chłopcem, który nie zna swojej matki, a o miłość ojca musi rywalizować z przyrodnim rodzeństwem. Jest najstarszy i to on towarzyszy Bolesławowi w powitaniu Ottona III w Polsce i w późniejszej podróży do Akwizgranu. Potem ojciec wysyła go z cesarskim orszakiem do Rzymu, powierzając mu ważną misję, które jednak okaże się zbyt trudna dla chłopca. Autorka starannie oddała realia historyczne czasów, w których rozgrywały się te wydarzenia, nie zdecydowała się jednak na stylizację języka, którym mówią jej bohaterowie. To zdecydowanie ułatwi lekturę współczesnym czytelnikom, choć mnie czasem zgrzytało w uchu, kiedy książę mówił „O kurczę !” 😉

Kiedy byłam w wieku adresatów serii „A to historia”, w ramach której ukazała się ta książka, jedną z moich ukochanych lektur była „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej – opowieść o Jadwidze Andegaweńskiej, początkach jej panowania w Polsce, koronacji na króla Polski i wydarzeniach, które doprowadziły do jej ślubu z Jagiełłą. Po latach, kiedy byłam już na studiach uświadomiłam sobie, że moja wiedza o tym okresie pochodzi przede wszystkim stamtąd i tylko w niewielkim stopniu została poszerzona w toku edukacji 😉 Myślę, ze czytelnicy Grażyny Bąkiewicz też dobrze zapamiętają jak wyglądał zjazd gnieźnieński, o czym marzył młody cesarz i dlaczego Bolesław Chrobry koronował się dopiero 25 lat później, a korona przeznaczona dla niego znalazła się na Węgrzech. A jeśli kiedyś zobaczą posąg „śmiejącej się Polki” z katedry w Naumburgu, przypomną sobie być może, że małżeństwo siostry Bezpryma Regelindy z synem margrabiego Miśni też było efektem zjazdu gnieźnieńskiego. Tego nie da żaden podręcznik ani lekcja historii w szkole !

By Linsengericht – Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

Książka została wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2016 🙂

Grażyna Bąkiewicz „Mówcie mi Bezprym” (seria: A to historia !), ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Literatura, Łódź 2016

Babcia rabuś

Babcia rabuś

Wpis z 28 grudnia 2014 roku:

U babci jest słodko, świat pachnie szarlotką… – śpiewają przedszkolaki na obchodach Dnia Babci i wtedy jeszcze naprawdę kochają swoje babcie i dziadków miłością szczerą i bezkrytyczną.

Ben – bohater tej książki nie jest już przedszkolakiem. Patrzy na świat bezlitośnie, krytycznym spojrzeniem nastolatka i w domu swojej babci czuje przede wszystkim smród kapusty.

Powoli uniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni, Przy każdym kroku spomiędzy jej obwisłych pośladków wydobywało się nieco powietrza. Brzmiało to jak kwakanie. Babcia albo nie zdawała sobie z tego sprawy, albo naprawdę dobrze udawała, że nie zdaje sobie z tego sprawy.

Ta Babcia ponadto kłapie sztuczną szczęką, chrapie, niedowidzi, niedosłyszy i jest taaaka nuuuuudna (a dowiadujemy się tego już w pierwszej linijce).

Zastanawiam się: dlaczego 8 lat temu broniłam przed oburzonymi krytykami kreta, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę, a dziś czytając „Babcię rabuś” mam uczucia mocno mieszane ? Zestarzałam się czy co ? A może chodzi o to, że w „Krecie” była lekkość i przymrużenie oka, których u Walliamsa mi brakuje ?

Na pierwszy rzut oka „Babcia rabuś” kojarzyć się może z książkami Roalda Dahla – szczególnie z „Matyldą”, gdzie rodzina bohaterki była opisana w podobnie krytyczny sposób. Podobnie – ale jednak inaczej, bo Dahl nigdy nie przekroczył tej cienkiej linii, która oddziela żart śmieszny od chamskiego. Podobieństwo kryje się też w ilustracjach – kreska Tony’ego Rossa przypomina styl Quentine’a Blake’a, który był nadwornym ilustratorem Dahla, ale jednak czegoś mi tam brakuje.

W „Babci rabusiu” (podobnie jak w „BFG”) pojawia się we własnej osobie i dworskim anturage’u brytyjska królowa Elżbieta. To wszystko powoduje, że odbieram tę książkę jako nie do końca udolne naśladownictwo Dahla (żeby nie użyć słowa popłuczyny, które uporczywie pcha mi się pod palce… 😉 ).

Rozumiem intencje autora, który nie chce zaprzeczać odczuciom swojego bohatera i pragnie dać jego rówieśnikom prawo do tego, aby widzieli i czuli podobnie, ale mam wrażenie, że jednak trochę się w tym zapale zagalopował. W pewnym sensie nobilituje on ten rodzaju poczucia humoru, który za moich czasów ( a nie były one znowu tak odległe 😉 ) zarezerwowany był dla męskiej szatni przed lekcją wf, gdzieś w końcu szkoły podstawowej czyli na obecnym poziomie gimnazjum. Tyko że wówczas było ono trochę jak trądzik czyli mijało z wiekiem, a przynajmniej nie wypadało się do niego przyznawać 😉 . Teraz już jest inaczej, wystarczy obejrzeć jakikolwiek kabaret, a wprowadzenie na kartki książki nadaje mu znaczenie, na które IMO nie zasługuje.

I dlaczego, aby zyskać miłość wnuka babcia musiała posunąć się do kłamstwa ???

Jednak z drugiej strony – grupa wiekowa, do której jest ona adresowana, to ten okres w życiu, w którym sporo nastolatków (a szczególnie chłopców) przestaje czytać. Czy w związku z tym powinniśmy uznać, że cel uświęca środki i że każdy rodzaj lektury jest wartością ?

Mimo wszystko – osoba czytająca cokolwiek (niech to będzie nawet taki koszarowy rodzaj humoru) ma większą szansę na to, że (choćby przypadkiem) sięgnie kiedyś po coś wartościowego, niż ten, kto książek programowo do rąk nie bierze. Więc może warto dać „Babci rabuś” i jej czytelnikom szansę ?

Ot – kolejna książka kontrowersyjna 😉

David Walliams „Babcia rabuś”, przekł.: Karolina Zaremba, ilustr.: Tony Ross, wyd.: Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2013

A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały

A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały

Wpis z 29 grudnia 2013 roku:

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” to druga po „Kto ty jesteś” Joanny Olech i Edgara Bąka wydana w tym roku książka o patriotyzmie. Zadziwiająca koincydencja, szczególnie po latach, kiedy ten temat w literaturze dziecięcej nie istniał, trudno jest więc uciec od porównań.

Jest z tymi książkami trochę tak w starych dowcipach o Radiu Erewań – wszystko się w nich zgadza z wyjątkiem trzech szczegółów 😉 A że, jak powszechnie wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, przyjrzyjmy im się bliżej.

Szczegół pierwszy – ilość słów.

Joanny Olech w „Kto ty jesteś” przekazała to, co miała do powiedzenia, w sposób szalenie lapidarny, hasłowy, jej książka jest jak spis tez do rozmowy z dzieckiem o patriotyzmie. Tutaj – to bardziej zapis takiej rozmowy, propozycja, jak sformułować pewne myśli i jakimi słowami mówić o rzeczach, o których na co dzień nie rozmawiamy. To sprawia, że moim zdaniem przekaz Elizy Piotrowskiej jest czytelniejszy i dla dzieci, i dla rodziców.

Różnica druga – ilustracje.

Eliza Piotrowska stworzyła książkę autorską i sama ją zilustrowała. Kiedy patrzyłam na jej rysunki, przypomniało mi się moje dzieciństwo i te momenty, kiedy siadałam z Tatą, a on opowiadał mi o historii. Tata jest architektem, więc często opowiadając rysował. Nie tak dawno znalazłam w atlasie historycznym kartkę pozostałą tam po jednej z takich naszych rozmów blisko 40 lat temu. Czego tam nie ma ??? Malutki Władysław Łokietek z wysokim Kazimierzem Wielkim, obok jakiś murowany zamek, który pozostał po tym drugim, gdzieś z boku: okna – gotyckie i renesansowe, arkady na Wawelu oraz szkice map, których treści dziś już nie jestem w stanie rozwikłać… Patrzę na tę kartkę i czuję wzruszenie, bo stanowi ona zapis chwil dla mnie szczególnych i nie ma tu znaczenia ich skrótowość i niestaranność.

Ilustracje w „A ja jestem Polak mały…” takich uczuć we mnie budzą, bardziej rażą – przeładowaniem szczegółami, bałaganiarstwem, licznymi rodzajami użytej czcionki i wreszcie niestarannością kreski, której tutaj nic nie usprawiedliwia.

Porównanie ich ze znakomitymi skrótowymi ilustracjami Edgara Bąka do „Kto ty jesteś” unaocznia mi prawdziwość stwierdzenia, że Mniej znaczy więcej.

Różnica trzecia – słowa i to, co opowiadają.

Pisałam wcześniej, że w pierwszej z tych książek ani razu nie spotkamy słowa Polska, nie padło tam również drugie kluczowe dla tematu – Ojczyzna. Eliza Piotrowska nie ucieka do nich, choć przyznaje, że teraz używamy ich rzadziej niż w przeszłości.

W dodatku pokazuje każdego z nas jako członka wielu społeczności, nie tylko narodu. Zaczyna od rodziny, poprzez „małą ojczyznę” jaką jest miejsce, w którym mieszkamy, aby wreszcie rozszerzyć naszą przynależność także do kontynentu i całego świata.

Choć nie brałam udziału w żadnej bitwie o Polskę, choć dziesięć lat mieszkałam w Rzymie, gdzie mówiłam po włosku, a teraz mieszkam w Brazylii, gdzie mówię po portugalsku, JESTEM POLKĄ, a do tego PATRIOTKĄ ! Czy to możliwe ? Przeczytajcie tę książkę i zdecydujcie.

Dla mnie samej patriotyzm dla to świadomość pochodzenia, poczucie przynależności i nieobojętność – wszystko to odnalazłam w tej książce. Gdyby tylko jeszcze była przyjemniejsza dla oka…

Eliza Piotrowska (tekst & ilustr.) „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały”, wyd.: Czarna Owieczka, Warszawa 2013

Kto ty jesteś ?

Kto ty jesteś ?

Wpis z 20 października 2013 roku:

Na to pytanie większość z nas z nas odpowie odruchowo: Polak mały. To skojarzenie jest wdrukowane w świadomość wielu pokoleń Polaków, bo „Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy powstał w 1900 roku, a wszystkie trzy moje córki recytowały go rozpoczynając edukację na swoich ślubowaniach już w XXI wieku. Za każdym razem zastanawiałam się, co te dzieci z tego rozumieją, co dla nich – wówczas siedmioletnich – znaczy (i co będzie znaczył w przyszłości) końcowy wers Coś jej winien ? Oddać życie. Jak rozumieć te słowa w czasach, kiedy nic nie zagraża naszej niepodległości ?

Książka Joanny Olech i Edgara Bąka jest próbą zdefiniowana na nowo pojęcia patriotyzmu na poziomie dziecka – i to jest ewidentna zasługą jej twórców, chociażby dlatego, że nikt dotychczas nie podjął się dyskusji z Bełzą. Jednak osoby o tradycyjnym podejściu zarówno do patriotyzmu, jak i do książek dla dzieci mogą być (i bywają, co stwierdziłam na przykładzie własnego Męża) trochę nią zaskoczeni.

Mój stosunek do niej ewoluował w czasie. Najpierw, jeszcze zanim się ukazała, miałam sporo obaw, bo te fragmenty, które publikowano wcześniej nie zawierały tego, co dla mnie jest w patriotyzmie kluczowe. Potem, kiedy wzięłam ją do ręki na majowych Targach Książki, ucieszyłam się, bo znalazłam jednak w niej te treści, których mi brakowało. Radość była tym większa, że dodatkowo zachwyciła mnie forma – ilustracje Edgara Bąka są fascynujące – lapidarne, skrótowe, symboliczne, ale znakomicie oddające sens tego, co obrazują. Zanim, na fali tego zachwytu zdążyłam napisać entuzjastyczną recenzję, przydarzyła mi się burzliwa dyskusja z Mężem, do którego jej forma nie trafiła wcale, a i do treści miał sporo zastrzeżeń. Nie wszystkie jego wątpliwości podzielam, ale część do mnie trafiła. To co teraz piszę, jest efektem kilkumiesięcznej bijatyki z myślami, bo kilka razy próbowałam mój stosunek do niej przelać na ekran i dochodziłam do wniosku, że jeszcze nie…

Zdecydowanie nie jest to książka, którą można kupić dziecku, dać mu do przeczytania i uznać, że temat patriotyzmu mamy odfajkowany. Ona wymaga rozmowy, wyjaśnienia, rozwinięcia, bo składa się z 25 haseł, które same w sobie niewiele znaczą. I to jest jej ogromną zaletą, bo generalnie dorośli maja problem z rozmawianiem z dziećmi o sprawach wykraczających poza Co tam w szkole ?

Już pierwsze jej słowa: Patriotyzm nie ma koloru zaskakują i wywołują odruchowy sprzeciw (vide mój Mąż), bo skojarzenie kolorystyczne nasuwa się samo: patriotyzm jest biało-czerwony. Odpowiedź znajdujemy w odautorskim komentarzu na okładce:

Jak objaśnić dziecku znaczenie abstrakcyjnych terminów ? Takich jak na przykład: wierność… respekt… wrażliwość… ? Nie ważą i nie pachną, nie mają koloru ani faktury. Możemy je opisać jedynie poprzez przejawy. Przez sposób w jaki się manifestują.

Wydaje mi się, że gdyby to brzmiało na przykład: Patriotyzm nie ma koloru, zapachu ani kształtu, łatwiej byłoby zrozumieć, co autorka chciała przez to powiedzieć.

Weźmy patriotyzm. – czytamy dalej – Pojawia się w polu widzenia dziecka kontekście, który je przerasta, bywa mylący albo wręcz bałamutny. Stereotyp usłużnie podsuwa cierpiętniczo – martyrologiczną interpretację tego słowa. A jako że dzieciaki – z oczywistych względów – nie dokonują czynów bohaterskich, nie składają ofiary z życia – słowo staje się abstraktem, sprawą „nie dla dzieci”.

Salwy honorowe, kadzidła i wieńce, jakie towarzyszą celebracji patriotyzmu, przykrywają jego inny codzienny sens, a mianowicie – współuczestniczenie, współtroskę, współdziałanie na rzecz współdobra. Są to drobne, codzienne akty współodpowiedzialności za kraj. W tak rozumianym patriotyzmie dziecko ma szansę wypełnić cząstkę obywatelskiej misji – ma swój „zagonek” do uprawy, swoją pulę chwalebnych uczynków i dobrych nawyków, które składają się na dobrostan kraju.

Przykłady patriotycznych zachowań proponowane przez autorów są przedstawiane w sposób, który nazwałabym Od szczegółu do ogółu i dlatego właśnie wymagają rozmowy. Przykład pierwszy z brzegu: Sprzątam po moim psie. Jestem patriotą. pozostawiony bez dyskusji rzecz całą spłyca. Tymczasem rozwijając go i zastanawiając się, dlaczego właściwie powinniśmy sprzątać te psie kupy, dojdziemy do tego, że po to, aby w naszym otoczeniu było czysto. Bo jak czysto, to i przyjemnie, a chcemy, żeby w naszym kraju żyło się dobrze, żeby było ładnie. Przez wiele lat Polska była krajem, w którym ludzie dbali tylko o to, co ich własne i z zadbanych mieszkań wychodzili na obskurne klatki schodowe i podwórka z połamanymi ławkami i śmieciami na trawniku. Teraz ta przestrzeń, do starań o którą się poczuwamy, trochę się rozszerzyła, ale często kończy się na płocie zamkniętego osiedla.

Co jeszcze, poza sprzątaniem po swoim psie, możemy zrobić, aby dookoła nas było ładniej ? Joanna Olech podsuwa następne propozycje nazwijmy to porządkowe: Nie niszczę zieleni. Zamalowałam wulgarny napis na ścianie kamienicy. Naprawiam, co zepsułem. I jedną jedyną twórczą, czyli taką, która daje szansę na jakąś zmianę na lepsze w najbliższym otoczeniu: Posadziłam drzewo. Mama mi pomogła. Jestem patriotką.

Jak ja sama rozumiem patriotyzm ? Przede wszystkim jako poczucie wspólnoty i przynależności, świadomość i szacunek dla naszej tradycji. Patriotyzm to także nieobojętność na to co się dzieje w Polsce.

Jak dorosnę, będę głosowała. Jestem patriotką. – Dla mnie nie tyle sam fakt udziału w wyborach jest ważny, ile to, aby przy tym myśleć i swoich wyborów dokonywać samodzielnie i świadomie.

Oddanie życia niekoniecznie musi oznaczać śmierć na polu bitwy, choć warto nawet w czasach pokoju pamiętać o tym, że są sytuacje, w których życie nie jest wartością najwyższą. A także o tym, że my sami żyjemy tu i teraz tak, jak żyjemy, dzięki temu, że w poprzednich pokoleniach byli ludzie, którzy się przed ofiarą życia nie cofnęli. Niedawno spędziłam kilka dni w Gdyni i uświadomiłam sobie, że właśnie to miasto, jego istnienie jest przykładem patriotyzmu pozytywnego, twórczego, a nie cierpiętniczo – martyrologicznego.

Wydaje mi się, że głównym problemem, który mam z tą książką, to kwestia proporcji. Na 25 przykładów zachowań patriotycznych, które proponuje, tylko 6 związanych jest z naszą tradycją, historią, kulturą i w ogóle z Polską:

Jestem patriotą, a nie patriotom. Lubię język polski.

To jest matura mojej prababci. A to pamiętnik dziadka. Zbieram rodzinne pamiątki. Jestem patriotką.

Kibicuję polskim sportowcom. Jestem patriotką.

Porządkujemy z dziadkiem opuszczony cmentarz. Jesteśmy patriotami.

Wiem skąd jestem. Z babcią rozmawiam gwarą. Z omom godom po śląsku. Jestem patriotą.

Wiem, skąd wziął się francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką.

Pozostałe, skądinąd słuszne, mają zastosowanie w każdym miejscu i każdym kraju. Kasowanie biletów, dokarmianie ptaków, czytanie książek czy nieściąganie na klasówkach to taki pozytywny program bycia dobrym, uczciwym, porządnym człowiekiem, ale to jeszcze nie wystarczy, aby móc nazwać siebie patriotą.

Jest jeszcze jeden brak, który uświadomiłam sobie dopiero po dłuższym czasie: ani razu nie pada w niej słowo Polska. Rozumiem niechęć autorki do tak zwanych wielkich słów, ale pewnych rzeczy po prostu nie da się bez nich wyrazić.

„Kto ty jesteś ?” to książka, która nie daje gotowych recept, nie tworzy wzorca patriotyzmu AD 2013. Ona tworzy ramy rozmowy z dzieckiem, ale to, czym je ostatecznie wypełnimy zależy tylko od nas i tego, jak rozumiemy, jak traktujemy ten temat. Na ostatniej stronie zadaje pytanie: A Ty ? I pozostawia wolną przestrzeń do wypełnienia tym, co jej czytelnikom w duszy patriotycznie gra.

I sama już nie wiem, czy ta otwartość to bardziej jej zaleta czy wada ???

Joanna Olech (tekst) i Edgar Bąk (ilustr.) „Kto ty jesteś ?”, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2013

P.S. Niewątpliwy wpływ na to, że ten wpis w końcu powstał miały dwie recenzje na stronie Kwartalnika „Ryms” – pierwsza, entuzjastyczna Pawła Jasnowskiego i druga, polemiczna bardziej z nią niż z samą książką, Beaty Fingas – Śniegoń.