Różowe baletki

Różowe baletki

„Zaczarowane baletki” nie były jedyną książką o tańcu, które lubiły moje córki. Był też cykl „Różowe baletki”, o którym pisałam 6 sierpnia 2007 roku:

Różowe baletki zabrały za sobą córki Najstarsza i Środkowa, kiedy wyjeżdżały na obóz taneczny. Wrócą za kilka dni – pewnie bardzo zmęczone, a równocześnie (tak jak wtedy, kiedy wracały ze swoich zajęć w weekendy) nakręcone  tańcem, pełne pozytywnej energii. Zabrały też ze sobą „Szkołę w Londynie” – piątą już część serii pod tym tytułem. Trochę to a propos, bo w tej części Zoe również wyjeżdża na wakacyjny kurs tańca.

Nie ma chyba dziewczynki, która choć przez chwilę nie marzyła, żeby zostać tancerką. Nie marzyła o tym, by tańczyć lekko i pięknie, we wspaniałym kostiumie, w światłach sceny i nie marzył jej się o podziw publiczności…

Zoe i jej przyjaciele: Leda, Jonathan i Lukas oraz ich koledzy z Akademii poszli w tych marzeniach o krok dalej – uczą się w szkole baletowej pod okiem wspaniałej, ale niezwykle wymagającej Madame Olenskiej. Każde z nich inaczej wyobraża sobie przyszłość – Jonathan chce być choreografem, Lukas pragnie tańczyć w podziwianym przez niego zespole  ”Momixów”, Leda (z racji wysokiego wzrostu) myśli o tańcu nowoczesnym, a Zoe… czy będzie kiedyś primabaleriną ? Wszystkie dziewczęta o tym marzą, ale później większość z nich musi się zadowolić miejscem w corps de ballet. Akademia nie jest realnie istniejącą szkołą tańca, choć niewątpliwie jest do takich szkół podobna. (…) Prawdziwy natomiast jest wysiłek, jaki każdy z bohaterów wkłada w realizację swojego marzenia. Świat tańca jest okrutny. Tu nie liczą się dobre chęci, ani wysiłek jaki się poniosło podczas prób – ważny jest wyłącznie efekt końcowy. Wszyscy marzą o sukcesie i wielkich rolach, ale spełni się to tylko nielicznym.

Uczniowie szkól baletowych, inaczej niż normalni rówieśnicy, mają sprecyzowane plany na przyszłość i zdają sobie sprawę, że ich realizacja w dużej mierze zależeć będzie od tego, jak pracują teraz. Dlatego bohaterowie tej serii, mimo że są w wieku Środkowej z moich córek, robią na mnie wrażenie starszych i doroślejszych. Równocześnie jednak są zwykłymi dzieciakami wchodzącymi w okres dojrzewania. Przyjaźnie, pierwsze miłości, problemy z cerą, tuszą i wzrostem – to wszystko dotyczy ich tak samo jak ich rówieśników uczących się w normalnych szkołach.

Zoe ma dwie siostry i żadna z nich nie podziela jej pasji baletowej. Dzięki temu nie żyje wyłącznie w świecie baletu, jak niektóre z jej koleżanek np. Laila. Ma też cudownych, mądrych rodziców, którzy potrafią dostrzec w każdej ze swoich córek, to co w niej najpiekniejsze, potrafią też zrozumieć potrzeby każdej z nich. Dzieci nie są takie same. To zresztą stanowi o ich pięknie. Pomyśl, jak różnicie się wy trzy, chociaż jesteście siostrami. To fascynujące. Ale bywa trudne.– mówi ich Mama. Tworzą dobrą, kochającą się rodzinę, która potrafi rozmawiać ze sobą i razem spedzać czas. Nie wszyscy przyjaciele Zoe mają to szczęście – rodzice Ledy są po rozwodzie, a ona może być albo z jednym, albo z drugim z nich. Zoe zaczyna doceniać to, jak cudowny ma dom, dopiero wtedy, kiedy w szóstej części gości u siebie Dilettę – dziewczynkę, która mieszka gdzieś, gdzie nie ma dobrej szkoły tańca i aby móc się uczyć w Akademii, musiała wyjechać z domu.

Różowe baletki” to seria książek, dzięki którym możemy jakby przez dziurkę od klucza zajrzeć za kulisy teatru, poczuć jego magiczną atmosferę i spróbować zrozumieć – jak to jest być tancerką, jakie są ich radości i problemy. Są to też książki o dorastaniu, bo ich bohaterowie mają problemy, z jakimi spotykają się wszyscy w tym wieku. To taki trudny, ale piękny czas w życiu – czas rozkwitania i oczekiwania. Bo, jak to stwierdziła sama Zoe: Dorastać to także bez obaw stawiać czoło zmianom, nie żałując rozpaczliwie tego, co kiedyś było, bo to co będzie za chwilę, jest tajemnicze, ale bardzo atrakcyjne.

P.S. Bardzo podobają mi się w tych książkach ilustracje Sary Not. Są takie… zamaszyste, odległe od cukierkowej poetyki, którą tradycyjnie ilustruje się tematy baletowe (szczególnie dla dzieci).

P.S.2 Zapomniałabym zaznaczyć – te książki muszą być czytane w kolejności, w jakiej zostały wydane !!!

W Polsce ukazało się dziesięć tomów tego cyklu, ale w oryginale wyszło ich więcej – nie wiem jednak, czy autorka doprowadziła w nich swoich bohaterów do końca szkoły i początku zawodowej kariery.

Beatrice Masini „Tanecznym krokiem” (seria „Różowe baletki” cz.1), przekł.: Beata Rybarczyk, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Co za charakter !” (seria „Różowe baletki” cz.2), przekł.: Beata Rybarczyk, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Dawni i nowi przyjaciele” (seria „Różowe baletki”cz.3), przekł.: Hanna Cieśla, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Na puenty !” (seria „Różowe baletki” cz.4), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Szkoła w Londynie” (seria „Różowe baletki” cz.5), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „O jeden strój za dużo” (seria „Różowe baletki” cz.6), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „Kto zatańczy z gwiazdami ?” (seria „Różowe baletki” cz.7), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „Przeplatanka” (seria „Różowe baletki” cz.8), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „Taniec latem” (seria „Różowe baletki” cz.9), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2008

Beatrice Masini „W duecie” (seria „Różowe baletki” cz.10), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia

Wpis z 30 września 2016 roku :

To zdecydowanie nie jest książka dla dzieci.

Dla kogo więc ?

Dla tych dorosłych, którzy jako dzieci czytali utwory Wandy Chotomskiej – czyli dla… wszystkich, bo nie ma w Polsce osoby, która by się z jej twórczością nie zetknęła.

Pierwszą ważną książką w moim życiu było „Abecadło krakowskie” – sympatyczna rymowana historia wędrówki Słoneczka po Krakowie, w której każdej literze alfabetu przypisane było jakieś ważne miejsce lub rzecz w tym mieście. Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiada moja Mama, jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam – czytałam na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo 😉 Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Do dziś pamiętam, co było pod każdą literą: od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Elementarz, Fafika i Igrce. (edit: a kiedy w zeszłym roku zwiedzałam z córkami wystawę #dziedzictwo w krakowskim Muzeum Narodowym, z radością odnalazłam tam oryginały ilustracji Szancera do tej książki)

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią. Nie mam już tamtej książki z mojego dzieciństwa, zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których ich zdaniem już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska. Nie był to, jak się okazuje, mój pierwszy kontakt z jej twórczością, bo przecież (jak wszystkie dzieci wówczas) oglądałam w telewizji Jacka i Agatkę !

W ogromnym dorobku Wandy Chotomskiej nie da się wskazać jednego utworu, który znają wszyscy, jak „Lokomotywę”, „Akademię Pana Kleksa” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Nie ma jednak osoby (nawet wśród tych, które kontakt z książką miały i mają niewielki), która by się żadnym z jej utworów nie zetknęła – jeśli nie z podręcznika do języka polskiego to chociażby jako piosenki „Gawędy”. Czy był w Polsce ktoś, kto w latach siedemdziesiątych nie słyszał choć raz „Gry w kolory” ? Nie należałam do Gawędy, ale miałam tam koleżanki, chodziłam na ich koncerty, słuchałam płyt i wszystkie piosenki, które na nich były, umiałam na pamięć.

ogląda się kiepsko, ale posłuchać można 😉

Moje córki najlepiej znają chyba „Tadka niejadka”. Czarna płyta z tym słuchowiskiem (z cudowną Ireną Kwiatkowską w roli Babci !) pochodziła z czasów dzieciństwa mojego Męża, a ja przegrałam ją dla dziewczyn na kasetę magnetofonową. Kiedyś usłyszałam, jak któraś z nich śpiewa piosenkę o balonikach uwzględniając w niej to miejsce, w którym podczas nagrywania płyta się zacięła 😉

Barbara Gawryluk przez dwa lata odwiedzała Wandę Chotomską w jej mieszkaniu na rogu Tamki i Warszawy i… rozmawiały. Te rozmowy (jak mogliśmy dowiedzieć się na bardzo miłym spotkaniu w Muzeum Książki Dziecięcej) zaczynały się w chwili, gdy gospodyni otwierała drzwi mieszkania, a kończyły dopiero, kiedy za gościem zamykały się drzwi windy. Rozmawiały o wszystkim począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa Poetki, przez wojnę i lata tużpowojenne, ale najwięcej oczywiście jest opowieści o literaturze i literatach, o książkach, spotkaniach autorskich i podróżach. Rozmowom towarzyszyło przeglądanie zawartości przepastnych szuflad pełnych zdjęć, listów, ręko- i maszynopisów, nierzadko budzących zaskoczenie ich właścicielki. Wiele z tych znalezisk znalazło się w książce, a dwa być może będą miały ciąg dalszy… 😉

Są tam też opowieści licznych znajomych z branży (i nie tylko). Wszystkich nie wymienię, ograniczę się tylko do Joanny Papuzińskiej, Bohdana Butenki i Grzegorza Kasdepke, który powiedział tam: Szwedzi mają Astrid Lingdren, Finowie Tove Janson, a Polacy – Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle ! Też tak uważam – szczególnie, że Polacy znają świetnie książki obu tych autorek, a czy Skandynawowie mieli okazję poznać twórczość Wandy Chotomskiej ???

P.S. Cieszę się, że ja również w maciuciupuleńkim stopniu przyczyniłam się do tej publikacji, bo cytowana tam dedykacja: Będzie miała Ania dużo do czytania pochodzi z książki „Tańce polskie”, którą moja córka przyniosła ze spotkania w swojej szkole 🙂

Barbara Gawryluk „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”, wyd.: Marginesy, Warszawa 2016

Tropem smoka – bajeczny przewodnik po magicznym Krakowie

Tropem smoka – bajeczny przewodnik po magicznym Krakowie

Wpis z 28 listopada 2008 roku z aktualizacją na końcu 😉

Wiedza Mariusza Wollnego o Krakowie jest wręcz onieśmielająca. Chętnie pospacerowałabym po tym mieście z takim cicerone 😉 – napisałam tutaj przy okazji pierwszej jego książki, jaką czytaliśmy czyli  ”Kacpra Ryxa”. Moje życzenie spełniło się w początku września. Nie miałam co prawda przyjemności spotkać pana Wollnego osobiście, towarzyszył nam jednak per procura przy pomocy swojej książki. Wycieczkę do Krakowa obiecałam Najmłodszej z córek zaraz po tym, jak przeczytałyśmy  Dżoka”, ale dopiero niedawno udało mi się zrealizować tę obietnicę. Sam pomnik Dżoka to jednak zbyt mało atrakcji, całego Krakowa też nie da się zwiedzić podczas jednego weekendu. Trzeba dokonać wyboru i nie jest to wybór łatwy. Kiedy byłyśmy tam pierwszy raz (jeszcze bez Najmłodszej, tylko z Najstarszą i Środkową), wędrowałyśmy  śladami Babci Brygidy. Tym razem, dzięki przewodnikowi Mariusza Wollnego chodziłyśmy po Krakowie tropiąc smoki.

Okazało sie zresztą, że nawet smoków jest tam za dużo jak na jeden weekend i trochę zostawiłyśmy sobie na następny raz. Panował wtedy niemożebny upał, a poza tym żadne smoki nie byłyby w stanie zastąpić nam naszych krakowskich rytuałów: karmienia gołębi na Rynku, moczenia rąk w naszej ulubionej fontannie na placu Św. Marii Magdaleny, kontemplowania witraży Wyspiańskiego w kościele Franciszkanów i zakupów w Sukiennicach.

Mariusz Wollny nie ogranicza się do smoków i prowadząc swoich czytelników od jednego gada do drugiego, detalicznie opisuje niemal wszystko co jest po drodze. Wydaje się, że nie ma tam domu, którego historii by nie znał i legendy, której by nie wykorzystał – a wszystko, co opisuje, jest bardzo ciekawe. Towarzyszą tym opowieściom szkicowe, architektoniczne ilustracje jego córki – Zuzy.

W tej książce jest materiał na kilka spacerów po Krakowie. Może nawet na kilkanaście, bo nie ogranicza sie tylko do Starego Miasta i Wawelu – swoje miejsce znajdują tam też Kazimierz, Zwierzyniec i Skałka. Między smokami obejrzałyśmy też stópkę królowej Jadwigi – legendę znałyśmy od dawna, ale jakoś nigdy nas nie zaniosło w okolice kościoła Karmelitów .

W Sukiennicach podziwiałyśmy nurz (tak w każdym razie moja Najmłodsza dyslektyczka opisała to do klasowej gazetki 😉 ), którym (jak głosi legenda) jeden z braci – budowniczych Kościoła Mariackiego zabił drugiego. Nabyłyśmy tam też Lajkonika, który zafascynował ją do tego stopnia, że domaga się kolejnych odwiedzin w Krakowie wyłącznie w celu spotkania się z nim. Spodziewajcie się więc nas tam w oktawę Bożego Ciała 😉 I na pewno nie będzie to nasza ostatnia wizyta w smoczym grodzie.

Kraków bowiem możemy co rusz odkrywać na nowo i wciąż znajdować coś interesującego, nawet mieszkając tu całe życie. Ale chyba zdołaliście się już przekonać, że warto odbyć naszą wycieczkę i z pewnością wrócicie, maże nawet nie jeden raz. Starsi i zaopatrzeni w poważniejsze przewodniki. A zatem – do zobaczenia !

Mariusz Wollny „TROPEM SMOKA. Krakowskie legendy, tradycje i ciekawostki. Bajeczny przewodnik po magicznym Krakowie dla dzieci i młodzieży”, ilustr.: Zuza Wollny, wyd.: Fundacja dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2006

„Tropem smoka” w edycji, którą my mamy, jest już niedostępne, ale ten przewodnik został wznowiony przez Wydawnictwo Jama – także w wersji angielsko- i hiszpańskojęzycznej. Można je nabyć (podobnie jak inne książki Mariusza Wollnego) w Składzie Towarów u Kacpra Ryxa.

Dla tych, którzy już ze smoków wyrośli, natomiast dorośli do Kacpra Ryxa – jest przewodnik „Z Kacprem Ryxem po renesansowym Krakowie”, ale zwiedzanie tą ścieżką jest dopiero przede mną 🙂

Zaczarowane baletki

Zaczarowane baletki

„Zaczarowane baletki” właśnie pojawiły się w księgarniach, ale pisałam o tej książce już 22 września 2008 roku 😉

Znacie film „Masz wiadomość” ?

Jest w nim scena, która zawsze kojarzy mi się z tą książką. Kathleen Kelly (grana przez Meg Ryan) właścicielka małej księgarni z książkami dla dzieci, którą odziedziczyła po matce, wie już, że przegrała konkurencję z siecią książkowych supermarketów i że będzie musiała zamknąć swój „Shop Around The Corner”. Idzie do megaksięgarni „Fox Books” i siada sobie w dziale dziecięcym. Jest tam świadkiem rozmowy sprzedawcy z klientką, która pyta go o książki o butach – słyszała o nich od znajomej. Sprzedawca nie wie, o czym mowa i kto napisał te książki. Wtedy do rozmowy włącza się Kathleen Kelly i mówi: Noel Streatfield. Napisał  „Buty baletowe”, i „Buty do łyżew” i „Teatralne buty”, i „Tańczące buty” … Ja najbardziej lubię „Buty baletowe” i „Buty do łyżew”, ale… (tu następuje pełne wyrazu chlipnięcie)... nakład jest już wyczerpany. Sprzedawca na to: Streatfield ? Może Pani przeliterować ?, a przysłuchujący się temu ukradkiem Joe Fox (czyli Tom Hanks) niemal wali z rozpaczą głową w balustradę, bo to trochę tak, jakby w polskiej księgarni sprzedawca spytał przez jakie „u” pisze się Tuwim 😉

Bardzo lubię ten film, ale minęło trochę czasu zanim skojarzyłam, że owa rozmowa dotyczy jednej z ulubionych od lat książek Najstarszej z moich córek. Przy okazji wyszła też na jaw niedoróbka tłumacza dialogów w filmie, bo Mary Noel Streatfield zdecydowanie była kobietą 😉 „Zaczarowane baletki” to w oryginale „Ballet shoes” czyli przywoływane tam buty baletowe. Oprócz książek wymienianych w filmie, napisała jeszcze„Tennis…”, „Circus…”, „Movie…”, „Family..”, „New..” i „Travelling Shoes” oraz wiele innych książek, już bez butów w tytule 😉 W tej samej serii, co „Zaczarowane baletki”ukazała się jeszcze jej „Złota jabłoń”, ale nie spodobała się już tam tak bardzo.

Siostry Fosyl mieszkały na samym końcu ulicy Cromwella, wciąż jednak dostatecznie blisko muzeum Wiktorii I Alberta, by w deszczowe dni móc tam oglądać domki lalek. W dni pogodne zabierano je tam, aby „oszczędzić parę groszy… – Najstarsza przypomniała to sobie, kiedy  byłyśmy w tym muzeum w zeszłym roku, ale nie udało nam się ich znaleźć (domków, nie dziewczynek 😉 ) .

Paulinka, Pietrowna i Pusia tak naprawdę nie były siostrami, mimo że wszystkie nosiły nazwisko Fosyl – nazwisko, którego nie zawdzięczały dziadkom i które było tylko ich. Wszystkie trzy zostały przywiezione do Londynu przez pewnego kolekcjonera skamielin jako swego rodzaju znaleziska z podróży. Ów pan, zwany przez dziewczynki Dziamem, adoptował je, a nastepnie zostawił pod opieką swojej stryjecznej wnuczki i wyruszył w długą podróż po świecie. Iście po męsku – jak by niewątpliwie powiedziała panna Kornelia Bryant 😉

„Zaczarowane baletki” to książka, która ma wiele wspólnego z drugą ukochaną książką Najstarszej – Cukiernią pod Pierożkiem z Wiśniami”. W obu jest Londyn w okresie międzywojennym, w obu są dziewczynki bez rodziców pozostające pod opieką życzliwych dorosłych i w obu te dziewczynki występują w teatrze. W obu też pojawia się Zarząd Miejski Londynu, który wydaje dzieciom zezwolenia na pracę w teatrze. W pewnym stopniu tym właśnie lekturom zawdzięczamy zainteresowanie Najstarszej teatrem i tańcem.

W „Cukierni” jej bohaterka (i imienniczka Najstarszej) dowiaduje się ze zdziwieniem od Zofii, że istnieją specjalne szkoły, w których dzieci uczą się grać. (…) Ania nigdy o takich szkołach nie słyszała, a do niedawna nie przyszłoby jej nawet do głowy, ze dzieci mogą grać w czymś innym niż przedstawienia szkolne urządzane dla rodziców. Siostry Fosyl trafiły do takiej szkoły – Dziecięcej Akademii Tańca i Sztuki Aktorskiej przez przypadek, dzięki nauczycielce z tej szkoły, która wynajmowała u nich pokój. Był to zdecydowanie szczęśliwy przypadek, który pomógł im zarobić na swoje utrzymanie, kiedy pieniądze pozostawione przez Dziama zaczęły się kończyć. Potem jednak okazało się, że tylko dla jednej z nich taniec stanie się życiem, pozostałe znajdą sobie inne drogi…

Widząc mnie ostatnio z tą książką w ręku Najstarsza powiedziała: Za każdym razem, kiedy ją czytam widzę wyraźniej, jak kiepsko jest przetłumaczona, ale mimo wszystko ciągle ją lubię. Rzeczywiście – tłumaczenie miejscami kuleje, bywa nieco chropowate. Są to jednak drobiazgi, pomimo których książka ma nadal wiele uroku. Zrozumieć natomiast nie mogę, dlaczego tytułowe baletki miały być zdaniem tłumaczki zaczarowane ???

Noel Streatfield „Zaczarowane baletki”, przekł.: Ewa Fiszer, wyd.: Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2003

„Zaczarowane baletki” ukazały się właśnie wznowione przez Wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji”. Trochę zdziwiłam się, że w tym wydaniu zachowany został przekład Ewy Fiszer z jego wszystkimi jego chropowatościami oraz tym, że Piotruś Królik z książki Beatrix Potter jest tam Piotrem Króliczkiem, ale mimo to książka nadal ma swój urok 😉

Urocze są również oryginalne ilustracje Ruth Gervis – proste i syntetyczne, utrzymane w duchu Art Deco, a z dzisiejszej perspektywy: staroświeckie jak opowiadana w tej książce historia. Ich autorka była siostrą Noel Streatfield, ale wydawca podobno nie wiedział o tym, kiedy proponował jej pracę nad książką debiutantki. Ilustrowała także m.in. książki Enid Blython, ale to „Ballet Shoes” pozostają do dziś najbardziej znane.

Noel Streatfield „Zaczarowane baletki”, przekł.: Ewa Fiszer, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Nie, to nie jest tytuł książki…

To wpis z 24 lipca 2011 roku, który przypominam, bo wczoraj dowiedzieliśmy się o śmierci Andrzeja Polkowskiego – wybitnego tłumacza, któremu polscy czytelnicy zawdzięczają przede wszystkim, ale przecież nie wyłącznie „Opowieści z Narnii” i świat Harrego Pottera . 8 lat temu tak pisałam o mojej córce i książkach, które dzięki Niemu kształtowały jej świat:

Pojutrze czyli 26 lipca Najstarsza z moich córek obchodzi imieniny. Będzie to równocześnie taki mały jubileusz – oto kończy się w jej życiu dekada z Harrym Potterem 😉

10 lat temu bardzo martwiłam się tym, że moja (wówczas ośmioletnia) pierworodna ma problemy z czytaniem. Podsuwałam jej różne, w moim przekonaniu interesujące książki, ale nic jakoś nie było w stanie zainteresować jej na tyle, żeby chciała przeczytać samodzielnie. Na imieniny kupiłam jej pierwszy tom Harrego Pottera, o którym wiedziałam tylko, że dzieci czytają to chętnie i że za dwa miesiące zapowiadana jest premiera tomu czwartego. To było to !!! Sukces przerósł moje najśmielsze oczekiwania 😉 Przez dwa miesiące moja nieczytająca dotąd córka pochłonęła wszystkie trzy tomy i czekała niecierpliwie na czwarty. I tak się zaczęło…

Czekanie na kolejne tomy, które pan z zaprzyjaźnionej księgarni dawał jej spod lady (i na kredyt 😉 ) jeszcze przed oficjalną premierą. Ostatni tom przeczytała po angielsku, zanim ukazało się polskie wydanie.

Czekanie na kolejne filmy. Nocne premiery i emocje z tym związane. Pamiętam, jak wybierała się do kina w różowej bluzie, podobnej to noszonej przez Hermionę w tej części, i z fryzurą na Hermionę uzyskaną przez zaplecenie na mokro wielu warkoczyków (jak myślicie, kto je zaplatał ? 😉 ). Na jednym z bali karnawałowych w szkole przebrała się za Cho Chang – Szukającą Krukonów (na tym etapie chyba jeszcze nie było wiadomo, jak znaczącą postacią będzie ona w kolejnych tomach). Herb Ravenclaw, który Najstarsza zrobiła sama do tego przebrania, był chyba najstaranniejszą pracą plastyczną, jaką wykonała na potrzeby szkoły 😉

No i oczywiście – w dniu 11 urodzin czekała z nadzieją na list z Hogwartu 🙂

Miała potem jeszcze kilka fascynacji książkowych – największa była chyba ta związana z Tolkienem, ale żadna nie była tak silna. Żadna również nie była dzielona z taką ilością rówieśników. Harry Potter jest ich globalnym przeżyciem pokoleniowym. Kiedy z Kanady przyjechała do nas kuzynka, jej rówieśniczka, bez problemu znalazły wspólny temat.

Kilka dni temu poszła do kina na ostatnią część filmu. Po powrocie powiedziała: „Wiesz Mamo, to jest prawdziwy koniec mojego dzieciństwa. Bardziej niż 18 urodziny.”

P.S. Córki Środkowa i Najmłodsza oczywiście także czytały i oglądały wszystko, co się z tym cyklem wiąże, ale tylko Najstarsza naprawdę dorastała z Harrym.

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Wpis z 11 stycznia 2015 roku:

Co można robić w słoneczny ranek ? // Gonić gołębie ? Jeść obwarzanek ? // Oglądać różne śmieszne pomniki // czy u kwiaciarki kupić goździki ?

Mam nieuleczalny sentyment do Krakowa i krakowskich książek. Wziął się on po części z tego, że jako dziecko uwielbiałam „Abecadło krakowskie” Wandy Chotomskiej. Nie była to moja pierwsza książka, ale jest pierwszą, którą pamiętam. Znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Dzięki niej nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Każdej literze przypisane było jakieś ważne miejsce w Krakowie, a wyznaczały one trasę wędrówki słoneczka po tym mieście. Do dziś pamiętam, co było tam po kolei – od Akademii Sztuk Pięknych do Dzwonu Zygmunta. I pamiętam też kończące go słowa (można w nich poczuć ducha lat, w których powstał 😉 ) : Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy już tam pojechałam i zobaczyłam to wszystko na własne oczy… w pierwszej chwili rozczarowałam się srodze 😦 Kraków wczesnych lat siedemdziesiątych w realu nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę. Ale czar Krakowa, mimo że wtedy głęboko ukryty, jednak zwyciężył. I sentyment pozostał – staram się wracać do Krakowa, choćby tylko po to, żeby trochę posiedzieć na Rynku albo pogapić się na witraże w kościele franciszkanów. A że mimo wszystko jestem niepoprawną warszawianką, do naszych rodzinnych rytuałów należy śniadanie w kawiarni Wedla. Wiem, wiem – teraz moi krakowscy czytelnicy wznoszą oczy do nieba, ale to stało się przypadkiem – po prostu to był kawiarniany ogródek położony najbliżej stoiska z ziarnem dla ptaków (bo wtedy jeszcze takie na rynku było) i mogłam jeść nie spuszczając z oczu moich córek karmiących gołębie.

Czy „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” ma szansę stać się dla swoich czytelników podobnie mocnym doświadczeniem jak dla mnie „Abecadło” ? Nie wiem, ale na pewno znalazło się tam miejsce dla wszystkich tych rzeczy, które czynią krakowski rynek jednym i niepowtarzalnym. Jest Kościół Mariacki i pomnik Adama Mickiewicza, wieża ratuszowa i kościółek św. Wojciecha, są kwiaciarki i malarze, dorożki i gołębie, obwarzanki i Lajkonik… A wszyscy tam są rumiani jak jabłuszka – jak to zwykle na ilustracjach Iwony Całej 🙂

„Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” to książka, która znakomicie nadaje się nie tylko na pamiątkę z wycieczki do Krakowa. Może być również świetnym przygotowaniem do takiej wycieczki (nawet jeśli na razie pozostaje ona w mglistych planach). A dla małych krakowiaków to po prostu lektura obowiązkowa !!!

I oto księżyc wzeszedł nad rynkiem // jak obwarzanek z makiem lub kminkiem. // Śpią już gołębie i śpią pomniki, // i śpią dorożki, chrapią koniki…

Michał Rusinek „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2014

oraz Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: RUCH 1964

Latający detektyw

Latający detektyw

i kolejne części cyklu o Ture Sventonie i jego latającym dywanie 🙂

Wpis z 3 listopada 2012 roku:

Jakieś dziesięć lat temu, na campingu w Dueodde na Bornholmie, zaczęłam przeglądać książki stojące na półce w jadalni. Taki nie dający się powstrzymać odruch – mimo że wszystkie były w języku, którego nie rozumiem 😉 W pierwszej, do której zajrzałam, zauważyłam znajome nazwisko – Ture Sventon. Spojrzałam na kartę tytułową – zgadza się: autor Ake Holmberg, ale, zabijcie mnie, nie wiem, którą z książek o tym detektywie tam znalazłam. Jednak poczułam się tak, jakbym gdzieś w tłumie na plaży zobaczyła znajomego z bardzo dawnych lat…

Detektyw Ture Sventon należy do grona ulubionych bohaterów literackich mojego dzieciństwa. Pierwszą książką z jego przygodami, jaka wpadła mi w ręce, była druga część cyklu czyli „Detektyw na pustyni”. Pamiętam, że dokładnie wyobraziłam sobie zapach wielbłąda, którym pachniał jego latający dywan, Doskonale wiedziałam też, jak wyglądało metalowe pudełko, w którym zabierał w podróż swoje ulubione ptysie, bo przecież było takie samo jak to, w które moja Mama pakowała jedzenie, kiedy wyjeżdżaliśmy pod namiot. I te ptysie… na jakiś czas stały się moimi ulubionymi ciastkami. Po wielu latach dowiedziałam się, że w oryginale wcale nie chodziło o ptysie, tylko o bułeczki cynamonowe, bardzo popularne w Szwecji, za to w Polsce w chwili ukazywania się przekładu właściwie nieznane, a dodatku ich polska nazwa nie pozwalała na zademonstrowanie jednej z charakterystycznych cech bohatera. Przecież naprawdę nazywał się on Sture Svensson, ale wada wymowy nie pozwalała mu przedstawiać się należycie. A ptysie w jego ustach stawały się psysiami i ja też czasem je tak nazywam.

„Latającego detektywa” przeczytałam później. W szwedzkich okolicznościach przyrody znany mi już detektyw nie miał niestety takiego uroku – zabrakło pustynnej egzotyki. Dlatego zdecydowanie zachęcam do czytania tego w odpowiedniej kolejności. Wtedy w pierwszym tomie poznamy Turego, dowiemy się, kim jest i skąd ma ten niezwykły dywan, aby w drugim towarzyszyć mu jak dobremu znajomemu w egzotycznej podróży. Ponieważ we wszystkich tomach w rozwiązywaniu zagadki pomagają mu dzieci, młodym czytelnikom łatwiej jest odnaleźć na kartach książki swoje alter ego.

Kiedy moje córki dorosły do znajomości z Latającym Detektywem kupiłam im nowe wydanie, bo moje stare książki powędrowały gdzieś w świat. Niestety – bez ilustracji Anny Kołakowskiej, które pamiętałam, ten dywan nie pachniał mi już tak, jak wcześniej 😉 Dlatego z radością przyjęłam fakt wznowienia tych książek przez wydawnictwo „Dwie Siostry” w ich kanonicznej wersji.

A teraz w zapowiedziach pojawił się również „Ture Sventon w Sztokholmie” czyli trzeci tom, który ominął nas wszystkie. Szkoda, że dopiero teraz, bo moje córki już z tych książek wyrosły, a miałabym znakomity prezent mikołajkowy…

Ake Holmberg „Latający detektyw” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2011

Ake Holmberg „Detektyw na pustyni” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

Ake Holmberg „Ture Sventon w Sztokholmie” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

P.S. Kolejne tomy cyklu czyli „Ture Sventon w Londynie” i „Ture Sventon w Paryżu” niepublikowane wcześniej w Polsce ukazały się w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” z oryginalnymi ilustracjami Svena Hemmela.

Dawniej czyli drzewiej

Dawniej czyli drzewiej

Wpis z 25 października 2015 roku:

Przez wieki, które dzielą Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj od Elo ziom, posłuchaj mej nawijki język polski rozwijał się i zmieniał. Słowa pojawiały się w nim, często zapożyczane z innych języków (łaciny, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidisz czy ostatnio z angielskiego), czasem zmieniały znaczenie, a czasem odchodziły w zapomnienie.

Małgorzata Strzałkowska wybrała kilkadziesiąt z nich i stworzyła oryginalny dykcjonarz czyli leksykon słów i zwrotów czasem już zapomnianych, a czasem używanych kompletnie bez świadomości ich pierwotnego znaczenia czy pochodzenia.

Praszczur na początku, a na koniec szczątek !

Co robili Szwedzi w kaszy, a Hiszpanka na twarzy ? Kim byli jętrew , świekier i wnęka ? Jakie szaraczki siedziały na szarym końcu ?

„Dawniej czyli drzewiej” to książka pełna anegdot i ciekawostek historycznych, których próżno by szukać w szkolnych podręcznikach historii. Fascynująco zilustrował ją Adam Pękalski, który nie tylko narysował obrazki wyjaśniające słowa i pojęcia, bawiąc się przy tym stylistyką różnych epok, ale także opracował ją graficznie.

W pierwszym odruchu chciałam napisać, że stworzył tzw. layout. To kolejne zapożyczenie, ale nie mieliśmy chyba wcześniej słowa, które zawierałoby w sobie i rozplanowanie tekstu i obrazu, i krój użytej czcionki, i kolorystykę, i wszystko inne, co składa się na wygląd strony. Layout oznacza jednak pewien szablon, więc nie do końca tutaj pasuje, bo w tej książce każda strona wygląda inaczej. Przy pierwszym, pobieżnym jej przejrzeniu może to zrobić wrażenie nieco bałaganiarskie, ale kiedy zaczniemy czytać okaże się, że wygląd kolejnych stron doskonale koresponduje z ich treścią, a czytając, przekładamy kartki z ogromną ciekawością – co też nas czeka po drugiej stronie ?

Co za szok – w sieci jest milion ok !

Autorka nie ogranicza się tylko do zapoznania czytelników ze słowami, które odeszły już do lamusa – zmusza ich także do zastanowienie się, jak oni sami używają ojczystego języka. Uświadamia to choćby strona, pokazująca ile obrazowych określeń bywa zastępowanych przez jedno słowo – wytrych: fajny.

Ja sama dowiedziałam się z tego dykcjonarza, że w dawnej polszczyźnie istniała (oprócz liczby mnogiej) także liczba podwójna, której pozostałością są dwie formy odmiany takich słów jako oko czy ucho.

Człowiek uczy się całe życie, pod warunkiem jednak, że chce i ma do dyspozycji takie fantastyczne, ciekawe, nietuzinkowe, arcyciekawe i urokliwe (czyli po prostu fajne 😉 ) książki 🙂

Małgorzata Strzałkowska „Dawniej czyli drzewiej”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Edit —>>> „Dawniej czyli drzewiej” doczekało się kontynuacji pod tytułem „Harcuj z nami ze słowami”, o której możecie przeczytać —>>> tutaj

Dzielna Kajsa

Dzielna Kajsa

Wpis z 30 września 2012 roku:

Skandynawskie skrzywienie w naszej rodzinie zdecydowanie jest dziedziczne. Korzystając z przywileju maturzystów, jakim są wakacje we wrześniu (jeszcze nieobciążone myśleniem o sesji poprawkowej 😉 ) w zeszłym tygodniu Najstarsza z moich córek spędziła kilka dni w Sztokholmie. Bardzo dużo zwiedzała i nie byłaby moją córką, gdyby przy tej okazji nie odwiedziła także Junibacken czyli Czerwcowego Wzgórza – jedynej w swoim rodzaju księgarni połączonej z muzeum literatury dziecięcej i miejscem zabaw. Mimo dość (jak na ten rodzaj literatury oczywiście ) zaawansowanego wieku, wróciła zachwycona. Jej Towarzysz Podróży – nieco mniej, ale cóż – podobno przeczytał tylko dwie czy trzy książki Astrid Lindgren, więc trudno się dziwić, że nie poczuł atmosfery.

Przywiozła mi stamtąd taką książkę:

– przewodnik po podróży pociągiem przez świat książek Astrid Lindgren od Czerwcowego Wzgórza do Nangilimy. Dziękuję córeczko !!!

Młodsze siostry obdarowane zostały pasiastymi, biało – czerwonymi lizakami. Ten prezent przypomniał mi, że w Vimmerby, w Świecie Astrid Lindgren również sprzedawano takie dwukolorowe, pasiaste cukierki, ale my wtedy nie wiedzieliśmy – dlaczego ? Nie mogliśmy wiedzieć, bo nie znaliśmy jeszcze historii dzielnej Kajsy, która właśnie takie cukierki sprzedawała na bożonarodzeniowym jarmarku. Książka, zawierająca to opowiadanie ukazała się w Polsce już po naszym powrocie. W dodatku – w angielskim przewodniku po Świecie Astrid Lindgren ta postać nazywała się Brenda Brave, co trochę utrudniło mi skojarzenie.

Kiedy tuż przed Bożym Narodzeniem Babcia Kajsy złamała nogę, wydawało się, że nie będzie żadnych Świąt. Tymczasem dzielna Kajsa nie tylko poradziła sobie z domowymi porządkami, ale także zdołała sprzedać na jarmarku wszystkie świąteczne cukierki, które Babcia przygotowała…

Oprócz „Dzielnej Kajsy” w książce pod tym tytułem znajduje się jeszcze osiem opowiadań – bohaterami wszystkich są dzieci żyjące w czasach dzieciństwa autorki, a nawet wczesniej. Wydaje mi się, że bohater historii „Trochę o Samelauguście” nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak ojciec autorki. Ten zbiór to kolejna, wydana przez Naszą Księgarnię, książka Astrid Lindgren, która zaliczam do kontrowersyjnych, ponieważ radykalnie rozmija się ze swoim (że się tak nowocześnie wyrażę ) targetem. Wbrew temu, co napisane jest na okładce, większość opowiadań adresowanych jest do dzieci zdecydowanie młodszych niż sześcioletnie.

Z jednej strony – takie maluchy mogą mieć trudność ze zrozumieniem wielu spośród opisywanych tam realiów życia na szwedzkiej wsi sto lat temu. Z drugiej – potrzebują zupełnie innej proporcji ilustracji do tekstu niż to ma miejsce tutaj. I najlepiej by było, żeby te ilustracje były kolorowe….

Dlatego bardzo żałuję, że historia Kajsy nie ukazała się jako oddzielna książeczka z ilustracjami Ilon Wikland – o taka

ale może „Zakamarki” nadrobią ten brak ? To taka ciepła i optymistyczna historia w świątecznym nastroju. Aż chciałoby się ją znaleźć pod choinką…

P. S. Warto wspomnieć, że jedno z opowiadań – „Marit” dotyka problemu śmierci – nie tak baśniowo jak „Bracia Lwie Serce”, i nie tak rozdzierająco smutno jak w „Południowej łące” – ale lepiej o tym wiedzieć, zanim się zacznie to czytać z dziećmi.

Astrid Lindgren „Dzielna Kajsa”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ingrid Vang Nyman, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Zła dziewczyna

Zła dziewczyna

Kolejna książka Beaty Ostrowickiej, którą pierwotnie wydało Ossolineum w serii „Nasza biblioteka”, a niedawno wznowiło ją Wydawnictwo Literatura.

Wpis z 21 stycznia 2008 roku:

Marcyśka ma osiemnaście lat i bardzo dobrze wie, czego chce. Chce studiować. Chce wyrwać się z rodzinnej wsi, od ojca alkoholika, mamy i dwójki rodzeństwa. Nie chce żyć tak, jak jej rówieśnice tam.

Dostała swoją szansę – uczy się w liceum w Krakowie i mieszka u ciotki w zamian za opiekę nad nią. Nie jest łatwo, ale zaciska zęby i odlicza dni do matury. Kiedy ciotka umiera, wszystko się komplikuje. Kiedy w dodatku okazuje się, że zapisała jej swoje mieszkanie, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ojciec chce je sprzedać i założyć sklep na wsi, ale Marcyśka wie, że wtedy może pożegnać się z marzeniami o studiach. Jest już jednak pełnoletnia i mieszkanie należy do niej. Decyzja o tym, by się na jego sprzedaż nie zgodzić – również.

Czy Marcyśka miała prawo tak postąpić ? Co jest ważniejsze – jej plany i marzenia czy poprawa bytu reszty rodziny (iluzoryczna – jeśli pamiętać o pociągu ojca do kieliszka) ? Czy naprawdę jest złą dziewczyną ? Gdzie jest granica miedzy asertywnością a egoizmem ?

Ta książka, podobnie jak  ”Świat do góry nogami” tej samej autorki stawia pytanie o istotę więzi rodzinnych. Marcyśka ma poczucie, że jest w rodzinie tą gorszą córką – obarczaną większymi obowiązkami, za to mniej dopieszczaną (i w sensie uczuciowym, i materialnym). Ojciec alkoholik i bezwolna, współuzależniona Mama to jedno. Oni są dorośli i w pewnym sensie żyją tak na własne życzenie. Jakie są jednak jej zobowiązania wobec rodzeństwa ? Czy w ogóle ma wobec nich jakieś obowiązki – wynikające tylko z tego, że urodzili się tym samym rodzicom ?

Czytając tę książkę zaczęłam myśleć o jej bohaterce z macierzyńską troską. Niby jest już formalnie dorosła, ale… czy zdoła udźwignąć ciężar tej samodzielności ? Czy wyzwolona z gorsetu ograniczeń, jakie narzucała jej opieka nad Ciotką, będzie potrafiła narzucić sobie dyscyplinę niezbędną, żeby zdać maturę i zrealizować marzenia o studiach ? Czy, pozbawiona w domu rodzinnym takich wzorców, będzie potrafiła pokochać i stworzyć dobry związek ?

Zostawiamy ją w takim momencie, że wszystko się może zdarzyć. Trzymam za nią kciuki – nich jej się uda. Życzę jej tego z całego serca.

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Ossolineum, Wrocław 2005

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Literatura, Łódź 2014