Amelia i Kuba

Amelia i Kuba

Napisałam tę recenzję 22 października 2014 roku, a teraz odkryłam, że wydawnictwo Powergraph własnie wydało DWUKSIĄŻKĘ razem, w jednym woluminie do czytania z dwóch stron 🙂

Co to właściwie jest ? Jedna książka w dwóch tomach ? Dwie książki o tym samym ? Czy może rodzaj eksperymentu literackiego, który sam autor określa mianem DWUKSIĄŻKI ???

Amelia myśli, że Kuba jej nie lubi. Kuba myśli, że Amelia go nie lubi. Oboje są w błędzie. Tak można by w ogromnym skrócie opisać fabułę mojej nowej powieści dla młodszej młodzieży – pisał Rafał Kosik na swoim blogu zanim jego DWUKSIĄŻKA trafiła do czytelników. Młodsza młodzież to znaczy młodzież przedfelixowa, że tak powiem, czyli 7-12 lat. Oczywiście czytelnicy Felixa, Neta i Niki, a nawet starsza młodzież (czyli właściwie już dorośli) też coś tam dla siebie znajdą.

Amelia i Kuba pojechali w tym roku z nami nad morze. Młodzieży w wieku przedfeliksowym z nami nie było, ale obie książki przeczytały (oprócz mnie 😉 ) czternastolatka i osiemnastolatka. Ta ostatnia raczej z braku innych lektur i ciekawszych zajęć, ale po przeczytaniu pierwszej całkowicie dobrowolnie sięgnęła po drugą część.

Pierwotnie powieść miała być zupełnie niefantastyczna, szybko jednak okazało się, że w przypadku literatury młodzieżowej aktualny jest wybór, przed jakim staje każdy autor: fantastyka albo nuda. Wbrew współczesnym trendom nie zdecydowałem się na przynudzanie. Tak więc elementy fantastyczne musiały się pojawić. W trakcie pisania okazało się, że wyszły one wręcz na pierwszy plan. (z bloga Autora)

Nie do końca zgodzę się z tym wyborem. Mnie tam fantastyka raczej nudzi , ale widocznie pan Kosik ma odwrotnie 😉 W tej warstwie dwuksiążka bardzo przypomina perypetie Felixa, Neta i Niki, tylko o nieco mniejszym stopniu skomplikowania.

„Godzina duchów” ma wszystkie charakterystyczne cechy powieści detektywistycznej dla młodzieży. W przeciwieństwie do dorosłych kryminałów, nie ma tu przestępstwa, jest za to TAJEMNICA do rozwikłania i to taka, z której istnienia dorośli niezupełnie zdają sobie sprawę. Mamy grupkę dziecięco – młodzieżową (część dziecięca tworzy młodsze rodzeństwo – siostra Kuby i brat Amelii, oboje absolutnie niestereotypowi dla swojego wieku) wolną nie tylko od uciążliwej kurateli rodziców zajętych pracą i przeprowadzką, ale także od obowiązków szkolnych, bo jest ostatni tydzień wakacji. To wszystko razem tworzy warunki do przeżycia przygody.

Zaraz jednak pojawił się drugi problem, kto mianowicie powinien być głównym bohaterem. Zwykle narracja automatycznie zaczyna ciążyć w stronę jednej z postaci. Ta postać wychodzi na pierwszy plan i czytelnik poznaje powieściowy świat głównie z jej punktu widzenia. W przypadku Felixa, Neta i Niki narrator przeskakuje, czy może lepiej powiedzieć – przepływa od postaci do postaci. W trakcie pisania Amelii i Kuby też tak się działo. Jednak po kilku rozdziałach uznałem, że to mi nie wystarcza. Żeby utrudnić sobie pracę, zdecydowałem się sprawę nieco skomplikować i poprowadzić równolegle dwie narracje. Dosłownie. Napisałem tę historię w dwóch wersjach: jedną z punktu widzenia Amelii, drugą z punktu widzenia Kuby. (…) Można przeczytać tylko jedną z nich, można obydwie w dowolnej kolejności. Można też czytać je naraz, rozdziałami. Jak kto chce. (z bloga Autora)

Jeśli zdecydujecie się na przeczytanie obu części, sugeruję rozpoczęcie lektury od „Amelii i Kuby” i to nie tylko dlatego, że dziewczynki mają pierwszeństwo 😉 Wydaje mi się, że w wersji Kuby dzieje się więcej obok historii zasadniczej. Amelia wraz z rodziną jest już zadomowiona w Zamku, a on tam się dopiero wprowadza. Same perypetie związane z urządzaniem się w nowym miejscu dostarczają czytelnikom wielu atrakcji. Takie drzwi na przykład – wydawało by się, że to taka prosta i nieskomplikowana rzecz… 😉

Przy czytaniu odwrotnym czytelnik może się nieco nudzić, choć warto jest uważnie czytać te fragmenty, które są zasadniczo takie same, bo może okazać się, że jednak nie są tak zupełnie jednakowe.

Bardzo spodobała mi się sama idea DWUKSIĄŻKI. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam, dotyczy ceny. Jeśli chcemy nabyć komplet, to zgodnie z ceną okładkową zapłacimy prawie 60 zł. Trochę dużo 😦

A gdyby tak wydać DWUKSIĄŻKĘ jako jeden wolumin czytany z dwóch stron (tak jak Babcia Brygida z Czarownicą Doroty Terakowskiej) ?

Rafał Kosik (tekst & ilustr.) „Amelia i Kuba. Godzina duchów”, wyd.: Powergraph, Warszawa 2014

Rafał Kosik (tekst & ilustr.) „Kuba i Amelia. Godzina duchów”, wyd.: Powergraph, Warszawa 2014

Wpis z 5 lipca 2016 roku:

Między liśćmi coś się poruszyło. Pomarszczona skóra na wielkim odwłoku zaszeleściła o gałęzie, gdy tajemniczy stwór podkradał się bliżej bramy Zamku. Dobrze się maskował, zdawał się wręcz zmieniać kolor, by dostosować się do otoczenia. Gdyby ktoś przechodził obok, nie zauważyłby niczego podejrzanego.

Stwór zamarł na kilka chwil, gdy ulicą przejeżdżał samochód. Potem podpełzł jeszcze kawałek i przysiadł. Zza gałęzi głogu wystawały trzy chude odnóża. Wiele czarnych oczu na jego ciele poruszało się niezależnie od siebie, lustrując okolicę. Większość z nich wpatrywała się w bramę, jakby stwór kombinował, jak się przez nią przedostać…

„Stuoki potwór” to czwarty tom, ale trzecia część cyklu „Amelia i Kuba” ( a może czwarta część, ale trzecia historia ?), bo pierwsza ukazała się jako DWUKSIĄŻKA. W kolejnych Rafał Kosik zrezygnował już z pisania tej samej opowieści w wersjach opowiadanych z punktu widzenia różnych bohaterów. Jedna historia to jedna książka, ale w nie mamy w nich jednego, dominującego bohatera. Czasem widzimy wydarzenia w perspektywy Amelii, czasem Kuby, kiedy indziej – Alberta, Mi, a czasem jeszcze – ich rodziców lub innych mieszkańców Oak Residence (zwanej powszechnie Zamkiem).

Po „Godzinie duchów”, której podstawową zaletą była podwójność, pojedyncza „Nowa szkoła” jakoś mnie nie zachwyciła, wydała się napisana trochę na siłę. „Stuokiego potwora” czyta się zdecydowanie lepiej 🙂

Amelia jest zła na cały świat i ogniskuje swoją złość na Klementynie, wrzucając na forum szkoły jej złośliwe zdjęcie. Potem złość jej przechodzi i usuwa je, ale okazuje się, że rzecz wrzucona do internetu żyje już własnym życiem…

Mieszkańcy zamkniętej przed obcymi Oak Residence nadal nie czują się wystarczająco bezpieczni, więc decydują zwiększeniu ilości kamer, a do obrazu z nich mają mieć dostęp wszyscy mieszkańcy. Czy monitoring obywatelski to większe bezpieczeństwo, czy raczej totalna inwigilacja ?

„Stuoki potwór” to książka, która pokazuje, do czego może doprowadzić bezmyślne używanie najnowszych zdobyczy techniki, do których dostęp mają teraz także dzieci, czym grozi pochopne wrzucenie czegoś do sieci, albo nieostrożne udostępnienie światu swojej prywatności.

A tytułowy potwór ? Stuoki ? Istniał naprawdę czy był tylko wytworem wyobraźni ? Tego już musicie dowiedzieć się sami 😉

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Stuoki potwór”, ilustr.: Jakub Grochola, wyd.: Powergraph, Warszawa 2016

Skutki uboczne eliksiru miłości

Skutki uboczne eliksiru miłości

Wpis z 2 sierpnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Tego niezwykłego dnia 13 grudnia 1981 roku, kiedy świat się zawalił…

„Skutki uboczne eliksiru miłości” to druga po „Teatrze niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego książka, które dotyka tamtych czasów. Jej akcja zaczyna się w momencie, w którym akcja tamtej się kończy – czyli w dniu wprowadzenia stanu wojennego. To było 36 lat temu – dla dzieci żyjących teraz to taki dystans jaki nas wtedy dzielił od wojny.

To taki dzień, który chyba każdy, kto był na tyle duży, żeby choć trochę rozumieć to, co się działo, pamięta bardzo dobrze – nawet jeśli nie był świadkiem żadnych dramatycznych wydarzeń. Także wtedy, gdy przespał spokojnie noc, a o wprowadzeniu stanu wojennego poinformował go dziwny pan w okularach, który pojawił się w telewizorze zamiast Teleranka. Albo (tak jak to było w moim przypadku) jeśli włączył radio w oczekiwaniu na „60 minut na godzinę” i usłyszał najpierw Chopina (pierwsza myśl – ktoś umarł, ale kto ?), a potem hymn i słowa: Obywatelki i obywatele !

Ten dzień podzielił nam wszystkim czas czas na przed i po…

Trochę obawiałam się tego, w jakim tonie będzie o tym pisała Dorota Combrzyńska – Nogala. Znałam ją jednak wcześniej z „Bezsenności Jutki” i „Syberyjskich przygód Chmurki”, więc wiedziałam, że pisząc o niełatwych sprawach z przeszłości potrafi odpowiednie dać rzeczy słowo. I rzeczywiście – już pierwsza scena czyli poranek 13 grudnia jest i trochę tragiczna, i trochę komiczna, ale bez przesady w żadną ze stron. Opis tego poranka spowodował, że wybaczyłam autorce nawet pewne nieścisłości faktograficzne, które wyłapałam w książce. Na przykład to, że Jacek następnego dnia idzie do szkoły. Pamiętam przecież bardzo dokładnie, że przyspieszono nam ferie, co uratowało mnie przed niechybną dwójką z chemii następnego dnia.

Jak to w życiu – wielka historia miesza się z rzeczami małymi, codziennymi. Tak też jest i tutaj.

Wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego aresztowano tatę i dziadka Jacka. Jego mama obawiała się tego samego i nie chciała, żeby syn nawet na krótko trafił do Domu Dziecka. Dlatego wysłała go do swojej mamy, do niewielkiego miasteczka Warta.

Nagle zdał sobie sprawę ze swojej samotności. Znalazł się w nowym miejscu u obcej właściwie babci, a pojutrze pójdzie do obcej szkoły pełnej nieznanych ludzi. Czy będzie pasował do tego wszystkiego ? Czy miasteczko będzie pasowało do niego ?

Skutki uboczne eliksiru miłości” to do pewnego stopnia powieść inicjacyjna, bo tych kilka miesięcy spędzonych u babci zmieni Jacka i nauczy wiele o życiu. Jest w tej książce też wiele innych ciekawych postaci i ich własne, czasem tragiczne historie. Babcia Majerankowa, Romka, Marcela, Hirek, ale nie tylko ludzie – jest tam niezwykły pies Mer, zwariowana, gadająca papuga Zenek, a nawet udomowiona świnia o wdzięcznym imieniu Buba.

Szukałam puenty mojej recenzji i nie znalazłam jej – podobnie jak właściwie nie ma jej ta książka. Nie chcę oczywiście zdradzać zakończenia, powiem tylko, że nie wszystkie wątki doczekały się zamknięcia, pojawiały się też nowe. Ktoś umarł, ktoś się urodził. Jak w życiu…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Skutki uboczne eliksiru miłości”, wyd.: Literatura, Łódź 2017

Naciśnij mnie

Naciśnij mnie

Wpis z 20 stycznia 2012 roku. To była pierwsza książka Tulleta, którą miałam w ręku. Potem były kolejne, ale żadna już nie spodobała mi się tak bardzo. Nie wiem, czy to kwestia tego, że ta była pierwsza, czy jest ona najbardziej uniwersalna ?

… czyli książka, która nie służy do czytania ! 😉

Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ?

Do naciskania, przekręcania potrząsania, klaskania

A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:

„Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną na papier. Tak właśnie napisał o niej w Merlinie niejaki MarcoPolo, dodając jeszcze: to jest genialne w swojej prostocie! Dziecko bawi się z książką, która – prawie jak tablet/komputer – odpowiada na jego klaskanie, wciskanie, chuchanie..

I nie tylko dziecko 😉 Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy mając ją w ręku po raz pierwszy nie mogą się powstrzymać i także potrząsają nią i klaszczą. Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane.

Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już wyrasta się z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło do szukania go w głębi swojego jestestwa… Ale myślę, że wszystko przed nimi 😉

Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012

Leśne wędrówki

Leśne wędrówki

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Po kilkuletniej przerwie wróciliśmy tego lata żeglować na Mazury. Nigdy nam się to nie znudzi, mimo że znamy te jeziora jak własną kieszeń. Przecież tam nigdy nie jest tak samo ! Za każdym razem wiatr wieje trochę inaczej, a woda i zieleń nad nią wyglądają przeróżnie w zależności od tego, jak pada na nie światło, które też codziennie się zmienia. Zatrzymać się tego nie da. Żadne zdjęcie robione telefonem nie odda tej cudownej gry światła, cienia i kolorów (mimo że przecież ograniczają się tylko do palety odcieni zieleni i niebieskiego).

Patrzyłam sobie na to przez tydzień, oczy mi odpoczywały i myślałam o tym, że jedyną osobą, która potrafiłaby namalować te światłocienie jest Elżbieta Wasiuczyńska. Wiedziałam, że to potrafi, już od dawna, odkąd zobaczyłam ilustrację do „Jasia i Małgosi” (w serii bajek „Dziecka”) na której szli sobie oni brzegiem jeziora, a cały las cudownie odbijał się w wodzie. Potem były kalendarze z Panem Kuleczką, a ostatnio na swoim blogu Ela demonstrowała proces powstawania nowej wersji „Leśnych wędrówek” Marii Dunin – Wąsowicz.

„Leśne wędrówki” wydane były pierwszy raz w latach sześćdziesiątych i wtedy ilustrowała je Hanna Czajkowska. Dla mnie pozostanie ona na zawsze autorką Bullerbyn mojego dzieciństwa, natomiast jej las w tej książce… no cóż… zdecydowanie nie umywa się do tego, który wyczarowała Ela. W tym wydaniu jest taki późnoletni, kiedy słońce jeszcze świeci całkiem mocno, ale wędruje niżej i daje długie cienie.

Skan okładki pożyczyłam ze strony „Chatka na sowich nóżkach”, a więcej ilustracji z tej książki znajdziecie tu -> http://chatkanasowichnozkach.blogspot.com/2015/09/lesne-wedrowki.html

Zamysł tej książki jest taki, że na ilustracjach mamy pusty las, a zwierzęta, o których opowiada autorka znajdziemy na dodatkowych kartach. Trzeba je wyciąć i wkleić w odpowiednie miejsca. Bardzo ucieszyłam się, kiedy stwierdziłam, że wyciąć oznacza tu naprawdę wyciąć nożyczkami, a nie wypchnąć z karty nadcięte elementy, jak w większości tego rodzaju publikacji teraz. Jak trudno jest znaleźć wycinanki, które naprawdę służą do wycinania, przekonałam się, kiedy kolejne z moich córek miały problemy z tak zwaną małą motoryką i powinny były ją ćwiczyć właśnie z nożyczkami w ręku. Tym większa jest moja wdzięczność dla twórców tej książki, że nie pozwalają czytelnikom pójść na wypychankową łatwiznę, choć pewnie tak przygotowane zwierzęta wyglądałyby w efekcie ładniej.

Czy lubisz chodzić po lesie ? A może chciałbyś dziś jeszcze , choćby zaraz, wybrać się na leśne wędrówki ? A więc w drogę !

Maria Dunin – Wąsowicz „Leśne wędrówki”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2019

Spacerkiem przez rok

Spacerkiem przez rok

Wpis z 16 listopada 2016 roku – remont co prawda się dawno skończył, ale za oknem dziś niezbyt sympatycznie, więc może znów schować się w książce ?

Za oknami szaro, buro i ponuro, z nieba siąpi coś jakby deszcz ze śniegiem, a w domu szaleje tajfun remontu. Jedynym schronieniem w takich warunkach jest książka.

Rok dwanaście ma miesięcy // oraz cztery pory roku, // więc odwiedźmy je spacerkiem, // pomalutku, krok po kroku…

„Spacerkiem przez rok” Małgorzaty Strzałkowskiej znakomicie się to takiego eskapizmu nadaje – głównie z powodu cudownych ilustracji Elżbiety Wasiuczyńskiej, na których nawet szary listopad jest zdecydowanie przyjemniejszy niż w realu. Oglądając je, odnosi się wrażenie, że Ela użyła do nich (wydobytych z jakiegoś tajemnego schowka) specjalnych farb : miodowej, nocnej, deszczowej, szronowej czy fajerwerkowej 😉

Większość polskich nazw miesięcy – // poza marcem oraz majem – // to są stare polskie nazwy, // zgodne z dawnym obyczajem.

Od słów często zapomnianych // swój rodowód długi wiodą // i od niepamiętnych czasów // powiązane są z przyrodą.

To nie jest pierwsza tego typu książka, która miałam w ręku. Jak zawsze są w niej wiersze opisujące pory roku i kolejne miesiące, jest też kilka ekstra – o wiosennych zapachach czy nocy wigilijnej. Dużą niespodzianką były dla mnie te, które wyjaśniały znaczenie polskich nazw miesięcy. Nie jest rzeczą prostą zrobić to w sposób zrozumiały dla kilkulatka i w dodatku wierszem, ale Małgorzacie Strzałkowskiej udało się to wspaniale.

Małgorzata Strzałkowska „Spacerkiem przez rok”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2016

Wojtek z Armii Andersa

Wojtek z Armii Andersa

17 września 1939 roku to data, której długo nie można było w Polsce wspominać i która do dziś nie znalazła odbicia w naszej literaturze adresowanej do młodych czytelników. Losy Polaków pod okupacją sowiecką pomału się do niej przedostają, ale jest to bardzo pomału. Poniekąd opisują to dwie książki Doroty Combrzyńskiej – Nogali: „Wysiedleni” i „Syberyjskie przygody Chmurki” , jednak w obu z nich nad pierwszymi dwoma latami wojny autorka się prześlizguje. Nadal jedynym literackim opisem 17 września 1939 roku na wschodnich terenach Rzeczpospolitej pozostaje to, co napisała w swojej, wydanej w 1957 roku książce „Dziewczęta szukają drogi” Elżbieta Jackiewiczowa.

Jest także wydana staraniem IPN seria komiksów „Wojenna odyseja Antka Srebrnego”, której pierwszy tom dotyczy obrony Grodna przed Armią Czerwoną, ale nie miałam go jeszcze w ręku, więc trudno mi coś na jego temat powiedzieć.

Z braku innych okolicznościowych lektur przypomnę dziś adresowaną do starszych nastolatków (oraz dorosłych czytelników) książkę, która przy okazji historii misia Wojtka stara się opowiedzieć szerzej o polskich losach na nieludzkiej ziemi i po jej opuszczeniu. Pisałam o niej 27 marca 2009 roku. To była notabene pierwsza (oprócz wydanej w PRL książki Janusza Przymanowskiego 😉 ) publikacja o misiu Wojtku, potem dopiero nastąpiły kolejne.

W naszym rodzinnym archiwum jest zdjęcie sprzed wielu, wielu lat. Mała dziewczynka siedzi w wózeczku, a dookoła niej reszta rodziny – Mama, Tata i kilkuletni braciszek. Wszyscy z uśmiechem patrzą w obiektyw, chłopiec przytula do siebie misia. Ot – zwykła szczęśliwa rodzina. To zdjęcie nabiera szczególnego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że zostało zrobione wiosną 1939 roku. Kilka miesięcy później wybuchła wojna.

Trzy lata później z trapu statku, który przepłynął Morze Kaspijskie, schodzili już tylko we dwoje – Mama z synkiem. Za sobą, na nieludzkiej ziemi zostawili grób siostrzyczki, która umarła w Kazachstanie. Niewidzianego od września 39 roku Tatę spotkali, kiedy dotarli do polskiego wojska, ale w ostatniej chwili przed ewakuacją aresztowało go NKWD. Przed nimi była Persja, potem Indie i Londyn. Do Polski nie wrócili nigdy.

Właśnie w Persji rozpoczyna się akcja książki Maryny Miklaszewskiej. Tytułowy Wojtek to niedźwiedź – maskotka 22 Kompanii Transportowej. Małego niedźwiadka – sierotę żołnierze kupili od perskiego chłopca i towarzyszył im w ich dalszej wojennej wędrówce. Pod Monte Cassino nosił pociski, a po wojnie dożył dni swoich w edynburskim ZOO.

Jest w tej książce jeszcze jeden Wojtek – mały chłopiec, jedno z wielu osieroconych, zagubionych polskich dzieci, które trafiały do powstających przy Armii sierocińców. Ich opiekunowie dokonywali cudów poświęcenia, aby jak najwięcej z tych błąkających się dzieci odnaleźć i uratować.

Wątek Wojtka, Jadzi i innych dzieci jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie – szczególnie moment, kiedy NKWD usiłuje powstrzymać ewakuację dzieci z wojskiem. Mają zostać w rosyjskim dietdomie. Opiekunowie decydują się na desperacki krok i organizują ucieczkę dzieci, które schowane w okolicach dworca, czekają na gwizdek – sygnał, że mają biec do pociągu. Prawie je widzę – dzieci biegnące do pociągu, słyszę rozpaczliwy krzyk ich opiekunki, która woła do żołnierzy: To dzieci, pomóżcie wejść naszym dzieciom ! Zostaną tu na zawsze, pomóżcie !

Scena bardzo filmowa, bo też zaczątkiem tej książki był projekt scenariusza, który nie wzbudził zainteresowania producentów filmowych. Szkoda, że taki film nie powstał i pokolenie moich córek jest kolejnym, które wychowuje się na „Czterech pancernych” i „Kapitanie Klossie”.

„Wojtek z Armii Andersa” to książka, która jest próbą nakreślenia panoramy polskich losów – od 1941 roku, kiedy w Związku Radzieckim generał Anders (sam prosto z celi na Łubiance) zaczyna tworzyć Armię Polską, przez Persję, Palestynę i Monte Cassino. Obok wielkiej polityki i postaci historycznych pojawiają się tam zwykli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bo taka była ta armia więźniów dowodzona przez więźnia, jak ją określił Gustaw Herling – Grudziński.

Autorka towarzyszy swoim bohaterom aż do zakończenia wojny i londyńskiej defilady zwycięstwa, w której zabrakło miejsca do Polaków. Czytając tę część miałam wrażenie, że trudno jej było znaleźć właściwy ton na opisanie ich losów, prób odnalezienia się w powojennym świecie oraz (a może przede wszystkim) ich uczuć. Uczuć, w których dominowała gorycz – gorycz Murzyna, który zrobił swoje i któremu można powiedzieć „Go home !” – nie zastanawiając się nad tym, czy gdzieś w ogóle jest ten dom, do którego może wrócić.

A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, Bratni Legion gdy wreszcie powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i piosenkę szturmową zanuci. Panien rój, kwiatów rój i sztandary, równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi. – śpiewali harcerze z batalionu „Parasol” w swojej „Piosence szturmowej”. Taka defilada nie była dana ani im, ani żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych. W powojennym świecie, którego porządek ukształtowany został w Jałcie i Poczdamie, nie było dla nich miejsca. O żołnierzach Andersa i o nim samym przez wiele lat nie można było w Polsce pisać. Teraz – kiedy już można, prawie nikogo to nie interesuje…

Maryna Miklaszewska „Wojtek z Armii Andersa” , wyd.: Fronda, Warszawa 2007

Upadki

Upadki

Wpis z 4 lutego 2007 roku. Szkoda, że ta książka wtedy jakoś tak bez echa przeszła, przez lata nic nie straciła na aktualności, wręcz przeciwnie…

Anne Provoost napisała w posłowiu: Ludzie uważają, że chciałam napisać tę książkę w proteście przeciwko przemocy, rasizmowi i ekstremizmowi. Nie chciałam. Chciałam napisać o strachu, który pojawia się, gdy stajemy przed wyborem.

Mówi się, że każdy jest kowalem swojego losu. Czy naprawdę ? Jak wiele w naszym życiu zależy od nas samych ? Jak często o tym, co będzie, decyduje przypadkowy zbieg okoliczności ? Jak często okazuje się post factum, że tak naprawdę nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi droga, którą podążamy, a kiedy już się zorientowaliśmy, było za późno na zmiany ? Jak często zdarza się, że decyduje za nas strach ? Strach, który nie pozwala racjonalnie ocenić sytuacji, albo każe nam biernie poddawać się wydarzeniom.

To nie były pierwsze wakacje, które Lukas spędzał w domu swojego dziadka, jednak wszystko było inaczej niż zawsze. Dziadek umarł zimą, w miasteczku pojawiło się wielu imigrantów, a do klasztoru na wakacje przyjechała Caitlin, z którą bawił się jako dziecko. Tego lata Lukas przestał być dzieckiem i stanął wobec całkiem dorosłych problemów.

Może byłoby inaczej, gdyby Mama nie ukrywała przed nim prawdy o przeszłości jego dziadka… Gdyby jej ojciec nie ukrywał tego wcześniej przed nią… Gdyby Lukas nie ostrzygł włosów tak krótko… Gdyby Mama w porę zainteresowała się, jak i z kim spędza czas… Gdyby Siostra Beatrycze przyjęła od niego drewno… Gdyby Benoit… Gdyby Caitlin… Gdyby… Stało się jednak tak, jak się stało i nie da się cofnąć czasu. Człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny, a ich następstwa nie zawsze można przewidzieć. Ta odpowiedzialność nazywa się dorosłość.

Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Konsekwencje, które być może rzutować będą na całe życie – jak w przypadku Caitlin i Lukasa.

Ta książka pozostawia osad na duszy. Jest w niej coś, co nie pozwala o niej zapomnieć i zmusza do powracania myślami do opisanych tam wydarzeń. Zmusza także do zadawania sobie pytań o to, co by było gdyby… Warto się nad tym zastanowić, zanim naprawdę stanie się przed takimi wyborami.

Anne Provoost „Upadki”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Agencja Edytorska „Ezop”, Warszawa 2006

Królewna

Królewna

Wpis z 13 grudnia 2015 roku:

Królewna pojawiła się na podwórku zupełnie niespodziewanie. Dzieci zajęte zabawą zapewne w ogóle nie zwróciłyby na nią uwagi, gdyby nie korona, która – piękna i błyszcząca – połyskiwała w słońcu mnóstwem tęczowych kamyków.

Natomiast sama królewna nie była zbyt ładna – taka jakaś blada, chuda i dość ponura. Stała w rogu podwórka pod trzepakiem, jakby na coś czekała. Dzieci przerwały zabawę i zaczęły wpatrywać się w królewnę z zaciekawieniem

– To omam bajkowy, pojawia się, gdy czyta się za dużo książek – stwierdziła Kasia. – Nie zwracajmy na nią uwagi, to zaraz zniknie...

Ostatnio wpadł mi w oko na Facebooku mem ze słowami: Nie ma czegoś takiego jak „za dużo książek”. Może być tylko „za mało półek”. Nieprawda – sytuacja za dużo książek występuje wtedy, kiedy na własnych półkach nie jesteśmy w stanie znaleźć książki, która jest nam potrzebna i która na pewno gdzieś na nich jest. Czasem łatwiej jest wtedy wypożyczyć ją z biblioteki 😉 Taki właśnie problem miałam dziś, kiedy usiłowałam zlokalizować w domu poprzednie wydanie „Królewny” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel – z ilustracjami Ewy Poklewskiej – Koziełło. Wtedy ukazała się równolegle z „Gęboludem.

Teraz jej nie znalazłam, więc muszę polegać na własnej pamięci i ilustracjach zamieszczonych na stronie wydawnictwa. Trudno mi porównywać te dwie kreskiMarianny Oklejak i Ewy Poklewskiej – Koziełło, ale mimo że tak różne, to i jedne ilustracje, i drugie moim zdaniem dobrze ilustrują tę historię. Nie potrafię wybrać, które bardziej pasują.

ilustr. Marianna Oklejak
ilustr. Ewa Poklewska – Koziełło

Kiedy wróciłam do „Królewny” po latach, moją pierwszą myślą było to, że znane mi dzisiejsze dzieci, będą się w niej utożsamiać raczej z Królewną niż z Kasią, Szymonem, Martą i resztą towarzystwa z podwórka. One już właściwie nie znają takich swobodnych zabaw podwórkowych. Na placach zabaw widzę maluchy pod opieką dorosłych. Starsze dzieci (takie już bardziej szkolne) czas wolny od lekcji spędzają albo na zajęciach dodatkowych albo w domach przed komputerami czy tabletami. Nawet gdyby znalazły czas, żeby wyjść pobawić się na dworze, to trudno go zsynchronizować z zajęciami innych i po prostu nie ma się z kim bawić. Sekrety ze szkiełek i sreberek od czekolady, grę w kapsle czy nawet skakanie przez gumę niedługo znać będą tylko z książek czy filmów. Podobnie jak kłótnie o to, kto wygrał w klasy czy cztery ognie i mozolne dochodzenie do kompromisów bez ingerencji opiekunów.

Więc może nauka, jaka z tej książki płynie – że to nie drogie zabawki i fachowa opieka są w dzieciństwie potrzebne do szczęścia – jest bardziej dla dorosłych niż dla dzieci ???

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Ewa Poklewska – Koziełło, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2004

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

Wpis z 5 października 2008 roku:

Zaczyna się jak każda bajka: była sobie Królewna (całkiem ładna, inteligentna i zdolna) i był sobie oczywiście Piękny Książę. Spotkali się i pokochali, a potem…

Potem powinno paść sakramentalne: i żyli długo i szczęśliwie…

Tak przynajmniej kończą się normalne bajki.

Ale ta – nie.

Ta bajka jest inna niż wszystkie, ponieważ tak naprawdę zaczyna sie tam, gdzie inne się kończą.

„O słodkiej królewnie…” to opowieść o związku dwojga ludzi i o tym, jak on sie zmienia. Pokazuje moment zakochania z całą jego irracjonalnością – bo czy tak naprawdę jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego, dlaczego właśnie w tym momencie i dlaczego właśnie w tej osobie ? Potem mamy etap fruwania nad ziemią (na skrzydłach miłości oczywiście) oraz nieuchronne twarde lądowanie, kiedy (również nieuchronnie) pojawia się Nuda i Wątpliwości. Bo gdy pojawiają się Wątpliwości, to nic już nie jest takie samo jak przedtem. A jeszcze potem…

Roksana Jędrzejewska – Wróbel oferuje czytelnikom aż trzy zakończenia i sami możemy zdecydować, co będzie potem. Możemy też wymyślić własne. Żadne z nich nie jest happy endem, bo pod tym określeniem rozumiemy na ogół szczęście, które przychodzi samo, bez wysiłku. Nawet rozwiązanie drugie (to z założenia najszczęśliwsze) wymaga od Królewny i Księcia gotowości do zmian i pracy nad sobą. Uświadamia też ważną prawdę, że aby podobać się innym musimy najpierw podobać się sobie samym i samych siebie polubić.

Najmłodsza z moich córek wybrała właśnie zakończenie drugie czyli to w którym Królewna z Księciem podejmują próbę uratowania miłości i potem pielęgnują ją troskliwie. Mam nadzieję, ze dzięki temu łatwiej jej będzie zrozumieć, że my – rodzice czasem potrzebujemy samotności we dwoje, bez dzieci 😉

Pięcioletni Leo, którego rodzice właśnie się rozwiedli, odebrał tę książkę inaczej. Jego Mama napisała na jednym z forów dla rodziców: Na początku Leo w ogóle nie chciał, żebym ją czytała. Po pierwszych stronach kazał mi przerywać. Dopiero niedawno dotarliśmy do końca. Leo zawsze wybiera jedno i to samo zakończenie – pierwsze. I tak sobie myślę, jak wiele ten jego wybór mówi o jego oczekiwaniach. Zburzyliśmy jego świat. Tylko to się liczy. Że sami mamy własne chciejstwa i niechciejstwa – on jeszcze nie dostrzega.

„O słodkiej królewnie…” to moim zdaniem książka dla dzieci nieco starszych niż sugerowałby to jej rozmiar oraz baśniowy entourage. Świadczą o tym również ilustracje Agnieszki Żelewskiej – bardziej schematyczne i pozornie mniej dopracowane niż w innych książkach przez nią ilustrowanych (np. w  ”Gęboludzie”,  ”Rynnie” czy „Bajkach na krótką metę”). Jest to książka dla dzieci, których rodzice są na wszystkich etapach związku opisanych w niej – bo (mam nadzieję) pomaga zrozumieć, dlaczego jest tak, jak jest. Warto, żeby przeczytali ją również dorośli, ponieważ w krótkich słowach zmusza do zastanowienia nad tym, gdzie jesteśmy i dlaczego jest tak jak jest.

Myślę że powinna być ona obowiązkową lekturą dla narzeczonych. Uświadamia bowiem, że zakochanie nie jest stanem wiecznym, a miłość, której owo zakochanie jest początkiem, nie jest nam dana na zawsze i wymaga troskliwej pielęgnacji.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „O słodkiej królewnie i pięknym księciu. Opowieść z 3 zakończeniami do wyboru”,  ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2008