Miasto Potwór

Miasto Potwór

Wydawnictwo Kropka jest najmłodszym, narodzonym w tym roku, dzieckiem prężnie działającego Wydawnictwa Marginesy, a „Miasto Potwór” to (po trzech książkach przełożonych z języków obcych) ich pierwsza publikacja oryginalna. Można więc powiedzieć, że jest to ich debiut – i to debiut bardzo obiecujący 🙂

Nic nie zapowiadało katastrofy. Któregoś dnia, bez żadnego zaproszenia, z morza wyłonił się wielki potwór i ruszył w stronę miasta. Typowy przedstawiciel gatunku: długie szpony, dwa rzędy ostrych zębów i łuskowata skóra pokryta szlamem z wodorostów. Pod szyją zawiązaną miał fioletową muszkę w groszki, co sprawiało, że wyglądał jeszcze potworniej. Ryknął na próbę, a z paszczy wyleciała mu… antena satelitarna.

Któryś z mieszkańców miasta, będący akurat w pobliżu, przytomnie krzyknął: „W nogi !”. Bo jak powszechnie wiadomo, kiedy w mieście pojawia się potwór, to nie po to, żeby zrobić zakupy, oddać odkurzacz do naprawy ani by zgarnąć wakacyjną pożyczkę. Zwykle bardziej zaprzątają go kwestie zniszczenia i pożarcia miasta niczym kanapki z betonem i asfaltem…

… i pewnie taki byłby także los Miastoszewa, gdyby nie to, że okazało się kompletnie niestrawne. Może nawet potworniejsze od Potwora ? Bez zieleni i drzew, bez miejsc, w których można się spotkać – za to pełne reklam i billboardów, które kompletnie zasłaniają domy.

Brzmi znajomo ? Jakbyśmy gdzieś takie miasta widzieli ? „Miasto Potwór” to ciut przewrotnie skonstruowany poradnik urządzania przestrzeni do życia. Inaczej mówiąc – propedeutyka urbanistyki 😉 Mieszkańcy Miastoszewa przy pomocy Potwora przechodzą jej skrócony kurs w praktyce. Taka lekcja przydałaby się włodarzom i mieszkańcom wielu naszych miast. A jak to się skończyło ? Musicie sami przeczytać, ja zdradzę tylko, że dobrze 🙂

Przemek Liput, który jest autorem wizualnej strony tej ksiązki, podszedł do sprawy z dużym rozmachem. Ilustracje wypełniają całe duże strony, jest na nich mnóstwo szczegółów i dialogów w dymkach. Warto je uważnie obejrzeć i przeczytać, żeby docenić wszystkie smaczki.

A potem rozejrzyjmy się dookoła i zastanówmy nad tym, co zrobić z otoczeniem, w którym żyjemy…

Joanna Gruszta (tekst), Przemek Liput (ilustr.) „Miasto Potwór”, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Amelia i Kuba. Złota karta

Amelia i Kuba. Złota karta

Kolejny, ósmy już tom cyklu Rafała Kosika o Amelii, Kubie, Mi i Albercie. Nie czytałam poprzednich dwóch, więc nie wiem, kiedy to nastąpiło, ale w tej części młodsze rodzeństwo tytułowych bohaterów awansowało do roli postaci równorzędnych i pełnowymiarowych. Szczególnie Mi, która w tym tomie ma fantastyczne teksty oraz misia o cudownym imieniu Duhast 😉

Lektura „Złotej karty” okazała się bardzo pouczającym przeżyciem, bo zmusiła mnie do zastanowienia się nad własnymi kompetencjami recenzenckimi 😉 Lata całe temu, kiedy moje córki były całkiem małe i zaczynałam z nimi chodzić do teatrów, czytałam recenzje spektakli dla dzieci w „Gazecie Stołecznej”. Nie pamiętam już, kto je pisał, ale dość szybko zorientowałam się, że moim dzieciom zdecydowanie bardziej podobają się te przedstawienia, które nie znalazły jego uznania, jako mało odkrywcze, wręcz zachowawcze. Te, które chwalił, szczególnie za nowatorskie łączenie planu aktorskiego z lalkowym oraz inne odkrywcze zabiegi inscenizacyjne, były dla dzieci po prostu zbyt trudne i niezrozumiałe. Teraz ze mną było podobnie…

Kiedy przeczytałam tę książkę, moje pierwsze wrażenie było… takie sobie. Rozczarowało mnie, że autor ograniczył się tylko do przeniesienia baśni o Złotej Kaczce w realia współczesne (a nawet bardzo współczesne, bo znajdziemy tam, dopisane, jak się domyślam, tuż przed drukiem, nawiązania do sytuacji pandemicznej, w której wypadła premiera tego tomu). Sama nie wiem, czego się jeszcze po niej spodziewałam, ale czegoś jeszcze 😉 Na szczęście zanim zdążyłam upublicznić swoje rozczarowanie, przeczytałam parę opinii osób, które sprawdziły „Złotą kartę” na żywym materiale czytelniczym czyli skonfrontowały ją z tymi, dla których została napisana (na przykład Zosia z Małej Czcionki >>>>> tutaj ). Ja niestety takiej możliwości nie mam.

Uświadomiłam sobie, że dla przeciętnego czytelnika tego cyklu jest to prawdopodobnie pierwszy kontakt z tą, tak dobrze mi znaną, baśnią, a przecież jej przesłanie w dzisiejszych czasach jest nadal bardzo ważne. Rafał Kosik znakomicie wpisał je w realia świata, w którym żyjemy i w którym żyć będą jego czytelnicy. Świat, w którym nie ma już dukatów w złocie, są za to złote karty z wirtualnymi pieniędzmi, świat rozpasanej konsumpcji i umów pisanym drobnym drukiem… Czy doświadczenie pandemii zmieni go choć trochę ?

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Złota karta”, ilustr.: Jakub Grochala, wyd.: Powergraph, Warszawa 2020

Uwaga ! Poniżej filmu znajduje się coś dla osób o silnych nerwach, więc zaglądacie tam na własną odpowiedzialność 🙂

Nie wiem, w jaki sposób moje córki poznały baśń o Złotej Kaczce, nie pamiętam już. Mam w domu książkę wydaną w 2004 roku, a więc w czasach przedszkolnych Najmłodszej, ale na pewno jej tego nie czytałam. Zdecydowanie również nie ja ją kupiłam, a natychmiast po pierwszym przejrzeniu schowałam w miejsce niedostępne dzieciom, szczerze żałując, że rzeczy raz zobaczonych nie da się odzobaczyć 😉 W rankingu najgorszych książek, jakie w życiu widziałam, ta zajmuje wysoką pozycję.

Spuśćmy zasłonę milczenia na autora ilustracji, które nie są zupełnie tragiczne. Tfurca wierszowanej treści pozostał anonimowy i specjalnie się nie dziwię temu, że się pod tym dziełem nie podpisał. Dziwię się natomiast tym, którzy to wydali, bo dla nich powinien być specjalny krąg w piekle 😦

Oto początek tego dzieła:

a to, pożal się Boże !, puenta:

Lokomotywa; Rzepka

Lokomotywa; Rzepka

Wpis z 22 lutego 2016 roku – nie tylko o „Lokomotywie” z ilustracjami Katarzyny Boguckiej i „Rzepce” zilustrowanej przez Emilię Dziubak, ale także o wystawie „Tu czy tam ?” w Zachęcie i księgarni „Dwa Koty” na warszawskiej Saskiej Kępie.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że minęły już cztery lata od tamtej wystawy i przez ten czas nie było w Warszawie kolejnej, równie spektakularnej i poświeconej książkom dla dzieci. Natomiast kameralna księgarnia „Dwa Koty” trwa niewzruszenie na Saskiej Kępie i mam nadzieję, że mimo pandemii będzie trwać nadal 🙂

Od soboty w warszawskiej „Zachęcie” można zwiedzać wystawę „Tu czy tam. Współczesna polska ilustracja dla dzieci”. Wydarzenie w ostatnich latach bez precedensu, bo (o ile dobrze pamiętam) ostatnią wystawą adresowaną do dzieci była wilkoniowa Arka – ile to lat temu ? Co najmniej 10. Kilka lat wcześniej córki moje starsze (bo najmłodsza była jeszcze za mała) bawiły się świetnie na „Zachęcie dzieciom”, ale potem już nic podobnego nie było. Łapbakcylowe wystawy w Stu Pociechach to też chyba mniej więcej wtedy. Ależ ten czas leci…

Na sobotnie otwarcie przybyły do Zachęty tłumy dorosłych (z dziećmi i bez nich), więc niestety niewiele można było zobaczyć i jedynym wrażeniem, jakie wyniosłam stamtąd, jest pewność, że koniecznie muszę tam wrócić. Czasu jest sporo, wystawa potrwa do 8 maja. Na pewno zdążę i jeszcze córki, choć najmłodsza już kończy gimnazjum, zabiorę 🙂

Okazuje się jednak, że byli tacy, którzy przyszli wcześniej i nie tylko spokojnie wszystko zobaczyli, ale jeszcze złapali się na pokaz ilustracji na żywo w wykonaniu Katarzyny Boguckiej. Wszystko potem pięknie opisali na blogu „Maki w Giverny” ilustrując licznymi zdjęciami, więc kto ciekaw, niech tam zajrzy >>> tutaj proszę 🙂

Wystawa pozostawia pewien niedosyt, bo nie jest (wbrew temu, co sugeruje tytuł) panoramą tego, co się obecnie w polskiej ilustracji dzieje – a dzieje się dużo. Określiłabym ją jako przyczynek – obraz gustu i zainteresowań jej kuratorek: Magdy Kłos – Podsiadło i Ewy Solarz – czyli wydawnictwa „Wytwórnia”, choć książki tam prezentowane nie pochodzą tylko z tego wydawnictwa.

W sali trzeciej można obejrzeć m.in. tuwimową „Lokomotywę” Katarzyny Boguckiej wydaną przez Visart. Kiedy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, zadałam sobie pytanie: po co ? Po Szancerze, po Lenicy – wydaniach na których wychowały się pokolenia – po co robić to kolejny raz ? A jednak warto – choćby po to, żeby dziecięcy czytelnicy zobaczyli, jak różnie można postrzegać i przedstawiać to samo. Taka jest także rola ilustracji w książkach dla dzieci – przyzwyczajać do rozmaitych stylów i konwencji, uczyć, że to samo można widzieć bardzo rozmaicie.

„Lokomotywie” Katarzyny Boguckiej towarzyszą puzzle, z których można ułożyć narysowany przez nią pociąg. Wszystkie elementy pasują do siebie i tylko od decyzji i fantazji układającego zależy, czy umieści wagony tak, jak to opisał Tuwim czy w zupełnie innej kolejności.

Wydawnictwo Visart wydało także „Rzepkę” zilustrowaną przez Emilię Dziubak, którą także zaproszono do udziału w wystawie „Tu czy tam”. Jej wersja jest zupełnie inna niż ta, która narysował Mistrz Szancer, inna niż ta, która wyszła spod igły Ewy Kozyry Pawlak – to jest dopiero zabawa konwencją !!! Na ilustracjach Emilii Dziubak widzimy dzieci, które wystawiają „Rzepkę” na scenie, przebrane za wszystkich jej bohaterów – od tytułowej rzepki począwszy, a kawce skończywszy (i nie tylko – bo mamy jeszcze żywe dekoracje – drzewa, krzaczki czy chmurki).

Obie te książki można kupić m.in. w warszawskiej księgarni „Dwa Koty”. Mieści się ona na Saskiej Kępie, w niewielkim lokalu wypełnionym książkami po brzegi. To jedno z tych miejsc, o które warto dbać, żeby nie przepadły w konkurencji z pewną sieciówką, której nazwy nie muszę wymieniać 😉 Nie znajdziecie tam wszystkiego, co jest rynku, ale możecie być pewni, że wszystko, co tam znajdziecie, warte jest przeczytania 🙂

Edit 2020: oba tytuły można nadal nabyć w „Dwóch Kotach” – także w sprzedaży wysyłkowej 🙂

Julian Tuwim „Lokomotywa”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Visart, Warszawa 2013

Julian Tuwim „Rzepka ”, ilustr.: Emilia Dziubak, wyd.: Visart, Warszawa 2015

Jedzie pociąg z daleka

Jedzie pociąg z daleka

i inne książeczki z piosenkowej serii Wydawnictwa Muchomor. Wpis z 16 czerwca 2008 roku, ale niektóre z nich są nadal do kupienia.

Wspominałam już o nich przy okazji  „Rzepki” Tuwima z ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak , ale uważam, że warte są odrębnej wzmianki.

Pomysł tej serii jest genialny w swojej prostocie – książeczki zawierają piosenki znane powszechnie i śpiewane dzieciom od pokoleń. Zilustrowały je znakomite ilustratorki – przede wszystkim Agnieszka Żelewska.

Z tymi książeczkami można robić różne rzeczy. Można śpiewać – dziecku i razem z dzieckiem. Jeśli ktoś się nie czuje wystarczająco mocny wokalnie – może czytać. Można też je po prostu oglądać z dzieckiem – ilustracje dostarczają wielu tematów do rozmów.

Pierwszą pozycją z tej serii, która wpadła w nasze ręce był „Jedzie pociąg”. Podobnie jak niedawno w „Rzepce” – zachwyciła mnie dbałość o szczegóły i szczególiki. Ach, te łączki z kwiatkami, jabłonka z owocami, dziecko w nosiłkach, papuga w klatce, piłeczka dziecka w wagonie i krzywa szyja gęgającej gęsi (prawda, że widać to gęganie ???), kotek, piesek (i to co robi pod semaforem 😉 )… Z każdym oglądaniem zauważam kolejny smaczek.

Z pozostałych szczególnie upodobałam sobie „Ptaszka z Łobzowa”. Nie wiem – czy bardziej z sentymentu do Krakowa (pięknie narysowanego przez Agnieszkę Żelewską) czy dlatego, że zawsze lubilam tę piosenkę. Fascynowały mnie w niej słowa Asa Tadarasa – wydawały mi się takie tajemnicze, czarodziejskie, trochę jak zaklęcie.

Książeczki z tej serii znakomicie nadają się na pierwsze lektury dla maluchów – mają sztywne kartki, piękne ilustracje do oglądania, a ich teksty – do czytania i śpiewania – nie znudzą się długo. Piosenki znane od pokoleń zostaną z naszymi dziećmi na całe życie i (mam taką nadzieję !) przejdą na następne pokolenia.

Gdzieżeś Ty bywał czarny baranie ?”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004  – wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2003

Jadą, jadą misie”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

„Jedzie pociąg z daleka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004 –  wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004

„Krakowiaczek jeden”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Miała baba koguta”, ilustr.: Joanna Jung, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Ptaszek z Łobzowa”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

„Przybieżeli do Betlejem”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

„Stary niedwiedź”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Jędruś chłopak ze Lwowa

Jędruś chłopak ze Lwowa

„Jędruś chłopak ze Lwowa” to w serii Wojny dorosłych – historie dzieci trzecia po „Asiuni” Joanny Papuzińskiej i „Ostatnim piętrze” Ireny Landau książka autobiograficzna. Jej bohater Andrzej Perepeczko był marynarzem i wykładowcą Akademii Morskiej w Gdyni. Jest także autorem popularnego w czasach PRL (i wznowionego niedawno) cyklu przygodowo – podróżniczych książek dla młodzieży o Dzikiej Mrówce.

Jak sobie z niejakim już trudem przypominam, urodziłem się dość dawno w jednym z najpiękniejszych, a na pewno najweselszych miast przedwojennej Polski, a mianowicie we Lwowie. Między innymi z tego powodu moje życie zapowiadało się wesoło i szczęśliwie…

Tytuł tej książki jest trochę mylący. Sięgając po nią spodziewałam się historii kogoś, kto we Lwowie spędził czas wojny i okupacji. Tymczasem jej bohater co prawda urodził się tam i mieszkał we wczesnym dzieciństwie, ale w kiedy miał 5 lat jego rodzina przeprowadziła się do Modlina. Tata Jędrusia był oficerem i otrzymał przydział do tamtejszego Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej. Rodzina Perepeczków zamieszkała wtedy w twierdzy modlińskiej, a Jędrek i jego o rok starsza siostra Krysia rozpoczęli naukę w tamtejszej Szkole Rodzin Wojskowych.

Niestety gdy byłem jeszcze dzieckiem, wybuchła wojna, która jest najtragiczniejszym i… najgłupszym pomysłem, na jaki mogła wpaść ludzkość.

Potem była wrześniowa tułaczka zakończona we wsi Luszawa pod Kockiem, okupacja spędzona w Warszawie (choć Jędrek na jeden rok wyjechał do swojej matki chrzestnej, do leśniczówki na Huculszczyźnie) i wreszcie wakacje w Stobiecku Szlacheckim koło Radomska, gdzie spędził lipiec 1944 roku. Do Warszawy miał wrócić 1 sierpnia…

Tytuł tej książki jest może mylący, ale prawdziwy i trudno mieć do autora pretensje, że jego okupacyjne losy zaprowadziły go do Lwowa tylko na kilka dni, kiedy jechał z babcią na Huculszczyznę. Szkoda jednak, że temat wojny w tej części Polski, której dane było przeżyć dwie okupacje, nadal nie znalazł odbicia w literaturze dla młodych czytelników. Mogło być na to miejsce już w „Wysiedlonych”, ale autorka prześlizgnęła się tam nad okupacją sowiecką, kwitując ją jednym zdaniem.

W czasach PRL oprócz serii o Dzikiej Mrówce Andrzej Perepeczko napisał też „Wojtka Warszawiaka” – powieść z akcją umieszczoną podczas wojny. Teraz, czytając jego autobiografię, zrozumiałam, że nieprzypadkowo na kartach tamtej książki pojawiają się Jędrek i Krysia, rodzeństwo z Modlina, których Wojtek poznaje, kiedy we wrześniu 1939 roku dociera z mamą do Luszawy koło Kocka. Okupacyjne losy Wojtka, syna kolejarza z Warszawy, były inne niż autora, ale widać, że zawarł on w tej historii swoje niespełnione marzenia o przyłączeniu się do oddziału partyzanckiego i o udziale w Powstaniu Warszawskim, marzenia nastolatka, który był trochę za młody, żeby walczyć i bardzo tego zazdrościł starszym od siebie.

W rzeczywistości udało mu się (tylko ???) należeć do Szarych Szeregów i wziąć udział w działalności Małego Sabotażu w ostatnich miesiącach wojny w Radomsku. To wystarczyło, żeby za karę zamiast do normalnego wojska trafił po maturze do Batalionu Górniczego, gdzie takie jak on elementy niepewne wydobywały węgiel. Udało mu się jednak potem zostać marynarzem i zrealizować chłopięce marzenie o dalekich podróżach.

Było bardzo różnie i częścią moich wspomnień chcę się z Wami, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, podzielić, życząc jednocześnie, aby w życiu nic złego Was nie spotkało i żebyście zawsze mieli się do kogo uśmiechać.

Andrzej Perepeczko „Jędruś chłopak ze Lwowa”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2019

Andrzej Perepeczko „Wojtek Warszawiak”, ilustr.: Stanisław Rozwadowski, wyd.: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1984

Rzepka

Rzepka

To była pierwsza książka zilustrowana przez Ewę Kozyrę-Pawlak, która stanęła na półce Małego Pokoju z Książkami, a zdarzyło się to 2 czerwca 2008 roku. Ciekawa jestem, ile kolejnych wersji „Rzepki” ukazało się od tego czasu ? 😉

Julian Tuwim i Jan Brzechwa to bodaj jedyni twórcy literatury dziecięcej, których nazwiska znane są w Polsce powszechnie. Muszę przyznać, że sama zdecydowanie preferuję twórczość pierwszego z nich. Wiersze Brzechwy jakoś do mnie nie trafiały – ani teraz, ani kiedy sama byłam dzieckiem. „Rzepka” jest jednym najczęściej z wydawanych wierszy Tuwima. W naszym domu można by znaleźć co najmniej 5 jej egzemplarzy w różnych wydaniach – jeden zapewne kupiłam sama, a pozostałe to prezenty i spadki po innych dzieciach.

Czytałam moim córkom „Rzepkę” tyle razy, że znam ją już na pamięć po wsze czasy. Jeszcze za czasów Najstarszej z nich nabrałyśmy zwyczaju odgrywania przy tym pantomimy polegającej na tym, że ciągnęłyśmy naszą wyimaginowaną rzepkę wtedy, kiedy oni ciągnęli swoją w książce, a na końcu przewracałyśmy się razem z nimi. Potem tak samo czytałam z córkami Środkową i Najmłodszą. Nie wiem, czy potrafiłabym już nie przewrócić się przy: Aż wstyd powiedzieć, co było dalej – wszyscy na siebie poupadali ! 😉

Teraz, kiedy (jak mi się wydaje) prawa autorskie do twórczości Tuwima już wygasły, mamy lawinowy wysyp wydań jego wierszy na rynku. Ten autor to pewniak: zawsze się sprzeda, w przeciwieństwie do dużo mniej znanych twórców współczesnych, a w dodatku nie trzeba nikomu płacić za prawo do druku… Ostatnio naliczyłam pięć różnych wydań „Rzepki” leżących obok siebie w księgarni. Ich ilustracje można z grubsza podzielić na: kiepskie i haniebne, a na ich tle „Rzepka” zilustrowana  krawiecko  przez Ewę Kozyrę – Pawlak jawi się niemal jak cud świata.

Mój podziw dla twórczości Ewy Kozyry – Pawlak jest tym większy, że sama stanowię przykład osoby kompletnie pozbawionej zdolności manualnych, ze szczególnym uwzględnieniem talentów krawieckich. Takie cudeńka znajdują się zdecydowanie poza zasięgiem moich możliwości. Babcia ma fartuch zawiązany na porządną kokardkę (widoczną na każdym obrazku), Dziadek – brodę i wąsy, kotek – sympatyczny wyraz pyszczka, ale to wszystko jeszcze nic. W szczególny zachwyt wprawiły mnie delikatne, koronkowe chmurki na niebie. Ta dbałość o szczególiki detalicznie wyhaftowane czy też wyaplikowane zachwyciła mnie już wcześniej – kiedy wpadła w moje ręce książeczka „Jedzie pociąg z daleka” .

Jedyną rzeczą, która mi się w „Rzepce” nie podobała to oczowaliste (że użyję ulubionego określenia Najstarszej z moich córek) logo wydawnictwa (czy też serii) na okładce. Dziarski krasnal na jadowicie niebieskim tle rzeczywiście daje po oczach i pasuje do wysmakowanej całości jak… Pomińmy to milczeniem. Szkoda że wydawnictwo nie poprosiło ilustratorki, żeby wyszyła również jego 😦

Julian Tuwim „Rzepka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Publicat, Poznań 2008

„Jedzie pociąg z daleka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Szopięta

Szopięta

Wpis z 25 lipca 2016 roku:

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci. Szopięta Praczęta…

Na wirtualnych półkach mojego Małego Pokoju z Książkami stoją już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiu, o fokach, a nawet o świstaku (edit: o nim jeszcze nie, ale niedługo także jego przypomnę 😉 ) – natomiast o szopach jeszcze nie było 🙂

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

– Pobawcie się z nami !

– Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. – Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest – sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać 😉

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie 😉 groźna Lisica…

„Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU 🙂

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam >>>tu, i >>tu,, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak 🙂

Księżycowy sorbet

Księżycowy sorbet

Baek Heena jest tegoroczną laureatką jednej z dwóch najbardziej prestiżowych nagród dla twórców książek dla dzieci – Astrid Lindgren Memorial Award. Jej nazwisko usłyszałam po raz pierwszy właśnie przy okazji ogłaszania wyników tej nagrody . Wtedy nic mi ono nie mówiło i bardziej skupiłam się na żalu z powodu nienagrodzenia przez jury Iwony Chmielewskiej, której kibicowałam. Dopiero później zainteresowałam się samą laureatką. Ze zdziwieniem odkryłam wtedy, że jedna z jej książek została wydana w Polsce przez dość niszowe wydawnictwo Kwiaty Orientu specjalizujące się w literaturze koreańskiej.

„Księżycowy sorbet” to krótka opowieść o pewnej upalnej nocy – tak upalnej, że aż księżyc zaczął się topić. Choć sam pomysł zrobienia sorbetu z księżyca wydał mi się fascynujący, to cała zawarta w tej książce historia jakoś do mnie nie przemówiła. Szczerze mówiąc – nie do końca zrozumiałam, o co w niej chodzi. W jednej z nielicznych znalezionych w sieci recenzji przeczytałam taką jej interpretację: kiedy my coś zyskujemy, ktoś inny traci. Świat, który nas otacza nie jest nieskończony. Musimy rozsądnie się nim dzielić i zrobić wszystko, żeby każdy miał z niego to, co najlepsze. Może i tak. Nie jestem zbyt dobra w interpretacji baśni i im dłużej o niej myślałam, tym bardziej przekombinowywałam 😉

Z posłowia dowiedziałam się, że pojawiające się tam króliki z księżyca pochodzą ze starej koreańskiej legendy. Uświadomiło mi to, ile jednak zależy od znajomości kontekstów kulturowych. Dla czytelników koreańskich obecność królików na księżycu jest zapewne tak oczywista, jak dla nas możliwość spotkania tam Pana Twardowskiego (z kogutem). Bez tej wiedzy ta historia staje się po prostu absurdalna.

Dlatego bardziej przemawia do mnie to, co napisała o tej książce autorka bloga Mała Ka(f)ka: Można też, zupełnie po prostu, nie doszukiwać się żadnych głębszych sensów, tylko cieszyć oczy tym cudem, zaglądać bezwstydnie w okna wilków, sprawdzać, jak są urządzone ich domy, podziwiać kunszt artystki przy oddawaniu najmniejszych szczegółów.

Tak, strona wizualna tej książki przemówiła do mnie zdecydowanie bardziej. Baek Heena tworzy trójwymiarowe makiety swoich ilustracji, a następnie fotografuje je. W efekcie mamy nie tylko wrażenie odczuwania dusznej, upalnej nocy, ale także wydaje nam się, ze zaglądamy przez okna do mieszkań w bloku.

Nie mogę powiedzieć, że dzięki „Księżycowemu sorbetowi” zrozumiałam werdykt jurorów nagrody ALMA, ale poczułam się zainteresowana innymi książkami tej autorki.

Poza tym chciałabym wiedzieć, czy (parafrazując Michała Rusinka) ona się po polsku deklinuje czy nie, bo bardzo ułatwiłoby mi to pisanie o jej twórczości 😉

Baek Heena „Księżycowy sorbet”, przekł: Ewa Matejko – Paszkowska, wyd.: Kwiaty Orientu, Skarżysko Kamienna 2018

Niesforny alfabet

Niesforny alfabet

Wpisując się w akcję #backlistaprzebojów przypominam książkę, o której pisałam 27 maja 2006 roku. Jest to kolejna, po dwóch świeżo wydanych, pozycja na półkę z książkami o alfabecie i literach.

Poczytajmy sobie razem, Mama – słowa, Ty – obrazek – opowiadanka pod takim tytułem były ulubioną przez moje córki częścią ich ulubionego (edit: i nieodżałowanego 😦 ) pisemka „Miś”. W tytule tego cyklu Mama występowała zamiennie z Tatą, Babcią i Dziadkiem – czytanie miało angażować całą rodzinę. Często do nich wracałyśmy – zabawa polegała na tym, że niektóre słowa w tekście zastąpione zostały obrazkami i, tak jak w tytule, dorosły miał czytać literki, a dziecko dopowiadać słowa obrazkowe. To trochę inny rodzaj czytelniczej wspólnoty, niż wtedy, kiedy dorosły czyta, a dziecko słucha – tutaj jest ono partnerem w lekturze.

„Niesforny alfabet” składa się z 27 takich historyjek na kolejne litery alfabetu – nawet takie jak ć, ś czy ź. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książeczce, miałam sporo obaw. Przypomniała mi się inna książka alfabetyczna, którą miałyśmy – tam opowiadania były ułożone wyłącznie ze słów na jedną literę. Efektem był to typowy przerost formy nad treścią, choć właściwie trudno było tam sie doszukać jakiejkolwiek treści. Lektura tej książki (przeznaczonej dla dzieci zaczynających czytać samodzielnie) nie była ani ciekawa ani przyjemna. Tutaj taki formalizm nie występuje – tylko główny bohater historyjki oraz te wyrazy, które zostały zastąpione obrazkami zaczynają się na zasadniczą literę. Historyjki są dowcipne, co nie dziwi – poczucie humoru Grzegorza Kasdepke znamy juz z „Kacperiady” i książek o Kubie i Bubie. Pierwszy raz natomiast zetknęłyśmy się z sympatycznymi ilustracjami Iwony Całej i jej rumianymi postaciami. Smok czy Ufoludek z rumieńcami jak jabłuszko nie zdziwili nas specjalnie, ale zarumienionego Śledzia jeszcze moje oczy nie widziały 😉

Byłam przekonana, że moja sześcioletnia Najmłodsza jest już za duża na taką książkę – mimo to nie mogłam się powstrzymać od jej zakupu. Siła nałogu zrobiła swoje. Wytłumaczyłam sobie, że będzie to fajny prezent dla jakiegoś znajomego dziecka. 😉 Tymczasem bardzo jej się spodobało to wspólne czytanie i nie ma mowy o tym, żebyśmy oddały komuś tę książeczkę. Czytamy więc sobie razem: o Delfinie Dareczku, który lubił filmy o Dinozaurach albo o Piotrusiu, któremu śniło się, że jest Piratem i pływa Patelnią razem z Pajacykiem, Papugą, Pieskiem i Piłką, o Uli, która spotkała Ufoludka i o Wojtusiu, który przyjaźni się z Wielorybem, Wilkiem, Wiewiórką i Wielbłądem. Okazuje się, że taka wspólna lektura bawi dzieci od momentu, kiedy zaczynają mówić, aż do chwili, gdy same zaczną czytać. Czytamy tak sobie dopiero kilka dni, a lista dzieci, którym chciałbym ofiarować „Niesforny alfabet” już wydłużyła się niepokojąco.. 😉

Update 2020 – kwestia prezentów pozostaje nadal aktualna, bo odkryłam właśnie, że nadal można kupić tę książkę 🙂

Grzegorz Kasdepke „Niesforny alfabet”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: „Literatura” Łódź 2006

Dzielny Despero

Dzielny Despero

Książka, którą poznałyśmy jako „Opowieść o Despero”, bo pod takim własnie tytułem ukazała się w Polsce najpierw. Potem jednak pojawiła się jej ekranizacja – wtedy wydawnictwo zmieniło tytuł na filmowy i wznowiło ją z filmową okładką. Od tego czasu minęło juz ponad 10 lat i książki w żadnej z tych wersji nie można kupic, ale na pewno jest w bibliotekach, które są znowu czynne !!!

Wpis z 14 listopada 2007 roku:

Ostatnie miesiące roku to dla mnie okres wytężonej logistyki 😉 Mając przed sobą perspektywę grudniowych mikołajek, Bożego Narodzenia i urodzin Najmłodszej z córek, które przypadają na początku stycznia, muszę bardzo skrupulatnie zaplanować prezenty – tak, żeby spełnić przynajmniej część marzeń moich córek i żeby każdą z tych okazji uczcić prezentami adekwatnymi do rangi zdarzenia. Oczywiście nie może wśród nich zabraknąć książek.

Działo się to dwa lata temu, więc nie pamiętam dokładnie… Jaki był powód przetasowania na mojej ściśle tajnej liście i co spowodowało, że „Opowieść o Despero” musiała znaleźć się już wśród prezentów mikołajkowych ? Grunt, że nie zdążyłam jej zawczasu przeczytać. Gdybym przeczytała, pewnie wstrzymałabym się z nią jeszcze jakiś czas. Może uznałabym, że nie jest odpowiednia dla Najmłodszej ? Może nie dałabym jej żadnej z moich córek ?

Kupiłam ją, bo nazwisko autorki kojarzyło mi się z jedną z ulubionych książek córki Środkowej – „Dzięki Tobie Winn Dixi” – pogodną historią o przyjaźni dziewczynki i psa – znajdy. Kupiłam ją również dlatego, że zaintrygowały mnie jej ilustracje – skromne, ołówkowe, ale było w nich coś fascynującego.

Nie przypominam sobie książki, której lektura zaskoczyłaby mnie tak bardzo. Wiele razy chciałam przestać ją czytać Najmłodszej, ale ona mi na to nie pozwalała i codziennie domagała się ciągu dalszego. Niedawno wróciłyśmy do niej i, mimo że wiedziałam już czego się spodziewać, znów byłam poruszona.

Jest tam wszystko, czego, jak się uważa, nie powinno być w książce dla dzieci – smutek, strach, okrucieństwo, brzydota, ciemność, cierpienie. Jest również odwaga i miłość – to dzięki nim ta historia jest piękna.

„Opowieść o Despero” to lektura trudna. Dlatego nie namawiam nikogo do niej i nie potrafię powiedzieć, dla dzieci w jakim wieku jest odpowiednia. To kwestia bardzo indywidualna – kiedy dojrzewa się do takich historii ? Warto jednak się z nią zmierzyć, bo jest to lektura fascynująca, a poza tym wszystko kończy się w niej dobrze – dobro i odwaga zostają nagrodzone, czyny podłe wybaczone i wszystko wraca na swoje miejsce.

Chyba więc dobrze się stało, że jej wcześniej nie przeczytałam…

Kate DiCamillo „Opowieść o Despero czyli Historia myszki, księżniczki, zupy i szpulki nici”, przekł.: Agnieszka Cioch, ilustr.: Timothy Basil Ering, wyd.: Philip Wilson, Warszawa 2005