Co można robić w słoneczny ranek ? // Gonić gołębie ? Jeść obwarzanek ? // Oglądać różne śmieszne pomniki // czy u kwiaciarki kupić goździki ?
Mam nieuleczalny sentyment do Krakowa i krakowskich książek. Wziął się on po części z tego, że jako dziecko uwielbiałam „Abecadło krakowskie”Wandy Chotomskiej. Nie była to moja pierwsza książka, ale jest pierwszą, którą pamiętam. Znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Dzięki niej nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Każdej literze przypisane było jakieś ważne miejsce w Krakowie, a wyznaczały one trasę wędrówki słoneczka po tym mieście. Do dziś pamiętam, co było tam po kolei – od Akademii Sztuk Pięknych do Dzwonu Zygmunta. I pamiętam też kończące go słowa (można w nich poczuć ducha lat, w których powstał 😉 ) : Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.
Kiedy już tam pojechałam i zobaczyłam to wszystko na własne oczy… w pierwszej chwili rozczarowałam się srodze 😦 Kraków wczesnych lat siedemdziesiątych w realu nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę. Ale czar Krakowa, mimo że wtedy głęboko ukryty, jednak zwyciężył. I sentyment pozostał – staram się wracać do Krakowa, choćby tylko po to, żeby trochę posiedzieć na Rynku albo pogapić się na witraże w kościele franciszkanów. A że mimo wszystko jestem niepoprawną warszawianką, do naszych rodzinnych rytuałów należy śniadanie w kawiarni Wedla. Wiem, wiem – teraz moi krakowscy czytelnicy wznoszą oczy do nieba, ale to stało się przypadkiem – po prostu to był kawiarniany ogródek położony najbliżej stoiska z ziarnem dla ptaków (bo wtedy jeszcze takie na rynku było) i mogłam jeść nie spuszczając z oczu moich córek karmiących gołębie.
Czy „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” ma szansę stać się dla swoich czytelników podobnie mocnym doświadczeniem jak dla mnie „Abecadło” ? Nie wiem, ale na pewno znalazło się tam miejsce dla wszystkich tych rzeczy, które czynią krakowski rynek jednym i niepowtarzalnym. Jest Kościół Mariacki i pomnik Adama Mickiewicza, wieża ratuszowa i kościółek św. Wojciecha, są kwiaciarki i malarze, dorożki i gołębie, obwarzanki i Lajkonik… A wszyscy tam są rumiani jak jabłuszka – jak to zwykle na ilustracjach Iwony Całej 🙂
„Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” to książka, która znakomicie nadaje się nie tylko na pamiątkę z wycieczki do Krakowa. Może być również świetnym przygotowaniem do takiej wycieczki (nawet jeśli na razie pozostaje ona w mglistych planach). A dla małych krakowiaków to po prostu lektura obowiązkowa !!!
I oto księżyc wzeszedł nad rynkiem // jak obwarzanek z makiem lub kminkiem. // Śpią już gołębie i śpią pomniki, // i śpią dorożki, chrapią koniki…
Michał Rusinek „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2014
oraz Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: RUCH 1964
Kolejna książka Beaty Ostrowickiej, którą pierwotnie wydało Ossolineum w serii „Nasza biblioteka”, a niedawno wznowiło ją Wydawnictwo Literatura.
Wpis z 21 stycznia 2008 roku:
Marcyśka ma osiemnaście lat i bardzo dobrze wie, czego chce. Chce studiować. Chce wyrwać się z rodzinnej wsi, od ojca alkoholika, mamy i dwójki rodzeństwa. Nie chce żyć tak, jak jej rówieśnice tam.
Dostała swoją szansę – uczy się w liceum w Krakowie i mieszka u ciotki w zamian za opiekę nad nią. Nie jest łatwo, ale zaciska zęby i odlicza dni do matury. Kiedy ciotka umiera, wszystko się komplikuje. Kiedy w dodatku okazuje się, że zapisała jej swoje mieszkanie, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ojciec chce je sprzedać i założyć sklep na wsi, ale Marcyśka wie, że wtedy może pożegnać się z marzeniami o studiach. Jest już jednak pełnoletnia i mieszkanie należy do niej. Decyzja o tym, by się na jego sprzedaż nie zgodzić – również.
Czy Marcyśka miała prawo tak postąpić ? Co jest ważniejsze – jej plany i marzenia czy poprawa bytu reszty rodziny (iluzoryczna – jeśli pamiętać o pociągu ojca do kieliszka) ? Czy naprawdę jest złą dziewczyną ? Gdzie jest granica miedzy asertywnością a egoizmem ?
Ta książka, podobnie jak ”Świat do góry nogami” tej samej autorki stawia pytanie o istotę więzi rodzinnych. Marcyśka ma poczucie, że jest w rodzinie tą gorszą córką – obarczaną większymi obowiązkami, za to mniej dopieszczaną (i w sensie uczuciowym, i materialnym). Ojciec alkoholik i bezwolna, współuzależniona Mama to jedno. Oni są dorośli i w pewnym sensie żyją tak na własne życzenie. Jakie są jednak jej zobowiązania wobec rodzeństwa ? Czy w ogóle ma wobec nich jakieś obowiązki – wynikające tylko z tego, że urodzili się tym samym rodzicom ?
Czytając tę książkę zaczęłam myśleć o jej bohaterce z macierzyńską troską. Niby jest już formalnie dorosła, ale… czy zdoła udźwignąć ciężar tej samodzielności ? Czy wyzwolona z gorsetu ograniczeń, jakie narzucała jej opieka nad Ciotką, będzie potrafiła narzucić sobie dyscyplinę niezbędną, żeby zdać maturę i zrealizować marzenia o studiach ? Czy, pozbawiona w domu rodzinnym takich wzorców, będzie potrafiła pokochać i stworzyć dobry związek ?
Zostawiamy ją w takim momencie, że wszystko się może zdarzyć. Trzymam za nią kciuki – nich jej się uda. Życzę jej tego z całego serca.
Wpis sprzed dokładnie 5 lat – z 31 sierpnia 2014 roku:
Za
nami kolejny 1 sierpnia i kolejna niezwykła chwila, kiedy Warszawa
stanęła w ciszy i zadumie wspominając wydarzenia sprzed 70 lat.
Znów też, jak co roku odżywają dyskusje o sensie tamtej walki…
Z jednej strony powinny one cieszyć, bo świadczą o tym, że temat jest ciągle żywy, a wiec PAMIĘTAMY. Z drugiej jednak – zdarza mi się słyszeć przy tej okazji słowa o nieodpowiedzialności powstańców, którym zachciało się bawić w wojnę w mieście pełnym ludności cywilnej i o tym, że to właśnie oni winni są zagładzie miasta i śmierci tysięcy cywili. Osobom głoszącym te opinie wydaje się chyba, że gdyby generał Bór – Komorowski nie wydał decyzji o wybuchu Powstania, to mielibyśmy teraz Warszawę taką jak przed wojną, z jej przedwojennymi mieszkańcami w komplecie. Nie pamiętają o tym, że większość wojennych zniszczeń miasta pochodziło z planowych podpaleń i wyburzeń po likwidacji getta i po upadku Powstania Warszawskiego, a ludności cywilnej też nie mordowali powstańcy…
Można dyskutować o Powstaniu, ale nie można przy tym zachowywać się tak, jakby wojna rozpoczęła się w lipcu 1944 roku. Wtedy nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce nikt się w wojnę nie bawił. Od pięciu lat była ona koszmarną rzeczywistością, przed która nie było ucieczki. Wojna była na serio, codziennie i nikt – niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania, zawodu czy stanu majątkowego nie mógł mieć pewności, że potrafi się przed nią uchronić.
Można dyskutować o Powstaniu, ale trzeba przy tym rozumieć, że jego uczestnicy zachowywali się i myśleli inaczej niż my teraz, bo na nasze myślenie ogromny wpływ wywarło właśnie doświadczenie II wojny światowej, klęski Powstania Warszawskiego oraz kilku dekad PRL-u.
Oni byli pierwszym pokoleniem wychowanym w wolnej Polsce, a ich rodzice i wychowawcy – sami urodzeni w niewoli, okuci w powiciu nauczyli ich dumy z tej wolności. Ich ojcowie walczyli o nią na różnych frontach I wojny światowej i potem na przedpolach Warszawy w 1920 roku. Synkowie moi, poszedłem w bój, jako wasz dziadek, a ojciec mój, jak ojca ojciec i ojca dziad, co z Legionami przemierzył świat szukając drogi przez krew i blizny do naszej wolnej Ojczyzny! – pisał w 1914 roku Jerzy Żuławski. On sam nie dożył niepodległości, a jego syn Wawrzyniec walczył potem w Powstaniu Warszawskim. Walka o wolność była dla nich czymś oczywistym, niemal odruchowym.
Wychowano
ich na trylogii Sienkiewicza i nieprzypadkowo najczęstszymi
wojennymi pseudonimami były te, pochodzące od jej bohaterów. Żeby
ich zrozumieć, trzeba chcieć ich wysłuchać…
Mam na imię Krysia. Po wakacjach idę już do czwartej klasy. Jutro jest pierwszy września 1939 roku – piątek, więc lekcje zaczynają się dopiero czwartego – w poniedziałek. *
Dziś
mija dokładnie 75 lat od chwili, w której rozpoczyna się opowieść
Krysi. Jutro wybuchła wojna…
Książka, którą trzymasz w ręku, opowiada właśnie o wojnie, o Warszawie, o ludziach, którzy w tamtych czasach żyli i walczyli.
Historia, którą przeczytasz, wydarzyła się naprawdę. Opowiadała mi ją moja mama, która uczestniczyła w tych zdarzeniach razem ze swoją rodziną, przyjaciółmi, koleżankami i sąsiadami.
Wojna, poza wieloma tragicznymi zdarzeniami, składa się także ze zwykłych, codziennych spraw. Dni były wypełnione zajęciami, jakie znacie ze swojego codziennego życia. Dzieci chodziły do szkoły, bawiły się, żartowały. W tamtych czasach – tak jak dzisiaj – byli ludzie poważni i smutni, byli także weseli i patrzący na świat z nadzieją i optymizmem. A dzieci, jak to dzieci – wiele z nich lubiło się śmiać, a niektórym czasami wpadały do głowy zwariowane pomysły…
„Wojna na Pięknym Brzegu” jest kolejną książką wydaną w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, która ma niebagatelne znaczenie, bo pomaga dzieciom żyjącym w drugiej dekadzie XXI wieku zrozumieć ich rówieśników, którzy żyli w pierwszej połowie wieku XX.
Andrzej Marek Grabowski „Wojna na Pięknym Brzegu” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Literatura, Łódź 2014
Edit: *** – nie odmówię sobie jednak okazji do pohistorykowania i wspomnę, że już 26 sierpnia Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego ogłosiło odroczenie rozpoczęcia roku szkolnego na czas ograniczony, zależny od rozwoju wypadków politycznych, więc i Krysia zapewne wiedziała, że w poniedziałek do szkoły nie pójdzie i nigdzie w Polsce, wbrew temu, co czasem można usłyszeć, 1 września dzieci się rozpoczęcia roku nie szykowały.
Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.
Wpis z 9 lipca 2007 roku:
Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.
Na
śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola
ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem.
Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe
wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy
samochodu dostawczego.
Czytałam
tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie
nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami
spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości
życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co
stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?
Czy
moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy
pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na
świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?–
zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy
zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali
znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego
? W
pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie
przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie
będzie im już towarzyszyła Mama.
Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.
Jakiś czas temu napisałam o innej książce: Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…
Kiedy
ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z
córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna
scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza
wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było
już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy
się kochać…
Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania. Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy. „Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…
Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.
Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002
Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014
Dwie historie o Huberciku i jego rodzinie – bardzo dobra lektura dla początkujących przedszkolaków 🙂 Wcześniej wydane oddzielnie, teraz także razem.
Wpis z 15 marca 2006 roku:
Trzylatek z całego świata zna tylko swoją rodzinę i zasady w niej panujące. Przedszkole to jakaś obca planeta, a życie na niej jest niezwykle trudne do wyobrażenia. Dlatego debiut przedszkolny to w jego życiu zmiana tak wielka i przeżycie tak ogromne, że często pamięta się je przez całe życie.
Najpierw
nie wiadomo nic – jest tylko to groźne słowo: przedszkole (kiedy
będziesz juz chodzić do przedszkola, to…) Potem
okazuje się, że jest to taki dom otoczony płotem i są tam też
zjeżdżalnie i piaskownice , ale gdy wchodzi się do środka, to
dalej nic nie wiadomo. Maluch wie tylko, że nie będzie Mamy, Taty,
ani Babci – są za to jakieś obce Panie, które nie zajmują się
tylko nim, ale też całą gromadą obcych dzieci.
Nie ma ukochanego Misia i czerwonej koparki – są obce zabawki, chociaż niektóre całkiem fajne. Nie ma talerzyka z Teletubisiami i znajomej podkładki na stole – są nowe smaki jedzenia i łyżka, którą trzeba zjeść kotlet. Nie ma własnego łóżeczka z kołderką – jest dziwny leżak i duży koc w obcej poszwie. Trzeba się przebrać w piżamkę i położyć spać… Zaraz, jak to spać ??? Śpi się w domu !!! A może ja już w ogóle nie wrócę do domu ??? MAMO, TATO, BABCIU RATUNKU !!!
“Lulaki,
Pan Czekoladka i przedszkole czyli ważne sprawy małych ludzi” to
książka, która może pomóc zmniejszyć ten stres. Opisuje krok po
kroku jeden dzień z życia przedszkolaka.
Najpierw
Mama budzi rano i trzeba trochę pomarudzić: Ja
nie chcę iść do przedszkola !!!. To
bardzo ważne, bo rodzice lubią się tak bawić. Potem jednak się
wstaje i idzie, no bo jak tu nie pójść. Trzeba tylko jeszcze w
szatni upewnić się, że rodzice na pewno przyjdą po południu. W
przedszkolu wszystko idzie ustalonym rytmem – posiłki, zabawy,
leżakowanie, potem powrót do domu – zabawy, kolacja, kąpiel i
Lulaki, które lulają do snu. Trzeba sie wyspać, bo jutro znowu
wstajemy do przedszkola. Tylko, żeby nie zapomnieć pomarudzić: Ja
nie chcę iść do przedszkola !!!
Ta
książeczka pomoże maluchowi oswoić się z przedszkolem, jeszcze
zanim przestąpi jego progi (oczywiście nie zastąpi to
wcześniejszej wizyty w przedszkolu, czy zajęć integracyjnych,
jeśli są organizowane).
Czytana
początkującemu przedszkolakowi może być dobrym wstępem do
rozmowy o jego doświadczeniach tych pierwszych dni. Taki maluch nie
potrafi jeszcze ubrać
w słowa swoich
przeżyć, a zapytany: jak
było w przedszkolu ? odpowie: dobrze.
Można jednak w rozmowie wyjść od Hubercika i Pana Czekoladki, a
wtedy może dowiemy się, że na podwieczorek wcale nie dali ciastek
tylko wstrętną kaszę, ulubiony od wczoraj kolega nie chciał się
dziś wcale bawić i w ogóle nie było żadnego teatrzyku !!!
O
tym ostatnim warto uprzedzić debiutanta w przedszkolu. Synek mojej
koleżanki świetnie przygotowany przy pomocy „Lulaków” do
nowej roli, zgłosił tylko jedno zastrzeżenie do swojego
przedszkola – pierwszy teatrzyk pojawił sie u nich dopiero w
listopadzie i w dodatku on był waśnie wtedy chory. Teatrzyk to
w “Lulakach” jedyne niecodzienne wydarzenie w ciągu zdarzeń
codziennych.
Beata Ostrowicka “Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole czyli ważne sprawy małych ludzi”, ilustr. Aneta Krella – Moch, wyd. Literatura, Łódź 2003
Wpis z 20 czerwca 2007 roku:
Ze wszystkich dni tygodnia najfajniejsza jest sobota. Można długo spać, można długo chodzić po domu w piżamie. Nie trzeba się nigdzie spieszyć. I po niej jest jeszcze jeden wolny dzień !!!
Oj
tak, tak. Ja w sobocie też najbardziej lubię perspektywę niedzieli
z jej niespiesznym porankiem.
Hubercika i jego rodzinę po raz pierwszy spotkaliśmy w książeczce o Lulakach, Panu Czekoladce i przedszkolu. Wtedy towarzyszyliśmy mu w jego dniu powszednim – od porannych grymasów przy wstawaniu, przez wszystko, co działo się w przedszkolu, aż do wieczornego zasypiania z Lulakami. Sobota jest zupełnie inna – z Mamą, Tatą, starszym bratem – Kubą i Bobkiem (ukochaną przytulanką – wężem), za to bez pośpiechu i bez przedszkola. Dziś cała rodzina wyrusza do lasu na grzyby, a Królem Grzybobrania zostaje ogłoszony Hubercik, któremu udało się znaleźć największe prawdziwki.
A owe tytułowe rzeczy w sam raz ? No właśnie – Hubercik co chwilę dowiaduje się, że jest na coś za mały, albo za duży. Jak to jest możliwe ? Tatuś mu to wytłumaczył: Są rzeczy, na które jesteś za duży, są rzeczy na które jesteś za mały i takie, które są dla ciebie w sam raz.Nie zdradzę Wam jednak, na co Hubercik jest w sam raz, bo nie cierpię odbierać książkom puenty. Nie tylko wtedy, gdy chodzi o to – kto zabił. 😉
Ta
książeczka, podobnie jak „Lulaki” ukazała
się w serii„Poduszkowce” .
Obie znakomicie nadają się właśnie na wieczorne czytanie do
poduszki – czytanie,
które zamyka i podsumowuje dzień.
Beata Ostrowicka „Bobek, wyprawa i rzeczy w sam raz czyli ważne sprawy małych ludzi”, ilustr.: Aneta Krella – Moch, wyd.: Literatura, Łódź 2007
Nazywam się Kazia Łobodziec. Urodziłam się na przedmieściu Gródka Jagiellońskiego w województwie lwowskim. Moja mama zajmuje się rolą i domem, a tata jest kolejarzem. Obok nas mieszkają nie tylko Polacy, ale również Ukraińcy, Żydzi, a niedaleko Niemcy. Wspólnie obchodzimy święta z prawosławnymi i grekokatolikami. Mamy szczęście, świętując podwójnie, ponieważ święta z powodu odmiennego kalendarza wypadają w różnym czasie.
„Wysiedleni” to trzecia książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali, która ukazała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”. W każdej z nich autorka sięgnęła do wydarzeń, które pozostają na uboczu pamięci zbiorowej o tych czasach. „Bezsenność Jutki” była pierwszą książką dla młodych czytelników, która opowiadała o getcie łódzkim, a „Syberyjskie przygody Chmurki” – o losach dzieci – zesłańców syberyjskich. „Wysiedleni” to opowieść dziewczynki, która przed wojną i w czasie okupacji mieszkała niedaleko Lwowa (teraz powiedzielibyśmy, że na Kresach, ale wtedy to był niemal środek Polski), a potem razem z całą rodziną została wysiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane.
W pierwszej części Kazia opowiada o życiu przed wojną, wypełnionym zabawami z rówieśnikami na polach, łąkach i nad rzeką oraz świętami – raz własnymi, a kiedy indziej sąsiadów innego wyznania. To bezproblemowe, choć proste i niezbyt zamożne życie w otoczeniu przyjaznych ludzi przypomina trochę Bullerbyn – szczególnie, że podobnie jak najnowszemu wydaniu książki Astrid Lindgren, także tej towarzyszą ilustracje Magdaleny Kozieł – Nowak.
A potem przyszła wojna. Na Polskę napadli Niemcy i Rosjanie. Rzeka, łąki, rechot żab były tak samo piękne jak wcześniej, ale coś się w ludziach zmieniło. Całe wspólne życie, może nie do końca doskonałe, jak to między sąsiadami, ale wspólne, bo wszyscy byliśmy obywatelami państwa polskiego, rozsypało się…
Druga
część „Wysiedlonych” to czas wojny i okupacji. Kazia dużo
miejsca w swojej opowieści poświęca eksterminacji Żydów oraz
problemom polsko – ukraińskim (na szczęście to nie był Wołyń
i w jej miejscowości nie działy się rzeczy tak straszne, jak tam,
choć sytuacja była napięta), natomiast ani jednym słowem nie
odnosi się do dwóch lat okupacji sowieckiej. Aż zwątpiłam we
własną wiedzę historyczną i sprawdziłam, czy na pewno Gródek
Jagieloński znalazł się w strefie sowieckiej i zdecydowanie tak
było. Szkoda, że nie ma o tym wzmianki w książce, bo nadal tak
jest, że w pamięci zbiorowej okupantem byli przede wszystkim
Niemcy. W opowieści Kazi żołnierze sowieccy pojawiają się
dopiero pod koniec wojny, kiedy przez te tereny przechodzi front. A
potem, mimo że wojna w zasadzie skończyła się, nadal nie było
bezpiecznie – na polach leżały niewybuchy i jeden z kolegów
dziewczynki zginął, bawiąc się nimi.
Czekała nas jeszcze kolejna straszna zmiana. Zmiana nie do wyobrażenia. Mieliśmy opuścić swoje domy, pola, pastwiska i łąki. Zostawić pielęgnowane od pokoleń ogrody, sady, spakować się do kilku skrzyń, zabrać zwierzęta i wynieść się na ziemie zachodnie, do Niemiec, gdzie jeszcze mieszkali Niemcy. Granice państw przesunęły się, a wraz z nimi musieli przesunąć się ludzie. Tacy przesunięci ludzie nazywali się repatriantami, przesiedleńcami, wysiedlonymi. Ale kiedy patrzyłam na swoich zrozpaczonych rodziców, którzy musieli zostawić nowy dom, babcię, która zostawiała na cmentarzu dziadka Michała i swoich przodków, i siostry, które były Ukrainkami, to wydawało mi się, że wcale nie przesunięci, tylko wyrwani z korzeniami, wypędzeni.
W dodatku jechali gdzieś, gdzie nie wiadomo, co zastaną. Czuli się jak pył, co nic nie znaczy, bez wpływu na swoje życie. Wyrwani byli i Polacy, i Niemcy ze Śląska, którzy podobno też się pakowali, tylko w mniejsze walizki, i Ukraińcy z okolic Przemyśla, co mieli zamieszkać w zostawianych przez nas domach.
Rodzina Kazi, która ze względu na narodziny jej najmłodszej siostrzyczki Czesi wyjechała ostatnim transportem, znalazła się wraz z dotychczasowymi sąsiadami z Czerlańskiego przedmieścia Gródka we wsi Bremberg, która teraz nazywała się Żarek. Dom, w którym zamieszkali, był opuszczony, ale w wielu gospodarstwach nadal mieszkały niewysiedlone jeszcze rodziny niemieckie, najczęściej same kobiety z dziećmi. Przez jakiś czas dotychczasowi i nowi właściciele musieli mieszkać razem w tych samych domach i stopniowo nawiązały się między nimi więzi. Poznawali nawzajem swoje języki, Niemcy uczyli Polaków posługiwania się maszynami rolniczymi, których ci nie znali, opieki nad ulami, których zabrać nie mogli czy korzystania z nieznanych roślin, rosnących w ogródkach (na przykład rabarbaru).
Trudno mi dyskutować z tym sielskim obrazem początków życia w nowym miejscu ludzi boleśnie doświadczonych wojną i wyrwanych ze swojego dotychczasowego świata oraz ich przyjacielskiego współżycia z przedstawicielami narodu, który był za tę wojnę odpowiedzialny – mogło i tak być, choć wydaje mi się, że dalece nie zawsze. Niewątpliwą zaletą „Wysiedlonych” jest to, że w ogóle porusza temat powojennego przesuwania całych rzesz Bogu ducha winnych ludzi tylko dlatego, że gdzieś tam ustalono inny przebieg granic ich państw.
Smutną
puentą tej całej historii była kończąca ją wzmianka, że po
trzydziestu latach życia w Żarku, jego mieszkańcy znów zostali
wysiedleni, bo ich wieś znalazła się na terenach zalanych podczas
tworzenia zalewu na Nysie Szalonej. I znów musieli wszystko zaczynać
od nowa, choć tym razem bliżej…
Dorota Combrzyńska – Nogala „Wysiedleni” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2018
Gdzieś między „Hobbitem” a kolejnym tomem cyklu „Heartland” Najmłodsza z córek wyraziła pragnienie przeczytania „Romea i Julii”. W pierwszym odruchu zgłosiłam wątpliwość, czy jest to odpowiednia literatura dla trzynastolatki, ale szybko przypomniałam sobie, że jej szekspirowska imienniczka była tylko niewiele starsza.
I tak to u nas w domu jest, że trzynastolatka czyta Szekspira, natomiast jej matka – „Księżniczkę Koronkę i Księcia Hafcika” Liliany Bardijewskiej. A jak się nad tymi książkami dobrze zastanowiłam, to doszłam do wniosku, że obie są o tym samym, ale moja przynajmniej dobrze się kończy 😉
Dawno, dawno temu, a nawet jeszcze dawniej, na północ od południa rozciągało się Królestwo Koronek, białe, bialutkie, zimne, zimniutkie. Królowała w nim królowa Bielissima, calutka cała bielutka biała.
Zaś na południe od północy ciągnęło się wzdłuż i wszerz Królestwo Haftów, ciepłe cieplutkie, barwne barwniutkie. A królowała w nim Królowa Barwinessa, cała barwniutka, barwna calutka.
Miała królowa Bielissima ukochaną córkę, piękną jak płatek śniegu – księżniczkę Koronkę, całą caluśką białą bieluśką. (…) Zaś królowa Barwinessa miała ukochanego syna, pięknego jak malowanie, księcia Hafcika, całego calutkiego barwnego barwniutkiego.
I oto mamy koronkową Julię i haftowanego Romea, których połączyła miłość niepowstrzymana. Miłość tak wielka, że zdołała spruć mur dzielący zwaśnione królestwa ich matek.
Wymieszały wiatry dokładnie południe z północą, upał z mrozem, kolor z bielą ! Już nic nie było takie samo ! Patrzyli na to południowi poddani, patrzyła królowa Biellissima i wszyscy kraśnieli ze zdziwienia. Patrzyli na to północni poddani, patrzyła królowa Barwinessa i wszyscy bledli ze zdziwienia. Musieli przyznać – było pieknie i coraz piękniej. (…) A książę Hafcik i księżniczka Koronka trzymali się za ręce i świata poza sobą nie widzieli.
Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej jestem pewna, że powstała po to, aby mogła ją zilustrować Ewa Kozyra – Pawlak. Bo tylko ona jedna potrafi wyczarować taki koronkowo – gałgankowy świat. A ja oczywiście jak zwykle nie potrafiłam się mu oprzeć 🙂
Liliana Bardijewska „Księżniczka Koronka i książę Hafcik”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd. Literatura, Łódź 2012
Wpis z 5 września 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:
Bohater tej książki był pierworodnym synem pierwszego polskiego króla, jednak nie wspomina o nim żaden z kronikarzy najwcześniejszych dziejów Polski – ani Gall Anonim, ani Wincenty Kadłubek, ani Jan Długosz. Nie wiadomo, jak miał właściwie na imię, nie ma pewności, kim była jego matka, a przede wszystkim – nie jest jasne, dlaczego został przez ojca pozbawiony następstwa tronu. Jeszcze w XIX wieku wątpliwości historyków budziło nawet jego istnienie. Dziś już tak nie jest, ale właściwie każdy fakt z jego życia może być rozmaicie, często sprzecznie interpretowany.
Wystarczy zajrzeć do Wikipedii (tak, wiem, że nie jest to poważna publikacja, ale może to zrobić każdy, kto czyta moją recenzję) aby się o tym przekonać. Jeśli wspomina się o nim w szkole, to tylko w kontekście krótkiego okresu (1031 – 1032), kiedy odebrał władzę młodszemu bratu i rządził Polską. Podobno wykazał się przy tym niezwykła okrutnością – ale nawet i to nie jest pewne.
Grażyna Bąkiewicz opisuje czasy wcześniejsze, gdy Bezprym był dopiero dorastającym chłopcem. Rozpoczyna swoją opowieść jesienią 999 roku a kończy w roku 1002. Był to czas szczególny i dla Polski, i dla Europy – przełom tysiącleci, zjazd gnieźnieński, wielkie plany cesarza Ottona III, które przerwała jego śmierć. Autorka oparła się na śladach po Bezprymie, które zachowały się w kronikach niemieckich i wypełniła przestrzeń między nimi swoimi wyobrażeniami. „Mówcie mi Bezprym” to książka, która mocno skojarzyła mi się w twórczością Elżbiety Cherezińskiej, a szczególnie z „Grą w kości”, bo dotyczy tych samych wydarzeń.
Bezprym, którego poznajemy w tej książce, jest księciem (choć jego następstwo tronu nie jest pewne), ale jest też zwykłym nastolatkiem, chłopcem, który nie zna swojej matki, a o miłość ojca musi rywalizować z przyrodnim rodzeństwem. Jest najstarszy i to on towarzyszy Bolesławowi w powitaniu Ottona III w Polsce i w późniejszej podróży do Akwizgranu. Potem ojciec wysyła go z cesarskim orszakiem do Rzymu, powierzając mu ważną misję, które jednak okaże się zbyt trudna dla chłopca. Autorka starannie oddała realia historyczne czasów, w których rozgrywały się te wydarzenia, nie zdecydowała się jednak na stylizację języka, którym mówią jej bohaterowie. To zdecydowanie ułatwi lekturę współczesnym czytelnikom, choć mnie czasem zgrzytało w uchu, kiedy książę mówił „O kurczę !” 😉
Kiedy byłam w wieku adresatów serii „A to historia”, w ramach której ukazała się ta książka, jedną z moich ukochanych lektur była „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej – opowieść o Jadwidze Andegaweńskiej, początkach jej panowania w Polsce, koronacji na króla Polski i wydarzeniach, które doprowadziły do jej ślubu z Jagiełłą. Po latach, kiedy byłam już na studiach uświadomiłam sobie, że moja wiedza o tym okresie pochodzi przede wszystkim stamtąd i tylko w niewielkim stopniu została poszerzona w toku edukacji 😉 Myślę, ze czytelnicy Grażyny Bąkiewicz też dobrze zapamiętają jak wyglądał zjazd gnieźnieński, o czym marzył młody cesarz i dlaczego Bolesław Chrobry koronował się dopiero 25 lat później, a korona przeznaczona dla niego znalazła się na Węgrzech. A jeśli kiedyś zobaczą posąg „śmiejącej się Polki” z katedry w Naumburgu, przypomną sobie być może, że małżeństwo siostry Bezpryma Regelindy z synem margrabiego Miśni też było efektem zjazdu gnieźnieńskiego. Tego nie da żaden podręcznik ani lekcja historii w szkole !
i kolejne części krakowsko – szwedzko – lwowskiego cyklu Barbary Gawryluk
Edit 3.09.2026 r. – wznowione niedawno w dwóch tomach przez Wydawnictwo Literatura (więcej o tej edycji na końcu wpisu)
Wpis z 11 listopada 2010 roku:
Zrobili to ! Nie mogłam uwierzyć, że to zrobili ! Jeszcze niedawno wydawało mi się to niemożliwe. (…) W środku wakacji dowiedziałam się, ze nie wrócę już do nowej szkoły. Że nowy rok szkolny zacznę w nowej szkole, w nowym mieście i… w nowym kraju !
Natalka ma
9 lat, dwóch młodszych braci – bliźniaków i rodziców, którzy
są lekarzami. Odział szpitalny, na którym pracowali, ma zostać
zlikwidowany, a oni zdecydowali się wyjechać na dwa lata do
Szwecji. Z dziećmi oczywiście, choć Natalka wolałaby zostać z
babcią i dziadkiem w Krakowie, w swojej szkole i na swoich zajęciach
tanecznych …
W
nowej, szwedzkiej szkole dziewczynka spotyka dzieci z Ukrainy,
Australii, Boliwii i… Polski. Jej krakowski kolega wrócił
niedawno z Irlandii, a drugi – wyjechał z mamą do Londynu. Takich
dzieci jest i będzie coraz więcej, bo coraz więcej ludzi decyduje
się na życie za granicą, czasem z konieczności, a czasem z
wyboru.
„Moje Bullerbyn” to książka polsko (czy też dokładniej: krakowsko) – szwedzka i… trochę lwowska. Jak to jest możliwe i co wyszło z takiej mieszanki ? Wyszła po prostu świetna książka. I mimo że nie sprawdziłam jej jeszcze na żywym materiale, czyli na Najmłodszej, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić z Wami radością z jej odkrycia 🙂
Barbara Gawryluk jest pisarką, dziennikarką i skandynawistką. Napisała m.in. „Dżoka”, „W zielonej dolinie”, cykl o świstaku Gwizdku (który nota bene powiększył się o dwie kolejne pozycje, więc są już książki o każdej porze roku w Tatrach). Tłumaczy ze szwedzkiego książki dla wydawnictwa „Zakamarki” – cykl o Lassem i Mai oraz o chłopcu imieniem Tsatsiki. Prowadzi w Radiu Kraków niedzielny „Alfabet” i jest to (poprawcie mnie jeśli się mylę !) bodaj jedyna cykliczna audycja radiowa poświęcona literaturze dziecięcej.
W „Moim Bullerbyn” też nie zapomina o literaturze szwedzkiej, a jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest wizycie rodziny Majewskich w Junibacken w Sztokholmie. Teraz jeszcze bardziej chciałabym tam pojechać !
Chociaż
miejscowość, w której zamieszkała rodzina Natalki oczywiście nie
nazywa się Bullerbyn,
jest w tej książce coś z tamtej atmosfery. Wszyscy są dobrzy i
sympatyczni (nawet jeśli z początku robią inne wrażenie),
problemy (jeśli się pojawiają) dają się rozwiązać i oczywiście
wszystko zawsze dobrze się kończy.
Kiedy tu przyjechałam, wszystko było źle. I tak bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółkami, za babcią i dziadkiem, za tańcem, za Krakowem, za moim pokojem, nawet za szkołą. I dalej tęsknię. Ale minęło kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym nie poznała ciebie, Matsa czy Selmy. W szkole dalej jest ciężko, ale w Rabarbarze – super. (…) „Będzie dobrze, Natalko” – tak mi wszyscy mówili. I chyba już jest dobrze !
Barbara Gawryluk „Moje Bullerbyn”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2010
Wpis z 26 lutego 2012 roku:
Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi mieć koniecznie ciąg dalszy…
Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki „pojedyncze”, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Najmłodsza w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to tylko dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była już „Ania z Zielonego Wzgórza” 😉
Jeśli
jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel.
Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak,
żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W
sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów
do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami…
Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca, a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego bohatera (bohaterów), a kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia. Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story 😉 , w których kolejny tom jest kontynuacją poprzedniego i odwołuje się do wydarzeń tam opisanych, a więc należy je czytać w odpowiedniej kolejności. A jak się już przeczyta, należy czekać na kolejny. Do tej kategorii należy cykl rozpoczęty książką „Moje Bullerbyn”. Potem były „Kolczyki Selmy” a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia 😉 część – „Dziewczynka z fotografii”
Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia Natalki, która wraz z rodzicami i dwójką młodszych braci przeprowadziła się z Krakowa do niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Tylko rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło… Nowy dom, nowy język, nowa szkoła, nowi znajomi z różnych stron świata, nowa grupa taneczna, a równocześnie odwiedziny u Dziadków w Krakowie i przyjazd do Szwecji jej krakowskich przyjaciółek… Jeżdżąca na wózku Karina i jej powrót do sprawności… I wreszcie – znajomość z Selmą – samotną staruszką, która kiedyś była światowej sławy tancerką, jej śmierć i niespodziewany spadek po niej, a w ostatniej części – wyprawa do Lwowa, w którym Selma spędziła dzieciństwo i młodość.
Czytając „Dziewczynkę z fotografii” uświadomiłam sobie, że jest to wśród książek dla dzieci i młodzieży pierwsza, w której pojawia się problem dawnych Kresów Rzeczpospolitej – współcześnie. To trudny temat, ale Barbara Gawryluk jak zawsze zdołała znaleźć właściwy ton, aby pisać o tym w sposób odpowiedni dla wczesnych nastolatków, a równocześnie pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ?
A kiedy już ją przeczytacie, zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii… 😉
Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011
Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012
Wpis z 17 listopada 2013 roku:
Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki (jeszcze w zapowiedziach) przestraszyłam się – naprawdę! Obawiałam się, że ten rozdarty na dwoje dom na okładce może oznaczać rozwód rodziców Natalki, a zdążyłam już polubić całą jej rodzinę. Z drugiej strony wydawało mi się to nierealne, bo jej rodzice robiła wrażenie stabilnego związku.
Ale
na szczęście nie o to chodziło…
…
choć może sformułowanie na szczęście nie jest tu na miejscu.
Rodzina Natalki musi stawić czoła innemu poważnemu problemowi –
chorobie Dziadka, nieuleczalnej i postępującej. Dlatego właśnie
jej rodzice zdecydowali się na powrót do Krakowa, co szczęśliwie
zbiegło się z propozycją pracy w ich dawnym szpitalu.
I znów, jak przed rokiem, Natalka postawiona została przed faktem dokonanym – wtedy dowiedziała się, że wyjeżdżają do Szwecji, teraz – że wracają do Polski. Z jednej strony cieszy się, bo przecież tęskniła do swojej poprzedniej klasy, przyjaciółek i Ósemki, ale w Szwecji też ma już przyjaciół: Karinę, Maję, Matsa, radzi sobie z językiem i odnalazła swoje miejsce w Rabarbarze. Choć rozumie, że tak musi być, że są potrzebni Dziadkom w Krakowie, jednak jest jej ciężko…
Ten wątek wydaje mi się bardzo ważny. Zarówno rodzice Natalki jak i ona sama ani przez chwilę nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby zostawić Babcię samą z tym problemem w Polsce, wspierając ją na odległość wyłącznie finansowo, bo w Szwecji żyje im się wygodniej. Są takie momenty w życiu, kiedy rodzina powinna trzymać razem. Teraz, kiedy trendy jest raczej hedonistyczny egoizm, taki przykład odpowiedzialności ma ogromną wartość.
„Dwa domy” to ostatni tom cyklu, którego początkiem było „Moje Bullerbyn”. Cztery pozornie niepozorne książki, a znalazło się w nich miejsce dla tylu ważnych spraw !!! Problemy związane z przeprowadzką do innego kraju i powrotem na Ojczyzny łono nie dotyczą tylko naszej bohaterki. Elena wróciła ze Szwecji do Lwowa, a do klasy w Krakowie przybył nowy kolega – repatriant z Hiszpanii. Znajdziemy tam także przyjaźń, pierwsze nieśmiałe zakochanie, tajemnicza historię z przeszłości, Kraków, Sztokholm, Lwów, Tatry, Wieliczkę, TOPR, psy, granie w filmie, hip – hop… aż się w głowie mąci 😉
Miałyśmy niestety z tym cyklem problem 😦 Co prawda miedzy pierwszym a ostatnim tomem w życiu Natalki minął tylko rok, ale w realu trwało to ponad trzy lata. Moja Najmłodsza, która na początku była tylko trochę starsza od niej, z zainteresowaniem przeczytała jedynie pierwsze dwie części. Potem już uznała, że są dla niej za dziecinne. Szkoda 😦
Barbara Gawryluk „Dwa domy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2013
Wydawnictwo Literatura wznowiło w 2026 ten cykl w dwóch tomach – każdy zawiera po dwie części:
Tom pierwszy nosi tytuł „Moje Bullerbyn” czyli taki sam, jak pierwsza część cyklu. Tom drugi zatytułowany jest „Do widzenia, Bullerbyn!” co może być mylące. Widząc go, ucieszyłam się, że pojawił się nowy, piąty tom cyklu. Myślę, że nie tylko ja tak się pomyliłam – szczególnie, że ani na okładce, ani na stronie wydawnictwa nie ma informacji o tym, że jest to wznowienie zawierające w sobie dwie części o innych tytułach
Najmłodsza z moich córek, tegoroczna maturzystka, ma obecnie fazę na ciuchy vintage. Kupuje, zdobywa, wymienia, a jedną z pereł jej kolekcji jest moja dżinsowa kurtka sprzed ponad trzydziestu lat, o którą notabene stoczyła bój z siostrą Środkową, która też miała na nią ochotę. To jedyny ciuch z czasów studenckich, który zachowałam. Kiedy dziewczyny kłóciły się o nią, opowiedziałam im historię o tym, jak w Pradze czeskiej chodziłam koło niej z zachwytem, aż wreszcie Tata kupił mi ją za całą rezerwę pieniędzy, jaką na ten wyjazd mieliśmy. Pamiętam swoją radość i potem zazdrosne spojrzenia na ulicy w Warszawie, bo naprawdę jest fajna 😉 Ta historia to opowieść nie tylko o moim Tacie i jego stosunku do pieniędzy (i do mnie 😉 ) ale także marzeniach, jakie mieliśmy żyjąc w PRL, a których moje córki już zrozumieć nie są w stanie.
Opowieścią o takim marzeniu jest też „Denim blue”, bo właśnie wokół gorącego pragnienia posiadania prawdziwych dżinsów Katarzyna Ryrych zbudowała swoją opowieść o życiu w tamtych czasach. Zygmunt, syn dozorczyni i hutnika z Nowej Huty nie mógł liczyć na to, że rodzice kupią mu takie spodnie, próbował więc sam zdobyć na nie pieniądze. „Denim blue” to w pewnym sensie powieść inicjacyjna. W pogoni za swoim marzeniem Zyga poznaje życie od rozmaitych stron, z którymi uczeń ostatnich klas podstawówki na ogól nie miewał do czynienia i dzięki temu dorasta.
Lubię w tej książce postać ciotki, bo takich kobiet już teraz nie ma, a pamiętam je z domów, w których wtedy bywałam. Samotne wiejskie kobiety, bezdzietne wdowy albo stare panny, które mieszkały kątem u dalszej rodziny w mieście i pomagały w domu i opiece nad dziećmi. Zyga bardzo kochał ciotkę, bo gdy chorował opowiadała mu o wojnie i o Niemcach, jak to wujek zawsze zdołał ich wyprowadzić w pole i tylko raz mu się nie udało, i biedak został w polu. Ta niepiśmienna kobieta, która nowohuckim ciasnym mieszkaniu siostrzeńca spała w przedpokoju, a na każdą wzmiankę o tym, że może wybuchnąć kolejna wojna szła do kolejki zrobić zapasy cukru, ma w sobie mądrość prostego, doświadczonego życiem człowieka. Z całej tej książki chyba najlepiej zapamiętałam historię z jej chustą, wzruszyła mnie ona bardzo.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła w niej okazji do historykowania. Określenie to stworzyła moja Najmłodsza i oznacza ono wszystkie te sytuacje, kiedy albo ja albo Najstarsza, która też jest historyczką, albo obie razem i z udziałem ich Taty jeszcze 😉 , zaczynamy zbytnio analizować filmy czy książki, które dzieją się w przeszłości i czepiać się (jej zdaniem niepotrzebnie) niezgodności z faktami i realiami.
Pohistorykuję więc sobie trochę i poskarżę się, że sporym dyskomfortem podczas lektury „Denim blue” było dla mnie dość swobodne obchodzenie się autorki z realiami życia w PRL, które powodowało, że nie bardzo mogłam umieścić tę historię w konkretnym czasie. Rozumiem, że chodziło o przekazanie wiedzy o życiu w tamtych czasach i umieszczenie w tekście jak największej ilości ciekawostek i artefaktów (z wyjaśnieniami w przypisach), ale nie mogę się oprzeć poczuciu, że jest to ahistoryczne. W kilku recenzjach, które znalazłam w sieci, czas akcji określony jest na lata siedemdziesiąte i rzeczywiście sporo by na to wskazywało, gdyby nie to, że od czasu do czasu pojawia się tam coś, co już się wtedy zdarzyć nie mogło. Jeśli miałabym umieścić te kilka lat akcji książki konkretnie w czasie, powiedziałabym, że trwały one gdzieś od połowy lat pięćdziesiątych (bo w tekście pojawia się wzmianka o ZMP rozwiązanym w 1956 roku i bikiniarzach) do późnych siedemdziesiątych (raczej przed 1976, bo wtedy wprowadzono kartki na cukier). Można by uznać, że dla współczesnych nastolatków nie ma to większego znaczenia i potraktować tę książkę jako swoistą propedeutykę wiedzy o życiu w PRL, ale ja tak nie potrafię.
Pozostawia ona czytelnikowi wrażenie, że życie w PRL było stanem constans trwającym kilkadziesiąt lat, a przecież tak nie było – także w kwestii kluczowej dla akcji czyli dostępności dżinsów (i innych towarów z tzw. Zachodu), handlu walutą i sklepów, w których można było kupować za tzw. bony. Szkoda, że autorka nie zechciała opowiedzieć tej historii tak, żeby zachować jej sens i uszanować realia 😦
Katarzyna Ryrych „Denim blue” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2015