Bajka o szczęściu

Bajka o szczęściu

Wpis z 16 marca 2006 roku:

Dawno, dawno temu, na skraju olbrzymiego lasu stała niewielka chatka. Mieszkał w niej staruszek z prosięciem, kogucikiem i myszką.

Dziadek uwielbiał wygrzewać się na słońcu, prosiaczek taplać w błocie, kogucik podskakiwać i trzepotać piórkami, a myszka chrobotać. Żyło im się całkiem przyjemnie i bardzo się lubili.

Aż tu pewnego razu przed samotną chatkę zajechał z wielkim hałasem kolorowy wózek zaprzężony w osiołka…

Tym wózkiem wjechał w ich życie handlarz starzyzną. Póty tłumaczył i namawiał, aż wreszcie przekonał Dziadka, że do pełni szczęścia brakuje mu kilku rzeczy. Ten niewiele myśląc wymienił swoich przyjaciół na przedmioty: fajkę, nożyk i tabakierkę. Wszystkie były śliczne i błyszczące, ale on wcale nie był z tego powodu szczęśliwszy. Wręcz przeciwnie.

Świat, w którym żyjemy, wkłada wiele wysiłku w tłumaczenie nam, że bardzo potrzebujemy wciąż nowych przedmiotów. Sklepy pełne są jeszcze lepszych wersji tego, co już mamy. Wszystko oczywiście jest najwspanialsze i niepowtarzalne, choć powielane w tysiącach sztuk. Sens współczesnego życia nie polega na korzystaniu z rzeczy już posiadanych, tylko na dążeniu do posiadania następnych.

Dzieciństwo, które przypadło w udziale naszym dzieciom, w coraz większym stopniu składa się z reklam – wylewających się z dziecięcych gazetek i wciskających się w środek dobranocki. Zanim uda im się obejrzeć jakikolwiek film, zostaną poinformowane o kilku innych, które też muszą konieczne zobaczyć czyli namówić rodziców na kupno kasety (płyty, biletu do kina – niepotrzebne skreślić 😉 ), że o całej masie gadżetów z nimi związanych nie wspomnę.

“Bajka o szczęściu” to mały moralitet, uczący nas, że tego, co naprawdę ważne, nie można kupić za żadne pieniądze. Dziadkowi udaje się w końcu odzyskać (nie odkupić !!!) przyjaciół, ale w życiu takie historie rzadko kończą się happy endem.

Ta książka została wydana przez wydawnictwo Ezop w pięknej serii “Z zebrą”. Składają się na nią książki mądre, pięknie ilustrowane (ta – przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch) i niezwykle starannie wydane – wszystkie z przyjemnością czytałam moim córkom.

“Bajka o szczęściu”stała się również kanwą przedstawienia w warszawskim teatrze “Baj”. Warto wybrać się na nie – jest spokojne, proste i czytelne w przesłaniu i adresowane (tak jak książka) do starszych przedszkolaków. (Edit: w repertuarze Teatru Baj już go nie ma, ale widzę, że tę baśń wystawiały tez inne teatry – m.in. Pleciuga w Szczecinie i Opolski Teatr Lalki i Aktora)

Izabela Degórska “Bajka o szczęściu”, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd. Ezop, Warszawa 2003

BFG czyli BFO czy Wielkomilud ?

BFG czyli BFO czy Wielkomilud ?

Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Tłumacza, więc przyszło mi do głowy, że warto z tej okazji przypomnieć ten wpis z 3 lipca 2007 roku, bo chyba w żadnym innym przypadku nie poświęciłam takiej uwagi własnie pracy tłumaczy:

Była noc i wszystkie dzieci w sierocińcu już spały. Tylko jedna mała dziewczynka nie mogła zasnąć – przeszkadzał jej w tym promień księżycowego światła wpadający przez szparę w zasłonach. Chciała je zasunąć, więc wstała i wyjrzała przez okno na uśpioną ulicę. Nagle usłyszała kroki. Nie mógł być to człowiek – wykluczone. Stwór ten był cztery razy wyższy od najwyższego człowieka, tek wysoki, że głową sięgał ponad okna pierwszego piętra. Kiedy zorientował się, że dziewczynka go zobaczyła, wsunął rękę przez okno, zabrał ją zawiniętą w kołdrę i oddalił się wielkimi krokami…

Tym stworem był BFG, a tego, dokąd ją zabrał i co było dalej, można dowiedzieć się z książki. Tylko której ? Patrząc na te dwie okładki trudno się od razu domyślić, że jest to ta sama książka. Kolejna, którą mogę zaliczyć do kontrowersyjnych – tym razem z powodu tego, co robili z nią polscy wydawcy.

Po raz pierwszy ukazała się w Polsce jako „Wielkomilud”. Tytuł miły, tylko dlaczego tak odmienny od oryginalnego ? We wszystkich przekładach na inne języki, które udało mi się znaleźć brzmiał on nadal „BFG”.

„Wielkomiluda” zilustrował Franciszek Maśluszczak – twórca niewątpliwie wybitny. Dlaczego jednak nie skorzystano z kanonicznych ilustracji Quentina Blake’a ? Blake był przyjacielem Dahla, pracowali razem przez 15 lat, aż do śmierci pisarza. Te ilustracje zostały przez autora zaakceptowane – takiego BFG sobie wymyślił.

Bardzo cenię twórczość Franciszka Maśluszczaka, ale moim zdaniem jego wizje nie pasują do treści książki. Nie są też odpowiednie dla dzieci. Środkową z moich córek skutecznie zniechęciły do tej lektury. Sposób w jakim deformują rzeczywistość – o ile w pewnym stopniu uzasadniony jest tam, gdzie rzecz dzieje się w ponurej krainie olbrzymów – już w części londyńskiej, która dzieje się Pałacu Buckingham, nie ma sensu. U Blake’a Królowa wygląda tak, jak wyglądać powinna – czyli jak prawdziwa angielska dama, jak królowa Elżbieta.

BFG to przecież Big Friendly Giant. O Wielkomiludzie Maśluszczaka można wiele rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie wygląda przyjacielsko. Co innego BFG Blake’a – to jest naprawdę sympatyczny potwór ! W pierwszym odruchu chciałam napisać, że ma miłe oczy, ale przyjrzałam mu się jeszcze raz i zauważyłam, że przecież jego oczy to kropeczki. A jednak te kropeczki patrzą ciepło i serdecznie. Wielkomilud ma oczy smutne. Smutne to w ogóle jedyne określenie, jakie nasuwa mi się na widok tych ilustracji. Dlaczego takie, skoro BFG jest stworem opiekuńczym i wielkodusznym, a książka o nim – pełna ciepła i śmieszna ? Zastanawiam się – po co robić jeszcze raz tylko gorzej coś, co ktoś już zrobił lepiej ?

Po raz drugi po „BFG” sięgnęło poznańskie wydawnictwo „Zysk i S-ka” wydając całą serię książek Roalda Dahla. Na pierwszy rzut oka to wydanie robi dużo lepsze wrażenie – dzięki tytułowi, który już się bardziej kojarzy z oryginałem, i ilustracjom Blake’a. Niestety potem jest już tylko gorzej 😦

Ta książka to ogromne wyzwanie dla tłumacza, bo BFG mówi w sposób bardzo specyficzny (inne olbrzymy też). Przekręca słowa, kaleczy składnię, tworzy rozmaite neologizmy. Jerzy Łoziński, tłumacząc„BFO”, miał podwójnie trudne zadanie, bo dodatkowo musiał jeszcze zrobić to inaczej niż Michał Kłobukowski w „Wielkomiludzie”. Efekty tego są różne. Czasem powstały wersje równorzędne jak w przypadku warzyny i jarzywa. W niektórych przypadkach zdania są podzielone – mi np. bardziej podobają się durnialuki, ale baniałupy też mają swoich zwolenników. Czasami jednak nie dało się znaleźć nic dorównującego pomysłowi poprzednika. Przykład jeden z wielu – napój gazowany, który piją olbrzymy to w „Wielkomiludzie”  bąbliżada (z brąbelkami). U BFO piją one podniachę (z bzy bzy) i to już nie jest to. W „BFO” brakuje mi tej nuty poezji, którą miał „Wielkomilud”. Nie znalazłam też tam takich perełek językowych jak: ksztyliony , każdziuteńkie każdziuteniectwo (a nie najszczególniejszy drobnik), tędy i szwędy czy co diabli, to ponagli, które niepostrzeżenie weszły do mojego języka.

Kiedy wiele lat temu pojawiła się nowa wersja Kubusia Puchatka czyli Fredzia Phi Phi, praca tłumaczki została przez kogoś skwitowana jako kawał roboty ze słownikiem w ręku odwalony zupełnie niepotrzebnie. Tu jest podobnie. Zastanawiam się – po co robić jeszcze raz tylko gorzej coś, co ktoś już zrobił lepiej ?

A więc – BFG czyli Wielkomilud czy BFO ?

Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało 😉 Jeśli nie mam szans na edycję marzeń – z tytułem Roalda Dahla, tekstem w przekładzie Michała Kłobukowskiego i ilustracjami Quentina Blake’a, to z bólem serca wybiorę „Wielkomiluda”. W książce jednak najważniejszy jest tekst – przecież służy ona do czytania.

Roald Dahl „Wielkomilud”, przekł.: Michał Kłobukowski, ilustr.: Franciszek Maśluszczak, wyd.: GIG, Warszawa 1991

Roald Dahl „BFO”, przekł.: Jerzy Łoziński, ilustr.: Quentin Blake, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2003

Żeby kwestię jeszcze bardziej skomplikować, juz po ekranizacji tej książki Dahla ukazała się w Polsce jej kolejna wersja. Tym razem pod tytułem „BFG – Bardzo Fajny Gigant” wydało ją Wydawnictwo Znak, a przełożyła ją na nowo Katarzyna Szczepańska – Kowalczuk. Niestety również ten przekład (a przynajmniej te fragmenty, które miałam okazję przeczytać w sieci) nie zachwycił mnie tak, jak „Wielkomilud”. Nie wiem też, jak brzmiała polska lista dialogowa w ekranizacji.

Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie

Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie

Wpis z 2 stycznia 2017 roku:

To pierwotnie miała być recenzja „Bombki z gwiazdką” tych samych autorek – książki, która urzekła mnie wizualnie i ciut rozczarowała swoją treścią, ale wir remontu porwał mnie niczym tornado Dorotkę do krainy Oz i wypluł tuż przed Wigilią. Nie zdążyłam, a do następnych Świąt jeszcze sporo czasu. Przy okazji sięgnęłam także do innych książek Maliny Prześlugi i…

…„Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie” zafascynowała mnie tytułem.

Dlaczego jestem rozczarowany ? Bo odbyłem już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratowałem dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o mnie nie pamięta ! Dlatego, choć żyję w świecie czarów, jestem bardzo rozczarowany.

Ta książka to bajka na opak, bo w jej centrum jest ktoś, kto w najlepszym razie bywa bohaterem drugiego planu, także wtedy, gdy jest na pierwszym. Natomiast Królewna, na ratunek której wyrusza, nawet jeśli się gdzieś pojawia, to jej obecność nie jest dla akcji kluczowa i na ogół wcale się się jej nie dostrzega.

Ilustracje Jagi Słowińskiej też są takie.. ciut jakby odjechane ;-), mocno szalone i trochę psychodeliczne

A jednak, mimo nietypowych bohaterów i zwariowanych ilustracji w tej bajce wszystko jest tak, jak trzeba – i królewna w opałach, i rycerz, który spieszy jej z pomocą, dokonując przy tym czynów niebywałych. W dodatku kończy się tak, jak każda porządna bajka kończyć się powinna, czyli…

[ UWAGA – SPOILER !!! ]

I żyli długo i szczęśliwie.

A to jest przecież w bajkach najważniejsze. 🙂

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie”, wyd.: TASHKA, Warszawa 2016

Królewna

Królewna

Wpis z 13 grudnia 2015 roku:

Królewna pojawiła się na podwórku zupełnie niespodziewanie. Dzieci zajęte zabawą zapewne w ogóle nie zwróciłyby na nią uwagi, gdyby nie korona, która – piękna i błyszcząca – połyskiwała w słońcu mnóstwem tęczowych kamyków.

Natomiast sama królewna nie była zbyt ładna – taka jakaś blada, chuda i dość ponura. Stała w rogu podwórka pod trzepakiem, jakby na coś czekała. Dzieci przerwały zabawę i zaczęły wpatrywać się w królewnę z zaciekawieniem

– To omam bajkowy, pojawia się, gdy czyta się za dużo książek – stwierdziła Kasia. – Nie zwracajmy na nią uwagi, to zaraz zniknie...

Ostatnio wpadł mi w oko na Facebooku mem ze słowami: Nie ma czegoś takiego jak „za dużo książek”. Może być tylko „za mało półek”. Nieprawda – sytuacja za dużo książek występuje wtedy, kiedy na własnych półkach nie jesteśmy w stanie znaleźć książki, która jest nam potrzebna i która na pewno gdzieś na nich jest. Czasem łatwiej jest wtedy wypożyczyć ją z biblioteki 😉 Taki właśnie problem miałam dziś, kiedy usiłowałam zlokalizować w domu poprzednie wydanie „Królewny” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel – z ilustracjami Ewy Poklewskiej – Koziełło. Wtedy ukazała się równolegle z „Gęboludem”.

Teraz jej nie znalazłam, więc muszę polegać na własnej pamięci i ilustracjach zamieszczonych na stronie wydawnictwa. Trudno mi porównywać te dwie kreski – Marianny Oklejak i Ewy Poklewskiej – Koziełło, ale mimo że tak różne, to i jedne ilustracje, i drugie moim zdaniem dobrze ilustrują tę historię. Nie potrafię wybrać, które bardziej pasują.

ilustr. Marianna Oklejak
ilustr. Ewa Poklewska – Koziełło

Kiedy wróciłam do „Królewny” po latach, moją pierwszą myślą było to, że znane mi dzisiejsze dzieci, będą się w niej utożsamiać raczej z Królewną niż z Kasią, Szymonem, Martą i resztą towarzystwa z podwórka. One już właściwie nie znają takich swobodnych zabaw podwórkowych. Na placach zabaw widzę maluchy pod opieką dorosłych. Starsze dzieci (takie już bardziej szkolne) czas wolny od lekcji spędzają albo na zajęciach dodatkowych albo w domach przed komputerami czy tabletami. Nawet gdyby znalazły czas, żeby wyjść pobawić się na dworze, to trudno go zsynchronizować z zajęciami innych i po prostu nie ma się z kim bawić. Sekrety ze szkiełek i sreberek od czekolady, grę w kapsle czy nawet skakanie przez gumę niedługo znać będą tylko z książek czy filmów. Podobnie jak kłótnie o to, kto wygrał w klasy czy cztery ognie i mozolne dochodzenie do kompromisów bez ingerencji opiekunów.

Więc może nauka, jaka z tej książki płynie – że to nie drogie zabawki i fachowa opieka są w dzieciństwie potrzebne do szczęścia – jest bardziej dla dorosłych niż dla dzieci ???

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Ewa Poklewska – Koziełło, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2004

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

Wpis z 5 października 2008 roku:

Zaczyna się jak każda bajka: była sobie Królewna (całkiem ładna, inteligentna i zdolna) i był sobie oczywiście Piękny Książę. Spotkali się i pokochali, a potem…

Potem powinno paść sakramentalne: i żyli długo i szczęśliwie…

Tak przynajmniej kończą się normalne bajki.

Ale ta – nie.

Ta bajka jest inna niż wszystkie, ponieważ tak naprawdę zaczyna sie tam, gdzie inne się kończą.

„O słodkiej królewnie…” to opowieść o związku dwojga ludzi i o tym, jak on sie zmienia. Pokazuje moment zakochania z całą jego irracjonalnością – bo czy tak naprawdę jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego, dlaczego właśnie w tym momencie i dlaczego właśnie w tej osobie ? Potem mamy etap fruwania nad ziemią (na skrzydłach miłości oczywiście) oraz nieuchronne twarde lądowanie, kiedy (również nieuchronnie) pojawia się Nuda i Wątpliwości. Bo gdy pojawiają się Wątpliwości, to nic już nie jest takie samo jak przedtem. A jeszcze potem…

Roksana Jędrzejewska – Wróbel oferuje czytelnikom aż trzy zakończenia i sami możemy zdecydować, co będzie potem. Możemy też wymyślić własne. Żadne z nich nie jest happy endem, bo pod tym określeniem rozumiemy na ogół szczęście, które przychodzi samo, bez wysiłku. Nawet rozwiązanie drugie (to z założenia najszczęśliwsze) wymaga od Królewny i Księcia gotowości do zmian i pracy nad sobą. Uświadamia też ważną prawdę, że aby podobać się innym musimy najpierw podobać się sobie samym i samych siebie polubić.

Najmłodsza z moich córek wybrała właśnie zakończenie drugie czyli to w którym Królewna z Księciem podejmują próbę uratowania miłości i potem pielęgnują ją troskliwie. Mam nadzieję, ze dzięki temu łatwiej jej będzie zrozumieć, że my – rodzice czasem potrzebujemy samotności we dwoje, bez dzieci 😉

Pięcioletni Leo, którego rodzice właśnie się rozwiedli, odebrał tę książkę inaczej. Jego Mama napisała na jednym z forów dla rodziców: Na początku Leo w ogóle nie chciał, żebym ją czytała. Po pierwszych stronach kazał mi przerywać. Dopiero niedawno dotarliśmy do końca. Leo zawsze wybiera jedno i to samo zakończenie – pierwsze. I tak sobie myślę, jak wiele ten jego wybór mówi o jego oczekiwaniach. Zburzyliśmy jego świat. Tylko to się liczy. Że sami mamy własne chciejstwa i niechciejstwa – on jeszcze nie dostrzega.

„O słodkiej królewnie…” to moim zdaniem książka dla dzieci nieco starszych niż sugerowałby to jej rozmiar oraz baśniowy entourage. Świadczą o tym również ilustracje Agnieszki Żelewskiej – bardziej schematyczne i pozornie mniej dopracowane niż w innych książkach przez nią ilustrowanych (np. w  ”Gęboludzie”,  ”Rynnie” czy „Bajkach na krótką metę”). Jest to książka dla dzieci, których rodzice są na wszystkich etapach związku opisanych w niej – bo (mam nadzieję) pomaga zrozumieć, dlaczego jest tak, jak jest. Warto, żeby przeczytali ją również dorośli, ponieważ w krótkich słowach zmusza do zastanowienia nad tym, gdzie jesteśmy i dlaczego jest tak jak jest.

Myślę że powinna być ona obowiązkową lekturą dla narzeczonych. Uświadamia bowiem, że zakochanie nie jest stanem wiecznym, a miłość, której owo zakochanie jest początkiem, nie jest nam dana na zawsze i wymaga troskliwej pielęgnacji.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „O słodkiej królewnie i pięknym księciu. Opowieść z 3 zakończeniami do wyboru”,  ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2008

Księżniczka Koronka i książę Hafcik

Księżniczka Koronka i książę Hafcik

Wpis z 22 marca 2013 roku:

Gdzieś między „Hobbitem” a kolejnym tomem cyklu „Heartland” Najmłodsza z córek wyraziła pragnienie przeczytania „Romea i Julii”. W pierwszym odruchu zgłosiłam wątpliwość, czy jest to odpowiednia literatura dla trzynastolatki, ale szybko przypomniałam sobie, że jej szekspirowska imienniczka była tylko niewiele starsza.

I tak to u nas w domu jest, że trzynastolatka czyta Szekspira, natomiast jej matka – „Księżniczkę Koronkę i Księcia Hafcika” Liliany Bardijewskiej. A jak się nad tymi książkami dobrze zastanowiłam, to doszłam do wniosku, że obie są o tym samym, ale moja przynajmniej dobrze się kończy 😉

Dawno, dawno temu, a nawet jeszcze dawniej, na północ od południa rozciągało się Królestwo Koronek, białe, bialutkie, zimne, zimniutkie. Królowała w nim królowa Bielissima, calutka cała bielutka biała.

Zaś na południe od północy ciągnęło się wzdłuż i wszerz Królestwo Haftów, ciepłe cieplutkie, barwne barwniutkie. A królowała w nim Królowa Barwinessa, cała barwniutka, barwna calutka.

Miała królowa Bielissima ukochaną córkę, piękną jak płatek śniegu – księżniczkę Koronkę, całą caluśką białą bieluśką. (…) Zaś królowa Barwinessa miała ukochanego syna, pięknego jak malowanie, księcia Hafcika, całego calutkiego barwnego barwniutkiego.

I oto mamy koronkową Julię i haftowanego Romea, których połączyła miłość niepowstrzymana. Miłość tak wielka, że zdołała spruć mur dzielący zwaśnione królestwa ich matek.

Wymieszały wiatry dokładnie południe z północą, upał z mrozem, kolor z bielą ! Już nic nie było takie samo ! Patrzyli na to południowi poddani, patrzyła królowa Biellissima i wszyscy kraśnieli ze zdziwienia. Patrzyli na to północni poddani, patrzyła królowa Barwinessa i wszyscy bledli ze zdziwienia. Musieli przyznać – było pieknie i coraz piękniej. (…) A książę Hafcik i księżniczka Koronka trzymali się za ręce i świata poza sobą nie widzieli.

Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej jestem pewna, że powstała po to, aby mogła ją zilustrować Ewa Kozyra – Pawlak. Bo tylko ona jedna potrafi wyczarować taki koronkowo – gałgankowy świat. A ja oczywiście jak zwykle nie potrafiłam się mu oprzeć 🙂

Liliana Bardijewska „Księżniczka Koronka i książę Hafcik”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd. Literatura, Łódź 2012

Cudowna studzienka

Cudowna studzienka

Już najwyższa pora, żeby na półkach nowego Małego Pokoju stanęły znowu książki zilustrowane przez Elżbietę Wasiuczyńską. Dziś pierwsza z nich, o której pisałam 26 września 2014 roku:

„Cudowna studzienka” to książka zaiste cudowna 🙂

Pod bajdułem, pod prastarym, // co potężne ma konary, // i do nieba liśćmi sięga, // wśród korzeni, // w opuszczonej norze lisiej, // zapomniana leży księga. // Obszarpana, // mchem i próchnem przysypana, // lecz ma jeszcze całe karty // druk wcale niezatarty // – księga, która często śni się.

Cieszę się za każdym razem, kiedy na naszym rynku wydawniczym pojawiają się książki z baśniami spoza dominującego na nim twardego kanonu Braci Grimm i Andersena. Z odchodzącymi w zapomnienie baśniami, przekazywanymi dotychczas z pokolenia na pokolenie przekazem ustnym, opowiadanymi przez babcie, ciocie, mamy – książki takie jak „Bajarka opowiada” czy „Święta lipka”… A kiedy jeszcze są tak pięknie ilustrowane, radość moja nie zna granic.

„Cudowną studzienkę” kupiłam więc na niewidzianego, od razu, kiedy się ukazała, kierując się zaufaniem do dwóch nazwisk – Joanny Papuzińskiej, która dokonała wyboru baśni do tego zbioru oraz ilustrującej je Elżbiety Wasiuczyńskiej.

Szukam jej od lat czterdziestu // i wiem, że na pewno jest tu // w naszym kraju, // gdzieś ukryta, // chciałabym ją czytać, czytać…

Joanna Papuzińska, autorka wiersza „Pod bajdułem”, który tę książkę otwiera, tak napisała w posłowiu do niej: Kiedy jeszcze byłam młodocianą czytelniczką, nie rozstawałam się z potężnym czerwonym tomem „Bajarz polski”. Towarzyszył mi on wszędzie, na wakacjach, w podróżach, w chorobie i zdrowiu. A ponieważ życie nie było w tamtych czasach ani tak wygodne, ani tak spokojne jak dzisiaj, biedy „Bajarz” zapłacił spora cenę za tę tułaczkę. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej zniszczony, jego czerwona okładka – coraz bardziej obszarpana, a jego strony coraz bardziej sfatygowane i wytarte. Ale to nic. I tak był naszym ukochanym „Bajarzem”, którego nic nie mogło zastąpić.

Część z baśni zawartych w „Bajarzu” znalazła swoje miejsce w „Cudownej studzience”, ale są tam też inne, które wydały się pani Joannie najważniejsze, najciekawsze i te, które najbardziej przypadły jej do serca. Niektóre znamy wszyscy – jak tę o Smoku Wawelskim czy Złotej kaczce, ale inne czytałam po raz pierwszy albo kołatało mi się podczas lektury po głowie nikłe echo – jakbym kiedyś gdzieś już to słyszała.

Kupiłam tę książkę z myślą o prezencie gwiazdkowym dla czterolatki, ale od razu, kiedy do niej zajrzałam, zrozumiałam, że będzie ona jeszcze musiała na ten prezent poczekać. Język Gustawa Morcinka, Jana Kasprowicza czy Adolfa Dygasińskiego byłby dla niej jeszcze za trudny. Co prawda Joanna Papuzińska nieco uwspółcześniła pisownię i dodała słownik wyjaśniający niektóre archaizmy, ale, jak sama napisała: nie wszystkie, bo chciałam, żeby czytelnik mógł poczuć smak staropolskiej mowy. Myślę, że dobrym adresatem „Cudownej studzienki” będzie dziecko ok. 10 lat – czyli na tyle duże, aby już w miarę biegle czytać i rozumieć, że język współczesny różni się od tego używanego przed laty, ale jeszcze nie tak duże, żeby uznało, że jest na czytanie baśni zbyt nastoletnie 😉

Lecz nikt nie wie // o tym drzewie, // o bajdule. // Nikt nie słyszał nic w ogóle. // Tylko tyle, że jest stary, // że potężne ma konary, // że do nieba liśćmi sięga // i że pod nim leży księga.

Ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej – tym razem malowane, a nie szyte – też wskazują na to, że nie jest to książka dla małych dzieci, choć okładka może być myląca (mnie zmyliła !). To, co zobaczyłam w środku książki skojarzyło mi się z zespołem Mazowsze w tańcu 😉 – ta feeria żywych barw i migoczących przed oczami, nieco rozmazanych pasków. Ona sama, opowiadając o nich na swoim blogu, określiła ich styl jako łowiczyzm pasiasty i ta nazwa (podobna nieco do „Ślimaczyzmu w zarysie” z książki o ślimaku Kacperku ) bardzo mi się podoba.

W związku z ta książką i blogiem mam marzenie i może, jak się nim tutaj podzielę, to się spełni ? Otóż marzy mi się dorosła, autorska edycja tych baśni streszczonych mistrzowsko przez ich ilustratorkę. Jak by to wyglądało ? Voila – oto na przykład „Dąb albo barani kożuszek” albo „Żelazne trzewiczki” w mistrzowskiej interpretacji Elżbiety Wasiuczyńskiej. Proszę klikać i czytać !

A wydawnictwo Media Rodzina bardzo proszę, żeby możliwośc takiej edycji rozważyło życzliwie 🙂

„Cudowna studzienka. Baśnie polskie” (seria: Baśnie świata), wybór i opracowanie: Joanna Papuzińska, ilustr. Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013

Ale to jeszcze nie koniec !!! Co prawda książka moich marzeń nie ukazała się dotychczas, ale w odpowiedzi na ten wpis Ela popełniła bajkę specjalnie dla mnie. Takie są niespodziewane uroki życia blogera książkowego 🙂

Oto ona —> „O królewiczu – kmiotku, piesku Szczereczku, kotku Mruczku i czarodziejskim pierścieniu”

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

czyli nietypowa książka Widłaka, z nietypowymi ilustracjami Pawlaka i raczej nie dla dzieci –  jak powiedział o niej sam autor.

Wpis z 28 grudnia 2008 roku:

Wygląda jak stary kajet znaleziony gdzieś na strychu i pobieżnie oczyszczony z kurzu i pajęczyn. Czarna okładka, wytarta nieco na rogach, pożółkłe kartki, wyklejka w charakterystyczny, staroświecki wzorek, napisy w w kolorze starego złota… i tylko znaczki reklamowe na ostatniej okładce świadczą o tym, że rzecz jest całkiem współczesna.

A w środku – krasnale. W dziwnych nakryciach głowy – zupełnie nie przypominających czerwonych czapeczek do jakich przyzwyczaiły nas tradycyjne baśnie. Krasnale zadumane nad Sensem Wszystkiego. Krasnale tajemnicze – kryjące twarze pod rondami. Krasnale w Wielkich Kapeluszach.

Można je spotkać we Wrocławiu na fontannie przed Teatrem Lalek zaprojektowanej przez Pawła Pawlaka.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Zobaczyłem tę fontannę jeszcze przed jej uruchomieniem – powiedział Wojciech Widłak – i zrozumiałem, że każdy z tych krasnali jest osobą, każdy z nich ma swoją historię. A ja poczułem, że muszę te historie spisać.

Tak jak umiałem, opisałem osobników w kapeluszach oraz wierzbę i kota, po czym wysłałem tekst do Pawła. Po jakimś czasie Paweł przysłał mi coś, co uważał za szkice ilustracji, natomiast ja od razu miałem poczucie, że to są już niemal gotowe ilustracje. Paweł dał się przekonać, wycyzelował je oczywiście, dodał smaczków, pokropił złotem i szkice w końcu znalazły się w książce. Moje opowieści też są właściwie szkicami – w tym sensie, że zapraszają czytelnika do dopowiedzenia sobie różnych różności.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Wierzbownik, Spragniony, Karmiący Ptaki, Puszczający Stateczki, Parasolnik, Ogrodniczka, Niewidzialnik, Rapsodnik nie są jedynymi krasnalami we Wrocławiu.  Można je tam spotkać na każdym kroku.

Nic dziwnego – w końcu Wrocław to miasto Pomarańczowej Alternatywy , a ona zaczęła się właśnie od krasnoludków. W stanie wojennym wszystkie antysocjalistyczne hasła na murach (w rodzaju: TV KŁAMIE albo WRONA SKONA) były starannie zamazywane białą farbą i straszyły plamami wyraźnie odcinającymi się od brudnych tynków. Któregoś dnia… na tych białych plackach pojawiły się krasnoludki. Trochę koślawe, w krzywych czapeczkach, zaskakujące i absurdalne. Od tamtego czasu i tamtych krasnali minęło 25 lat, a Krasnale w Wielkich Kapeluszach różnią się od nich właściwie wszystkim. Są po prostu z innej epoki.

Podobno zdarzają się tacy, którzy uważają, że wszystkie Krasnale w Wielkich Kapeluszach są jednakowe. Sądzą po pozorach ! Wielkie kapelusze zdają się im podstawowym wyróżnikiem, cechą najważniejszą, dominującą i skazującą krasnale na duchową, intelektualną i uczuciową szarość. Niech ten, kto tak sądzi, ma się jednak na baczności bo sam siebie osądza !

Każdy może znaleźć wśród nich Krasnala, z którym łączy go powinowactwo duchowe. Takie własne, krasnalowe alter ego. Dla mnie jest nim rzecz jasna Wierzbownik, z jego pasją przeczytania wszystkich książek świata 😉 A dla Ciebie ?

„Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach [opowieść o fontannie] * spisał Wojciech Widłak dzięki uprzejmości Pawła Pawlaka i krasnala Raspodnika, zilustrował Paweł Pawlak”, wyd.: Format, Łagiewniki 2008

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMA – Astrid Lindgren Memorial Award – gratulacje !!!

Gębolud

Gębolud

Wpis z 4 marca 2017 roku:

Po raz pierwszy „Gębolud” ukazał się w 2004 roku nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Wtedy była to jedna z ukochanych książek mojej Najmłodszej. Potem wydało ją Wydawnictwo Literatura, a teraz wznowiło Wydawnictwo Bajka.

Ja także bardzo lubiłam historię Gęboluda i Pyzatej, a nawet pokusiłam się o jej własną interpretację:

Czy ktoś, kto urodził się w rodzinie strasznych czarnoksiężników może zostać w życiu kimś innym niż strasznym czarnoksiężnikiem? Nie ??? Nawet jeśli tak naprawdę to pragnie być ogrodnikiem, miłym panem, który lubi zwierzęta i dzieci ? Gdy zamiast mieszać śmierdzące czarne mazidła, chciałby hodować róże, a z ich pachnących płatków robić konfitury i olejek różany ? Niemożliwe ??? Możliwe, możliwe – jeśli tylko włączy się w tę sprawę dobra czarownica Hortensja i postawi na jego drodze małą pyzatą istotkę.

Czytałam Najmłodszej tę książeczkę wiele razy i widziałam w niej tylko sympatyczną historyjkę o miłym czarodzieju. Optymistyczną opowiastkę o tym, że dużo lepiej jest mieć kogoś do kochania, niż być samotnym i ponurym. I jeszcze – że w wysprzątanym i czystym domu jest dużo przyjemniej niż w brudzie i bałaganie. Sympatyczność tej książeczki dodatkowo podkreślają ciepłe, pastelowe ilustracje Agnieszki Żelewskiej, która jest etatową ilustratorką książek Roksany Jędrzejewskiej Wróbel (Najmłodsza najbardziej lubi ten obrazek, na którym Gębolud i myszka kąpią się – każde w swojej wannie, ale w identycznych pozach 😉 ).Dopiero ostatnio, kiedy kolejny raz przeczytałam słowa: Tatuś ? Jaki śliczny tatuś ! doznałam olśnienia – „Gębolud” to historia faceta, który zostaje ojcem.

Dochodzenie mężczyzny do ojcostwa jest zupełnie inne niż nasze, kobiece do macierzyństwa. Związek kobiety z dzieckiem jest naturalny i oczywisty, a w dodatku wspierają go hormony. Dla mężczyzny pojawienie się na świecie malucha (dość odległe w czasie od aktu poczęcia) ma w sobie posmak czarów. Pstryk i jest 😉 Zupełnie tak samo, jak w życiu Gęboluda pojawiła się Pyzata. Pojawiła się i wywróciła do góry nogami cały jego specyficznie uporządkowany świat. Wywróciła do góry nogami, a jemu wcale to nie przeszkadza. Nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie – jest bardzo zadowolony. To muszą być czary – bo jeśli nie one, to co ???

Moja recenzja doczekała się niespodziewanej dla mnie reakcji Autorki, która skomentowała ten wpis następująco:

Wow ! Ale dałaś. Historia o stawaniu się ojcem ! Ja chciałam chyba napisać o marzeniach, o buntowaniu się przeciwko stereotypom – „Tatuś był mógł to i ty powinieneś”. O tym, że każdy ma własną drogę i sensem zycia jest jej szukanie… To na poziomie świadomym chciałam. Ale co tam u autora w podświadomości piszczy, tego się on może dowiedzieć od recenzenta 🙂 Wielkie dzięki za taki pomysł, zawsze uważałam, że książki po wydaniu żyją własnym życiem, niezależnym od intencji autora. I jest w nich dokładnie to, co czytelnik zobaczy. Sama jako czytelniczka daję sobie takie prawo.

Pamiętam, że zrobiło mi się bardzo miło, kiedy to przeczytałam.

Agnieszka Żelewska, która ilustrowała także wydanie poprzednie, przygotowała do tego całkiem nowe ilustracje. Nie podejmę się nazwać techniki, w jakiej zostały one wykonane, miejscami robią wrażenie wyklejanki z papierowych wyrywanek. Trochę się tego obawiałam, na szczęście Gęboluda i Pyzatej nie sposób na nich nie poznać 😉 Ta wersja jest, powiedziałabym, nieco bardziej surowa niż poprzednia, i okładka, i początkowe ilustracje utrzymane są w gamie barw zdecydowanie odpowiadających stanowi domostwa naszego Czarodzieja sprzed zmian.

Ja jednak pozostanę wierna tamtym poprzednim, co nie zmienia faktu, że bardzo cieszę się z tego wznowienia, bo następne pokolenie zasługuje na to, żeby móc się zaprzyjaźnić z Gęboludem i Pyzatą 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Literatura Łódź 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Warszawa 2004

Mały Książę

Mały Książę

Zbliża się Dzień Dziecka i jest to jedyny czas w roku, kiedy kultura dla dzieci staje się tematem nieco mniej niszowym. Wczorajszy „Pegaz” był w całości jej poświęcony – jeśli ktoś chciałby go obejrzeć, zapraszam tutaj 😉
Jednym z zaproszonych gości był dr Michał Zając, który polecał tam nowe wydanie „Małego księcia” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego z ilustracjami Pawła Pawlaka. Mogę się pod tą rekomendacją podpisać oburęcznie 😉 

Wpis z 21 września 2018 roku:

W księgarniach kameralnych od jakiegoś czasu, a we wszystkich pozostałych od 3 października – „Mały Książę” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego i (co najważniejsze !!!) z nowymi ilustracjami Pawła Pawlaka.

Nie widziałam nigdy tej książki z innymi ilustracjami niż autorskie, nie wiem, czy w ogóle były, bo do niedawna chyba nie było to możliwe. Twórczość Antoine’a de Saint-Exupery’ego od 2015 roku jest w domenie publicznej na całym świecie z wyjątkiem Francji, gdzie ma on status poległego za Francję, co wydłużyło ich ochronę do 2044 roku.

„Mały Książę” nie był nigdy moją ukochaną książką i zapewne dlatego nie mam problemów z zaakceptowaniem go w tej wersji, ale wiem, że nie wszystkim przychodzi to łatwo. Z drugiej strony: przyzwyczaiłam się uważać wersję Saint-Exupery’ego za dzieło autorskie – kompletne i skończone, a pewną nieporadność ilustracji za uzasadnioną i wynikającą z tekstu. Chyba nigdy wcześniej nie przyszło mi w ogóle do głowy, że można widzieć Małego Księcia inaczej niż w niebieskim płaszczu do ziemi, mimo że w książce jego wygląd nie został wcale opisany.

Odwagę Pawła Pawlaka, żeby się zmierzyć z tym kanonicznym wizerunkiem przyjęłam z zaskoczeniem, które potem zmieniło się w podziw. On sam tak mówił o tym w wywiadzie dla „Książek dla dzieci i młodszych dorosłych”, dodatku do dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania” :

– Bałeś się ?

Przeilustrować kanon? Nie podjąłbym się zilustrowania „Muminków”. Podobnie jak „Kubusia Puchatka” – ilustracje Ernesta Sheparda czy Tove Jansson są nie tylko kanoniczne, ale też perfekcyjne.

– A w „Małym Księciu” nie?

Muszę to powiedzieć, niezależnie od tego, jak to zabrzmi: to są złe ilustracje. Widzę w nich nieporadność, ale przede wszystkim brak emocji. Spójrz, oczy Małego Księcia są na nich puste. A przecież to emocje budują związek między oglądającym a książką.

– A jednak reprodukowane są przez pół świata – znajdziesz je nie tylko w książkach, ale także na notesach, koszulkach, a nawet butach.

Ale zwróć uwagę, że większość tych ilustracji jest uśliczniona. Kolory są mocniejsze, formy wyrazistsze, oczka bardziej niebieskie. Na stronie nowojorskiego Morgan Library & Museum, w którym jest przechowywany rękopis „Małego Księcia”, można obejrzeć oryginały Saint-Exupery’ego. One mają jeszcze słabsze, bledsze, bardziej bure kolory niż te, które znamy choćby z polskich wydań. (…)

Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie: kim mam być wobec tekstu? Uznałem, że siłą rzeczy muszę zostać barbarzyńcą, który wyszturchnie Saint-Exupery’ego z jego własnej książki i nada jej całkiem inny charakter…

To się udało – ilustracje Pawła Pawlaka w żadnym miejscu nie kojarzą się z oryginalnymi, są zupełnie inne. Nawet wąż zamknięty, który u Saint-Exupery’ego wygląda jak kapelusz typu fedora, tutaj jest bardziej melonikiem 😉 Dominującymi kształtami są w nich trójkąty i koła. Te pierwsze, nieprzytulnie kanciaste są wszędzie tam, gdzie jest nieprzyjaźnie i groźnie. Drugie wiążą się z miłością i bezpieczeństwem. Okrągła jest piękna ukochana Księcia – róża, okrągłe są planety, przez które wędruje, w okrąg także wpisane jest uczucie, które połączyło pilota z chłopcem.

Dzięki temu, że są tak inne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni, te ilustracje pozwalają spojrzeć inaczej na całą tę historię. Warto dać sobie na to szansę…

Antoine de Saint-Exupery „Mały Książę”, przekł.: Henryk Woźniakowski, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Znak, Kraków 2018

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMA – Astrid Lindgren Memorial Award – gratulacje !!!