Skandynawskie skrzywienie w naszej rodzinie zdecydowanie jest dziedziczne. Korzystając z przywileju maturzystów, jakim są wakacje we wrześniu (jeszcze nieobciążone myśleniem o sesji poprawkowej 😉 ) w zeszłym tygodniu Najstarsza z moich córek spędziła kilka dni w Sztokholmie. Bardzo dużo zwiedzała i nie byłaby moją córką, gdyby przy tej okazji nie odwiedziła także Junibacken czyli Czerwcowego Wzgórza – jedynej w swoim rodzaju księgarni połączonej z muzeum literatury dziecięcej i miejscem zabaw. Mimo dość (jak na ten rodzaj literatury oczywiście ) zaawansowanego wieku, wróciła zachwycona. Jej Towarzysz Podróży – nieco mniej, ale cóż – podobno przeczytał tylko dwie czy trzy książki Astrid Lindgren, więc trudno się dziwić, że nie poczuł atmosfery.
Przywiozła mi stamtąd taką książkę:
– przewodnik po podróży pociągiem przez świat książek Astrid Lindgren od Czerwcowego Wzgórza do Nangilimy. Dziękuję córeczko !!!
Młodsze siostry obdarowane zostały pasiastymi, biało – czerwonymi lizakami. Ten prezent przypomniał mi, że w Vimmerby, w Świecie Astrid Lindgren również sprzedawano takie dwukolorowe, pasiaste cukierki, ale my wtedy nie wiedzieliśmy – dlaczego ? Nie mogliśmy wiedzieć, bo nie znaliśmy jeszcze historii dzielnej Kajsy, która właśnie takie cukierki sprzedawała na bożonarodzeniowym jarmarku. Książka, zawierająca to opowiadanie ukazała się w Polsce już po naszym powrocie. W dodatku – w angielskim przewodniku po Świecie Astrid Lindgren ta postać nazywała się Brenda Brave, co trochę utrudniło mi skojarzenie.
Kiedy tuż przed Bożym Narodzeniem Babcia Kajsy złamała nogę, wydawało się, że nie będzie żadnych Świąt. Tymczasem dzielna Kajsa nie tylko poradziła sobie z domowymi porządkami, ale także zdołała sprzedać na jarmarku wszystkie świąteczne cukierki, które Babcia przygotowała…
Oprócz „Dzielnej Kajsy” w książce pod tym tytułem znajduje się jeszcze osiem opowiadań – bohaterami wszystkich są dzieci żyjące w czasach dzieciństwa autorki, a nawet wczesniej. Wydaje mi się, że bohater historii „Trochę o Samelauguście” nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak ojciec autorki. Ten zbiór to kolejna, wydana przez Naszą Księgarnię, książka Astrid Lindgren, która zaliczam do kontrowersyjnych, ponieważ radykalnie rozmija się ze swoim (że się tak nowocześnie wyrażę ) targetem. Wbrew temu, co napisane jest na okładce, większość opowiadań adresowanych jest do dzieci zdecydowanie młodszych niż sześcioletnie.
Z
jednej strony – takie maluchy mogą mieć trudność ze
zrozumieniem wielu spośród opisywanych tam realiów życia na
szwedzkiej wsi sto lat temu. Z drugiej – potrzebują zupełnie innej
proporcji ilustracji do tekstu niż to ma miejsce tutaj. I najlepiej
by było, żeby te ilustracje były kolorowe….
Dlatego bardzo żałuję, że historia Kajsy nie ukazała się jako oddzielna książeczka z ilustracjami Ilon Wikland – o taka
ale może „Zakamarki” nadrobią ten brak ? To taka ciepła i optymistyczna historia w świątecznym nastroju. Aż chciałoby się ją znaleźć pod choinką…
P. S. Warto wspomnieć, że jedno z opowiadań – „Marit” dotyka problemu śmierci – nie tak baśniowo jak „Bracia Lwie Serce”, i nie tak rozdzierająco smutno jak w „Południowej łące” – ale lepiej o tym wiedzieć, zanim się zacznie to czytać z dziećmi.
Astrid Lindgren „Dzielna Kajsa”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ingrid Vang Nyman, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008
Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.
Wpis z 9 lipca 2007 roku:
Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.
Na
śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola
ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem.
Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe
wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy
samochodu dostawczego.
Czytałam
tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie
nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami
spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości
życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co
stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?
Czy
moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy
pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na
świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?–
zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy
zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali
znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego
? W
pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie
przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie
będzie im już towarzyszyła Mama.
Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.
Jakiś czas temu napisałam o innej książce: Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…
Kiedy
ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z
córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna
scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza
wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było
już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy
się kochać…
Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania. Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy. „Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…
Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.
Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002
Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014
Dziś na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach odbędzie się pogrzeb kapitana harcmistrza Ryszarda Białousa „Jerzego”. 27 lat po śmierci dowódca batalionu harcerskiego „Zośka” spocznie wreszcie wśród swoich żołnierzy. Jego krzyż harcerski na urnie z prochami zrobił na mnie duże wrażenie.
Od książek Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec” i „Zośka i Parasol” zaczęło się moje zainteresowanie historią, Szarymi Szeregami, Powstaniem Warszawskim. Były dla mnie ogromnie ważne, mam do nich bardzo osobisty stosunek i dlatego 2 kwietnia 2014 roku, po obejrzeniu ekranizacji pierwszej z nich, napisałam taki nietypowy jak na tematykę tego bloga wpis:
Tym razem nie będzie o książce tylko o filmie – tak przy okazji, bo „Kamienie na szaniec” ukazały się właśnie z filmową okładką i zdjęciami z filmu w środku.
Podobno statystycznym widzem amerykańskiego kina klasy B jest nastoletni afroamerykański analfabeta z wielkomiejskiego slamsu. Natomiast odbiorcą, do którego adresowane są polskie filmy historyczne i adaptacje dzieł naszej literatury jest zapewne przeciętny gimnazjalista doprowadzony do kina przez szkołę. Zdaję więc sobie doskonale sprawę, że, jako córka harcerza Szarych Szeregów i środkowe ogniowo w trzypokoleniowym łańcuchu harcerek w naszej rodzinie, a w dodatku absolwentka studiów historycznych, nie jestem targetem „Kamieni na szaniec”. Nie dla mnie kręcono ten film. Ponieważ jednak w grupie docelowej mieści się przynajmniej jedna z moich córek – pozwolę sobie spojrzeć na ten film oczyma Matki Targetu 🙂
Z różnych stron dobiegają mnie głosy, że film może nie jest wybitny, ale jest wystarczająco dobry, bo robi wrażenie na młodzieży i jest ilustracją słów Jana Stanisława Jankowskiego Delegata Rządu na Kraj, które stały się mottem Muzeum Powstania Warszawskiego: Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać. Czyli program minimum został zrealizowany – ale ja się zastanawiam, dlaczego tylko tyle ?
A
poza tym – dlaczego film noszący tytuł książki Aleksandra
Kamińskiego, która wywarła wpływ na kilka pokoleń Polaków i
opowiadający o wydarzeniach i postaciach autentycznych, co sugerują
choćby użyte tam ich imiona i nazwiska, pokazuje nam kogoś
zupełnie innego ??? O takim drobiazgu jak to, że Kamiński pisał o
trzech przyjaciołach nie wspominając…
Dlaczego jego twórcy uznali, że statystyczny gimnazjalista (w skrócie: SG) nie jest w stanie zrozumieć przekazu głębszego niż komiksowy, a żeby go poruszyć wystarczy zaserwować mu sceny tortur, które dorównają najbardziej krwawym grom komputerowym ? Dlaczego uznali, że aby zrozumiał i polubił bohaterów, trzeba ich sprowadzić do poziomu współczesnych nastolatków ? Gimnazjaliści, z którymi mam do czynienia, potrafią myśleć – trzeba im tylko dać szansę.
Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach. o niezapomnianych czasach 1939-1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy.
Posłuchajcie opowiadania o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia, których czyny i rozmach wycisnęły piętno na stolicy oraz rozeszły się echem po kraju, którzy w życie wcielić potrafili dwa wspaniałe ideały: BRATERSTWO i SŁUŻBĘ – tymi słowami rozpoczął „Kamienie na szaniec”Aleksander Kamiński.
Bohaterowie Kamińskiego – Alek, Rudy i Zośka należeli do elity intelektualnej swojego pokolenia. Skończyli jedną z najlepszych szkół średnich w Polsce i przed samą wojną zdali tzw. dużą maturę czyli osiągnęli wykształcenie jakie zdobywała wtedy mniejsza ilość osób niż obecnie szczyci się dyplomem wyższej uczelni. Wszyscy trzej czasie okupacji studiowali na tajnych kompletach, a poza tym czytali, myśleli, dyskutowali. Nie tylko o strzelaniu.
Marcel Sabat i Tomasz Ziętek mają po 25 lat – czyli że są od swoich bohaterów ciut starsi. Mirosław Konarowski i Cezary Morawski byli w tym samym wieku, gdy grali Zośkę i Rudego w filmie „Akcja pod Arsenałem”. Dlaczego więc patrząc na tych ostatnich widzę młodych mężczyzn, a w „Kamieniach na szaniec” trudno mi uwierzyć, że mają więcej niż 17 lat ? Notabene – kiedy tamten film wszedł na ekrany, ja sama byłam w wieku obecnych gimnazjalistów. Jego bohaterowie imponowali mi i czułam, że dorosnąć do nich nie będzie mi łatwo.
Myślę, że jest to problem, który dotyczy obecnych filmów historycznych, nie tylko polskich. Bierze się wnętrza i kostiumy z epoki, wymyśla się wydarzenia quasi-historyczne i wstawia w to bohaterów, którzy zachowują się i myślą całkiem współcześnie. Nieważne, czy mamy do czynienia z rzymskim gladiatorem, rycerzem krzyżowym, angielskim lordem z czasów wiktoriańskich czy harcerzem Szarych Szeregów. Jaki płynie z tego przekaz dla statystycznego widza (czy to amerykańskiego, czy polskiego) ? Otóż taki, że jedyny postęp jakiego dokonała ludzkość na przestrzeni wieków to postęp techniczny, a w sferze etyki, moralności i stosunków międzyludzkich (a także podejścia do kwestii inicjacji seksualnej 😉 ) nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń.
Alek, Rudy i Zośka byli harcerzami. Wychowankami przedwojennej „Pomarańczarni” i członkami konspiracyjnych Szarych Szeregów – jedynej w państwach okupowanych konspiracyjnej organizacji wychowawczej, co zostało umieszczone w napisach kończących film. Szkoda tylko, że to w żaden sposób nie wynika z zachowania jego bohaterów wcześniej – pomijając przedziwną scenę przysięgi AK, na której potrzeby ubierają się wszyscy w mundurki jak spod igły. Po trzech latach okupacji !!! Ta scena jest absurdalna z wielu powodów – tak absurdalna, że trudno z nią nawet dyskutować. Rozumiem jednak, że te mundurki były po to, aby wbić naszemu SG do głowy, to że film opowiada o harcerzach. Szkoda tylko, że w tym celu nie stworzono jakichś scen odwołujących się np. do przedwojennych obozów. Byłoby prościej i zgodnie z realiami.
W materiałach promocyjnych filmu jest napisane: Film nie jest tradycyjną adaptacją, ale autorskim, współczesnym komentarzem do literackiej opowieści, czym jak rozumiem jego twórcy bronią się przed podobnymi zarzutami. Uważam jednak, że o autorskim komentarzu i dyskusji z literacką wizją Kamińskiego można by mówić w sytuacji, gdy bohaterowie nazywaliby się np. Maryśka i Blondyn, a film nosiłby inny tytuł. Tylko że wtedy nie miał by on zagwarantowanej widowni tak długo, jak długo „Kamienie na szaniec” będą lekturą szkolną. Choć przyznam, że odczuwam pewną złośliwą satysfakcję na myśl o tym, że za czas jakiś, kiedy umilkną już echa burzy, którą film wywołał, jacyś leniwi gimnazjaliści, którym nie będzie się chciało czytać książki i ograniczą się do obejrzenia filmu, polegną na teście ze znajomości lektury 😉
I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc, // i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło. // Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką. // Czy to była kula, synku, czy to serce pękło ?
Gdyby film nie udawał, że jest ekranizacją, to być może zachwyciłaby mnie scena końcowa, w której na odległość strzału stają przed sobą dwaj młodzi, zakochani chłopcy, których dzieli tylko to, że jeden jest Polakiem, a drugi Niemcem. Piękna scena o antywojennej wymowie – szkoda tylko, że dla jej konceptu odebrano Zośce jego bohaterską śmierć w walce.
Zastanawiam się, którego z bohaterów autorzy filmu skrzywdzili najbardziej ? Lista jest długa, a wybór trudny. Czy Alka, który z równorzędnego bohatera stał się częścią tła ? Czy Zośkę, w którym nijak nie można zobaczyć tego charyzmatycznego, ujmującego i odpowiedzialnego przywódcy, o którym mówią ci, którzy go znali ? Czy Orszę ukazanego jako człowiek niepewny, wręcz strachliwy ? Czy może wreszcie majora Kiwerskiego, dowódcę Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej, o którym pada sugestia, że przez trzy dni chował się przed Orszą i Zośką udając, ze jest w Krakowie, aby uniknąć podjęcia decyzji o akcji ? A może Heńka, którego konsultant historyczny filmu profesor Grzegorz Nowik nazwał skrzywdzonym bohaterem „Kamieni na szaniec” i między innymi z tego powodu wycofał swoje nazwisko z napisów ?
W moim poczuciu najbardziej skrzywdzone zostały tam domy Rudego i Zośki – domy, które ich ukształtowały i wspierały, domy przesiąknięte patriotyzmem i poczuciem służby, ich głęboko zaangażowani w konspirację rodzice i siostry harcerki. A szczególnie profesor Józef Zawadzki, wspierający Szare Szeregi w ich działaniach wychowawczych także po śmierci Zośki jako przewodniczący Rady Wychowawczej – tu pokazany jako człowiek wręcz tchórzliwy i uwikłany w jakiś konflikt z synem. Rozumiem, że SG łatwiej jest zrozumieć bohatera skłóconego z rodzicami niż gotowego umrzeć za ojczyznę, ale chyba jednak nie o tym jest ten film ?
Smutno mi, gdy pomyślę, że kiedy nasz SG zobaczy ten film ponownie za lat kilkanaście, kiedy nie będzie już gimnazjalistą i (mam nadzieję !) będzie mądrzejszy niż teraz, to nie znajdzie w nim nic więcej niż za pierwszym razem. Bo niestety nic więcej tam nie ma…
Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014
P.S. Film „Akcja pod Arsenałem” jest na YouTube, warto go obejrzeć.
Życie człowieka składa się z decyzji. Czasem są one błahe, niekiedy zaś poważne, niosące nieodwracalne konsekwencje. Z tej książki możesz się dowiedzieć, przed jakimi wyborami stawali młodzi ludzie podczas Powstania Warszawskiego i jak wpływały one na dalsze losy tych osób, doprowadzając czasem nawet do śmierci. Każda z twoich decyzji będzie zmieniać bieg tej historii i prowadzić do innego zakończenia. Wydarzenia, w których będziesz brać udział, miały miejsce w rzeczywistości i przytrafiły się prawdziwym ludziom.
Nie jestem targetem tej książki, nie wychowałam się na grach komputerowych i zdecydowanie preferuję słowo pisane, a najlepiej jeśli jest ono na papierze. W dodatku jeśli chodzi o historię, a szczególnie o Powstanie Warszawskie jestem maksymalistką – oczekuję od książek wierności faktom i bardzo wyczulona jestem na wszelkie niedoróbki w tej kwestii. Dlatego do publikacji, która ma w tytule Interaktywne spotkanie z historią podeszłam z dużą dozą nieufności. Obawiałam się, że (podobnie jak na przykład w grze „Mali powstańcy”) fakty i realia historyczne mogły paść ofiarą tej interaktywności. Muszę przyznać, że się w tej kwestii bardzo miło zdziwiłam…
Merytorycznie
nie mogę właściwie do niczego przyczepić. Książkę konsultowało
Muzeum Powstania Warszawskiego i w warstwie faktograficznej wszystko
się zgadza. Jedyna rzecz, która ciut mi zgrzytnęła, to zdjęcie,
które ilustruje hasło ręczny karabin maszynowy. Przedstawia ono
sowiecki RKM DP, który owszem – był w użyciu w czasie Powstania,
ale spodziewałabym się go raczej w drugiej połowie września na
Powiślu, a nie w pierwszych dniach sierpnia na Woli. Co nie znaczy,
że było to absolutnie niemożliwe.
Widza o Powstaniu, którą czytelnik z niej wyniesie jest na podobnym poziomie do tej, którą ja mniej więcej w tym samym wieku wyniosłam z lektury „Zośki i Parasola” Kamińskiego. Te same wydarzenia, ci sami ludzie, ale tu być może forma będzie bardziej interesująca dla współczesnego nastolatka.
Być
może – bo wydaje mi się, że jak na jego potrzeby tak książka
jest trochę zbyt mało atrakcyjna wizualnie. Nieliczne kolorowe
ilustracje i czarno – białe, niewyraźne zdjęcia nie pomagają
wczuć się w opisywane wydarzenia. Poza tym aż prosi się, żeby
jakoś osadzić to wszystko w realiach współczesnej Warszawy –
przydałyby się tu o mapy i zdjęcia, także współczesne. Wtedy
być może okazałoby się, że wszystko to działo się w miejscach
doskonale czytelnikowi znanych i z pozoru zupełnie nieciekawych.
Masz na imię Janek. Jesteś silnym osiemnastoletnim chłopakiem. Mieszkasz razem z wujem i ciotką w małym mieszkanku na warszawskiej Woli…
Przy
pomocy tej książki możemy towarzyszyć naszemu bohaterowi we
wszystkich wariantach powstańczego losu – od natychmiastowego
przyłączenia się do walki do decyzji o tym, żeby się w nic nie
włączać. Niektóre kończą się jego śmiercią, ale są też
takie w których przeżywa. Kilka zakończeń doprowadza go na
Starówkę i tam zostawia – nie wiemy więc, co wydarzyło się
później.
Czasem
podejmujemy w jego imieniu decyzje trudne (przyłączyć się do
walki czy nie), a czasem wszystko zależy od tego, czy każemy mu
pobiec w prawo czy w lewo. Jednak żadna z tych decyzji nie
gwarantuje mu przeżycia.
Pomysł fabularny, szkielet tej książki jest interesujący i dopracowany, przydałoby się jednak obudować go bardziej literacko. To bardziej scenariusz gry – nie poznajemy szerszego tła, niewiele wiemy o uczuciach bohatera, więc trudno czasem zrozumieć, dlaczego miałby podjąć taką czy inną decyzję. Marzy mi się kolejne wydanie tej książki – poszerzone i ulepszone. Z ciekawszymi ilustracjami, pokolorowanymi zdjęciami i rozbudowaną fabułą, która pozwoliłaby współczesnemu nastolatkowi zrozumieć, dlaczego jego ówcześni rówieśnicy chcieli być wolni i wolność sobie zawdzięczać.
A
gdyby jeszcze w tym wydaniu zrezygnowano ze słowa „przygoda”,
którym określane są kolejne wersje losów bohatera, byłoby
idealnie.
Krzysztof Mital „Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni. Interaktywne spotkanie z historią”, ilustr.: Filip Wojciechowski, wyd.: Meandry, Gdańsk 2017
Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom – trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.
Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.
Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.
Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce. Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, które być może będą chciały zadać.
Historii dzieci z Aleppo towarzyszą przepiękne ilustracje Marianny Sztymy. Są poważne, nie infantylne i funkcjonują trochę obok tekstu. Jednak kiedy obejrzymy je uważnie, okaże się, że opowiadają pewną historię, która się w tekście książki zawiera.
Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. Najważniejsi są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.
„Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal…
Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, powiedziała na spotkaniu promującym książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać oraz że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze…
Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017
Uwaga ! W tym wpisie będą spoilery, ale niestety bez nich się nie do powiedzieć tego, co wydaje mi się w tej książce najważniejsze.
Tegoroczny werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY przyznający ten tytuł w kategorii książek młodzieżowych powieści „Jak ziarnka piasku” Joanny Jagiełło był burzliwie dyskutowany – i na spotkaniu po gali, i jeszcze później. Takie dyskusje to rzecz normalna – trudno jest spośród wielu bardzo różnych książek wybrać jedną najlepszą, bo często są one nieporównywalne i nie sposób jest ustalić obiektywne kryteria oceny. Jednemu z rozmaitych przyczyn podoba się bardziej ta, a komuś innemu inna… Werdykt to informacja o tym, które ze zgłoszonych do konkursu książek najbardziej spodobały się jurorom.
W dyskusjach na temat „Jak ziarnka piasku” opinie były raczej zgodne co do jednego – książka jest mocna, robi wrażenie i nie pozostawia nikogo, kto ją przeczyta, obojętnym.
Kiedy ktoś mnie pyta o to, dla czytelnika w jaki wieku polecałabym ją, odpowiadam, że dla grupy Young Adult, ale z naciskiem na drugi człon tego określenia. To książka dla osób u progu dorosłości. Tych naprawdę dorosłych takie powieści inicjacyjne już nie interesują, bo oni tę inicjację (życiową, nie seksualną, choć akurat tutaj także i o nią chodzi) mają już za sobą.
Ania
i Nina urodziły się tego samego dnia, poznały na rozpoczęciu roku
w pierwszej klasie podstawówki i od tego czasu były niemal
nierozłączne. Dopiero koniec gimnazjum je rozdzielił, bo Ania nie
dostała się razem z Niną do liceum plastycznego, a potem w dniu
ich wspólnych urodzin, kiedy Ania była na zimowisku, Nina popełniła
samobójstwo…
To akurat jest nie bardzo spoiler, bo właśnie od tego zaczyna się akcja książki. Ania usiłuje dojść do tego, co było przyczyną decyzji Niny, ale nie udaje jej się. Dopiero, kiedy przenosi się na zwolnione przez nią miejsce w szkole plastycznej i poznaje jednego z nauczycieli, zostaje przez niego wykorzystana w ten sam sposób.
„Jak ziarnka piasku” to powieść, jako się rzekło, mocna. Autorka nie ucieka od trudnych problemów, które wiążą się z dorastaniem, bez owijania w bawełnę, ale z wyczuciem, porusza zarówno temat inicjacji seksualnej, jak i seksualnej przemocy.
Jeżeli mam z tą książką jakiś problem, to nie dotyczy on tego, co w niej jest czyli kontrowersyjnej dla niektórych tematyki obyczajowej, ale tego, czego w niej brakuje. Otóż brakuje w niej (nie tylko mi) pozytywnych postaci heteroseksualnych mężczyzn. Obie bohaterki nie mają ojców (jeden umarł, drugi odszedł) i nie mają też obok siebie też żadnych innych bliskich mężczyzn. Żadnego dziadka,wujka, kuzyna, kolegi – nawet w tle, nawet we wspomnieniach. Pierwsza miłość Ani to popapraniec czy też łagodniej – chłopak złamany przez przemocowego ojca. Chłopcy w klasie najpierw Niny, a potem Ani opisani są jako: jeden pryszczaty, jeden gruby, jeden dziwny i jeden gej i to właśnie ten ostatni jest jedynym sensownym, który pomaga najpierw jednej, a potem drugiej. Ok, w porządku, może tak być, ale czy naprawdę wszyscy heterycy w ich otoczeniu (z jednym wyjątkiem, który majaczy na końcu książki) muszą być albo słabi albo okrutni ? Czy to nie jest przypadkiem seksizm ?
Joanna Jagiełło „Jak ziarnka piasku”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2018
Edit : Książka wpisana w 2019 roku przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens
Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.
Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.
Dlaczego
?
Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.
Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.
Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.
A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.
Tymczasem
wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem
przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem
opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I
o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali
razem.
No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.
Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.
Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.
Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać:piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.
„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…
P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.
Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000
Wykopalisk blogowych ciąg dalszy czyli kolejna jedna z pierwszych książek opisanych przeze mnie w Małym Pokoju z Książkami – wpis z 15 marca 2006 roku. Po latach skonstatowałam, że w końcu nie napisałam o „Dziecku czarownicy”, mimo że chciałam, ale wtedy jakoś mnie to przerastało. Może teraz, kto wie…
Ta niepozorna książeczka jest niezwykła nie tylko dlatego, że jest książką podwójną, na którą składają się dwie zupełnie różne historie – do czytania od dwóch końców, a każda ze swoją stroną tytułową. Niezwykłe jest w niej również to, że stanowi swoistą klamrę twórczości literackiej Doroty Terakowskiej.
“Babci Brygidy szalona podróż po Krakowie” była jej debiutem literackim. Napisała ją w 1979 roku, kiedy jeszcze ani jej, ani nikomu innemu nie przychodziło do głowy, że będzie w życiu kimś innym niż znakomitą dziennikarką. Pierwsze wydanie ukazało się w 1987 roku (nakładem Krajowej Agencji Wydawniczej) z pięknymi ilustracjami Marii Orłowskiej – Gabryś. Na tych obrazkach Kraków, smutny wówczas i szary jak cała Polska lat osiemdziesiątych, nabrał blasku i urody. Podobnie odbierałam wcześniej ilustracje Jana Marcina Szancera do“Abecadła krakowskiego” Wandy Chotomskiej – kiedy sama pierwszy raz zobaczyłam Kraków, okazał się on dużo mniej atrakcyjny od moich wyobrażeń o nim.
Mimo swojego baśniowego klimatu ta książka jest właściwie normalnym reportażem. Baśniowa jest tu sama Babcia Brygida, która pojawia się w wyobrażni chorego chłopca oraz jej czarodziejska czerwona parasolka, służąca w zależności od potrzeby chwili do latania, czarowania, oświetlania ciemnych schodów i otwierania zamkniętych drzwi. Pojawiają się tam też jedyne w swoim rodzaju krasnoludki w krakowskich czapkach i całkiem miły Smok Wawelski.
Cała ta szalona podróż Babci tkwi jednak mocno w realiach Krakowa. Może wręcz służyć za przewodnik po tym mieście – sprawdziłam to na własnych córkach. Kiedy nie tak dawno wybrałam się do Krakowa z córkami Najstarszą i Środkową, wędrowałyśmy sobie po nim tropami Babci Brygidy. Zaczęłyśmy od Bramy Floriańskiej i naszym pierwszym celem był Hotel “Pod Różą”, gdzie odnalazłyśmy słynny napis (budząc przy okazji spore zdumienie recepcjonistek indagowanych na jego okoliczność). Potem wspięłyśmy się na wieżę Kościoła Mariackiego i tu widzę niewątpliwą zasługę Babci Brygidy, bo normalnie moje córki za żadne skarby świata nie wlazłyby tak wysoko po schodach. Nie dysponowałyśmy magiczną parasolką i w dół też trzeba było zejść schodami, co okazało się być trudniejsze niż wchodzenie na górę. Niestety, ku ogromnemu rozczarowaniu dziewczyn, ani tam, ani w kawiarni Noworolskiego, dokąd udałyśmy się na kawę i ciastka, nie spotkałyśmy krasnoludków 😉 Następnym punktem programu był Wawel i odwiedziny w Smoczej Jamie, a całość zakończyła się karmieniem gołębi na Rynku. Z książką w ręku zaliczyłyśmy prawie wszystkie najważniejsze atrakcje turystyczne Krakowa.
“Dzień i noc czarownicy” to ostatnia książka Doroty Terakowskiej. Opowiada historię czarownicy, której po wielu latach normalnego dla tej profesji żywota zaczyna dogryzać sumienie i odczuwa ona potrzebę ekspiacji za zło, które czyniła. Okazuje się jednak, że jej działalność jest bardzo potrzebna – wręcz niezbędna dla istnienia świata baśni. Świat bez zła byłby płaski i jednowymiarowy – zło musi istnieć, abyśmy wyraźniej odczuwali dobro.
Podejmowane przez nią próby czynienia dobra i spełniania życzeń wszystkich potrzebujących kończą się fatalnie i wszyscy w ten sposób uszczęśliwieni szybko proszą o powrót do stanu poprzedniego. Nie można ot, tak sobie zmieniać ustalonego porządku rzeczy, a szczęścia, które przyszło zbyt łatwo, nie ceni się tak jak tego, które zostało okupione pracą i cierpieniem.
Nie wiem, czy Dorota Terakowska pisząc tę książkę miała świadomość bliskiego końca. Kiedy jednak czytałyśmy ją (już po śmierci Autorki w styczniu 2004 r.) nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że przeczuwała i że żegnała się w ten sposób z czytelnikami.
W końcowej scenie widzimy małą Kasię – bohaterkę “Jednej nocy czarownicy”, po wielu latach już jako staruszkę, jak odchodzi razem z czarownicą między kartki swojej ulubionej książki. Zostaje po niej tylko pusty fotel.
Po Dorocie Terakowskiej pozostało wiele pięknych książek, które mogą nam towarzyszyć przez całe życie – od lat późnoprzedszkolnych (jak historia babci Brygidy i Czarownicy ze Strasznego Lasu) przez dorastanie (“Córka czarownic) po dorosłość (“Ono”, “Poczwarka”). Czytając którąkolwiek z nich pamiętajcie proszę, że ich autorka jest gdzieś między ich kartkami. Człowiek umiera naprawdę, kiedy kończy się pamięć o nim. Pisarz żyje tak długo, jak długo czytane są jego książki.
Dorota Terakowska “Babci Brygidy szalona podróż po Krakowie. Dzień i noc czarownicy” ilust. Bohdan Butenko, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003
Dorota Terakowska “Babci Brygidy szalona podróż po Krakowie” ilust. Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: KAW, Kraków 1987