Wielka księga Lassego i Mai

Wielka księga Lassego i Mai

Mam wobec Lassego i Mai (oraz Martina Widmarka i Heleny Willis oczywiście też !) ogromny dług wdzięczności. Zwierzałam się tu już nie raz z tego, że los obdarował mnie trzema córkami, a w bonusie dołożył wszystkim obciążenie dysleksją. W przypadku dwóch starszych do przełamania problemów z samodzielnym czytaniem bardzo przyczyniła się pani Rowling i Harry Potter (pisałam o tym —>>>tutaj). Jednak kiedy Najmłodsza z nich zaczynała naukę, miała za sobą już obejrzenie przynajmniej części filmów z nim i książki z tej serii nie były już tak atrakcyjne. I wtedy, jak na zamówienie, pojawili się oni…

I zassało ją 😉

Przez ładnych parę lat Najmłodsza wiernie śledziła wszystkie kolejne tomy tego cyklu. Kiedy już wyrosła z tych lektur cała klikunastotomowa* kolekcja została przekazana siostrze ciotecznej, a potem czytały to jej młodsze siostry. Najmłodsza z nich niedawno skończyła 10 lat. Na urodziny podarowałam jej „Wielką księgę Lassego i Mai”, co zostało przyjęte z ogromną radością nie tylko przez nią, ale także przez jej siostry. A ja z przyjemnością patrzyłam, jak wszystkie trzy razem ją oglądały 🙂


„Wielka księga Lassego i Mai” to gratka przede wszystkim dla fanów tego cyklu, a jest ich sporo. Jeśli macie w swoim otoczeniu takiego delikwenta albo delikwentkę, to prezent podchoinkowy macie już z głowy, a wdzięczność obdarowanych zapewnioną.


W środku spotkacie wszystkich najważniejszych mieszkańców Valleby czyli miasteczka, w którym toczy się akcja tych książek. Możecie także zwiedzić tę miejscowość i odwiedzić najważniejsze, znane z książek, miejsca. Są też quizy ze znajomości niektórych historii z tego cyklu, przepisy kulinarne i wiele innych ciekawostek.


„Wielka księga Lassego i Mai” to gratka przede wszystkim dla fanów tego cyklu, ale może być też dobrym prezentem dla początkujących czytelników, którzy jeszcze nie znają tej dwójki detektywów. Wtedy jednak warto do prezentu dołożyć choć jeden tom z zasadniczego cyklu. Choć nie, jeden to za mało – co najmniej dwa, żeby obdarowany miał co czytać przynajmniej do końca Świąt.

*kilkunastotomowa wówczas – do dziś w ramach cyklu ukazało się 31 (słownie: trzydzieści jeden) tomów zasadniczych, trzy tomy komiksów oraz (jeśli dobrze liczę) osiem tomów dodatkowych.

Oraz „Wielka księga Lassego i Mai”, a na przyszły rok zapowiadana jest kolejna ”Tajemnica” – tym razem „Tajemnica kościoła”.

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Martin Widmark (tekst) & Helena Willis (ilustr.) „Wielka księga Lassego i Mai”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2024

Cwaniak. Kot z wyspy wikingów

Cwaniak. Kot z wyspy wikingów

To Ciri i Shuri – kociaki Najmłodszej z moich Córek, która zrobiła to i inne zdjęcia z nimi, za co jej dziękuję, ale nie pytajcie mnie, która jest która 😉

Barbara Gawryluk napisała wiele książek o psach. Pierwszy był chyba Kaktus, a najbardziej znane to „Dżok” i „Baltic”. Jest też cała seria o psach na medal – wykonujących różne zawody. Napisała też książki o foce Klifce, o świstaku Gwizdku, ale kotów w tym książkowym zwierzyńcu nie było. Do teraz.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Ale jak to zwykle bywa, kiedy ludzie ją opowiadają, dodają coś od siebie, zmieniają, zmyślają.

Żeby ją opisać, wyruszyłam na szwedzką wyspę położoną na Bałtyku. Wyspa nazywa się Gotlandia, a jej stolicą jest małe, stare miasto Visby. Jak każde stare miasto, Visby ma swój centralny punkt – Duży Rynek. A na rynku nie sposób nie zauważyć pewnego kota…

Knäcken (czyli po polsku Cwaniak) wiele lat temu odszedł do wiecznej kociej krainy, ale nadal żyje w pamięci mieszkańców Visby, a przypomina o nim jego stojący na rynku pomnik. Mieszkał tam ze swoją rodziną, ale był stałym rezydentem centrum miasteczka. Wszyscy go tam znali i dokarmiali, bo apetyt miał adekwatny do swoich rozmiarów 😉 Wszyscy wiedzieli, skąd się wzięły lody cwaniakowe, sprzedawane w miejscowej lodziarni. Wiedzieli też, że ma swój dom i nie trzeba go odwozić do schroniska, jak to czasem robili przyjezdni.

Kiedy jego rodzina wyprowadziła się z wyspy, wszystkim go brakowało. Stąd decyzja o upamiętnieniu go pomnikiem, która zapadła, kiedy przyszła wiadomość o tym, że nie żyje…

Książka Barbary Gawryluk przypomniała mi o tym, że Gotlandia ciągle pozostaje moim niespełnionym marzeniem i może w końcu sprowokuje mnie to do tego, żeby się tam wybrać ? Marzę o niej od dawna, odkąd jakieś pięćdziesiąt lat temu zobaczyłam serial o Pippi. Miasteczko, w którym toczyła się jego akcja, bardzo mi się podobało, ale dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że to było Visby. Potem czytałam serię gotlandzkich kryminałów Mari Jungstedt i choć po ich lekturze można się trochę obawiać wizyty tam, to jednak nie zniechęciło mnie to 😉 No i wreszcie – na Gotlandii spędzali wakacje bohaterowie innej książki Barbary Gawryluk „Czarnej, Klifki i tajemnic z dna morza”.

Uprasza się więc o trzymanie kciuków, żeby udało mi się tam w końcu dotrzeć ! A jeśli i Wy po tej lekturze zapragniecie tam pojechać, to pamiętajcie, że uprzedzałam ! 😉

P.S. Autorką ilustracji do tej książki jest Iwona Kalenik. Wydały mi się one zadziwiająco podobne do tych, które towarzyszyły historiom o Dżoku, Balticu i Klifce, a których autorką była Iwona Cała. Tych rumianych postaci nie pomylę z żadnymi innymi ! Okazuje się, że moje skojarzenie było całkiem na miejscu, bo jest to ta sama osoba, tylko w tak zwanym międzyczasie zmieniła nazwisko 😉

Barbara Gawryluk „Cwaniak. Kot z wyspy wikingów”, ilustr.: Iwona Kalenik, wyd.: Literatura, Łódź 2023

Tatry. Przewodnik dla dużych i małych

Tatry. Przewodnik dla dużych i małych

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: fakt !!!

Być może słyszeliście kiedyś o Morskim Oku, Kasprowym Wierchu albo Giewoncie. Wszystkie te tajemniczo brzmiące nazwy łączą się z jednym miejscem: z Tatrami. To najwyższe góry w Polsce, które od lat przyciągają tłumy turystów z całego świata. Tatry są także najwyższą częścią Karpat. Leżą na południu Polski, na granicy ze Słowacją. Niemal 78 procent, czyli zdecydowanie większa część Tatr, znajduje się na terenie Słowacji. Pozostała część leży w Polsce – i właśnie polskim Tatrom poświęcona będzie nasza opowieść. Zanim ją rozpoczniemy, warto też wiedzieć, że Tatry dzielą się na Zachodnie, Wysokie i Bielskie. No, to chyba tyle teorii… w końcu nie szykujemy się do klasówki w szkole, tylko na wesołą wycieczkę z mnóstwem przygód ! Gotowi do drogi ? Ruszamy !

Zanim jednak wyruszymy na szlak, musimy się na tę wycieczkę odpowiednio ubrać i spakować niezbędne rzeczy:

Aż trudno uwierzyć, że jest to (jak zapewniają Autorzy) pierwsza książka dla dzieci o Tatrach !!! A nawet jeżeli tak nie jest, to na pewno pierwsza napisana przez taki duet fachowców, bo znakomitej (i nie pierwszy raz o górach piszącej) pisarce towarzyszy były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego i wieloletni ratownik TOPR. Efektem ich współpracy jest książka nie tylko pełna ciekawostek przyrodniczych i krajoznawczych, ale także ucząca szacunku dla gór i ich mieszkańców, pokazująca je w całej, często niebezpiecznej, krasie.

Dowiemy się z niej nie tylko co to jest grań, halny, jakie zwierzęta żyją w Tatrzańskim Parku Narodowym i z czego składa się strój góralski, ale przede wszystkim – jak zachowywać się w górach, aby pobyt tam był dla nas nie tylko przyjemny, ale też bezpieczny.

Ludzie są w Tatrach tylko gośćmi, a góry te są domem wielu zwierząt i dlatego powinniśmy szanować ich spokój. Nie tylko dla ich, ale także dla własnego dobra, bo spotkanie ze zdenerwowanym niedźwiedziem może być niebezpieczne. Paweł Skawiński opowiada tu parę historii, które naprawdę przydarzyły się turystom, którzy z niewiedzy bądź (nie bójmy się tego słowa !) głupoty, zaniepokoili zwierzęta i skłonili je do zachowań, które mogły się dla nich bardzo niemiło skończyć.

Ta książka uczy też ostrożności i uważnego obserwowania pogody. Historie największych tragedii, jakie się w Tatrach wydarzyły w ostatnich latach (piorun na Giewoncie i lawina pod Rysami), pojawiają się tu nie po to, żeby czytelników wystraszyć, tylko żeby zrozumieli, że z tymi górami naprawdę żartów nie ma. Dlatego tak ważne jest odpowiednie przygotowanie, zaplanowanie trasy i uważna obserwacja pogody, która może tam się zmieniać bardzo szybko.

Kreskę Adama Pękalskiego, który zilustrował tę książkę, znałam już wcześniej z leksykonów „Dawniej czyli drzewiej” i „Dzieje się je !” oraz z „Mamy Gęsi”. Wiedziałam już, czego się spodziewać i dlatego nie zdziwił mnie ani rozmach tych ilustracji, ani ich staranność, ani pewna zadzierżystość widoczna choćby w wyrazie twarzy (pyska) niektórych zwierząt.

Szczególnie zachwyciła mnie wyklejka przedstawiająca panoramę Tatr według rysunku Zbigniewa Korosadowicza. Jego nazwisko nie pojawia się w tekście książki, ale warto je wygooglać, bo to postać bardzo interesująca.

Mimo sporych rozmiarów „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych” to książka, która oczywiście nie wyczerpuje tematu. Może jednak stać się początkiem pięknej przygody – i z górami, i z książkami o nich.

Barbara Gawryluk, Paweł Skawiński „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: komiks

Barbara Gawryluk jest twórczynią niebywale wszechstronną. Jej półka w Małym Pokoju z Książkami należy do najdłuższych i najbardziej urozmaiconych, mimo że zawiera tylko niewielką część jej dorobku. Stoją tam powieści dla czytelników w różnym wieku oraz książki non-fiction zarówno dla dzieci („Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, których jest współautorką) jak i dla dorosłych (biografia Wandy Chotomskiej oraz „Ilustratorki, ilustratorzy”). Jest też sporo przekładów z języka szwedzkiego i właśnie za te ostatnie została niedawno przez Króla Szwecji odznaczona odznaczona Orderem Gwiazdy Polarnej czyli Nordstjärneorden. Otrzymała go (tu cytat z FB Wydawnictwa Zakamarki) za liczne zasługi na polu promowania i udostępniania szwedzkiej literatury i kultury w Polsce. Odznaczenie przyznawane jest obcokrajowcom, którzy w szczególny sposób zasłużyli się na rzecz Szwecji. (Z tej okazji Odznaczona udzieliła wywiadu swojemu macierzystemu Radiu Kraków w którym, notabene, prowadzi cykliczną audycję ‚Alfabet” poświęconą książkom dla niedorosłych czytelników. Można go posłuchać —>>> tutaj )

Informację o tym odznaczeniu Wydawnictwo Zakamarki zilustrowało zdjęciem obrazującym dorobek translatorski Barbary Gawryluk, a ja pozwoliłam sobie je pożyczyć.

Ten imponujący stosik (jaki stosik ? STOS !!!) powiększył się jeszcze, bo ukazał się właśnie pierwszy tom komiksów z serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”, który zawiera cztery historie – tytułową, w której Lasse i Maja rozwiązują tajemnicę wiecznych awarii automatu do skupu puszek i butelek oraz trzy inne. Zachwyciło mnie użycie przez Tłumaczkę w tytule słowa sabotaż, bo bardzo rzadko się je ostatnio słyszy. Z oznaczenia Komiksy 1 w rogu okładki, dedukuję, że możemy spodziewać się następnych oraz że będzie je także tłumaczyć Barbara Gawryluk.

O kryminałach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” pisałam 12 lat temu —>>> tutaj i przyznam, że od tego czasu nie śledziłam kolejnych tomów zbyt uważnie. Ta seria należała do ulubionych lektur Najmłodszej z moich córek w czasach, kiedy zaczynała czytać samodzielnie. Potem powędrowała do kolejnych czytelniczek w naszej rodzinie i wiem, że dwie z nich mają ją już za sobą, a kolejna właśnie do tego etapu dorasta.

Komiksy z tej serii, które mam właśnie w ręku, mają wszystkie zalety wcześniejszych książek czyli ciekawą, wciągającą akcję i zagadkę, którą mogą rozwikłać czytelnicy z pierwszych klas szkoły podstawowej, różnią się od nich jedynie proporcją, w jakiej pozostają do siebie tekst i ilustracje. Komiksy traktowane są często przez dorosłych jako taki nieco mniej poważny rodzaj literatury, coś gorszego od zwykłych książek, ale niesłusznie !!! Dla początkujących czytelników może to być bardzo dobre doświadczenie, bo zawierają mniej tekstu niż typowe powieści, a duma z przeczytanej samodzielnie książki jest taka sama. Poza tym – świat, w którym żyjemy, jest coraz bardziej zdominowany przez obraz, ale w komiksie jednak nadal są litery. A kto już zaczął czytać, ten ma większą szansę na to, że kiedyś sięgnie z przyjemnością po coś bardziej poważnego.

Reasumując więc: lepiej jest czytać komiksy niż nie czytać wcale 😉

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2021

W zielonej dolinie

W zielonej dolinie

Wpis z 7 czerwca 2006 roku. Książka już chyba nieco zapomniana, ale bardzo wakacyjna, więc warto ją przypomnieć 🙂

W zielonej dolinie u podnóża zielonych gór leży mała wioska. W tej wiosce razem z rodzicami i rodzeństwem mieszka Malwinka. Właśnie skończyła pierwszą klasę. Nie wyjeżdża na wakacje, ale wcale tego nie żałuje – wakacje w Górkach są wspaniałe. Jej rodzice prowadzą gospodarstwo agroturystyczne i latem gromadka dzieci z Górek (oprócz Malwinki, Asi i Kajtka mieszkają tam jeszcze: Dorotka, Celina, Kuba i Antek) powiększa się o „miastowych” gości. Wszyscy razem – miejscowi i przyjezdni świetnie się bawią: chodzą na wycieczki, zbierają jagody, podglądają sarny i bociany. W tym roku chłopcy pomagają też harcerzom z pobliskiego obozu w uporządkowaniu zapomnianego cmentarzyka wojennego.

Zaletą tej książki jest to, że w sposób naturalny, niejako mimochodem, porusza tematy rzadko występujące w literaturze dziecięcej. Mama Malwinki pochodzi z rodziny łemkowskiej od pokoleń zamieszkałej w Górkach. Poznajemy specjały kuchni łemkowskiej – kisełycię i hałuszky, mamy też próbkę ich języka w piosence o tarninie.

Na wakacje przyjeżdża do Górek Zosia – dziewczynka z porażeniem mózgowym. Malwinka podziwia ją, bo świetnie pływa i mistrzowsko porusza się na wózku. Oprócz tego, że na nim jeździ, nie różni się niczym od pełnosprawnych rówieśników i jest świetnym kompanem.

„W zielonej dolinie” ma w sobie coś z klimatu Bullerbyn. Mieszkańcy Górek (i duzi, i mali) dobrze się czuja tam, gdzie mieszkają – nie ciągnie ich w wielki świat, nie mają kompleksów wobec przyjezdnych z miasta. Na tym jednak kończą się podobieństwa. Bullerbyn to biedna wieś, której mieszkańcy ciężko pracują i dzieci też muszą w tej pracy pomagać. Górki są wsią nowoczesną, ich mieszkańcy żyją właściwie tak samo jak w mieście, z tą tylko różnicą, że… na wsi. Dzieci nie muszą pasać krów czy pielić grządek, mają całe wakacje dla siebie. Zakładają nawet stronę internetową Górek, dzięki której wszyscy mogą się dowiedzieć jak jest u nich pięknie i ciekawie. Zwierzęta są w gospodarstwie po to, żeby turyści mieli co głaskać 😉 , a kury hoduje tylko babcia Malwinki bo ma małe wnuki. Gdyby nie to, jajka kupowałoby się w sklepie.

Jeśli szukacie lektury, z której wasze dzieci dowiedziałyby sie czegoś o letnich pracach na wsi (sianokosy, żniwa itp), to pomyliliście adres. Gdybyście natomiast chcieli przeczytać fajną książkę o beztroskich wakacjach sympatycznych dzieci, wtedy „W zielonej dolinie” jest tym, czego szukacie 🙂

Barbara Gawryluk „W zielonej dolinie”, ilustr.: Joanna Zanger – Kolat, wyd.: Literatura, Łódź 2005

Biuro detektywistyczne Lassego i Mai

Biuro detektywistyczne Lassego i Mai

W związku z zamknięciem szkół z powodu zagrożenia koronawirusem pewien pan (spuśćmy zasłonę milczenia na to, jak się nazywa 😉 ) wygłosił dziś kuriozalne słowa: To nie jest czas ferii. Dajmy im gry komputerowe, dajmy im dostęp do Netfliksa, albo książkę w ostateczności. 😉

W ostateczności czy nie – „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” to seria, która wciąga bardziej niż niejedna gra komputerowa. To dzięki niej rozczytała się Najmłodsza z moich córek, a potem całą serię przekazaliśmy jej młodszym siostrom ciotecznym i tam też odniosła zasłużony sukces 🙂

Wpis, który przypominam, pochodzi z 16 marca 2009 roku. Stan wydawniczy na dziś to 26 części cyklu oraz 5 tomów dodatkowych (z zagadkami, łamigłówkami oraz propozycją zabawy w teatr), więc jest co czytać. Kolejność tomów w tej serii nie ma znaczenia, każdy jest oddzielną historią. Jest też co oglądać, bo serię zekranizowano w trzech filmach, ale nie wiem, jak się one mają do kolejnych tomów.

„Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” czyli zakamarkowa seria kryminałów dla dzieci wczesnoszkolnych. Na razie nakładem Wydawnictwa Zakamarki ukazały się dwie części, kolejne dwie są w zapowiedziach wydawnictwa. W Szwecji wydano ich już szesnaście.

Lasse i Maja są najlepszymi przyjaciółmi. Chodzą do tej samej klasy i razem prowadzą biuro detektywistyczne. Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Mieści się ono w piwnicy domu Mai. Jest tam wszystko, czego potrzeba do szpiegowania i obserwacji: lornetka, aparat fotograficzny, lusterka, latarki i szkło powiększające. A teraz mają nawet własny komputer.

Lasse i Maja to zwykłe dzieciaki. Nie dysponują żadnymi nadprzyrodzonymi zdolnościami – wystarcza im spostrzegawczość, dociekliwość i logiczne myślenie. No i komputer oczywiście ! Bez Googli teraz ani rusz 😉

Kryminały dla dzieci charakteryzują się na ogól dość prosta intrygą – taką, że czytający je dorośli (i co bystrzejsze dzieci) niemal od pierwszej strony wiedzą doskonale, jakie będzie rozwiązanie. Martinowi Widmarkowi udała się rzecz rzadka. Tajemnice, jakie rozwiązują Lasse i Maja, oczywiste nie są. Mimo to pozostają zrozumiałe dla niespełna dziesięcioletnich czytelników tych książek.

Wciągająca akcja plus fajne ilustracje, plus dobry przekład Barbary Gawryluk równa się interesująca lektura dla początkujących czytelników. A do tego jeszcze dzieci, które okazują się bystrzejsze od dorosłych – bezcenne !!! 😉

P.S. Dla wszystkich, których wciągnęło rozwiązywanie zagadek i chcieliby choć przez chwilę być jak Lasse i Maja – „Brązowa księga. Detektywistyczne łamigłówki Lasego i Mai” pełna zagadek, szyfrów i rebusów. Z nagrodami !!!

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Tajemnica diamentów”(seria: „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”), przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki. Poznań 2008

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Tajemnica hotelu”(seria: „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” ), przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki. Poznań 2008

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Brązowa księga. Detektywistyczne łamigłówki Lasego i Mai”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki. Poznań 2008

Mali bohaterowie

Mali bohaterowie

Wpis z 2 stycznia 2012 roku. Potem ta książka ukazała się (i jest nadal do kupienia) nakładem Wydawnictwa Literatura – to wydanie zilustrowała Anula Wielbut. Warto też wspomnieć, że Autorka otrzymała za „Małych bohaterów” nagrodę 112 Award przyznawana przez międzynarodową organizację EENA 🙂

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, miałam sporo obaw. Od razu przypomniały mi się rozmaite łzawe artykuły, które czytałam np. o małym Brajanie, który wezwał Straż Pożarną, ale sam zginął w pożarze. Rozwiały się one jednak, gdy zobaczyłam nazwisko autorki – Barbara Gawryluk nie należy do osób, które skłonna bym była podejrzewać o to, że wpadną w poetykę tabloidu.

Książka dedykowana jest Januszowi Bobakowi, chłopcu z Białego Dunajca, który w 2008 roku uratował dwie młodsze siostry z pożaru, a ratując najmłodszą, zginął razem z nią w płomieniach, ale wszystkie opisane w niej historie skończyły się dobrze.

Barbara Gawryluk (co nie dziwi specjalnie znając inne książki tej autorki 😉 ) zdołała ustrzec się z jednej strony czułostkowości, a z drugiej – tonu nadmiernej sensacji. Nie ujawniła nazwisk dzieci, ani miejscowości, w których mieszkają. Nie ma tam też ich zdjęć – jedynie szkicowe, reporterskie ilustracje Joanny Olech (ilustracje Anuli Wielbut utrzymane są w podobnej stylistyce).

Sam autorka tak mówi w wywiadzie, którego udzieliła „Wysokim Obcasom”: Książka ma uczyć dzieci, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy inna osoba nagle potrzebuje pomocy. Ona nie powinna przerażać ! I jeszcze: na spotkaniach z dziećmi, kiedy przychodzę do nich do szkół, zawsze mówię: jeśli dzieje się coś złego drugiemu człowiekowi, pomóżcie mu, ale nie narażajcie się, od tego są inni – dorośli. (…) Moja książka nie jest adresowana do małych dzieci, ale do tych z klasy drugiej, trzeciej, czwartej (oczywiście podstawówki). One są mądre, one potrafią odróżnić głupie ryzyko od konieczności.

Wydarzenia tam opisane, mogą zdarzyć się każdemu i w każdej chwili. Mali bohaterowie z tej książki to zwykłe dzieci, których bohaterstwo w większości przypadków polegało wyłącznie na zachowaniu zimnej krwi, wykręceniu numeru 112 i wezwaniu pomocy. Tak niewiele i tak wiele. Ilu z dorosłych w sytuacji pożaru czy widząc nieprzytomnych ludzi traci głowę i nie stać ich nawet na tyle ?

Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Joanna Olech, wyd.: Skrzat, Kraków 2011

Barbara Gawryluk „Mali bohaterowie”, ilustr.: Anula Wielbut, wyd.: Literatura, Łódź 2018

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

… czyli portrety 11 ilustratorek i 13 ilustratorów, których twórczość składała się na Polską Szkołę Ilustracji.

Barbara Gawryluk rozmawiała z tymi z nich, którzy jeszcze żyją, oraz z najbliższymi tych, których już nie ma. Ich opowieściom towarzyszą okładki i ilustracje – i takie, które wszyscy pamiętamy i te czasem już zapomniane, wydobyte z zakamarków pracowni, czeluści szuflad, skrzyń, czasem tapczanów, a także z przepastnych magazynów Muzeum Książki Dziecięcej, BWA w Zamościu oraz paru innych niespodziewanych miejsc 🙂

W przedmowie autorka napisała: O pamięć chodzi w tej książce przede wszystkim. Chciałabym, żeby moja opowieść, czasem dziurawa, często niekompletna, bywa, że amatorska, miejscami bardzo osobista, wywołała u Czytelników dobre powroty do dzieciństwa spędzanego z książką. Kiedy byliśmy dziećmi, my, dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie, nie zauważaliśmy przecież nazwisk wypisanych na okładkach czy stronach tytułowych. Ale obrazy tych okładek mamy wdrukowane w pamięć, zatrzymujemy się, widząc je za szybą w witrynie antykwariatu, odnajdując na jakimś blogu poświęconym literaturze dla dzieci, uśmiechamy się, odkrywając wznowienia wierne dawnym wydaniom.

Bardzo trudno jest powiedzieć o „Ilustratorkach, ilustratorach” coś więcej niż to, że jest to książka wspaniała i wciągająca, bo od razu chce się napisać tyle, że znacznie przekroczyłoby to ramy zwykłej blogowej recenzji. Pierwszy raz przeczytałam ją od razu po premierze, niemal całą w jeden wieczór. Potem już na spokojnie przeglądałam ilustracje, odnajdując w nich całą masę rzeczy, o których dawno zapomniałam. Do kolejnej lektury przystąpiłam niedawno i wtedy zaznaczałam sobie w tekście wszystkie przypomnienia, zaskoczenia i odkrycia. Oto moja lista, ale zapewne każdy z czytelników tej książki ma własną 😉

Pierwsze przypomnienie – zaskoczenie dotyczyło tego, co znajdowało się na tylnej okładce (obwolucie) „Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”. Ta ukochana książka mojego dzieciństwa obwolutę straciła dość szybko i o ile domek z tytułową cukiernią, który był z przodu, pamiętałam bardzo dobrze, to kompletnie zapomniałam londyńskie widoczki z tyłu. Zapewne dlatego, że wtedy jeszcze te miejsca z niczym mi się nie kojarzyły.

Drugie, tym razem odkrycie związane było z „Emilem ze Smalandii”, bo tak mi się jakoś wydawało, że w książce, którą czytałam dawno temu, były ilustracje podobne do tych, które pamiętałam z „Dzieci z Bullerbyn”. Okazało się, że miałam rację i pierwsze polskie wydanie „Emila” było ilustrowane przez Hannę Czajkowską.

Kolejne odkrycie to Leonia Janecka – jedyne nazwisko w tej książce, które początkowo z niczym mi się nie kojarzyło, aż odkryłam, że to właśnie ona ilustrowała jedną z moich ukochanych książek – „Jadwigę i Jagienkę” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej.

Następne dotyczyło „Fizi Pończoszanki”, bo pod takim imieniem poznałam Pippi mniej więcej w tym samym czasie co Emila. Książkę pod tym tytułem pożyczałam z biblioteki, a potem już nigdy nie miałam jej w ręku. Ilustracje pamiętałam jak przez mgłę, ale zdecydowanie nie były one podobne do tych kanonicznych Ingrid Van Nyman, z którymi teraz Pippi jest wydawana. Z rozdziału poświęconego Janinie Krzemińskiej dowiedziałam się wreszcie, że ich autorem był jej długoletni partner Zbigniew Piotrowski.

W tym samym rozdziale przypomniałam sobie okładkę i ilustracje Janiny Krzemińskiej do „Naszej mamy czarodziejki” Joanny Papuzińskiej – tę mamę płynącą nad miasteczkiem na poduszce jak księżniczka na latającym dywanie, naprawdę czarodziejską.

Potem zobaczyłam zdjęcie Jerzego Srokowskiego i zrozumiałam, skąd jego postaci brały te charakterystyczne migdałowe, rozmarzone oczy…

Jeszcze potem odkryłam z zaskoczeniem, że autorem pamiętnej drzeworytowej okładki (oraz ilustracji) do „Klechd domowych” był Zbigniew Rychlicki, którego kojarzyłam przede wszystkim z Misiem Uszatkiem .

Ostatni rozdział poświęcony Bohdanowi Butence, który niestety (podobnie jak Zdzisław Witwicki) nie dożył premiery tej książki, czytałam kilka dni po wiadomości o jego śmierci. Co prawda jako dziecko nie lubiłam jego ilustracji, ale były one częścią mojego dzieciństwa, a z czasem doceniłam ich oryginalność i absolutną niepodrabialność. Kiedy byłam już dorosła, razem z moimi córkami odkryłam „Donga, co ma świecący nos” i zachwyciłam się tą książką, tak odmienną, której wygląd doskonale korespondował z absurdalnością treści – przede wszystkim dzięki czarnym kartkom z białymi literami.

Lektura „Ilustratorek, ilustratorów” uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam WSZYSTKIM bohaterom tej książki (a także tym, dla których w niej miejsca nie starczyło, a których twórczość także współtworzyła Polską Szkołę Ilustracji), bo dzięki różnorodności ich kresek szara rzeczywistość PRLu nabierała barw, a ja nauczyłam się, jak różnie można widzieć świat.

Wiedzieliśmy, że dla dziecka wszystko musi być najlepsze. To jest jego pierwsza galeria sztuki – powiedziała pani Krystyna Michałowska. W tej galerii sztuki i ja się wychowałam – dziękuję za nią bardzo !!!

Barbara Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów”, projekt książki: Anna Pol, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Ilustratorki: Maria Orłowska – Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik

Ilustratorzy: Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko

Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich pisarzy

Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich pisarzy

Wpis z 28 grudnia 2007 roku czyli kolejna książka na półkę świąteczną. Nasza miała inną okładkę, ale tę, którą widać, można kupić nadal 🙂

Hej, kolęda, hejże ho ! Święta, święta i już po…

Tegoroczne Święta w naszym domu upłynęły pod znakiem lektury„Opowiadań wigilijnych”, które Najmłodsza z córek znalazła pod choinką. Unikam zazwyczaj podobnych okazjonalnych składanek – szczególnie tych dla dorosłych, bo zawsze coś mi w nich zgrzyta. Kiedy jednak przeczytałam listę autorów „Opowiadań wigilijnych”, nie zdołałam się oprzeć tej książce. Ludwik Jerzy Kern,  Grzegorz Kasdepke, Anna Onichimowska,  Beata Ostrowicka , Wanda Chotomska,  Joanna Papuzińska,  Roksana Jędrzejewska – Wróbel, Barbara Gawryluk, Ewa Chotomska, Joanna Olech, Barbara Kosmowska, Agnieszka Frączek, Paweł Beręsewicz i inni czyli plejada polskich twórców literatury dziecięcej, zilustrowana przez równie znamienite ilustratorki – Iwonę Całą i Ewę Poklewską – Koziełło.

Według stworzonej przeze mnie w zeszłym roku  systematyki książek okołoświątecznych 😉 – tę zaliczyć można do kategorii choinkowych, bo zajmuje się zwyczajami świątecznymi w oderwaniu od ich religijnego kontekstu. Są to jednak obyczaje polskie i na tym polega jej główna zaleta. Nie znajdziecie tu wzmianek o pończochach wieszanych na kominku czy świątecznym puddingu. Jest za to opłatek, barszcz z uszkami, karp i puste miejsce przy stole, które czeka na zbłąkanego wędrowca czyli wszystko to, co odróżnia Święta w Polsce, od obchodzonych w innych miejscach świata.

Czytając kolejne opowiadania, patrzymy na Święta z perspektywy anioła odwiedzającego Ziemię, psa oraz pudła z choinkowymi ozdobami ;-), ale przede wszystkim widzimy je oczami dzieci (czasem całkiem sporych, jak pewien Januszek 😉 ). Wszystkie te historie próbują odpowiedzieć na pytanie – na czym polegają prawdziwe Święta ? Receptą na nie, jak się okazuje, nie jest ani masa pieniędzy wydanych na prezenty, ozdoby i catering, ani nerwowa krzątanina Mamy wokół porządków i odpowiedniej ilości dań.

Paradoksalnie – odpowiedź na to pytanie znajdujemy w opowiadaniu, które rozgrywa się w środku lata, ale gromadka dzieci właśnie wtedy urządza święta – aby spełnić marzenie chorego przyjaciela. Okazuje się wtedy, że Święta wcale nie potrzebują kalendarza. Bo one są w nas samych, kiedy myślimy o innych.

P.S. Żeby nie było za słodko – jednak coś mi w tej książce zazgrzytało. W wierszu „Rozmowa przy tarciu chrzanu” dwa karpie pływające w wannie deliberują na temat tego, do którego z ich pośmiertnych wcieleń bardziej pasuje chrzan… Jakoś mnie raził ten z lekka frywolny ton ich dyskursu… Zwłaszcza, że czytałyśmy to niedługo po spożyciu karpia w galarecie, który udał się z tym roku mojej Mamie nadzwyczajnie. Z chrzanem, ma się rozumieć 😉

„Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich autorów”, ilustr.: Iwona Cała, Ewa Poklewska – Koziełło, wyd. Literatura, Łódź 2007

BALTIC pies, który płynął na krze

BALTIC pies, który płynął na krze

Wpis z 29 października 2012 roku. Po uratowaniu z kry Baltic przeżył szczęśliwie jeszcze 7 lat – odszedł 28 października 2017 roku.

Może spotkacie kiedyś na spacerze nad morzem niewielkiego kundelka ? Zapytacie wtedy z niedowierzaniem:

– To ten pies ?

A siwobrody marynarz uśmiechnie się i odpowie z dumą:

– Tak, to ten pies, To Baltic.

Tą historią żyła cała Polska. Przez kilka zimowych dni 2010 roku we wszystkich telewizyjnych programach informacyjnych można było zobaczyć małego psiaka płynącego na krze z prądem Wisły. Nikt nie wiedział, jak się tam znalazł, ale w wielu nadwiślańskich miejscowościach podejmowano próby wyciągnięcia go na suchy ląd – bez skutku. Potem kra wpłynęła na wody Bałtyku i kiedy wszyscy kibicujący psiakowi stracili już nadzieję – stał się cud ! Zauważyli go marynarze ze statku naukowo – badawczego R/V Baltica, błyskawicznie zdecydowali o podjęciu akcji ratunkowej, spuścili szalupę i udało im się uratować pieska. W ostatniej chwili, bo już był bliski zamarznięcia i nie miał siły utrzymywać się na chybotliwej krze.

„Baltic. Pies, który płynął na krze” to druga, po „Dżoku” historia niezwykłych losów psa opisana przez Barbarę Gawryluk i zilustrowana przez Iwonę Całą. Tym razem jest to jednak opowieść z happy endem 🙂 Baltic przeżył niebezpieczna podróż, znalazł dom na statku „Baltic” i wspaniałego opiekuna w osobie pana Adama Buczyńskiego.

Baltic stał się bohaterem nie tylko tej książki – gdański teatr „Miniatura” przygotował spektakl oparty na jego historii. Ta wzruszająca i niesamowita historia o losach psa i jego wybawców jest kanwą opowieści o rodzącej się w najtrudniejszych warunkach przyjaźni między psem a człowiekiem – powiedział dyrektor teatru Romuald Wicza-Pokojski. – Szukaliśmy takiej historii, która może być taką naszą „opowieścią wigilijną”. Szukaliśmy pozytywnego bohatera. Baltic wydał się nam idealny. Chcemy, aby ta historia wzruszała i uwrażliwiała dzieci na krzywdę zwierząt, zachęcając je do niesienia pomocy, uczyła empatii i odpowiedzialności za słabszych od nas.

Barbara Gawryluk „Baltic. Pies, który płynął na krze”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2012

24 czerwca 2024 roku w Marina Yacht Parku w Gdyni pan Adam Buczyński odsłonił pomnik Baltica. Rzeźbę zaprojektowała i wykonała Kinga Księżopolska.

zdjęcie pochodzi stąd —>>> https://dziennikbaltycki.pl/baltic-uwieczniony-w-gdyni-stanela-rzezba-psa-ktory-plynal-na-krze/ar/c1-18630795