Dong, co ma świecący nos i inne wierszyki Pana Leara

Dong, co ma świecący nos i inne wierszyki Pana Leara

Gdybyśmy mieli w Plebiscycie Lokomotywa kategorię: wznowienie roku, to ta książka byłaby w niej czarnym (nomen omen ! 😉 ) koniem. Klasyka angielskiego humoru w znakomitym przekładzie, zilustrowana… Nie ! To nie są tylko ilustracje, to cała koncepcja wizualna książki – czegoś takiego właśnie szukamy nominując w naszej kategorii: Od A do Z. Wiersze Edwarda Leara mają już ponad 150 lat, natomiast przekład oraz strona wizualna tej edycji – ponad 60 i absolutnie się nie zestarzały. Bo też, prawdę mówiąc – tu nie ma się co zestarzeć, to jest po prostu ponadczasowe !

Nie udało mi się ustalić, ile razy była wznawiana od pierwszej edycji w 1961 roku, ale wiem, że kiedy moje córki były małe, wydało ją wydawnictwo Drzewo Babel. Obecna wersja Dwóch Sióstr różni się od tamtej nieco rozmiarem, jest mniejsza, ale też w twardej oprawie, natomiast z czasów swojego dzieciństwa pamiętam mgliście edycję większą i broszurową.

Pisałam już o tym przy innych okazjach, że kiedy byłam dzieckiem niespecjalnie lubiłam kreskę Bohdana Butenki. Do moich ukochanych książek należały wtedy te ilustrowane przez Bożenę Truchanowską, Jana Marcina Szancera, Antoniego Uniechowskiego czy Marię Orłowską-Gabryś. Z „Dongiem, co ma świecący nos i innymi wierszykami pana Leara” jakoś się wówczas nie spotkałam. Odkryłam tę książkę dopiero jako osoba dorosła i zachwyciłam się nią. Rzadko używam tego określenia, ale tutaj ono pasuje – uważam, że to co Butenko zrobił z tymi wierszami było kongenialne. Czyli: nie tylko dorównujące tekstowi wyjściowemu, ale razem z nim tworzące coś jeszcze znakomitszego. Czarne kartki z białym tekstem czyli odwrócenie tradycyjnego wyglądu książki od razu wciągają czytelnika w absurdalnego ducha tej poezji, a biała kreska Butenki pasuje do purnonsensu Leara jak żadna inna.

Kto to czy co to ? Skąd, gdzie i jak ? Wziął się Akond ze Skwak ?

Kiedy Wydawnictwo Dwie Siostry ogłosiło zapowiedź wznowienia tej książki, ktoś gdzieś zapytał, czy będzie to ten sam przekład co wcześniej ? Nie mogło być inaczej, bo przecież spora część tekstu została wpisana przez Bohdana Butenkę ręcznie, więc nie da się tu bez niego nic zmienić.

Na ostatniej okładce można przeczytać takie słowa: Znajdziecie w niej poetycki absurd i dziecięcą beztroskę, dużo czułości, trochę melancholii – i wielu ekscentrycznych bohaterów. Tytułowy Dong, Akond ze Swak czy tajemnicze Takie coś, które żyło sobie w kraju Dżolibolibo – tak, ekscentryczni to określenie, które najlepiej do nich pasuje 😉

Dalekie są kraje i bliskie są kraje, gdzie Dżamble pędzą życie; zielone głowy mają, niebieskie ręce mają i po morzu pływają w sicie…

Te wiersze to kolejna w moim Mały Pokoju książka bez górnej granicy wieku. Im człowiek starszy, inaczej je rozumie, dostrzega w nich tę zapowiadaną na okładce melancholię. Historia o Dżamblach jest taka najbardziej, przekonałam się o tym, kiedy wróciłam do niej po wielu latach. Jednak w każdym wieku miło jest znać pana Leara 🙂 Niezależnie od tego, ile ma się lat, każdy kto ma choć odrobinę wyobraźni, odnajdzie się w tym świecie. Spróbujcie !!!

Edward Lear „Dong, co ma świecący nos i inne wierszyki pana Leara”, przekł.: Andrzej Nowicki, ilustr.: Bohdan Butenko, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2023

Mika i Wyjec; Mika i Bulgot; Mika i Chłodek

Mika i Wyjec; Mika i Bulgot; Mika i Chłodek

Czyli seria Arcygroźne Domostwory 🙂

„Mika i Bulgot” była nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: komiks !!!

Seria Arcygroźne Domostwory adresowana jest do najmłodszych czytelników – takich jak jej bohaterka Mika, która na oko ma jakieś dwa, góra trzy lata. W pierwszej części widzimy ją, jak odkrywa sposób na opuszczenie łóżeczka ze szczebelkami, co staje się początkiem jej pierwszej wielkiej przygody. W swojej tygryskowej piżamce wyrusza samodzielnie eksplorować świat. Jako że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku, ta część świata, od której zaczyna to jej własny dom.

Świat za progiem własnego pokoju jest pełen niespodzianek i dziwnych, arcygroźnych domostworów. Czasem huczą i wsysają wszystko wokół, niekiedy zieją chłodem albo przeżuwają i ciumkają godzinami to, co wpadnie im do paszczy. Warczą, buczą i hurgocą po całym mieszkaniu…

Wszystkie trzy części tego cyklu to komiksy – historie opowiedziane obrazami z niewielką ilością tekstu, a znaczącą jego część stanowią onomatopeje 😉 To nie są typowe książki do czytania dzieciom, natomiast znakomicie nadają się do wspólnego oglądania i rozmawiania o tym, co się w nich dzieje, co robi Mika, a co Domostwory i dlaczego wszystko kończy się tak, jak się kończy.

Nie będę spoilerować, nie ujawnię, kim są tajemniczy: Wyjec, Bulgot i Chłodek, wymyśleni przez Agatę Loth-Ignaciuk, a zwizualizowani przez Berenikę Kołomycką. Myślę, że się sami tego domyślacie 😉

Mika jest dzielną dziewczynką, nieprzypadkowo nosi tygryskowy kombinezon. Napotkawszy podczas swoich wędrówek owe Domostwory, nie ucieka przed nimi do rodziców, tylko dzielnie stawia im czoła. Nie może przecież zostawić przyjaciół: Żaby i Robaka na ich pastwę. I choć Rodzice nie są zachwyceni skutkami tych starć, myślę, że dobrze jej to wróży na przyszłość.

Dobrze rokuje też sposób, w jaki na te przygody reagują właśnie Rodzice. Patrząc z bardziej tradycyjnego punktu widzenia można by uznać te książki za niepedagogiczne, bo nie ma w nich żadnego morału, żadnej nauki do wyniesienia, no i oczywiście żadnej kary 😉

Myślę, że najważniejszą naukę z tych przygód wynoszą właśnie Rodzice Miki. Brzmi ona następująco: żaden hałas towarzyszący dziecięcej zabawie nie brzmi tak groźnie jak cisza. Po cichu dzieci psocą najbardziej 😉

Berenika Kołomycka & Agata Loth-Ignaciuk „Mika i Wyjec”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2021

Berenika Kołomycka & Agata Loth-Ignaciuk „Mika i Bulgot”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2022

Berenika Kołomycka & Agata Loth-Ignaciuk „Mika i Chłodek”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2023

Lot jaskółek

Lot jaskółek

To jest chyba najdłuższy tekst, jaki tutaj umieściłam – mam nadzieję, że ktoś go przeczyta do końca 😉

„Lot jaskółek” to kontynuacja wydanej dwa lata wcześniej „Wojny skowronków”, o której pisałam ––>>> tutaj.

Pierwsza część bardzo mi się podobała, była też nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład. Kiedy zobaczyłam zapowiedź kolejnego tomu, byłam pewna, że i on będzie mocnym kandydatem do nominacji w następnej edycji. Niestety – tym razem bardzo się rozczarowałam, choć sprawiedliwiej będzie, jeśli napiszę, że wzbudził w mnie uczucia mieszane.

W „Wojnie skowronków” zachwycił mnie sposób, w jaki Hilary McKay opisywała pierwszą wojnę światową. Napisałam wówczas: Tę wojnę nazywano potem Wielką, bo jeszcze takiej w historii ludzkości nie było. Pamięć o niej ginie w tej chwili w cieniu następnej, która zaczęła się dwadzieścia lat później i była jeszcze większa, jeszcze bardziej absurdalna i jeszcze straszniejsza. Ale o tym jeszcze bohaterowie tej książki nie wiedzą.

W „Locie jaskółek” McKay powraca do tych samych bohaterów, aby opisać kolejną wojnę, ale zdążyło się już pojawić kolejne pokolenie. Mamy więc dwie bohaterki pierwszoplanowe – mieszkającą w Oxfordzie Kate czyli Katherinę Clarissę Penrose, córkę znanych z poprzedniej części Vanessy i Petera, oraz Ruby Amarylis z Plymouth, córkę Violet. Mamą chrzestną obu dziewczynek jest Clarry.

Ponieważ wspomniałam o tym, że ta książka wzbudziła we mnie uczucia mieszane, zacznę od tego, co mi się w niej podobało. Są to właśnie Kate i Ruby Amarylis, a także ich najbliżsi. Ucieszyłam się, że Peter i Vanessa mają taką fajną, kochającą się rodzinę i że mimo braku wzoru wyniesionego z dzieciństwa, Peter potrafi być dobrym ojcem. Podoba mi się też wątek Clarry i Ruperta, choć tu miałam wątpliwości, czy happy end, który zafundowała im Autorka, nie jest za bardzo harlekinowaty ? Ojciec Clarry i Petera jest w tej części dużo bardziej interesującą postacią, widać, że nieco lepiej (z naciskiem na nieco) odnajduje się w roli dziadka niż ojca. To co działo się w trakcie jego wizyty świątecznej rozśmieszyło mnie – obawiam się jednak, że może to być odbierane jako swego rodzaju bagatelizowanie alkoholizmu. Niemniej – duże brawa dla tłumacza za przekład przeróbek kolęd śpiewanych przez Charliego po bliższym zapoznaniu się z zawartością piersiówki dziadka !!!

Bohaterem pierwszoplanowym „Lotu jaskółek” jest także pies, początkowo bezimienny, i on także ma swój ciekawie poprowadzony wątek. Szczególnie spodobała mi się scena, w której Rupert go znajduje – choć odpowiedniej będzie powiedzieć, że to pies znalazł Ruperta 😉

Na tym kończy się lista rzeczy, które mi się w tej książce podobały i gdyby Autorka na tych wątkach poprzestała, wszystko byłoby w porządku. W „Wojnie skowronków” opisywała wojnę widzianą tylko z jednej strony frontu, w tej – postanowiła pokazać ją z obu jego stron. Nie ma w tym pomyśle nic złego, problemem jest jedynie to, jak to zrobiła.

Dalej będą spoilery, więc tu się żegnamy z tymi, którzy nie mają na nie ochoty.

W „Locie jaskółek” równorzędnymi bohaterami pierwszoplanowymi są, obok dwóch angielskich dziewczynek i ich rodzin (oraz psa), dwaj niemieccy chłopcy – Erik i Hans, obaj z Berlina. Ich ojcowie walczyli na wojnie sprzed dwudziestu lat. Konsekwencje dla obu rodziny były odczuwalne jeszcze długo. Tata Erika po zatruciu gazem bojowym na froncie nigdy nie wrócił do pełni zdrowia. Umarł młodo na dwa miesiące przed narodzinami syna. Tata Hansa też był słabego zdrowia, a jego lewa noga kończyła się za kolanem. Zrobiono mu drewnianą protezę i chodził na niej sztywno, a pracował w urzędzie pocztowym, co miał tę zaletę, że spędzał prawie cały dzień w pozycji siedzącej. Matka Hansa nie pracowała, w odróżnieniu od matki Erika.

Obu chłopców oraz ich rodziny mieszkające w tym samym domu poznajemy w latach trzydziestych. Hans i Erik są rówieśnikami, chodzą razem do szkoły i tym, co ich łączy, poza przyjaźnią jest ich konsekwentna niechęć do wszelkich form, jakie w ich otoczeniu przybiera narodowy socjalizm. Te uczucia podzielają także ich rodziny – z wyjątkiem Lisy, starszej siostry Hansa, która wstąpiła do BDM, ale dość szybko przestało jej się tam podobać. Lisa jednak przedstawiona jest tam jako dziewczyna niespecjalnie myśląca i dość szybko znika na dalszym planie, aby w końcu zginąć. Nawet ich nauczyciel, przekonując chłopców, aby dla dobra swojego i swoich rodzin zapisali się do Hitlerjugend, argumentem: To są nowe Niemcy (…) Otwórzcie oczy. Koniec z bujaniem w obłokach ma w głosie jakiś przeraźliwy smutek.

To są już wszyscy Niemcy, jacy pojawiają się na kartach tej książki w Berlinie w pierwszych latach III Rzeszy. Nie ma nikogo, kto słuchałby z przejęciem i wiarą przemówień Hitlera, kto maszerowałby z wyciągniętą ręką podczas nazistowskich parad, kto w jakikolwiek sposób popierałby NSDAP.

Jest jeszcze Fräulein Trisk – ich żydowska sąsiadka, niezbyt zamożna, samotna staruszka, która w pewnym momencie znika, jakoś tak w 1935 albo 1936 roku. Potem okazuje się, że ukrywa ją mama Erika (i z pomocą rodziny Hansa przechowuje ją do końca wojny).

Naprawdę ?

Zaraz po ustawach norymberskich i jeszcze przed Kristallnacht ?

Ograniczenia prawne w tym okresie dotyczyły małżeństw mieszanych, wykonywania zawodu lekarza czy posiadania majątku i jakoś trudno mi przypuszczać, żeby bardzo dotknęły takiej osoby jak Fräulein Trisk, szczególnie że już wcześniej prawie nie wychodziła z domu. Trudno wtedy jeszcze było przypuszczać, że dojdzie do tego, do czego w końcu doszło.

Mamy więc z jednej strony bohaterów niemieckich stawiających opór nazistom od pierwszych dni po ich dojściu do władzy (w tym jedną Sprawiedliwą Wśród Narodów Świata antycypującą ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej jakieś 6 lat przed konferencją w Wannsee), a z drugiej… no właśnie, nikogo kto miałby twarz i nazwisko. Są jakieś bezimienne nazistowskie zbiry, z którymi biją się gdzieś Hans i Erik, ale generalnie całe dziejące się wówczas zło opisane jest bezosobowo. Na przykład Kristallnacht, tak odebrana przez Erika który przyjechał na przepustkę z wojska dzień czy dwa potem:

Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej. Berlin był niespokojny. Na miejskich placach dochodziło do brutalnych ekscesów, widmo przemocy krążyło nad ulicami. W powietrzu czuć było spaleniznę. Wszędzie leżało potłuczone szkło, pozgarniane na kupki, które przypominały spłachetki brudnego śniegu. Erik patrzył z niedowierzaniem na sterty odłamków przed sklepami i warsztatami Żydów, którzy jeszcze niedawno uważali to miasto za swój dom. (podkreślenia moje)

Czytając to, czułam się trochę jak wtedy, jeszcze w czasach NRD, kiedy zwiedzałam tam jakieś muzeum w zamku, którego nazwy już nie pamiętam. Ekspozycja była bardzo interesująca dopóki nie doszliśmy do lat trzydziestych i czterdziestych. Z tego, co tam było pokazane, można było wywnioskować, że w tej części Niemiec mieszkali WYŁĄCZNIE antyfaszyści, natomiast wszyscy naziści zamieszkiwali tereny ówczesnych Niemiec zachodnich 😉

Hans i Erik pojawili się na stronach tej książki, aby (jak to możemy przeczytać na okładce) pokazać wojnę z bardzo różnych perspektyw. W ich przypadku jest to perspektywa oficerów Luftwaffe i to właśnie jest dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania. Chłopcy znaleźli się w lotnictwie dzięki pomocy wujka jednego z nich, który służył w lotnictwie w czasach, kiedy ich ojcowie byli żołnierzami. O ile jednak tamci dwaj zapamiętali ten okres jak najgorzej, o tyle wuj Karl miał głównie miłe wspomnienia. Dlatego i on, i ich rodzice uznali, że tak będzie dla chłopców lepiej. Jak mówił ojciec jednego z nich: lepiej bujać w przestworzach niż leżeć w błocie.

Jednak ta wojna, która nadchodziła, miała być zupełnie inna i dla osób tak dobrze zorientowanych jak ów wuj Karl powinno to być już wtedy oczywiste. Próbą generalną do niej była wojna domowa w Hiszpanii – szczególnie to, co zaprezentował niemiecki Legion Condor w Guernice w kwietniu 1937 roku. Nasi bohaterowie rozpoczęli służbę w Luftwaffe w styczniu roku następnego, a w 1939 roku byli już oficerami. Kampanię wrześniową Autorka skwitowała jednym zdaniem o tym, że Erik musiał wsiąść do myśliwca i eskortować niemieckie bombowce w czasie nalotów na Polskę. W tej kampanii lotnictwo niemieckie po raz pierwszy nie tylko zrzucało bomby na cele cywilne, ale także ostrzeliwało ludzi na ziemi z karabinów maszynowych. Amerykański dziennikarz Julien Bryan zrobił wtedy wstrząsające zdjęcie dziewczynki rozpaczającej nad ciałem siostry zabitej przez pilota niemieckiego myśliwca podczas kopania ziemniaków…

Potem mamy rok 1940 – wojnę z Francją i bitwę o Anglię, w której Hans i Erik biorą udział, ale Hilary McKay tak to opisuje, że możemy tylko im (a wraz z nimi wszystkim innym niemieckim żołnierzom) współczuć:

Erik po raz pierwszy ujrzał morze w pewien szary sierpniowy poranek. Było to nad kanałem La Manche. Francja znalazła się pod niemiecką okupacją, więc jego dywizjon znów przeniesiono. Stacjonowali teraz w sadzie jabłoniowym niedaleko francuskiego wybrzeża. Zaimprowizowane lądowiska były grząskie, poczty kazano im się spodziewać nie częściej niż raz w miesiącu, a rolnik, do którego należała ziemia, szczerze ich nie znosił, podobnie zresztą jak cała miejscowa ludność. W miasteczku byli oszukiwani i znienawidzeni. Nowo przybyłym opowiadano historię z innego obozu kilka kilometrów dalej, gdzie pewnego ranka znaleziono wartownika z podciętym gardłem… (podkreślenia moje)

Autorka bardzo podkreśla to, że tej wojnie chodzi wyłącznie o zniszczenie francuskiego lotnictwa (…). Nie Francuzów, tylko ich samolotów. I jeszcze lotnisk, hangarów, pasów startowych i zakładów lotniczych (…). I linii zaopatrzenia tych zakładów. Czyli dróg i torów kolejowych. Podobnie w Anglii. Na celowniku Luftwaffe znalazł się teraz RAF, czyli Królewskie Siły Powietrzne. Rozpoczęto naloty na lotniska w południowej Anglii. Zadaniem messerschmittów było zwalczanie brytyjskich myśliwców Hurricane i Spitfire, które zrywały się do obrony kraju. Dochodziło do walk powietrznych, w których jedna niewielka maszyna usiłowała zniszczyć drugą, tłukąc do niej z działek, kręcąc zawijasy pod błękitnym letnim niebem. Czasem pilot rozplątywał te zawijasy i wracał do bazy w jednym kawałku. A czasem pętla się rwała, niebo kołysało, a rudy płomień i czarny dym buchały tam, gdzie ich być nie powinno. Często pojawiał się spadochron, opadający powoli niczym puchata kula dmuchawca, obserwowany w milczącym bezruchu przez ludzi na ziemi. Między wrogami obowiązywał niepisany kodeks honorowy: nigdy nie strzelało się do lotnika na spadochronie. Przez tych kilka minut, zawieszony między niebem a ziemią, mógł się czuć bezpieczny.

Bardzo romantyczna wizja. Niestety, według mojej wiedzy – bardzo odległa od prawdy. I w dodatku zrównująca tych, którzy lecieli zrzucać bomby, z tymi, którzy swojego kraju, swoich domów i bliskich bronili. Jej ukoronowaniem jest scena z brytyjskim lotnikiem którego samolot zestrzelono, ale on sam miał dużo szczęścia i zdołał wylądować ze spadochronem na ich wyboistym lądowisku. Wszyscy go tutaj polubili: na kilka godzin został bohaterem całego obozu, niemalże ich towarzyszem. Częstowali go papierosami, czekoladą i prawdziwym niemieckim piwem. Opowiadał o premierze Churchillu i cholernym Hitlerze i zapewniał ich, że Brytyjczycy nigdy się nie poddadzą.

– Gdybyście się poddali – usłyszał od nich w odpowiedzi – nasze kraje mogłyby ze sobą współpracować.

– Tak, ale nie poddamy się – odparł brytyjski lotnik i pokręcił głową. – No i tak.

Był równie uparty, jak reszta jego rodaków. Po kilku godzinach, wielu uściskach dłoni i życzeniach szczęścia odwieziono go do obozu dla jeńców. (podkreślenia moje)

Tak, wiem, że jeńców brytyjskich Niemcy traktowali inaczej niż polskich i jest to do pewnego stopnia prawdopodobne, choć wniosek, jaki z tej sceny płynie dla młodych czytelników jest taki, że winny wojnie jest niezrozumiały opór Brytyjczyków przed współpracą z Niemcami. Autorka nie wyjaśniła jednak, jak ta współpraca miałaby wyglądać…

Wiele rzeczy w tej historii budzi mój opór, mimo że oddzielnie być może są prawdopodobne. Nasuwają mi się tu słowa biskupa Krasickiego z jego „Wstępu do bajek”: A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! // Prawda, jednakże ja to między bajki włożę.

Nie mam nic przeciwko bajkom, choć wolę kiedy zaczynają się od Dawno, dawno temu, za górami i za lasami… 😉 Jednak jako historyczka nauczona zostałam tego, aby opisywać to, co się zdarzyło, w sposób najbardziej zgodny z tym, co mówią źródła. Mówi się, że historia magistra vitae est. Zastanawiam się, czego ma uczyć taka wygładzona i wypolerowana wersja historii, w której wszyscy są ofiarami, tylko nie wiadomo czyimi ? Jaką lekcję o tym, skąd się biorą totalitaryzmy, wyniosą z tej książki jej czytelnicy ? Czy znajdą w niej odpowiedź na postawione na okładce pytania: Co jest najcenniejsze ? Kto naprawdę jest wrogiem ? Na czym polega odwaga ?

Nie wiem, co jeszcze mogę tu napisać i jak zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się niezawodny Jacek Kaczmarski: I pamiętaj, że dana Ci pamięć – nie kłam sobie, a nikt Ci nie skłamie…

I z tym Was zostawię, jeśli w ogóle doczytaliście aż dotąd.

Hilary McKay „Lot jaskółek”, przekł.: Łukasz Witczak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2023

Emil i Ida. Trzy opowiadania

Emil i Ida. Trzy opowiadania

Rzadko popełniam wpisy okolicznościowe, ale ten taki właśnie jest. Nie chodzi mi jednak bynajmniej o przypadające w tym roku 60 urodziny Emila, lecz o to, że dziś jest 15 rocznica naszych odwiedzin w Vimmerby, w Astrid Lindgrens Värld . Kiedy na początku lipca 2008 roku wyruszaliśmy z dziećmi w podróż przez Niemcy, Danię i Szwecję, nie mieliśmy żadnego ustalonego programu. Wędrowaliśmy z przyczepą od campingu do campingu, gdzie nam przyszła ochota, ale jednego miejsca na tej trasie byliśmy pewni – właśnie Vimmerby. Tam urodziła się i spędziła dzieciństwo Astrid Lingren, tam jest także pochowana.

Ach, co to był za dzień !!! Astrid Lindgrens Värld okazał się miejscem, które mnie zachwyciło, bo tak bardzo czuć tam ducha jej twórczości, ale także dlatego, że jest tak bardzo skandynawskie. Bilety (jak wszystko w Szwecji) tanie nie były, ale potem już wszystko, poza gastronomią i sklepikami z pamiątkami, było w ich cenie. Każda z książek Astrid ma tam swoją część zanurzoną w jej treści i klimacie, a pamiątki, które można tam nabyć są z nimi związane i wyglądają zupełnie tak, jak na ilustracjach. Na przykład Nisiek Lotty, którego nie kupiliśmy, bo Najmłodsza już miała swojego prosiaczkowego misia i nie chciała innego. Można też kupić ukochaną czapkę Emila i jego wystruganą z drewna strzelbę, a że większość dzieci reprezentowała skandynawski typ urody, można powiedzieć, że Emilów było tam na pęczki 😉

Dziewczynki natomiast dzieliły się na Lotty z Niśkami i Pippi w ilościach hurtowych.

Nie znajdziecie tam żadnego plastiku, nie usłyszycie głośnej muzyki – wszystko jest nie tylko analogowe, ale wręcz unplugged 😉 Moje córki pierwszy (i nie wiem, czy nie ostatni) raz spróbowały chodzenia na szczudłach, pływały promem po małym i niegłębokim akwenie wodnym, uważały, żeby nie wpaść do Diabelskiej Czeluści i wychodziły z domu Mateusza w Dolinie Dzikich Róż tajnym przejściem za kredensem.

Najmłodsza mogła naśladując Emila spróbować uciec po desce z drewutni…

a kto był na to za duży, mógł sobie zrobić zdjęcia w scenach z ulubionych książek – na przykład wcielić się w Emila, który wciągnął Idę na maszt od flagi.

Poprzedni mój wpis o Emilu i książkach o nim powstał jeszcze zanim tam wyruszyliśmy. Znajdziecie go —>>> tutaj.

W zbiorze „Emil i Ida. Trzy opowiadania” zgodnie z tytułem znajdują się trzy opowiadania o przygodach Emila i jego siostry Idy, których nie ma we wcześniejszym zbiorowym wydaniu Naszej Księgarni. Wszystkie trzy ukazały się już wcześniej pojedynczo nakładem Zakamarków. Najbardziej lubię „Mała Ida też chce psocić”, bo bardzo fajnie pokazuje to, jak rodzice przywiązują się do ról, które ich dzieci zwykły pełnić. Ida co prawda rzeczywiście napsociła, ale przecież psoty to zawsze była domena Emila, więc i tym razem on poniósł karę. Brzmi to może bardzo niesprawiedliwie, ale wiemy przecież, że kara w postaci siedzenia w drewutni nie była specjalnie dolegliwa, a wręcz przez niego lubiana 😉

Astrid Lindgren pisała historie o Emilu i jego rodzinie w początku lat sześćdziesiątych, ale realia życia tam opisane dotyczą bardziej jej własnego dzieciństwa w Vimmerby. Teraz, kiedy minęło kolejnych 60 lat, można zastanawiać się, na ile życie w Katthult jest zrozumiałe dla współczesnych dzieci – i w Szwecji, i w Polsce? Myślę, że i ja wtedy, kiedy poznawałam rodzinę Emila jakieś pięćdziesiąt lat temu, i moje córki – ponad piętnaście lat temu, i dzieci teraz traktowałyśmy i traktują te realia trochę jak świat z baśni, inny od naszego. Niezależnie od realiów, chłopiec, który najpierw działa, a potem myśli oraz rodzice, którzy go kochają i choć czasem mają dość, to zawsze mu wybaczają jego psoty, są ponadczasowi.

Jeśli jednak dla czytelników z trzeciej dekady XXI wieku te historie mogłyby okazać się zbyt długie, a ilość nieaktualnych już szczegółów życia – przytłaczająca, warto zacząć najpierw od „Ach ten Emil!” czyli książki, w której Astrid Lingren zrekapitulowała wszystkie najważniejsze przygody swojego bohatera. Jeśli się spodoba, wtedy warto sięgnąć po resztę 🙂

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki książki „Emil i Ida. Trzy opowiadania” 🙂

Astrid Lindgren „Emil i Ida. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2023

Astrid Lindgren „Ach, ten Emil!”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Tajemnica Lost Lake

Tajemnica Lost Lake

„Tajemnicę Lost Lake” przeczytałam już jakiś czas temu i długo nosiłam się z zamiarem umieszczenia jej na półkach Małego Pokoju z Książkami. Trudno było mi jednak zabrać się za napisanie o niej, bo (jak w przypadku każdej książki, której treścią jest rozwiązywanie jakiejś tajemnicy) nie jest łatwo zrobić tego tak, żeby jej nie zdradzić. Na dodatek w tak zwanym międzyczasie zapoznałam się z pierwszym tomem „Rodziny Monet” i imperatyw podzielenia się wrażeniami z tej lektury był tak duży, że Lost Lake musiało poczekać na swoją kolej. Ale z Pensylwanii do Nowej Anglii nie jest tak daleko, więc dotarłam i tu 😉

„Tajemnicę Lost Lake” można czytać na dwóch płaszczyznach. Ta pierwsza, najbardziej oczywista to powieść grozy z elementami paranormalności (i z poziomem straszności odpowiednim dla wczesnych nastolatków oczywiście), w którym kluczową rolę odgrywa biblioteka i pewna tajemnicza książka. Wszystko to widać już na okładce 😉

Rodzina Fiony Crane właśnie przeprowadziła się na drugi koniec stanu Massachusetts do tytułowego miasteczka. Dom, który kupili państwo Crane, nazywano kolonialnym – nie dlatego, że miał okiennice i rozległą fasadę z tarasem na całej długości, ale dlatego, że wybudowano go w czasach kolonialnych. Deski parkietu skrzypiały, okna były podzielone na małe kwadraty, a drzwi zdążyły się wypaczyć i powykrzywiać tak, że nie pasowały do framug.

W Lost Lake jest wiele takich starych domów zatopionych w zieleni. Są wakacje, dziewczynka nikogo tam nie zna, a rodzice są zajęci (dlaczego – o tym potem), więc jedynym miejscem, gdzie może spędzać czas jest miejscowa biblioteka, która mieści się właśnie w takiej starej rezydencji. Tam też znajduje książkę zaczynającą się od słów: Dawno temu żyły sobie dwie siostry, które wszystko robiły razem. Do momentu, gdy jedna z nich zniknęła.

Fionę zafascynowała ta książka, a ona pojawiała się i znikała, tak jakby sama sobie wybierała czytelników. Potem okazało się, że jej akcja ma coś wspólnego z Lost Lake, a nawet z budynkiem, w którym obecnie jest ta biblioteka i że nie tylko Fiona została przez tę książkę wybrana do rozwikłania tajemnicy sprzed lat…

Gdyby zekranizować „Tajemnicę Lost Lake”, mógłby z tego wyjść film momentami przerażający i chyba nieodpowiedni dla widzów w wieku, dla którego jest ona przeznaczona. Czym innym jest wyobrażanie sobie czytanych scen i sytuacji, bo odbywa się to w ramach posiadanej wiedzy i doświadczenia, a czym innym – zobaczenie tego na ekranie tak, jak sobie to wyobraził ktoś inny. Jednak poza tym nieco strasznym wątkiem, który z czasem przechodzi z książki w książce do tej właściwej, a Fiona i jej nowo poznany kolega z czytelników stają się uczestnikami wydarzeń, „Tajemnica Lost Lake” jest historią o rodzinie, a przede wszystkim o siostrach.

Najwcześniejsze wspomnienie Fiony Crane to wielogodzinne oczekiwanie na mrozie. A wszystko przez siostrę.

Kiedy Fiona wracała pamięcią do tego wydarzenia, widziała siebie, jak siedzi opatulona kocem, na szarej metalowej barierce przed dużym metalowym budynkiem. Na ławce obok niej leżała kolorowanka i pudełko kredek, ale zziębnięte palce w wełnianych rękawiczkach nijak nie mogły skorzystać z tych dobrodziejstw. Dziewczynka patrzyła z góry na białe owalne lodowisko, na którym jeździła na łyżwach jej siostra Arden.

Łatwo było dostrzec Arden wśród innych łyżwiarzy figurowych. Wszystkie dzieci z grupy początkującej sunęły po lodzie na jednej nodze, z ramionami na boki. Arden rozpościerała ramiona najszerzej i najwyżej ze wszystkich unosiła nogę. Fiona w tym czasie marzła na ławce… (…)

Ale już wtedy, choć miała zaledwie trzy lata, zdążyła się zorientować, że tak właśnie będzie wyglądało życie z Arden Crane. Wieczne czekanie i przyglądanie się z boku. Szukanie resztek wolnej przestrzeni, by wcisnąć w nie własne życie.

Rodzina Crane’ów przeprowadziła się do Lost Lake właśnie ze względu na łyżwiarskie treningi Arden. Dojazdy z Pittsfield, gdzie mieszkali wcześniej, zajmowały zbyt wiele czasu. Trudno się dziwić młodszej z sióstr, że ma żal o rozstanie z przyjaciółmi i ukochanym domem, ale z czasem możemy się przekonać, że sytuacja nie jest tak oczywista, jak się jej wydaje.

Bardzo podoba mi się to, jak Jacqueline West opisuje tę rodzinę. Rodzice dziewczynek starają się pogodzić zbyt wiele racji – chcą aby starsza z córek mogła należycie rozwijać swój talent, ale równocześnie muszą pracować, aby na to zarobić i w dodatku naprawdę myślą jeszcze o tym, co jest ważne dla Fiony. Tylko czasem ich to wszystko przerasta, czegoś nie zapiszą, o czymś zapomną…

Fiona, która ma żal o to, że ze względu na siostrę musiała zrezygnować z dotychczasowego życia, z czasem przekonuje się, że Arden też w tym wszystkim nie jest łatwo, a świadomość tego, jak krótka jest kariera łyżwiarska i jak niewiele ma czasu na to, żeby osiągnąć sukces, jest dla niej też źródłem stresu. W dodatku zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko ona ponosi tego koszty.

„Tajemnica Lost Lake” to powieść o siostrach – tych z przeszłości i tych, które tam się właśnie przeprowadziły. To opowieść o istocie więzi, która je łączy. Sama jestem jedynaczką i bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy nie tylko mają rodzeństwo, ale naprawdę łączy ich coś więcej niż tylko przynależność do tej samej rodziny i życie pod jednym dachem. Zazwyczaj nie lubię w książkach takich sytuacji, kiedy bohaterowie robią coś w tajemnicy przed rodzicami, ale kiedy tutaj Arden powiedziała do Fiony: Jesteśmy już na tyle duże, że pewne problemy możemy rozwiązywać między sobą, prawda ? poczułam, że jest to początek czegoś szczególnego między siostrami. Czegoś bardzo ważnego.

Wakacyjna powieść grozy z książką roli głównej i biblioteką w tle, trochę staroświecka i trochę współczesna – czy jest lepszy czas na taką lekturę niż właśnie teraz ?

Jacqueline West „Tajemnica Lost Lake”, przekł.: Maria Jaszczurowska, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023

Rodzina Monet. Skarb

Rodzina Monet. Skarb

To jest wpis, którego miało nie być 😉

Widziałam, co prawda kolejne tomy „Rodziny Monet” w księgarniach, ale zupełnie mnie do tego cyklu nie ciągnęło. Uważałam, że jest wystarczająco popularny i moje zainteresowanie nie jest mu do niczego potrzebne.

Potem zobaczyłam zdjęcia kolejki nastolatek, które na targach książki stoją godzinami, żeby dostać autograf, zamienić kilka słów i zrobić sobie selfie z autorką. Dowiedziałam się też, jak zmieniły się ostatnio wskaźniki czytelnictwa wśród tej grupy wiekowej i uznałam, że jeśli chcę uchodzić za eksperta od książek dla niedorosłych, to jednak muszę się z tym fenomenem zapoznać.

Przeczytałam pierwszy tom i włos mi się na głowie zjeżył…

Dalej będą spioilery jak stąd do księżyca, więc zastanówcie się, czy na pewno chcecie to czytać. Jeśli tak – zapraszam pod zdjęcia.

Zdjęcia przedstawiają kolejkę czytelniczek, które ustawiły się w oczekiwaniu na Weronikę Annę Marczak. Na tegorocznych targach książki na warszawskim Stadionie Narodowym zrobił je Michał Zając, któremu bardzo dziękuję za ich użyczenie !!!

Nie czytałam następnych tomów cyklu, ale to dla tego wpisu nie ma znaczenia, bo właśnie na podstawie tego, co jest w pierwszym, czytelniczki podejmują decyzję o tym, czy chcą sięgnąć po kolejne.

Kiedy czytałam tę książkę, wiedząc, że powstawała ona na platformie Wattpad, uznałam, że autorką jest nastolatka trochę starsza od bohaterki. Dlatego byłam w stanie przymknąć oko na pewną nieporadność językową czy brak wiedzy o realiach życia w USA, szczególnie w bogatszych warstwach społeczeństwa, bo widać, że głównym jej źródłem były seriale 😉

Cała historia jest jak z baśni o dziewczynie wychowywanej w dość prostych warunkach, która nagle dowiaduje się, że jest zaginioną dziedziczką odległego królestwa. Tak właśnie jest z Hailie, brytyjską czternastolatką, która na pierwszej stronie tej książki traci w wypadku samochodowym wszystkie bliskie sobie osoby (czyli mamę i babcię), aby następnie dowiedzieć się, że ma w Pensylwanii pięciu przyrodnich braci i najstarszy z nich zostanie jej prawnym opiekunem. Cała rodzinna historia bohaterki pozostaje w tym tomie niewyjaśniona – jak to się stało, że w ogóle przyszła na świat ? Czy ojciec się nią interesował i czy łożył na jej utrzymanie ? A jeśli nie, co sugerowałaby rażąca różnica w poziomach życia między nią a braćmi, to dlaczego ? Tego Autorka nie była łaskawa nam wytłumaczyć – nie wiem, czy w ogóle nie zaprzątała sobie tym głowy, czy wyjaśnienie pozostawiła na dalszy ciąg tej historii.

Opis rezydencji Monetów, w której Hailie zamieszkała po przyjeździe do Stanów oraz opisy ich życia też są niespecjalnie wymyślne. Autorka wie, że bogaci ludzie mają wszystko duuuuże i tak jest tutaj – duży dom z dużym salonem, w którym jest duży telewizor i konsola do gier. Duży garaż, a w nim dużo dużych samochodów. A ! I jeszcze duża siłownia. I basen na zewnątrz, ale już opróżniony na zimę (widać, że basen w domu jest już poza wyobraźnią Autorki).

Również poza jej wyobraźnią jest to, że taki duży dom wymaga ludzi do obsługi – dlatego bardzo rozśmieszyło mnie to, że bohaterka uznaje za niebywały luksus fakt, że w tej rezydencji, w której mieszka pięć (a potem sześć) osób, jest dochodząca gosposia. Sztuk jeden. I daje radę ze wszystkim – sprzątaniem, praniem i gotowaniem dla pięciu obdarzonych solidnymi apetytami facetów, którzy zdecydowanie nie mają żadnych obowiązków domowych !!! Chętnie bym ją podkupiła Monetom, ale obawiam się, że mnie na nią nie stać 😉

Potem dowiedziałam się, że Weronika Anna Marczak zaczęła to pisać po licencjacie, więc moja życzliwa wyrozumiałość trochę się skurczyła. Nadal jednak od tej strony patrząc, ta książka nie odstaje specjalnie od niższej półki tego nurtu w literaturze, który określany jest mianem kobiecej. Problemem, jaki z nią mam, nie jest jednak niewyszukany język i toporna konstrukcja akcji – jest nim natomiast obraz absolutnie porypanych relacji rodzinnych oraz dominujący w niej wzór męskich bohaterów.

No i przemoc.

Zawsze twierdziłam, że lepiej jest, kiedy ktoś czyta cokolwiek, byleby czytał – nawet jeśli to nie jest literatura najwyższych lotów. Wtedy ma chociaż szansę na to, że (nawet przypadkiem) sięgnie po coś wartościowszego. Osoba nie czytająca NIC, takiej szansy nie ma. Lektura „Rodziny Monet” spowodowała, że zmieniłam zdanie.

Ten cykl czytają nastolatki – w wieku bohaterki i młodsze, a więc osoby, które wcześniej czytały Astrid Lindgren czy serię o Harrym Potterze, a z naszego podwórka – na przykład książki o Majce i Ciabci Marcina Szczygielskiego. W tamtych historiach nie było ambiwalencji – dobro to dobro, a zło to zło. Nastolatki nie mają jeszcze wiedzy o życiu, która spowoduje, że w pewnych sytuacjach opisanych przez Weronikę Annę Marczak zapali im się lampka ostrzegawcza. One czytają wprost i przyjmują wszystko, tak jak Autorka napisała i tak jak to przyjmuje bohaterka, choć na początku trochę się buntuje.

Wbrew wrażeniu, jakie można z tej książki wynieść – kochająca się rodzina nie wygląda jak Monetowie. Zdecydowanie NIE !!! W kochającej się rodzinie zasady są jednakowe dla wszystkich, a tutaj zupełnie inne standardy obowiązują Hailie, która zaraz po przyjeździe obchodzi piętnaste urodziny, a inne jej starszych raptem o dwa lata braci bliźniaków. Tony i Shane także są nieletni (świadomie używam tego określenia, mimo że jest on zastrzeżone dla sprawców przestępstw), a jednak ich nie dotyczy zasada: żadnych używek. Wręcz przeciwnie – palą jawnie nie tylko w domu, ale także w szkole. Piją też alkohol podczas rodzinnego wyjścia do restauracji, a przypomnijmy, że w USA mogą to robić osoby, które skończyły 21 lat.

Kiedy Tony w obecności wielu uczniów bije (żeby nie powiedzieć – katuje) kolegę, reprymendę w domu dostaje tylko Hailie, która próbowała go powstrzymać, podczas gdy powinna była się oddalić bez słowa. Nie jest to jedyna sytuacja, kiedy słyszy on tylko, że powinien zacząć bardziej panować nad swoją agresją.

Wbrew wrażeniu, jakie można z tej książki wynieść – troska o młodszą siostrę i o jej bezpieczeństwo nie usprawiedliwia inwigilacji, kontrolowania tego, co robi w internecie, śledzenia jej oraz terroryzowania wszystkich chłopców w szkole, którzy po prostu wiedzą, że jakakolwiek interakcja z siostrą Monetów grozi śmiercią lub kalectwem. I nie wystarczy, że się ją nazywa Maleńką i Siostrzyczką oraz mówi Jesteś naszym skarbem, który się odnalazł, bo to wszystko razem wyczerpuje znamiona przemocy psychicznej, a nie miłości.

Cała historia z Jasonem spowodowała, że przed ciśnięciem tą książką o ścianę powstrzymała mnie tylko niechęć to zniszczenia Kindle’a 😉 Wszystko zaczyna się od tego, że Hailie, która przecież absolutnie nie może sama wrócić ze szkoły do położonej na odludziu Rezydencji Monetów, spędza czas oczekiwania na to, że brat skończy zajęcia, w szkolnej bibliotece. Tam zagaduje do niej kolega, z którym chodzi na francuski i namawia ją, żeby pomagała mu w lekcjach, a ona się zgadza. Powtórzę – całe ich przestępstwo polega na tym, że razem odrabiają lekcje w szkolnej bibliotece i na tym przyłapuje ich jeden z jej braci. Potem, mimo zakazu – spotykają się dalej (w rzadko odwiedzanej damskiej toalecie), a następnie idą razem do kina (wersja dla jej rodziny: idą tam z nią dwie koleżanki). Wtedy bracia Monet przechodzą od ustnych pogróżek do czynów i Jason spada ze schodów. Odnosi to należyty skutek, bo od tej chwili przestaje nawet spoglądać na Hailie i zaczyna prowadzać się z inną dziewczyną. Hailie cierpi, ale po jakim czasie:

po pierwsze – uświadamia sobie, że Jason to dupek (przepraszam !), więc w sumie jej bracia mieli rację i w ogóle należało mu się;

a po drugie – kiedy dowiaduje się, że tę kolejną dziewczynę rzucił po pierwszym seksie, co robi ? W porywie wściekłości biegnie do niego i publicznie uderza go w twarz. Czyli nauczyła się już, że przemoc to znakomita metoda na rozwiązywanie takich problemów.

Wbrew wrażeniu, jakie można z tej książki wynieść – przemoc nie jest oznaką męskości. Poza Hailie występują tam zaledwie trzy postaci kobiece na drugim planie – gosposia i dwie jej szkolne koleżanki. Poza tym – sami faceci, którzy dzielą się na tchórzy, rozglądających się ze strachem, czy gdzieś w pobliżu nie ma braci Monet oraz na samych Monetów, których różni wyłącznie stopień, w jakim są w stanie zapanować nad swoją agresją. Im starsi – tym bardziej opanowani, ale dochodzę do wniosku, że bardziej obawiałabym się tych starszych. I jeszcze jedno – facet, który deklaruje, że na siostrę nigdy by ręki nie podniósł, natomiast kogoś, kto chciałby ją skrzywdzić, osobiście zabije – nie wyraża w ten sposób miłości.

Już podczas pierwszej rozmowy po przyjeździe, kiedy Vincent przedstawiał jej zasady, których przestrzegania oczekuje od niej, Hailie dowiedziała się, że jest zdecydowanie za młoda na randki. I znów – ta zasada nie dotyczy jej starszych o dwa lata braci – oni mogą nie tylko spotykać się z dziewczynami, ale także za absolutnie normalne uchodzi to, że traktują je wyłącznie jako obiekt seksualny i określają mianem suk (tak – zasada o używaniu należytego słownictwa też obowiązuje tylko ich siostrę). Kiedy się jeden z braci (tak, ten nieletni 😉 ) czepnął się jej o za krótką sukienkę, Hailie odpaliła mu, że u jego dziewczyny mu to jakoś nie przeszkadza. Odpowiedział coś w tym stylu: Maleńka, to jest dziewczyna, z którą być może jeszcze dziś pójdę do łóżka. Nie chciałbym, żeby o tobie ktokolwiek myślał tak, jak ja o niej myślę. Tego to nawet nie podejmuję się skomentować 😦

Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba wystarczy. Jeśli chcecie więcej – obejrzyjcie film, który jest poniżej. Jego autorka dokładnie streszcza pierwszy tom i pokazuje jeszcze więcej miejsc, od których włos się jeży na głowie. Z tego, co udało mi się znaleźć w sieci na temat kolejnych tomów, wnioskuję, że później Hailie nauczyła się żyć w tej rodzinie tak, aby w jak największym stopniu korzystać z tego, co daje jej ich bogactwo, wpływy i pokrętnie rozumiana miłość.

Wiem, że „Rodzina Monet” jest bardzo popularna wśród nastolatek, a z takimi modami trudno walczyć. Nie namawiam więc rodziców do tego, żeby zabraniali swoim córkom czytania tego cyklu, bo to plus moda może wywołać jedynie zwiększone zainteresowanie owocem zakazanym. Jesli jednak Wasze córki czytają te książki, proszę – porozmawiajcie z nimi o nich !!! Dowiedzcie się, co im się tam tak bardzo podoba i spróbujcie wyjaśnić, że oswojony brutal to nie jest dobry kandydat na chłopaka marzeń…

Weronika Anna Marczak „Rodzina Monet. Skarb”, wyd.: You&YA, Warszawa 2022

I jeszcze obiecany film, tam są dopiero spoilery !!! 😉

Nieśmiała myszka

Nieśmiała myszka

Książka nominowana i wyróżniona w konkursie Książka Roku 2023 IBBY w kategorii literackiej !!!

Była sobie raz myszka. // Myszka bardzo nieśmiała, // która wciąż się wstydziła // i wszystkiego się bała.

Myszka z tej książki natychmiast skojarzyła mi się z wcześniejszą „Myszką” tej samej autorki*, którą wtedy zwizualizowała nam Dobrosława Rurańska. Tamtą szarpały najrozmaitsze emocje, natomiast ta spętana jest nieśmiałością i lękliwością. Te cechy bardzo utrudniają jej życie…

Była sobie raz myszka, // której łatwo nie było. // Czasem w nocy płakała, // bo coś jej się przyśniło.

Na ogół, kiedy mówimy o takich nieśmiałych dzieciach, skupiamy się na tym, jakie problemy stwarzają one innym. Bo nie chcą leżeć same w ciemnym pokoju i trzeba z nimi siedzieć, aż zasną… Bo płaczą kiedy mają rozstać się z rodzicami i zostać bez nich w obcym miejscu (na przykład – w przedszkolu)… Bo swoją nieśmiałością psują innym dzieciom przedszkolne występy… Dorota Gellner pokazuje nam jednak, że najwięcej problemów z nimi mają… one same.

Czy jest na to sposób ? Na pewno nie jest nim mówienie: nie przesadzaj ! czy weź się w garść ! Wie o tym mały królik – okularnik. Myślę, że te okulary, w które ubrała go na ilustracjach Marianna Oklejak, nie są przypadkowe – pewnie jemu też to życie utrudniało. On potrafi po prostu być z nieśmiałą koleżanką, wspierać ją swoją obecnością i dodawać jej w ten sposób otuchy w trudnych momentach.

W obu tych książkach Dorota Gellner mówi dzieciom bardzo ważną rzecz – że mają prawo do swoich uczuć oraz że mają prawo sobie z nimi nie radzić. Warto, żeby usłyszeli i zrozumieli to także dorośli…

* Jest jeszcze trzecia myszka, tym razem zakochana, ale to jest zupełnie inna historia 😉

Dorota Gellner „Nieśmiała myszka”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2023

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016

Zwierzątko dla Pellego

Zwierzątko dla Pellego

„Zwierzątko dla Pellego” to fragment powieści Astrid Lindgren, która w Polsce ukazała się pod trzema tytułami i mam teraz spory problem z decyzją, który z nich wybrać, kiedy o niej wspominam. Dla mnie było to „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”, ale tutaj będę używać tytułu oryginalnego.

Dawno już nie wracałam na Saltkråkan, a kiedyś była to moja ukochana książka.

I wakacje marzeń – wtedy i teraz, bo gust mi się od tego czasu nie bardzo zmienił. Najbardziej lubię, jak jest woda (najchętniej słona 😉 ), dużo zieleni i mało ludzi. Niestety jakoś trudno mi znaleźć takie miejsca, które spełniałyby wszystkie te trzy warunki i jeszcze na dodatek byłyby w zasięgu niezbyt długiej podróży.

„Zwierzątko dla Pellego” obudziło we mnie wspomnienia nieco świeższe niż moje dzieciństwo, bo związane z naszą rodzinną wyprawą do Skandynawii 15 lat temu. Nie udało nam się wtedy dotrzeć ani do Sztokholmu, ani na wysepki Archipelagu Sztokholmskiego, gdzie Astrid Lindgren lubiła spędzac wakacje i gdzie umieściła powieściowe Saltkråkan. Odwiedziliśmy jednak Vimmerby – tam się urodziła, tam spędziła dzieciństwo i tam mieści się „Astrid Lindgren Varld”. Przejrzałam nasze zdjęcia stamtąd, ale jedyne, które jakoś wiąże się z tą powieścią, przedstawia kolejkę do kolejki, wagonikami której odbywało się podróż na Saltkråkan. Ta podróż związana była bardziej z serialem nakręconym na podstawie tej powieści. Niestety, nie miałyśmy szansy na jego bliższe poznanie, bo w Polsce nie był nigdy wyświetlany, a płyty, które można była tam kupić, miały tylko cztery wersje językowe: szwedzką, duńską, norweską i fińską 😉

„Zwierzątko dla Pellego” to fragment rozdziału o tym samym tytule, który opowiada historię tego, jak Pelle Melkerson, który marzył o swoim własnym zwierzątku, wszedł w posiadanie królika. Jest to fragment z samego środka powieści, więc czytając go nie dowiemy się, kim są bohaterowie i skąd się wzięli na Saltkråkan. Nie wiemy, że Pelle spędza tam tylko wakacje z rodziną, a Tjorven jest wyspiarką z urodzenia i doskonale zna okoliczne szkiery oraz ludzi tam mieszkających. Ją także wszyscy tam znają. Mam nadzieję, że dziecięcy czytelnicy skupią się na przygodach bohaterów i nie będą się zastanawiać nad tymi szczegółami, choć jak się je zna, chyba łatwiej jest tę historię zrozumieć.

Astrid Lindgren pisała „Vi på Saltkråkan” sześćdziesiąt lat temu. Kiedy czytam tę książkę dziś, uderza mnie przede wszystkim to, jak bardzo zmienił się od tego czasu zakres swobody pozostawianej dzieciom. Trudno sobie obecnie wyobrazić parę siedmiolatków (nawet z psem takim jak Bosman), którzy znikają z rodzicielskich radarów na parę godzin, w tym czasie odbywają z sąsiadem wyprawę na sąsiednią wysepkę, potem jeszcze na kolejną, tym razem sami i łódką, od której w drodze powrotnej gubią wiosła, a kiedy wracają okazuje się, że nikt się ich nieobecnością podczas burzy nie zaniepokoił.

„Zwierzątko dla Pellego” to historia pogodna i beztroska. Dzieci spędzają ciekawie czas, a Pellemu udaje się zrealizować marzenie o własnym zwierzątku. Po jej przeczytaniu dzieci pewnie będą chciały poznać inne ich przygody i tu muszę ostrzec – „Vi på Saltkråkan” to powieść przeznaczona dla czytelników starszych niż ci, do których adresowana jest ta wersja obrazkowa. Jest tam wiele naprawdę śmiesznych fragmentów, ale są też momenty trudne i smutne. Historia króliczka, którego Pelle nazwał Jocke, tak się właśnie kończy. Pamiętam do dziś, jak bardzo to przeżywałam, a Mamie, która czytała mi tę książkę, głos się łamał.

Pamiętam jednak też, że były miejsca, których nie była w stanie czytać, bo tak się śmiała. „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?” to było jedno z naszych najcudowniejszych wspólnych przeżyć czytelniczych i nigdy tego nie zapomnę.

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Astrid Lindgren (tekst) & Maria Nilsson Thore (ilustr.) „Zwierzątko dla Pellego”, przekł.: Maria Olszańska , wyd.: Zakamarki, Poznań 2023

Między światem a zaświatem

Między światem a zaświatem

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z !!!

To jest druga książka, jaką napisała Katarzyna Jackowska-Enemuo i druga, która w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA wygrała w kategorii: Od A do Z. I to w dodatku rok po roku !!! Ale w kolejnej edycji LOKOMOTYWY już tak nie będzie, jestem tego pewna. A to dlatego, że kolejna książka tej autorki zapowiadana jest dopiero za rok 😉

„Tkaczkę chmur”, o której pisałam —>>> tutaj , ilustrowała Marianna Sztyma, natomiast w „Między światem a zaświatem” tekstom Katarzyny Jackowskiej-Enemuo towarzyszą malarskie ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Są one nieco poważniejsze, jakby doroślejsze, bo też i ta książka jest adresowana do nieco starszych czytelników. Trudno sobie wyobrazić, że mogłoby one wyglądać inaczej i właśnie tej niezwykłej spójności tekstu i obrazu obie zawdzięczają nominacje w naszej kategorii przeznaczonej dla książek totalnych, domyślanych i dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach.

Zanim przejdziecie przez tajemną furtkę, za którą spotykają się świat i zaświat, musimy wyjaśnić sobie kilka rzeczy.

Czy wiecie, czym jest tradycja ? Ktoś powie, że to takie stare, dziwne rzeczy nie wiadomo po co. A ja wam powiem, że tradycja to czasem po prostu zwyczaj. Ale też sposób myślenia i to, jak sobie wyobrażamy świat, jak go rozumiemy. To taki sposób, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenia – ale nie poprzez naukę w szkole, lecz poprzez uczestnictwo, działanie i opowieści. (…)

Niektóre takie tradycyjne rzeczy czy wyobrażenia, które są bardzo stare, dzisiaj mogą nam się wydawać dziwaczne i niezrozumiałe. Wiele jest jednak bardzo interesujących. Pięknych. I warto o nich pamiętać. A może nawet czasami z nich korzystać. I zmieniać je po swojemu – bo prawdziwa, żywa tradycja to taka, która się nieustająco zmienia. Zachowuje coś z przeszłości, ale jest giętka i elastyczna, daje się formować jak glina po to, żeby nasze życie było bogatsze i piękniejsze. I pomaga nadawać sens codziennym sprawom. W tej książce znajdziecie bardzo dużo takich tradycyjnych obrazów i wątków.

Katarzyna Jackowska-Enemuo pisze o sobie: Z urodzenia – Pomorzanka, z wykształcenia – antropolog kultury po UJ, z natury – nomada, muzykantka i opowiadaczka historii. Karierę pisarki rozpoczęła dopiero niedawno, ale od wielu lat opowiada ilustrując muzyką bajki, baśnie, historie prawdziwe i zmyślone dzieciom i dorosłym

W tej książce znajdziecie nie tylko poetyckie i opowiedziane przepięknym językiem historie – o Drzewie Świata, o Leszym – opiekunie lasu czy o Mikołaju – opiekunie wilków, ale także dodatkowe uzupełnienia dla dociekliwych. Można się z nich dowiedzieć skąd się wzięły te opowieści i jakie symboliczne znaczenie mają pojawiające się w nich osoby, stworzenia czy artefakty. Jest tam także Słownik dziwnych nazw dla jeszcze dociekliwszych – bardzo ciekawy !

A czym jest zaświat ? I co to za dziwny tytuł „Między światem a zaświatem”? Czy zaświat to piekło? Kraina umarłych? Bo świat – to wiadomo (niby). To my: nasze ręce, głowy i nogi. Nasze domy. Nasze ulice, lasy, rzeki, pola, psy i ptaki. Nasze samochody, komputery i zabawki. Słowa, dźwięki, uczucia i myśli. Atomy i czarne dziury. Mrówki i galaktyki. Cały wielki nieskończony wszechświat. Za którym nie ma nic, bo jest on nieskończony.

No to czym jest zaświat ? Zaświat to piąta strona świata. To część rzeczywistości, którą człowiek od zawsze wyłącznie przeczuwa i której nie może dotknąć. Tam według niektórych starych opowieści mieszkają dusze, stamtąd przychodzą i tam wracają. To kraina – niekraina, która rządzi się swoimi prawami. W której możliwe jest to, co na świecie nie jest możliwe. W zaświecie czas płynie inaczej lub nie ma go wcale. W zaświecie można wędrować od gwiazdy do gwiazdy, wspinać się po moście utkanym ze światła… Ale też nie każdy może się tam dostać, a tym bardziej – wydostać stamtąd. Zaświat jest blisko, bliziutko, lecz nie dla wszystkich jest dostępny. Otwiera się nagle – albo też trwa zamknięty i trzeba wiedzieć, jak go otworzyć. (…)

Ta opowieść jest właśnie o bliskości zaświata. I nie, nie jest o duchach, zmorach, zjawach i demonach, bo nie chcę pisać bestiariusza. A poza tym zjawy, zmory i inne paskudztwa powstają głównie z naszego strachu. Według starych, bardzo starych, najstarszych opowieści zaświat wcale nie jest straszny. On zwyczajnie jest. Inny niż nasz – ludzki- świat.

Podobnie jak w „Tkaczce chmur” także i tutaj Autorka dotyka spraw ostatecznych, tematów, których zazwyczaj staramy się unikać – nie tylko w rozmowach z dziećmi, ale w ogóle. Bo sami się ich boimy, nie rozumiemy i wydaje nam się, że nie mówiąc o nich, odsuwając je od siebie spowodujemy, że znikną.

Wydaje nam się też często, że nie rozmawiając o nich z dziećmi, chronimy je, ale przed czym ? Przed smutkiem ? Strachem ? Życiem ?

Nie wiemy i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy życie przyniesie nam to, co nieuniknione. Baśnie z tego zbioru pomagają się z tą świadomością oswoić – dzieciom i dorosłym. Pozwalają zacząć rozmowę, zadać pytania, które męczą i trapią.

To jest ta droga, o której nikt nie wie, // Która się dwa razy otwiera dla ciebie, // Raz – gdy przychodzisz, // I raz – gdy powracasz, // Kiedy się w kole niebieskim obracasz.

Katarzyna Jackowska-Enemuo jest, jak wspomniałam, opowiadaczką historii. Kilka dni temu miałam ogromną przyjemność oglądać ją w tej roli, kiedy w ramach współpracy Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA z Izabelińskimi Spotkaniami z Książką wystąpiła dla uczniów Szkoły Podstawowej w Izabelinie. Opowiadała dzieciom pochodzące z tej książki historie o Drzewie Świata i o Leszym – opiekunie lasu, akompaniując sobie na akordeonie. Towarzyszył jej, grający na cymbałach i lutni arabskiej Mateusz Szemraj.

To był niezwykły spektakl. Bez dekoracji, rekwizytów czy efektów specjalnych – tylko słowa, żywa muzyka i fascynująca osobowość Katarzyny Jackowskiej-Enemuo. To wystarczy 😉 Mimo że przecież znałam te historie, słuchałam zafascynowana.

Dzieci także dały się jej opowieściom uwieść i wciągnąć do wspólnego śpiewania i wygłaszania zaklęć. Jeśli będziecie mieli kiedyś możliwość posłuchania jej na żywo – skorzystajcie, nie będziecie żałować !!!

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między światem a zaświatem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2023

To i owo tu i tam

To i owo tu i tam

Jest w tej książce coś takiego, że już zobaczywszy jej wiosenną, radosną i beztroską okładkę, ma się ochotę wziąć ją do ręki i czytać. To, co jest w środku, nie rozczarowuje – także jest radosne i beztroskie. I w dodatku na każdą porę roku !!!

Jej podtytuł – Pierwsza książka małego dziecka – trochę mnie zaskoczył, bo wydawnictwo Bajka ma w swojej ofercie sporo lektur adresowanych do jeszcze młodszych czytelników. Tamto jednak są książeczki – małe i sztywnostronicowe, a „To i owo tu i tam” jest pełnowymiarową KSIĄŻKĄ (dużą i ze lekko tylko usztywnionymi kartkami), trzeba ją więc traktować trochę poważniej. Jednak bez przesady z tą powagą 😉

W parku, w lesie, na ulicy // jest ciekawie, kolorowo, // więc lubimy spacerować // i oglądać to i owo.

I tak sobie spacerując i oglądając, mimochodem poznajemy pory roku, uczymy się liczyć na wiosennych listkach, naśladujemy głosy zwierząt, szykujemy smakowite przekąski i odgadujemy zagadki (a przy ich okazji możemy poczytać sobie razem, bo niektóre słowa zastąpione zostały obrazkami). Od samego rana aż do wieczora – zawsze znajdzie się coś ciekawego 🙂

Cieszę się za każdym razem, kiedy trafiam na nowe wydania wierszy dla dzieci, bo mowa wiązana ma tę zaletę, że i łatwiej się ją czyta na głos (dorosłym), i łatwiej zapamiętuje (dzieciom, ale dorosłym także). A jak wiersz jest naprawdę dobry, to daje się go czytać wiele razy bez znudzenia czytającego 😉 Twórczość Małgorzaty Strzałkowskiej należy właśnie do tej kategorii, a ilustracje Ewy Poklewskiej – Koziełło znakomicie z nią współbrzmią.

– Śpij misiaczku… Nad chmurkami // noc już stuka obcasami, // już zabawy się kończyły – // czas na jutro zebrać siły.

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Małgorzata Strzałkowska „To i owo tu i tam. Pierwsza książka małego dziecka”, ilustr.: Ewa Poklewska-Koziełło, wyd.: Bajka, Warszawa 2023