Fala

Fala

W taki upał jak dziś najprzyjemniej jest nad morzem, więc dla ochłody przypomnę wpis z 1 listopada 2011 roku:

… czyli książka, która ostatecznie zmusiła mnie to zrewidowania tego, co napisałam w otwierającym ten blog Manifeście. Jestem mianowicie zmuszona odszczekać słowa: W książce najważniejszy jest tekst, bo służy ona do czytania.

Niniejszym więc odszczekuję i robię to nie tylko bez żalu, ale nawet z satysfakcją, bo równocześnie odnotowuję pojawienie się nowej kategorii – książek obrazowych. Różnią się one od dotychczas nam znanych książek obrazkowych (czyli takich w których ilustracje dopełniają tekst) tym, że to obraz jest w nich sednem całości.

„Fala” nie jest pierwszą książką obrazową, którą mam w ręku, ale pierwszą, która mnie absolutnie oczarowała i pokazała, że słowa w ogóle nie są potrzebne i całą historię można doskonale opowiedzieć obrazem.

W miejscu spotkania się morza z lądem jest coś magicznego, coś co urzeka mnie od zawsze, od pierwszego z morzem kontaktu. Jako dziecko co roku spędzałam część wakacji nad Bałtykiem i nigdy mi się tam nie nudziło. Kiedy zaczęłam jeździć tam z własnymi dziećmi, stwierdziłam, ze plaża i morze to samograj i dzieci nie potrzebują do szczęścia nic więcej. Nawet wiaderka i inne sprzęty plażowe nie są niezbędne do dobrej zabawy.

Ja – dorosła nad morzem nie bawię się w piasku i niekoniecznie muszę wchodzić do wody głębiej niż po kostki. Mogę sobie po prostu siedzieć, i patrzeć, i słuchać. Nic nie relaksuje mnie tak, jak długi spacer skrajem wody i plaży, bez celu – tylko po to, żeby widzieć morze, niebo i piasek, słyszeć fale i wiatr, i dać mu się przewiać, tak do imentu. Oczywiście nie mam tu na myśli zatłoczonych i hałaśliwych solariów typu: Łeba przy głównym wejściu na plażę w środku sezonu, gdzie własnych myśli człowiek nie słyszy i nie ma gdzie postawić nogi, tylko miejsca bardziej odludne. Na przykład nasze ukochane Poddąbie albo tegoroczne Dueodde na Bornholmie.

„Fala” to opowieść o małej dziewczynce na pustej plaży. Dziewczynka i Morze są w tej historii bohaterami równorzędnymi, partnerami prowadzącymi dialog. Plaża jest, jako się rzekło pusta, nie widać tam innych ludzi, tylko piasek i wodę. Są jeszcze ptaki,całe stadko mew, ale one zachowują dystans i są w tej historii tylko obserwatorami.

Uważny czytelnik (oglądacz ? 😉 ) zauważy, że na plaży cały czas jest mama Dziewczynki. Czuwa z daleka, nie ingeruje w to co dzieje się między Dziewczynką a Morzem, nie próbuje wkraczać między nich z ręcznikiem, kapeluszem od słońca, ani też z żadną bułą do koniecznego zjedzenia 😉 Ta jej dyskretna obecność w połączeniu z dedykacją: Dla Sahna, mojego nowonarodzonego dziecka spowodowały, ze zobaczyłam „Falę” jako swoisty manifest mądrego rodzicielstwa – takiego, które pozostawia dziecku tyle swobody i samodzielności, ile tylko jest ono w stanie udźwignąć, otaczając je równocześnie troską i uwagą.

Ilustracje Suzy Lee są… i tu niestety brakuje mi dobrych określeń 😦 Może więc tak : są ascetyczne – zarówno w doborze kolorów, jak i w używaniu kreski. I pełne rozmachu, trochę zawadiackie, na pozór niedbałe, a jednak przemyślane i dopracowane w każdym szczególe. Są po prostu znakomite.

„Fala” to książka uniwersalna, możliwa do zrozumienia na całym świecie, bo przecież wszędzie jest Morze i są takie Dzieci – ciekawe, odważne i beztroskie. Każdy czytelnik, niezależnie od wieku, odczyta ją po swojemu i na swoim poziomie.

Suzy Lee „Fala”, wyd.: Mam Wydawnictwo, Warszawa (?) 2011

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Wpis z 15 maja 2017 roku:

Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom – trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.

Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.

Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce. Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, które być może będą chciały zadać.

Historii dzieci z Aleppo towarzyszą przepiękne ilustracje Marianny Sztymy. Są poważne, nie infantylne i funkcjonują trochę obok tekstu. Jednak kiedy obejrzymy je uważnie, okaże się, że opowiadają pewną historię, która się w tekście książki zawiera.

Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. Najważniejsi są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.

„Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal…

Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, powiedziała na spotkaniu promującym książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać oraz że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze…

Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Myszka

Myszka

Wpis z 21 kwietnia 2016 roku:

Oj, nie płacz już ! Przecież wcale nie boli…

Nie przesadzaj, nie ma się czego bać.

To bardzo brzydko tak się złościć. Grzeczne dzieci tak się nie zachowują.

Dorośli często usiłują bagatelizować uczucia dzieci. Są przekonani, że lepiej od nich wiedzą, co dzieci czują, a w ogóle ich problemy tak naprawdę są równie małe jak one, a więc nieważne. Nasze dorosłe natomiast są prawdziwe czyli dużo poważniejsze, a emocje z nimi związane uzasadnione.

Kiedy myszka się złości, patrzcie – złości się cała ! // A złość myszki jest wielka, chociaż myszka jest mała.

Dla malucha każdy ból czy niemożność dostania tego, na co ma ochotę, jest tragedią, natomiast każda radość jest wielka. Niewielkie doświadczenie życiowe powoduje, że jeszcze nie nabrał do tego dystansu.

Kiedy myszka się cieszy, cieszy się do sufitu ! // A jej radość jest złota lub w odcieniach błękitu.

„Myszka” to książeczka przedstawiająca pełen wachlarz emocji, które mogą owładnąć każdym nawet najmniejszym stworzeniem. Pomaga swoim czytelnikom (równie małym jak jej bohaterka) zrozumieć je i daje przyzwolenie na ich odczuwanie.

Kiedy myszka się boi, zmyka gubiąc kapciuszki. // Strach ma w brzuszku, w serduszku, w uszkach strachu okruszki.

Wiersze Doroty Gellner towarzyszyły wczesnemu dzieciństwu wszystkich trzech moich córek, ale było to zanim jeszcze zaczęłam pisać ten blog. Potem przez dłuższy czas nie interesowałam się jej twórczością. W zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Bajka ukazało się „Sanatorium”, które jakoś niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie rozumiem, do kogo właściwie jest adresowane – do dzieci czy do dorosłych. Ten problem mam ostatnio coraz częściej.

Tym bardziej cieszy mnie „Myszka”, bo to jest Dorota Gellner jaką pamiętam. Niedawno, szukając na półkach białych kruków z lat dziewięćdziesiątych, znalazłam „Bajeczki” – zbiór historyjek napisanych prozą rytmiczną czy też rymowaną, wydany w 1997 roku przez nieodżałowane wydawnictwo Plac Słoneczny 4 i w dodatku z autgrafem Autorki ! 🙂

Jednak pierwsze w naszym domu były małe kwadratowe, sztywnostronicowe książeczki z pojedynczymi wierszami. Szczególnie ciepło wspominam „Piłkę” i do dziś mogę ją wyrecytować z pamięci niemal w całości. Teraz marzy mi się jej wznowienie. Ciekawa jestem, jak ten świat przez który skacze piłka wyglądałby, gdyby wyszedł spod ręki Dobrosławy Rurańskiej, która tak interesująco zilustrowała „Myszkę” ? Jakby jeszcze Bajka wydała to równie pięknie, z solidnymi sztywnymi kartkami… 🙂

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016

Gębolud

Gębolud

Wpis z 4 marca 2017 roku:

Po raz pierwszy „Gębolud” ukazał się w 2004 roku nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Wtedy była to jedna z ukochanych książek mojej Najmłodszej. Potem wydało ją Wydawnictwo Literatura, a teraz wznowiło Wydawnictwo Bajka.

Ja także bardzo lubiłam historię Gęboluda i Pyzatej, a nawet pokusiłam się o jej własną interpretację:

Czy ktoś, kto urodził się w rodzinie strasznych czarnoksiężników może zostać w życiu kimś innym niż strasznym czarnoksiężnikiem? Nie ??? Nawet jeśli tak naprawdę to pragnie być ogrodnikiem, miłym panem, który lubi zwierzęta i dzieci ? Gdy zamiast mieszać śmierdzące czarne mazidła, chciałby hodować róże, a z ich pachnących płatków robić konfitury i olejek różany ? Niemożliwe ??? Możliwe, możliwe – jeśli tylko włączy się w tę sprawę dobra czarownica Hortensja i postawi na jego drodze małą pyzatą istotkę.

Czytałam Najmłodszej tę książeczkę wiele razy i widziałam w niej tylko sympatyczną historyjkę o miłym czarodzieju. Optymistyczną opowiastkę o tym, że dużo lepiej jest mieć kogoś do kochania, niż być samotnym i ponurym. I jeszcze – że w wysprzątanym i czystym domu jest dużo przyjemniej niż w brudzie i bałaganie. Sympatyczność tej książeczki dodatkowo podkreślają ciepłe, pastelowe ilustracje Agnieszki Żelewskiej, która jest etatową ilustratorką książek Roksany Jędrzejewskiej Wróbel (Najmłodsza najbardziej lubi ten obrazek, na którym Gębolud i myszka kąpią się – każde w swojej wannie, ale w identycznych pozach 😉 ).Dopiero ostatnio, kiedy kolejny raz przeczytałam słowa: Tatuś ? Jaki śliczny tatuś ! doznałam olśnienia – „Gębolud” to historia faceta, który zostaje ojcem.

Dochodzenie mężczyzny do ojcostwa jest zupełnie inne niż nasze, kobiece do macierzyństwa. Związek kobiety z dzieckiem jest naturalny i oczywisty, a w dodatku wspierają go hormony. Dla mężczyzny pojawienie się na świecie malucha (dość odległe w czasie od aktu poczęcia) ma w sobie posmak czarów. Pstryk i jest 😉 Zupełnie tak samo, jak w życiu Gęboluda pojawiła się Pyzata. Pojawiła się i wywróciła do góry nogami cały jego specyficznie uporządkowany świat. Wywróciła do góry nogami, a jemu wcale to nie przeszkadza. Nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie – jest bardzo zadowolony. To muszą być czary – bo jeśli nie one, to co ???

Moja recenzja doczekała się niespodziewanej dla mnie reakcji Autorki, która skomentowała ten wpis następująco:

Wow ! Ale dałaś. Historia o stawaniu się ojcem ! Ja chciałam chyba napisać o marzeniach, o buntowaniu się przeciwko stereotypom – „Tatuś był mógł to i ty powinieneś”. O tym, że każdy ma własną drogę i sensem zycia jest jej szukanie… To na poziomie świadomym chciałam. Ale co tam u autora w podświadomości piszczy, tego się on może dowiedzieć od recenzenta 🙂 Wielkie dzięki za taki pomysł, zawsze uważałam, że książki po wydaniu żyją własnym życiem, niezależnym od intencji autora. I jest w nich dokładnie to, co czytelnik zobaczy. Sama jako czytelniczka daję sobie takie prawo.

Pamiętam, że zrobiło mi się bardzo miło, kiedy to przeczytałam.

Agnieszka Żelewska, która ilustrowała także wydanie poprzednie, przygotowała do tego całkiem nowe ilustracje. Nie podejmę się nazwać techniki, w jakiej zostały one wykonane, miejscami robią wrażenie wyklejanki z papierowych wyrywanek. Trochę się tego obawiałam, na szczęście Gęboluda i Pyzatej nie sposób na nich nie poznać 😉 Ta wersja jest, powiedziałabym, nieco bardziej surowa niż poprzednia, i okładka, i początkowe ilustracje utrzymane są w gamie barw zdecydowanie odpowiadających stanowi domostwa naszego Czarodzieja sprzed zmian.

Ja jednak pozostanę wierna tamtym poprzednim, co nie zmienia faktu, że bardzo cieszę się z tego wznowienia, bo następne pokolenie zasługuje na to, żeby móc się zaprzyjaźnić z Gęboludem i Pyzatą 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Literatura Łódź 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Warszawa 2004

Jak ziarnka piasku

Jak ziarnka piasku

Uwaga ! W tym wpisie będą spoilery, ale niestety bez nich się nie do powiedzieć tego, co wydaje mi się w tej książce najważniejsze.

Tegoroczny werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY przyznający ten tytuł w kategorii książek młodzieżowych powieści „Jak ziarnka piasku” Joanny Jagiełło był burzliwie dyskutowany – i na spotkaniu po gali, i jeszcze później. Takie dyskusje to rzecz normalna – trudno jest spośród wielu bardzo różnych książek wybrać jedną najlepszą, bo często są one nieporównywalne i nie sposób jest ustalić obiektywne kryteria oceny. Jednemu z rozmaitych przyczyn podoba się bardziej ta, a komuś innemu inna… Werdykt to informacja o tym, które ze zgłoszonych do konkursu książek najbardziej spodobały się jurorom.

W dyskusjach na temat „Jak ziarnka piasku” opinie były raczej zgodne co do jednego – książka jest mocna, robi wrażenie i nie pozostawia nikogo, kto ją przeczyta, obojętnym.

Kiedy ktoś mnie pyta o to, dla czytelnika w jaki wieku polecałabym ją, odpowiadam, że dla grupy Young Adult, ale z naciskiem na drugi człon tego określenia. To książka dla osób u progu dorosłości. Tych naprawdę dorosłych takie powieści inicjacyjne już nie interesują, bo oni tę inicjację (życiową, nie seksualną, choć akurat tutaj także i o nią chodzi) mają już za sobą.

Ania i Nina urodziły się tego samego dnia, poznały na rozpoczęciu roku w pierwszej klasie podstawówki i od tego czasu były niemal nierozłączne. Dopiero koniec gimnazjum je rozdzielił, bo Ania nie dostała się razem z Niną do liceum plastycznego, a potem w dniu ich wspólnych urodzin, kiedy Ania była na zimowisku, Nina popełniła samobójstwo…

To akurat jest nie bardzo spoiler, bo właśnie od tego zaczyna się akcja książki. Ania usiłuje dojść do tego, co było przyczyną decyzji Niny, ale nie udaje jej się. Dopiero, kiedy przenosi się na zwolnione przez nią miejsce w szkole plastycznej i poznaje jednego z nauczycieli, zostaje przez niego wykorzystana w ten sam sposób.

„Jak ziarnka piasku” to powieść, jako się rzekło, mocna. Autorka nie ucieka od trudnych problemów, które wiążą się z dorastaniem, bez owijania w bawełnę, ale z wyczuciem, porusza zarówno temat inicjacji seksualnej, jak i seksualnej przemocy.

Jeżeli mam z tą książką jakiś problem, to nie dotyczy on tego, co w niej jest czyli kontrowersyjnej dla niektórych tematyki obyczajowej, ale tego, czego w niej brakuje. Otóż brakuje w niej (nie tylko mi) pozytywnych postaci heteroseksualnych mężczyzn. Obie bohaterki nie mają ojców (jeden umarł, drugi odszedł) i nie mają też obok siebie też żadnych innych bliskich mężczyzn. Żadnego dziadka,wujka, kuzyna, kolegi – nawet w tle, nawet we wspomnieniach. Pierwsza miłość Ani to popapraniec czy też łagodniej – chłopak złamany przez przemocowego ojca. Chłopcy w klasie najpierw Niny, a potem Ani opisani są jako: jeden pryszczaty, jeden gruby, jeden dziwny i jeden gej i to właśnie ten ostatni jest jedynym sensownym, który pomaga najpierw jednej, a potem drugiej. Ok, w porządku, może tak być, ale czy naprawdę wszyscy heterycy w ich otoczeniu (z jednym wyjątkiem, który majaczy na końcu książki) muszą być albo słabi albo okrutni ? Czy to nie jest przypadkiem seksizm ?

Joanna Jagiełło „Jak ziarnka piasku”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2018

Edit : Książka wpisana w 2019 roku przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens

Binta tańczy, a Lalo gra na bębnie

Binta tańczy, a Lalo gra na bębnie

Dziś Dzień Dziecka, więc dookoła szaleństwo promocji na wszystko, co potencjalnie mogłoby być prezentem z tej okazji oraz festyny, okolicznościowe festyny gdzie tylko spojrzeć. Moje dzieci już są za duże i na jedno (z resztą – nigdy nie było u nas tradycji rozbuchanych prezentów tego dnia), i na drugie (też nie chadzaliśmy – z wrodzonej idiosynkrazji do tłoku i hałasu). Myślę jednak, że dla wszystkich dzieci największą wartość ma czas spędzany wspólnie z rodzicami – tak jak w tej rodzinie:

Wpis z 30 marca 2009 roku:

Oszczędna w słowach, za to pełna kolorów i dźwięków – napisano o tej książce na stronie wydawnictwa i to w zasadzie wyczerpuje jej temat 😉 Niewiele jest tu do czytania – pojedyncze słowa (Mama, Tata , Dom), krótkie zdania (Ajsza goni Babo, Mama czesze Lalo) i fascynujące onomatopeje np.:

Bombelli – Bombelli – Bom 😉

Dorośli byc może wzruszą ramionami nad taką książką, w której jest tak niewiele tekstu, ale maluchy bardzo polubiły Bintę i jej rodzinę, na którą składają się: ciemnoskóry Tata, jasnowłosa i piegowata Mama, Ajsza i Binta podobne do Mamy, Lalo i malutki Babo – podobni do Taty. Bardzo podoba mi się Mama Binty – zdecydowanie wolna od kompleksów związanych z rozmiarem pupy. I słusznie – w tańcu spora pupa kręci się bardziej wyraziście 😉 A tańca w tej książce jest bardzo dużo.

Bembedi – Bembedi – Bem 😉

Ich domek wygląda tak, jak zawsze rysują dzieci – czerwony dach, drzwi, okno, komin. Archetyp domu, jego kwintesencja. Pies, kury… Żadnej pracy, do której trzeba się spieszyć, żadnych problemów, obowiązków. Muzyka. Taniec.

Ta książka leżała u nas w domu już od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę zrozumiałam ją niedawno, kiedy zainteresowałam się Bintą na potrzeby czwartkowego „Czytania na dywanie” w  Fundacji „Sto Pociech”. Przeczytałam tę książeczkę kilka razy i wiecie co ? Zaczęłam im zazdrościć. Tego beztroskiego spokoju. Luzu. Umiejętności bycia razem. Radości z wspólnie przeżywanych chwil. Tego wszystkiego, co ginie nam w naszej codzienności.

Pimperi – Pimperi – Pim 😉

Czy tylko mi rodzina Binty kojarzy się z jeżycjadową rodziną Oracabessa ? Dzieci mają trochę więcej, ale atmosfera podobna 😉

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Binta tańczy”, przekł.: Katarzyna Skalska , wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 26 października 2009 roku:

Mama śpi, Tata śpi, Ajsza śpi, Binta spi, Babo puszcza bąki, ale gdzie jest Lalo ?

Lalo już wstał – gra na bębenku z deszczem, całuje kwiatki, cieszy się z wschodzącego słońca… Cieszy się tak bardzo, ze budzi całą rodzinę.

Jego rodzinę mieliśmy już okazję poznać w książeczce „Binta tańczy”. W tej jest bardzo podobnie – z jedną różnicą, że jest rano, a nie wieczór. Ten sam luz, to samo niespieszne cieszenie się swoim towarzystwem. Wspólne nakrywanie do stołu. Spokojne śniadanie, podczas którego mały Babo może paćkać do woli.

Znacie wiersz Danuty Wawiłow „Szybko” ? 

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj, szybko, szybko, stygnie kawa ! Szybko, zęby myj i ręce ! Szybko, światło gaś w łazience !

Nawet jeśli go nie znacie, to na pewno znacie takie poranki. Znacie, ale czy lubicie (że tak się retorycznie zapytam 😉 ) ? Jeśli nie, to zajrzyjcie do Lalo, Binty i ich rodziny…

A tam…

Tata gra na bębnie PAM PIDI PAMPAM POMPOM ! Jaki miły poranek !

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Lalo gra na bębnie”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

P.S. Jest jeszcze trzecia część – „Babo chce”, ale ta nie wzbudziła aż takiego mojego entuzjazmu. Te dzieci wędrujące samopas po lesie i spotykające dziki, to już, jak na mnie, zbyt dużo swobody…

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Babo chce”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010

Pasztety, do boju !

Pasztety, do boju !

Myślę, że to już najwyższa pora, żeby wstawić na półkę w Małym Pokoju „Pasztety, do boju !”, bo to książka znakomita – świetnie napisana, dowcipna, pełna energii oraz ucząca dystansu i pozytywnego myślenia 🙂

Jakiś czas temu ukazało się jej drugie wydanie z nową okładką autorstwa Zosi Frankowskiej

Wpis z 13 października 2017 roku:

Obraz widziany w tym lustrze może być zniekształcony przez powszechnie uznane kanony piękna – taki napis zobaczyłam w łazience jednego z campingów, który odwiedziliśmy w czasie wakacji. Czytałam wtedy akurat „Pasztety, do boju !” i ta naklejka bardzo dobrze korespondowała z treścią tej książki.

Trochę żałuję, że nie udało mi się napisać o niej latem, bo to książka bardzo wakacyjna – taka lipcowa powieść drogi. Jednak z drugiej strony – problem, którego dotyczy nie jest tylko problemem letnim.

Kanony piękna zmieniają się od wieków i to, co w jednym stuleciu budziło zachwyt, w innym już niekoniecznie… Jednak czasy, w których żyjemy są pod tym względem wyjątkowe, bo jeszcze nigdy wcześniej dyktatura jednego wzorca nie była tak dominująca. Nie ma ucieczki od obrazu idealnie pięknych i idealnie szczupłych kobiet, a żadna z nich nie wygląda w realu tak, jak na billboardach, w prasie czy na reklamach, która atakują nas kiedy tylko włączymy telewizor czy komputer.

Czasy, w których żyjemy są wyjątkowe także dlatego, że nigdy wcześniej nie było internetu – medium hiperdemokratycznego, które daje KAŻDEMU prawo do wyrażenia KAŻDEJ opinii na KAŻDY temat. Jest to w dodatku medium, rzec można, eksterytorialne, funkcjonujące obok czy też poza tak zwanym realem, ale wywierające na niego ogromny wpływ.

Dlatego nigdy wcześniej nie było możliwe, aby w jakiejś szkole odbyły się (już po raz trzeci) wybory Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta czyli najbrzydszych dziewczyn, w których KAŻDY chłopak może napisać o KAŻDEJ dziewczynie w sposób dowolnie obraźliwy, a szkoła mogła umyć od tego ręce, bo rzecz dzieje się w internecie czyli nigdzie. Słowa napisane w internecie ranią tak samo, jak te wypowiedziane prosto w twarz, tylko łatwiej je napisać niż powiedzieć wprost, bo w internecie wydaje się one jakoś tak jakby oderwane od rzeczywistości. A przecież przemoc jest przemocą niezależnie od medium…

No i wyniki są na fejsie: jestem Brązowym Pasztetem.

Trochę słabo. Przez dwa lata miałam tytuł Złotego Paszteta i myślałam, że nikt mi go nie odbierze, a tu co ? Figa.

Tytułowe Pasztety są trzy – Astrid, Hakima i Mireille, ale najlepiej poznajemy tę ostatnią. To ona, jako najbardziej doświadczony Pasztet wspiera debiutantki na podium, ona jest narratorką tej książki i spiritus movens wszystkiego, co się w niej wydarza. Mireille to dziewczyna fantastycznie inteligentna, bystra i złośliwa, także pod swoim adresem. Brak urody zgodnej z aktualnymi kanonami nie jest jej jedynym życiowym problemem, ale ze wszystkimi radzi sobie podobnie – uczyniła sobie pancerz ze swojej inteligencji, bezpośredniości i zjadliwego poczucia humoru.

Okazuje się, że w powiedzeniu: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jest jakieś ziarno prawdy, bo dzięki rzeczy tak paskudnej jak te wybory rodzi się fajna przyjaźń między dziewczynami i przydarza im się fantastyczna przygoda, której początkiem są trzy rowery w garażu u Mireille i pomysł, żeby razem pojechać do Paryża. Każda z dziewczyn ma inny powód, żeby tam się udać, a towarzyszy im na swoim wózku Kader – brat Hakimy, inwalida wojenny.

„Pasztety, do boju !” to książka, która wpisuje się w nurt tzw. body positivity. Dziewczyny nie wyruszają ani po to, żeby schudnąć, ani po to, żeby tym, którzy je wybrali, udowodnić cokolwiek, ani w żadnym innym celu, który by z wynikał z tego nieszczęsnego konkursu, który je połączył. Jadą z sobie tylko znanych powodów, a ta wyprawa, jak to w powieściach drogi bywa, pomaga im znaleźć w sobie te skrzydła, o których mówi Hakima w ostatnim zdaniu książki.

Clementine Beauvais „Pasztety, do boju !”, przekł.: Bożena Sęk, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017