Zastanawiałam się, jaką książkę wstawić teraz na półki Małego Pokoju, ale kiedy dowiedziałam się, że dziś mija 20 rocznica śmierci Danuty Wawiłow, wybór mógł być tylko jeden.
Wpis z 19 marca 2006 roku:
Przy ulicy Wierzbowej stoi sobie blok – pozornie całkiem zwyczajny, taki, jakich wiele dookoła nas. Normalne ponure korytarze z pobazgranymi ścianami, normalna skrzypiąca winda, śmierdzący zsyp i lokatorzy też wydawałoby się zupełnie przeciętni. Od innych bloków odróżnia go tylko to, że oprócz zwykłych ludzi mieszkają w nim najrozmaitsze Straszydlaki rodem z odchodzących w zapomnienie podań ludowych – strzygi, nocnice, rusałki, wilkołak, bazyliszek.
Straszydlaki, tak jak w starej ludowej piosence: dobrym ludziom pomagają, a złym ludziom narobią szkody. Czasem trzymają się ich głupie żarty – nastraszą listonosza albo zaplotą w nocy warkoczyki wszystkim i na czym tylko się da. Z miłymi i sympatycznymi mieszkańcami potrafią się zaprzyjaźnić, a nawet uznać ich nieprzyjaciół za swoich. To za ich sprawą w terroryzującej sąsiadów nauczycielce matematyki Immogenie Gębockiej zachodzi przemiana i porzuca ona matematykę (oraz gnębienie uczniów) na rzecz Sztuki.
Dawniej
na miejscu bloku była wieś i tam Straszydlaki były u siebie. Żyły
sobie w opowieściach snutych podczas darcia pierza i opowiadanych
dla zabicia czasu w długie zimowe wieczory. Dzisiejsze dzieci nie
znają już tych historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie –
one oglądają dobranocki albo słuchają trzydziestej trzeciej
uwspółcześnionej wersji bajki o Czerwonym Kapturku. Znikają też
z ich świadomości magiczne miejsca, gdzie żyli bohaterowie starych
podań – rosochate wierzby na rozstajach dróg, zagracone strychy,
kominy i studnie.
W
czasach kaloryferów, wind i zsypów na śmieci Starszydlaki musiały
znaleźć sobie inne miejsce do życia. Okazało się, że w bloku na
Wierzbowej mogą się zadomowić równie dobrze jak w wiosce
Wierzbowo, która była wcześniej w tym miejscu. Diabeł wietrzny
przekwalifikował sie na Windziora i opowiada dzieciom bajki
dostosowane do blokowych realiów. Rusałki kapią się tam w
pralkach a Dytko pod nieobecność lokatorów wydzwania do Zegarynki,
bo się w niej zakochał.
Kiedy moja Najstarsza chodziła do zerówki, właśnie ta książka była naszym dyżurnym prezentem urodzinowym dla dzieci z jej grupy. Przedszkole mieściło się na ponurym blokowisku – później dowiedziałam się, że mieszkała tam też Danuta Wawiłow (być może także z córką – Natalią Usenko), a więc tamtejsze bloki były zapewne pierwowzorem Wierzbowej.
Moje
córki nigdy nie zaznały życia w bloku, ja – owszem. Pamiętam
strach, jakim napawało mnie zejście do piwnicy i obawę, że coś
wyskoczy na mnie ze zsypu. Dziewczyny znają bloki tylko z wizyt u
dziadków i kolegów. Początkowo bały się jazdy jęczącą i
skrzypiącą windą, ale po przeczytaniu “Wierzbowej
13” zaczęły
każdy jej zgrzyt witać niemal jak pozdrowienie od Windziora.
Ta
książka pomaga oswoić smutną blokową rzeczywistość, także
dzięki wesołym ilustracjom Pawła
Pawlaka.
Nowsze wydanie “Naszej Księgarni” ma już inne obrazki, jednak
robią takie wrażenie, jakby ich autor zapatrzył
się na
tamte. Jeśli można wybierać – my wolimy“Wierzbową
13” w
wersji wydawnictwa “Plac Słoneczny 4”, ale także ta z obrazkami
Żejmy warta jest przeczytania nie tylko przez dzieci z bloków.
Świat rusałek, utopców i innych Straszydlaków odchodzi powoli w zapomnienie. W kulturze masowej globalnej wioski nie ma już dla nich miejsca.
P.S. Przygotowując się do wstawienia tego wpisu dogrzebałam się informacji, że były jeszcze co najmniej dwie inne edycje tej książki nakładem wydawnictwa Egmont. Nie udało mi się znaleźć informacji o autorach ilustracji, ale widok okładek nie był specjalnie zachęcający 😦
Danuta
Wawiłow, Natalia Usenko “Wierzbowa
13”, ilustr.:
Paweł Pawlak, wyd. Plac Słoneczny 4, Warszawa 1996
Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.
Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.
Dlaczego
?
Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.
Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.
Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.
A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.
Tymczasem
wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem
przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem
opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I
o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali
razem.
No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.
Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.
Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.
Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać:piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.
„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…
P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.
Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000
Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska.Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii, córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
…
życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko
pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął
ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy
pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że
czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich,
żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować
całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek
z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do
zabawy.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
… osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości… Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” – bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
…
nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo
częściej niż teraz.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
…Szwecja
była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to
właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.
Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (a wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.
Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Najmłodszej, która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).
Mimo
że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą
się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po
prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w
„Południowej łące” brakuje nadziei. I
chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje,
bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.
Astrid
Lindgren „Południowa
łąka i inne opowiadania”, przekł.:
Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia,
Warszawa 2009
a potem we Włoszech i w Paryżu – cykl Astrid Lindgren należący niestety do tej części jej twórczości, która nie wytrzymała próby czasu. Ponieważ jednak wstawiam na półki nowego Małego Pokoju jej książki, znajdzie się tu miejsce także dla nich.
Wpis z 8 maja 2007 roku:
Jest rok 1950. Kati, dwudziestolatka ze Sztokholmu, zafascynowana opowieściami swojego przyjaciela Jana, który wrócił niedawno z Ameryki postanawia zobaczyć ten niezwykły kraj na własne oczy. Wychowująca ją po śmierci rodziców Ciotka początkowo nie chce w ogóle słyszeć o takim pomyśle. Kapituluje wreszcie wobec determinacji dziewczyny, ale… postanawia towarzyszyć siostrzenicy w tak niebezpiecznej wyprawie. Ta książka mogłaby właściwie nosić tytuł „Podróże z moją ciotką” 😉 Zwiedzają Nowy Jork, Waszyngton, Nowy Orlean i Chicago, przejeżdżając przez Stany z góry na dół i z powrotem, podobnie jak dwa lata wcześniej sama Astrid Lindgren. Poznają Amerykanów różnych ras, zamożności i pochodzenia (także emigrantów z ich ojczystej Szwecji). Obie ta podróż zmienia – i entuzjastyczną Kati, i sceptyczną Vilhelminę. Obie w innym świetle zaczynają widzieć zarówno Amerykę, jak i Szwecję.
Dlaczego
zaliczyłam „Kati w Ameryce” do książek „kontrowersyjnych”
?
Bo
nie do końca rozumiem dla kogo jest przeznaczona, ani w ogóle – po
co ją teraz wydano. Opisuje ona Amerykę, której już nie ma, za
punkt odniesienia przyjmując Szwecję, której również już nie
ma. Trochę przypomina mi to późniejszą o 30 lat książkę Teresy
Hołówki „Delicje ciotki Dee” – tam porównywano amerykański
Middwest z lat osiemdziesiątych z siermiężną rzeczywistością
PRL. Czytając teraz „Delicje” widzę, jak bardzo od tego
czasu zamerykanizowało
się nasze
życie. Mogę to zauważyć, bo znam ówczesną Polskę z
autopsji 😉
„Kati
w Ameryce”, zdaniem
wydawnictwa, przeznaczona jest dla czytelników od 10 lat. Czy na
pewno ? Co zrozumieją z tamtych amerykańsko – szwedzkich realiów
dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak 60 lat temu wyglądało życie
ich dziadków w Polsce ? Myślałam przez chwilę, że większy sens
miałoby wydanie tej książki w USA – dla tamtejszych nastolatków
byłoby to źródło wiedzy o niezbyt odległej przeszłości ich
kraju. Chyba jednak nie należy się tego spodziewać…
Ogromne wrażenie na Astrid Lindgren zrobiła wówczas segregacja rasowa – widać to w opisie wizyty Kati w slamsach Nowego Orleanu i jej podróży autobusem przez Wirginię. Tymczasem w obecnej Ameryce ta książka mogłaby zostać uznana za rasistowską ! Znajdziemy w niej na przykład taką opinię (z którą zresztą trudno się nie zgodzić 😉 ) Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Jakież to politycznie niepoprawne (mimo całej czułości w tym zawartej) !!!
Zdanie
twierdzące: „Kolorowy”
należy mówić o Amerykanach, którzy nie są biali, to absolutna
obraza, by Murzyna nazwać Murzynem ! zaopatrzone
zostało w następujący przypis: Powieść
niniejszą autorka pisała w 1950 roku. Nazwa „Murzyn” i
„kolorowy” w odniesieniu do Afroamerykanów miały wtedy inny
charakter niż dzisiaj. Być
może oddano w ten sposób politycznej poprawności, co jej się
należy, ale niewiele wytłumaczono naszemu czwarto- czy
piątoklasiście. W obfitości przypisów wyjaśniających, kim były
takie zapomniane już, a przywoływane w tej książce postaci jak
Esther Williams, Myrna Loy czy Betty Davis, zabrakło informacji o
tym, kiedy i w jakich okolicznościach zniesiono w USA segregację
rasową.
(Tu następował fragment dotyczący tego, jakie książki Astrid Lindgren ciągle czekają na polskie wydanie, a na pewno byłyby bardziej strawne do czytania – ale stracił on sens, bo wkrótce potem pojawiło się Wydawnictwo Zakamarki i wydało wszystkie pozycje o których tak marzyłam. Zostawiam więc tylko puentę 🙂 )
Dlaczego zdecydowano o wydaniu akurat tych książek, nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczonych ? Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety 😦
Astrid Lindgren „Kati w Ameryce”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007
Wpis z 19 października 2007 roku:
Po powrocie z Ameryki Kati rozpoczyna nowy etap życia. Nie jest już panienką pod opieką ciotki, tylko młodą samodzielną kobietą z własnym mieszkaniem – pracującą i zarabiającą. Odrzuciła oświadczyny Jana, który chciał jak najszybciej zamieszkać w jej mieszkaniu, bo nie chciała wślizgnąć się w to małżeństwo tylko z rozpędu. Poprosiła go o odłożenie rozmowy o ślubie o rok, ale przez rok może się wiele zdarzyć.
Jak
sama mówi – mam dwadzieścia
dwa lata i do tej pory chodziłam na smyczy mojej ciotki. Nigdy nie
próbowałam, jak to jest radzić sobie samej. Życie było pełne
praktycznych szczegółów, których nie opanowałam w najmniejszym
stopniu.(…) Nie mogłam prosto z ramion Ciotki powędrować w
ramiona Jana, kiedy wreszcie miałam okazje stanąć na własnych
nogach. Zamiast
zamążpójścia wybiera zamieszkanie z koleżanką z pracy. Razem
remontują mieszkanie, razem wygrywają w totolotka i razem wyruszają
na wycieczkę objazdową po Włoszech.
Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. To takie sympatyczne i wesołe babskie czytadło. Wydaje mi się jednak, ze wydawnictwo znów pomyliło się określając przedział wiekowy czytelników tej książki – moim zadaniem jest ona raczej dla dorosłych. Trudno mi wyobrazić sobie dziesięciolatkę (że o dziesięciolatku nie wspomnę) którą zainteresować by mogły perypetie uczuciowe dwóch szwedzkich stenografistek szukających we Włoszech miłości swojego życia.
Wszystko
to w dodatku w realiach lat pięćdziesiątych, a od tego czasu sporo
się zmieniło – także w sferze obyczajowości. Każda
kobieta powinna kiedyś móc urządzić własny dom, niezależnie od
tego, czy wychodzi za mąż, czy nie. Jej wrodzona skłonność do
obszywania ręczników i kupowania małych ogniotrwałych form, i
rozlepiania ozdobnych taśm na półkach powinna zostać zaspokojona
bez względu na jej stan cywilny. Tego rodzaju pragnienie może
zwieść dziewczynę, która po wszystkich tych męskich zabiegach
sądzi, ze jest zakochana w jakimś takim nieszczęściu będącym
mężczyzną. Byle jakim mężczyzną, który pozwoli jej zaspokoić
chęć meblowania, a jednocześnie da jej tytuł „pani”, to
ostatnie, rzecz jasna, jest szczególnie ważne. –
czy to są rozważania mogące trafić do dziesięciolatków
z początków XXI wieku ?
Inaczej niż część amerykańska, ta książka nie próbuje opisywać kraju i zaglądać mu pod podszewkę. To tylko miłalove story, a Włochy w niej… Włochy są jak z pocztówki – piękne, romantyczne i ograniczone do najbardziej znanych atrakcji turystycznych.
Reasumując
– bardzo
fajna książka, ale raczej dla Mam i starszych sióstr nastolatków
😉 Wydawnictwu
pozostała do wydania jeszcze jedna książka o Kati i przyznam, że
z ciekawością czekam na Paryż widziany jej oczami.
Astrid Lindgren „Kati we Włoszech”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2007
Wpis z 4 grudnia 2008 roku:
Przeczytałam „Kati w Ameryce”, przeczytałam „Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” 😉 I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury 😦
Paryż,
którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o
tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie.
Rozważania na tematy małżeńskie ciut
anachroniczne 😉 i
raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł
zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w
dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej
dziwny.
Astrid
Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo
takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i
szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej – chyba nie
miała okazji sama tego doświadczyć.
Reasumując – „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dlanieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać 😉
Astrid
Lindgren „Kati
w Paryżu”, przekł.:
Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008
Pomyślałam, że lepiej będzie umieścić książki Astrid Lindgren z serii o Lotcie i jej rodzeństwie – Jonasie i Mii Marii razem w jednym wpisie. Teraz już można przeczytać je wszystkie, ale kiedy moje córki były małe, co jakiś czas ukazywała się kolejna, przyjmowana przez nas z radością, część. Najmłodsza z córek była naszą rodzinną Lottą – to skojarzenie narzucało się nie tylko z powodu jej charakteru, ale też dlatego, że jej ukochaną przytulanką był misiowaty prosiaczek o imieniu Nisiek 🙂
W 2008 roku wybraliśmy się całą rodziną do Szwecji. Odwiedziliśmy wtedy Vimmerby, gdzie dzieciństwo spędziła Astrid Lindgren i gdzie mieści się „Świat Astrid Lindgren”. Stamtąd pochodzi to zdjęcie zrobione na ulicy Awanturników, na werandzie domu cioci Berg.
Od lewej córki: Środkowa, Najstarsza, Najmłodsza i oczywiście Nisiek 🙂
Wpis z 24 maja 2006 roku:
Rodzina Nymanów mieszka w żółtym domu przy ulicy Garncarzy. Kiedyś było to miejsce ciche i spokojne, ale, odkąd urodzili się Jonas, Mia Maria i Lotta, zmieniło się w ulicę Awanturników. Błogi spokój skończył się z chwilą, gdy Jonas stał się na tyle duży, by walić grzechotką w brzeg łóżka w niedzielne ranki, kiedy tatuś chciał jeszcze pospać.Mimo że cała trójka robi sporo zamieszania, wydaje się, że dorosłym to wcale nie przeszkadza. Bohaterowie tej książki rosną otoczeni miłością i życzliwą akceptacją wszystkich dookoła – rodziców, dziadków i sąsiadów. Jak sami opowiadają, ciocia Berg (sąsiadka, którą odwiedzają, przełażąc przez płot) cieszy się z ich wizyt nawet dwa razy – Najpierw, kiedy przyszliśmy, a potem, kiedy wychodziliśmy 😉
Mali Nymanowie to normalne rodzeństwo, które bawi się i kłóci na zmianę. Jak to często bywa przy trójce dzieci, role są podzielone: najstarszy Jonas (jedyny chłopiec, co też jest nie bez znaczenia) zawsze rządzi młodszymi siostrami (a przynajmniej usiłuje 😉 ), środkowa Mia Maria jest najmniej wyrazista, trochę wycofana i zdominowana przez skrajną dwójkę, zaś najmłodsza Lotta – z jednej strony wykorzystywana przez starszych i systematycznie robiona przez nich w bambuko (jak podczas zabawy w piratów), z drugiej jednak – wcale nie taka bezradna, w dodatku nadrabiająca sprytem, przedsiębiorczością i uporem (a jest uparta jak stary kozioł). Zupełnie jak moja Najmłodsza, która na ogół świetnie sobie radzi, a w najtrudniejszych momentach krzyczy: Mama, ONE MNIE TRAKTUJĄ !!! Dla niewtajemniczonych – traktowanie jest w naszym domu synonimem maltretowania przez starsze siostry 😉
Czytając dzieciom coraz dłuższe książki nieuchronnie dochodzimy do chwili, kiedy pozycje dające się przeczytać jednorazowo od deski do deski stają się zbyt krótkie i zbyt dziecinne. Przychodzi wtedy czas na książki na kilka wieczorów i tu „Dzieci” sprawdzają się znakomicie. Każdy rozdział opowiada oddzielną historię – bez problemu można przerwać lekturę i wrócić do niej następnego dnia. Spośród wszystkich książek Astrid Lindgren – ta skierowana jest do najmłodszych czytelników. Życie na ulicy Awanturników, takie spokojne i zwyczajne będzie zrozumiałe dla każdego malucha.
„Dzieci z ulicy Awanturników” to książka dużo mniej znana od swojej drugiej części czyli „Lotty z ulicy Awanturników”. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale spotkałam sporo dzieci, które, znając i lubiąc „Lottę”, nigdy nie czytały pierwszego tomu. Zdarza się, że w bibliotekach też mają tylko drugą część tego cyklu.
„Lotta z ulicy Awanturników” opowiada historię trochę już starszej bo pięcioletniej Lotty, która narozrabiała (a może po prostu był to jeden z jej echowych dni ?) i w przypływie buntu wyprowadziła się z domu. Urządziła sobie mieszkanko na strychu u sąsiadki i świetnie się tam bawiła we własne gospodarstwo. Dopiero, kiedy zapadł zmrok, okazało się, że jednak zdecydowanie najbezpieczniejszym i najprzytulniejszym miejscem na świecie jest jej własne łóżeczko.
Kiedy czasem zdarzało mi się nazwać naszą Najmłodszą – Lottą (bo nie tylko ja widzę ogromne podobieństwo między nimi), ta nadymała się i mówiła: Nie jestem Lotta, bo ona ma Niśka. Ostatnio udało mi się znaleźć odpowiednią przytulankę – taką miśkową świnkę, która wyczerpuje wszelkie znamiona bycia Niśkiem. Najmłodsza dostała ją na niedawne imieniny i od tego czasu mamy w domu stuprocentową Lottę. Możecie się do mnie zwracać – Pani Nymanowa 😉 )
Astrid Lindgren „Dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994 (wyd. pierwsze)
Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”, przekł.: Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1997 (wyd. pierwsze)
Wpis z 8 listopada 2007 roku:
Moja Najmłodsza – jak już pisałam wcześniej – jest kolejną emanacją Lotty z ulicy Awanturników . Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Po pierwsze – jest uparta jak stary kozioł i jeśli czegoś chce, to nie ma dla niej przeszkód nie do pokonania. Zupełnie jak Lotta. Po drugie – ma Niśka, który jest jej ukochaną zabawką. Zupełnie jak Lotta. Nisiek jeździ z nami wszędzie, ostatnio żeglował po Mazurach. Nawet w nocy się nie rozstają.
Nasz Nisiek jest nieco bardziej wyględny od oryginału, który był dziełem rąk Mamy Nymanowej, ale równie mocno kochany. Niedawno udał się z Najmłodszą do szkoły i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że innym dzieciom hasło Nisiek nic nie mowi. Nie znają Niśka. Nie znają Lotty. Nic nie wiedzą o ulicy Awanturników. Jak to jest możliwe ???
Nasza pierwszoklasistka przyniosła właśnie pierwsze zaproszenie na urodziny do koleżanki z klasy. Nie mamy problemu z prezentem, bo ukazała się nowa książka o rodzinie Nymanów z ulicy Garncarzy (zwanej również ulicą Awanturników) – „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”. W sam raz na wieczorek zapoznawczy z Lottą 😉
Lotta kończy pięć lat i bardzo chce dostać na urodziny prawdziwy rower. Musi przecież udowodnić wszystkim, że umie na nim jeździć – szczególnie Jonasowi i Mii Marii, którzy uważają, że jest na to za mała. Bo przecież umie – po kryjomu. Ponieważ jednak roweru nie dostała, postanawia zwędzić na trochę stary rower, który widziała w szopie u cioci Berg…
Słucham
? Uważacie, że to się nie może dobrze skończyć ? A jednak może
– w końcu napisała to Astrid
Lindgren.
U niej wszystko zawsze dobrze się kończyło.
Po obejrzeniu tej książki Najmłodsza stwierdziła, że Nymanowie z całą pewnością mieszkają po sąsiedzku Peterem i Leną. Rzeczywiście – ilustracje w tych książkach są bardzo podobne, ukazujące wszystko ze specyficznej perspektywy, niemal z lotu ptaka. I te domki takie podobne… I ulica… I meble…
A uważny oglądaczmoże spotkać tam samą Astrid Lindgren sportretowana przez Ilon Wikland pod postacią…
A figę z makiem – poszukajcie sami 😉
Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007
Wpis z 17 grudnia 2008 roku:
Ze mną to jest dziwnie. Ja tyle umiem. Skombinować choinkę i różne inne rzeczy. Tak, naprawdę umiem wszystko. (…) Chociaż oczywiście – dodała Lotta – nie umiem zjeżdżać slalomem !
Czy mogę powiedzieć o tej książce coś, czego nie powiedziałam o poprzednich ? Chyba niewiele. Może tylko to, że jest to książka bardzo zimowa, trochę świąteczna, a swoją atmosferą przypomina ostatni rozdział z „Dzieci z ulicy Awanturników”.
Są
w niej wszyscy, którzy tam być powinni, a więc: rodzice Lotty, i
Jonas, i Mia Maria, i ciocia Berg, i jej piesek Skotty,
i Nisiek (który
znajduje się w poważnych tarapatach). Jest też parę innych osób i
oczywiście Lotta. Bez niej nie było by tej książki.
Bez
niej i bez ilustracji Ilon Wikland –
uroczych jak zawsze. Szwedzka zima, która nam podarowała, choć
trochę wynagradza to, co mamy za oknem. Spójrzcie na te obrazki i
porównajcie. Czy tak wygląda zima ???
Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Może nie snuła się całe przedpołudnie, czekając na nich ? I może nie obiecali, że Lotta i Mia Maria, i Jonas przebiorą się za czarownice wielkanocne i w trójkę odwiedzą wszystkich mieszkańców ulicy Awanturników, żeby im zaśpiewać i dostać cukierki, tak jak zawsze w Wielki Czwartek ?
„Pewnie,
że Lotta jest wesołym dzieckiem” to
książka wielkanocnie
przedświąteczna 😉
Pojawiają się tam szwedzkie zwyczaje wielkanocne -przebieranki w
Wielki Czwartek, słodycze od wielkanocnego zajączka w Wielką
Sobotę.
Właśnie
z tymi słodyczami jest problem, bo sklep ze słodyczami na ulicy
Awanturników właśnie przestał istnieć. Jak powiedział Lotcie
jego właściciel – Grek Vasilis: Wy
w tym kraju jecie za mało cukierków. Tylko w sobotę ! Z tego się
nie da utrzymać. Nie
ma sklepu i Tatuś (jak się okazuje – zastepujący wielkanocnego
zajączka) nie ma gdzie kupić słodyczy. Lotta nie byłaby jednak
Lottą, gdyby nie znalazła rozwiązanie tego problemu 😉
Moja Najmłodsza zgłosiła reklamację po jej przeczytaniu: dlaczego nie ma w niej w ogóle Niśka ? Gdyby Astrid Lingren jeszcze żyła, pewnie napisałaby do niej list z prośbą o uzupełnienie tego braku 😉
Czytałyśmy tę książkę z pewnym smutkiem, mimo że wcale smutna nie jest. Nie może nam być jednak wesoło ze świadomością, że to już ostatnia historia o Lotcie. Koniec. Finito. The end 😦
Mimo wszystko jednak cieszę się, że nieocenione „Zakamarki” pojawiły się na naszym rynku w samą porę i wydały wszystkie te książeczki zanim ostatnia z moich córek zdążyła z nich definitywnie wyrosnąć. Chwała im za to i cześć !!!
I jeszcze małe podsumowanie 🙂
Spotykam
się dość często z pytaniem o kolejność, w jakiej należy czytać
książki tego cyklu. Odpowiedź jest prosta – wystarczy uważnie
przyjrzeć się ilustracjom Ilon Wikland.
W „Dzieciach z ulicy Awanturników” Lotta to jeszcze trzy czy czteroletni maluszek z pulchnymi nóżkami. W „Lotcie z ulicy Awanturników” i „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze” wyraźnie podrosła i jest zbuntowaną pięciolatką. W „Pewnie, ze Lotta umie prawie wszystko” – to już całkiem spora panna, która dzielnie pomaga Mamie i Cioci Berg. A w ostatniej – „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” jeszcze urosła i wyleciał jej pierwszy ząb !
Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009
Na koniec, już w 2019 roku dodam, że pierwsze dwa tomy ukazały się razem jako „Przygody dzieci z ulicy Awanturników„, natomiast trzy ostatnie historie wyszły w jednym tomie pod tytułem „Lotta. Trzy opowiadania”
Astrid Lindgren „Przygody dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Maria Olszewska, Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017
Astrid Lindgren „Lotta. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013
… czyli dla mnie (i dla moich córek też) – „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. W późniejszych wydaniach zmieniono tytuł na dosłowne tłumaczenie tego, który nadała tej książce Astrid Lindgren (edit: czyli na „My na wyspie Saltkråkan„ a w 2018 zmieniono go jeszcze raz, zupełnie nie wiem po co). Nie mogę się do niego przyzwyczaić i dlatego mój kompletnie zaczytany egzemplarz oddałam do introligatora, choć zapewne taniej byłoby kupić nowy z nowym tytułem 😉
W naszym ulubionym „Atramentowym sercu” Mo tak mówi do swojej córki Meggie: „Jeśli weźmiesz w podróż książkę (…) wydarzy się coś dziwnego: książka zacznie gromadzić twoje wspomnienia. Potem wystarczy ją otworzyć i znów będziesz tam, gdzie ją czytałaś. Ledwie przeczytasz pierwsze słowa, wrócą do ciebie obrazy, zapachy, smak lodów, które wówczas jadłaś…” * . Mo wiedział, co mówi – znał się w końcu na książkach jak nikt inny. Tak właśnie jest i w tym przypadku – czytając o małej szwedzkiej wysepce na Bałtyku, w jakiś przedziwny sposób wracam do Krówki w Borach Tucholskich. Przyjeżdżaliśmy tam z rodzicami przez 10 kolejnych lat, znałam tam każdą ścieżkę i każdy krzak. Tam pierwszy raz czytałam tę książkę, tam na brzegu jeziora wyobrażałam sobie nadmorskie życie jej bohaterów. Krówka to było moje miejsce, mój prywatny synonim słowa wakacje.
Takim miejscem dla Melkersonów ze Sztokholmu stała się maleńka wysepka Saltkråkan, mimo że płynęli tam pełni obaw. Melker Melkerson, samotny ojciec czwórki dzieci, będący równocześnie największym w tej rodzinie dzieckiem, z typową dla siebie impulsywnością wynajął dom na wakacje kierując się tylko tym, że spodobała mu się nazwa wyspy. Ta powitała ich deszczem, a dom, od lat wynajmowany tylko na lato, był zapuszczony i budził wiele obaw. Początek był trudny, ale potem już było tylko lepiej.
Każde z Melkersonów znalazło na Saltkråkan coś dla siebie: Melker – nieograniczone pole do popisu w tak lubianych przez niego męskich zajęciach (choć z reguły źle się to dla niego kończyło 😉 ), Malin – spokój i romantyczne piękno przyrody, Johan i Niklas – towarzystwo do szalonych przygód, a najmłodszy Pelle – ukochane zwierzęta. Wszyscy razem – serdeczność i przyjaźń wyspiarskiej rodziny Grankvistów.
„My na wyspie Saltkråkan” nie jest sielanką jak „Dzieci z Bullerbyn”. Obok momentów nieodparcie śmiesznych (ach, ta szalona noc świętojańska 😉 ) są też chwile bardzo smutne – tak smutne, że nadal łamie mi się głos, kiedy je czytam. W tej książce (zgodnie z tytułem jednego z rozdziałów) smutek i radość razem wędrują, ale wszystko zawsze kończy się dobrze. Jest to przecież książka dla dzieci, choć na pewno dla nieco starszych niż czytelnicy Bullerbyn.
Saltkråkan to były zawsze wakacje moich marzeń. Morze, las, cisza, spokój i mało ludzi i ta nieograniczona swoboda – po prostu arkadia. Szukam od lat takiego miejsca dla nas i nie mogę znaleźć. Cień tej atmosfery poczułam niedawno na Borholmie, ale to był tylko jej cień. Szukam więc dalej, może kiedyś znajdę …
Astrid Lindgren „Dzieci z wyspy Saltkråkan”, przekł. Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2018
Astrid Lindgren „My na wyspie Saltkråkan”, przekł. Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2006
Astrid Lindgren „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”, przekł. Maria Olszańska, ilustr. Zbigniew Łoskot, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1972
Kiedy urodziłam córkę Środkową, pierwszą moja myślą na widok trzyletniej Najstarszej było: Ona chyba urosła. Nie było mnie w domu tylko jeden dzień – kontrast z noworodkiem sprawił, że wydała mi się dużo większa niż rano. Od tego dnia zawsze już miała być większa i starsza, choć nadal przecież miała tylko trzy lata.
Przepoczwarzenie się jedynaka w starszego brata (lub siostrę) to jedno z najtrudniejszych zadań jakie czekają pierworodnego w dzieciństwie. Narodziny drugiego dziecka, na które rodzice czekają z radością – dla niego oznaczają rewolucję i wywrócenie do góry nogami całego świata. Nawet jeśli początkowo cieszy go perspektywa posiadania rodzeństwa, nie jest w stanie wyobrazić sobie i bezboleśnie zaakceptować wszystkich zmian. Przychodzi mu to tym trudniej, im dłużej był jedynakiem.
Staraliśmy się przygotować do tego Najstarszą jak najlepiej – często rozmawialiśmy z nią o Maluszku, który na razie jest w brzuszku mamusi, ale niedługo wyjdzie stamtąd i będzie spał w łóżeczku i jeździł wózkiem. Oglądałyśmy zdjęcia z czasu, kiedy to ona była w brzuszku i późniejsze, kiedy już się urodziła i była malutka. Po wielu tygodniach takich rozmów, na parę dni przed narodzinami Środkowej Najstarsza zaskoczyła mnie pytaniem: Mamusiu, czy kiedy będą święta i przyjdzie do nas Święty Mikołaj, to Maluszek jeszcze z nami będzie ? Nie umiała mi powiedzieć, co miało by się z nim stać – chyba po prostu zbyt wiele mówiliśmy o tym, że się urodzi, a zbyt mało o tym, że będzie już zawsze.
Peterowi, bohaterowi książki “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, również rodzi się siostrzyczka – Lena. Peter wprawdzie chciał mieć rodzeństwo, ale Lena, która nie umie ani mówić, ani chodzić, potrafi tylko krzyczeć, nie jest tym, o czym marzył. W dodatku wydaje się, że rodzice kochają ją bardziej niż Petera. W tej sytuacji lepiej chyba byłoby ją sprzedać i kupić rower. Tylko czy ktoś ją kupi ?
Ta książka bardzo nam pomogła w tym pierwszym okresie. Słuchając o złości i żalu Petera, Najstarsza zaczęła rozumieć własną złość i żal, a mnie łatwiej było z nią o tym rozmawiać. Nie spotkałam drugiej książki, która w tak prosty i zrozumiały dla kilkulatka sposób opowiadałaby o tych problemach. Autorka doskonale rozumie małego Petera i nie oczekuje od czytelników surowego potępienia dla jego niegrzecznych zachowań – nawet wtedy, gdy tłucze on dzbanuszek czy uderza malutką siostrzyczkę. Opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej zrozumiałym, co przychodzi i z czego się wyrasta.
Nie jest to książka tylko dla jedynaków spodziewających się rodzeństwa. Bardzo lubiły ją również moje młodsze córki w wieku 3-5 lat, mimo, że problem ich bezpośrednio nie dotyczył.
Astrid Lindgren “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska,wyd.: “Nasza Księgarnia”, Warszawa 1992
P.S. My czytałyśmy książkę wydaną przez Naszą Księgarnię, a po latach wznowiło ją wydawnictwo „Zakamarki”. Wydało ono także drugą książkę Astrid Lindgren o Peterze i Lenie – „Ja też chcę chodzić do szkoły”. Można też kupić obie te historie w jednym tomie
Astrid Lindgren “Peter i Lena. Dwa opowiadania”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2017
Dwie autorskie książki pary fantastycznych ilustratorów, które poświęcili stworzeniom odwiedzającym ich ogród. Wbrew temu, co sugerują ich sztywne strony, nie są one przeznaczona dla maluchów, ale dzięki tej formie są bardziej wytrzymałe i nadają się, żeby zabierać je na wyprawy przyrodoznawcze 😉
Na początku był dom. Dom w budowie, bez okien. Ale już wtedy miał mieszkańców.
Ptak, który nas przywitał, raz po raz się kłaniał, jakby mówił: „Witam państwa uprzejmie ! Proszę czuć się jak u siebie.”
Przeczytaliśmy w atlasie, że ten ptaszek nazywa się kopciuszek… i że najchętniej zasiedla ruiny.
No cóż, nie był to komplement dla naszego domu. Ale i tak zamieszkaliśmy w nim razem z kopciuszkiem…
Najpierw były ptaki sfotografowane i wyaplikowane z materiałów przez Ewę Kozyrę – Pawlak oraz malowane akwarelą przez Pawła Pawlaka (a także rysowane przez Hanię Cisło). Książka absolutnie cudowna, którą ma się ochotę oglądać i oglądać, wciąż i wciąż… Myślę, że najodpowiedniejszym miejscem dla niej powinien być parapet okna z widokiem na karmnik, aby można było na bieżąco sprawdzać, kto go odwiedza u nas.
W kolejnym atlasie – motyle uwiecznione tak samo dodatkowo jeszcze stworzone przez Pawła Pawlaka z patyczków, liści i sznurków – a wszystkie jak żywe ! Trzeba uważnie przyjrzeć się, żeby zobaczyć, z czego zostały one zrobione, ale na pewno żaden motyl nie ucierpiał podczas powstawania tej książki, która przepięknie zachęca do obserwacji stworzeń fruwających dookoła nas, a także do własnoręcznego ich uwieczniania.
Ciekawa
jestem bardzo, atlas jakich stworzeń powstanie w następnej
kolejności ? Bo że powstanie jestem niemal pewna – tak samo jak
tego, że też będzie przeuroczy 🙂
Ewa Kozyra – Pawlak, Paweł Pawlak „Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018
Ewa Kozyra – Pawlak, Paweł Pawlak „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017
Książka nominowana w kategorii OBRAZ w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018
Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMA – Astrid Lindgren Memorial Award – gratulacje !!!
„Pisklak” Zuzanny Orlińskiej to książka, która po raz pierwszy ukazała się w 2012 roku nakładem wydawnictwa Akapit Press. Obecne wznowienie Naszej Księgarni różni się od tamtego tylko okładką – w środku jest oczywiście sama historia i na szczęście te same ilustracje Mamy Autorki – Wandy Orlińskiej.
Tak pisałam o tej książce 27 lutego 2014 roku:
Jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka. – cytat z książki „Zabić drozda”, która odgrywa niebagatelną rolę w „Pisklaku”
Kim jest ów tytułowy pisklak ? Czy chodzi o prawdziwe, wypadnięte z gniazda pisklę, które Klara znalazła i był to w jej życiu pierwszy moment, kiedy stanęła oko w oko z tajemnica życia i śmierci ? Czy jest nim Piotruś – jej maleńki, przedwcześnie urodzony braciszek, walczący o życie w szpitalu ? Czy może sama Klara – piskle już podrośnięte, jedna nogą w dzieciństwie, ale coraz bardziej gotowe do rozłożenia skrzydeł i poszybowania w dorosłość ?
Tobie się wydaje, że jak skończysz osiemnaście lat, od razu staniesz się dorosła. A to wcale tak nie jest. Można mieć lat dwadzieścia albo czterdzieści i dalej być dzieckiem Dziecko myśli: upadnę, stłukę kolano, mamusia podmucha i przejdzie. Nic złego nie może się stać. I ja też tak myślałem, bardzo długo – powiedział jej ojciec, kiedy rozmawiali o dorosłości. Można też wydorośleć wcześniej, kiedy życie postawi przed nami pierwsze dorosłe wyzwania, a nam uda się im sprostać nie oglądając się na pomoc dorosłych…
„Pisklak” to druga książka Zuzanny Orlińskiej – zupełnie inna niż „Matka Polka”. Adresowana jest do nieco starszego czytelnika (rówieśnika jej nastoletnich bohaterów), do bólu realistyczna oraz taka trochę… oldskulowa 😉 Czytając ją miałam wrażenie, że napisał ja któryś z autorów mojego dzieciństwa.
Rzecz dzieje się co prawda współcześnie i widać to nie tylko w tym, że bohaterowie używają laptopy czy telefony komórkowe. Książka w otwarty sposób nawiązuje do „Tego obcego” – lektury szkolnej i mojej, i moich córek. Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nadal czytają ją chętnie, a Najmłodsza z zaciekawieniem sięgnęła także po jej kontynuacje czyli „Inną”. W „Pisklaku” współcześni uciekinierzy z domu zamiast do wujka w Tczewie wędrują jednak do mamy, która wyjechała do pracy w Irlandii – smutne signum naszych temporis 😉 Poza tym jego bohaterowie spotykają się w niedzielę na mszy w kościele, co w czasach mojego dzieciństwa raczej im się na kartach książki przydarzyć nie mogło. Dość przypomnieć jakich ekwilibrystycznych wygibasów musiała dokonywać Małgorzata Musierowicz, żeby w pierwszych tomach „Jeżycjady” dać czytelnikom do zrozumienia, że Borejkowie chodzą do kościoła.
Jednak mimo dwudziestopierwszowiecznych realiów życia bohaterów sposób narracji „Pisklaka” jest taki jakiś staroświecki, niespieszny, uporządkowany…
To wrażenie potęgują także dawno niewidziane w obecnie wydawanych książkach ilustracje pani Wandy Orlińskiej – mamy autorki. Pamiętam tę kreskę z wielu lektur, które lubiłam – najbardziej chyba ze zbioru opowiadań Anny Frankowskiej „Zatańcz z moją dziewczyną”, bo wracam do niego także i teraz.
Miałam, czytając „Pisklaka” jeszcze jedno skojarzenie z książką mojego dzieciństwa, ale nie wiem, czy autorka byłaby z niego zadowolona 🙂 Otóż ta atmosfera podmiejskiego letniska i te dzieci – już nie dzieci, które muszą sobie radzić ze swoimi problemami same, bo dorośli są zajęci swoimi ważnymi sprawami i właściwie ich nie ma – to wszystko jest jak z „Timura i jego drużyny”. Wróciłam do tej książki jakiś czas temu po wielu latach i stwierdziłam, że (pomijając kwestie polityczne, które obecnie wymagałby bardzo rozbudowanych przypisów) jest ona całkiem dobrze napisana.
Okazuje się więc, że niezależnie od czasów, systemu politycznego czy gadżetów, których używamy, emocje jakie towarzyszą czasowi dojrzewania i pierwszych miłości pozostają niezmienne…
Zawsze lubiłam czytać. Pierwszą książkę przeczytałam samodzielnie jeszcze w przedszkolu i od tego czasu stało się to dla mnie czynnością tak oczywistą jak jedzenie czy sen. Wychowałam się w domu pełnym książek, a ich kupowanie jest już zdecydowanie moim nałogiem.
Jeszcze zanim urodziły się moje dzieci, wiedziałam jedno – będą czytać równie maniacko jak ja. Niestety los lubi być przekorny i obdarował mnie trzema córkami z dysleksją. Rozbudziło to we mnie instynkt tropiciela – podjęłam wyzwanie. Znaleźć książkę na tyle interesującą, żeby moje córki zechciały podjąć wysiłek jej przeczytania – to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. A jaka radość z sukcesu !!!
Lubię znajdywać ciekawe książki, lubię widzieć, że podobają się moim córkom, lubię dzielić się tą radością z innymi. – napisałam 13 lat temu, kiedy zaczynałam przygodę z blogowaniem.
Myślę, że nikogo nie zaskoczę, pisząc tutaj, że „Mały Pokój z Książkami” był ukochaną książką mojego dzieciństwa ?
Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1971 roku, zawierało 19 opowiadań znakomicie przetłumaczonych przez Hannę Januszewską i zilustrowanych przez Bożenę Truchanowską. Jako dziecko nie lubiłam baśni, nie znałam ich wielu, ale te były szczególne. Miały niezwykły klimat, który pięknie podkreślały ilustracje, a poza tym – nie wszystkie historie tam zawarte były baśniami (na przykład jedna z moich ukochanych – ta bożonarodzeniowa o Annie – Marii i szklanym pawiu). To jedna z niewielu ukochanych lektur mojego dzieciństwa, które po latach okazały się tak samo urzekające jak we wspomnieniach.
Niedawno dotarło do mnie wznowienie tej książki wydane przez Wydawnictwo Dwie Siostry i przeżyłam przy tej okazji dwa zaskoczenia. Po pierwsze – ilustracje. TEN „Mały Pokój z Książkami” jest drugą pozycją w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” i towarzyszą mu oryginalne, czarno – białe ilustracje Edwarda Ardizzone. No cóż… Był to wspaniały artysta, ale dla mnie z tą książką nierozerwalnie wiążą się obrazy, które stworzyła pani Truchanowska, mimo że tych moich ukochanych, kolorowych było tam tylko osiem. Ale jakież one miały kolory ! I jakie piękne kwiaty na nich były !
Drugim zaskoczeniem było to, że nowa książka zawiera więcej opowiadań niż ta, którą znałam. Okazało się, że do poprzedniego wydania nie weszło 9 historii. Przetłumaczyła je teraz Ewa Rajewska. Udało jej się znakomicie uchwycić klimat i język zarówno oryginału, jak i poprzedniego przekładu – dzięki temu ten zbiór stanowi całość. Ja oczywiście od razu wiedziałam, które z opowiadań są nowe, ale myślę, że osoby, które czytają to po raz pierwszy, nie zauważą różnicy w tłumaczeniach.
Zastanawiam się, dlaczego te opowiadania nie weszły do pierwszego polskiego wydania ? Widzę dwa możliwe wytłumaczenia: albo ingerowała w to cenzura, albo edycja całości przekraczała ówczesne przydziały papieru, jakimi dysponowało wydawnictwo Nasza Księgarnia. To drugie wydaje mi się bardziej prawdopodobne, bo jedynie „Pocałunek dla drzewa brzoskwiniowego”, w którym kluczową rolę odgrywa obrazek ze św. Antonim, mógł być w PRL-u niecenzuralny, pozostałe są zupełnie niewinne. Najbardziej żałuję, że nie było mi dane poznać w dzieciństwie „I zatańczę dokolutka”, bo jest tam przepięknie, z miłością pokazana starość oraz więź między dziewczynką a jej staruteńką prababcią, więź, która z jednej strony zmusza Gryzeldę do wielu poświęceń, ale z drugiej strony – jest jej siłą i pomaga jej w życiu.
Cieszę się bardzo ze wznowienia „Małego Pokoju z Książkami”. Urok tej książki jest, mam nadzieję, ponadczasowy, nawet mimo braku ilustracji, które tak lubiłam 😉
P.S. Książka była nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa 2018 w kategorii: przekład !!!
Eleanor Farjeron „Mały pokój z książkami” , przekł: Hanna Januszewska, ilustr.: Bożena Truchanowska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1971
Eleanor Farjeron „Mały pokój z książkami” , przekł: Hanna Januszewska, Ewa Rajewska, ilustr.: Edward Ardizzone, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018