Była raz starsza pani

Była raz starsza pani

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – przekład !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

Była raz starsza pani, która połknęła muchę. // Chaps ! Jednym ruchem muchę pożarła. // Dziwne, że nie umarła.

Poezja dla dzieci stanowi sporą część tego, co się obecnie na naszym rynku wydawniczym ukazuje, ale do rzadkości należą tu przekłady z języków obcych. Jeżeli już się pojawiają, to są to pozycje z absolutnej klasyki literatury. Tak było w przypadku wydanej dwa lata temu przez Wydawnictwo Bajka „Mamy Gęsi”, w której Małgorzata Strzałkowska udostępniła polskim czytelnikom tradycyjne nursery rhymes, i taka również jest ta książka.

Była raz starsza pani, która połknęła pająka. // A ten się wiercił i kręcił, i po jej wnętrzu się błąkał.// Połknęła tego pająka, by upolował muchę. // Bo jednym ruchem muchę pożarła. // Dziwne, że nie umarła.

„Była raz starsza pani” to dokonane przez Emilię Kiereś spolszczenie tradycyjnej angielskiej rymowanki „There was an Old Lady Who Swallowed the Fly” (ewentualnie: I knew an Old Lady, bo, jak to z takim tekstami bywa, krąży on w różnych wersjach). Wydawnictwo Kropka wydało ten wiersz z ilustracjami Abnera Graboffa – też już niemal klasycznymi, bo pochodzącymi sprzed pół wieku, a jednak robiącymi wrażenie bardzo nowoczesnych. Ich rozmach, swoboda w operowaniu plamami i pewna niedbałość kreski dobrze korespondują z absurdalną, aczkolwiek tragikomiczną treścią. Szczególnie zachwyciła mnie ilustracja z koniem 😉

Struktura „Była raz starsza pani” kojarzyć się nam może z „Rzepką” Juliana Tuwima. Zabieg powtarzania coraz dłuższej wyliczanki (tu – kolejnych zwierząt połkniętych przez bohaterkę) fantastycznie sprawdza się w głośnym czytaniu z dziećmi, które szybko zaczynają się do tego wymieniania włączać. Kiedy czytałam z moimi córkami „Rzepkę”, naszą tradycją stało się to, że razem z jej końcowymi słowami wszyscy na siebie poupadali my także się przewracałyśmy. Zakończenie tej książki też daje pole do stworzenia własnych czytelniczych zwyczajów.

Emilia Kiereś jest doświadczoną tłumaczką (oraz autorką), ale wydaje mi się, że ta książka jest jej debiutem w dziedzinie poezji. Mimo to znakomicie poradziła sobie z rytmem tego wiersza. Oczywiście w tej sytuacji nie sposób jest uciec od skojarzeń rodzinnych, bo jest ona w końcu siostrzenicą absolutnego mistrza przekładu Stanisława Barańczaka. Można by powiedzieć, że ma to w genach, ale myślę, ze takie sformułowanie jest trochę krzywdzące, bo odbiera tłumaczce osobistą zasługę niewątpliwej ciężkiej i sumiennej pracy. Chciałam jednak skorzystać z tej rodzinnej koneksji, żeby zachęcić do sięgnięcia po bardzo ciekawy tekst mistrza Barańczaka na temat specyfiki przekładu poezji dla dzieci „Rice pudding” i kaszka manna —–>>>> tutaj

W tym momencie przechodzę do działu Podziękowania, bo ja sama trafiłam na niego dzięki recenzji tej książki na blogu Mała czcionka, mojej koleżanki i jurorki Lokomotywy —->>> tutaj . Wielu ciekawych rzeczy, także o Abnerze Graboffie dowiedziałam się też z recenzji drugiej jurorki Lokomotywy na blogu Maki w Giverny —–>>> tutaj oraz trzeciej – na blogu W Nieparyżu —->>> tutaj

I tak to się ta nasza sieć blogerska plecie… 😉

„Była raz starsza pani” ilustr.: Abner Graboff, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

O kolędach. Gawęda

O kolędach. Gawęda

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Nie doceniłam Emilii Kiereś – stwierdzam to z ogromnym zadowoleniem, a nawet z radością 😉

Zainteresowałam się tą książką ze względu na ilustracje Marianny Oklejak, ale poza tym spodziewałam się, że będzie to coś w rodzaju świątecznego śpiewnika jakich wiele już widziałam – czyli teksty kolęd, nuty oraz krótki tekst informujący o historii każdej z nich. Tymczasem „O kolędach. Gawęda” okazała się publikacją nie tylko piękną wizualnie (co mnie absolutnie nie zaskoczyło), ale także zaskakująco interesującą 😉

Gdybym Was zapytała, o czym zwykle śpiewamy pod choinką, odparlibyście na pewno, że o narodzinach Jezusa. To prawda – większość kolęd mówi właśnie o tym. Ale na ile różnych sposobów ! Czy zauważyliście kiedyś, że każda kolęda ma inny nastrój, a betlejemska stajenka bywa opisywana z bardzo różnych punktów widzenia ? Zwykle nie zwracamy na to uwagi, bo przecież kolęd się nie czyta – tylko się je śpiewa. A kiedy śpiewamy, nie zastanawiamy się nad każdym słowem.

Ta książka służy właśnie temu, żebyśmy się nad nimi zastanowili. Oprócz nut, chwytów gitarowych i tekstów kolęd, zawierających także zwrotki obecnie już zapomniane, znajdziemy w niej również wyjaśnienie słów, które w nich występują, a które mogą być dla współczesnych czytelników nie do końca zrozumiałe. Opowieść, którą Emilia Kiereś snuje wokół tych dwudziestu kolęd, nie jest wykładem, a właśnie gawędą dotykającą wielu związanych z nimi tematów. Znajdziemy więc tam nie tylko wyjaśnienie tego, o czym każda z kolęd opowiada, z odwołaniem zarówno do realiów Palestyny z czasów narodzin Jezusa, jak też tego, w jaki sposób odbiły się w niej czasy, w których powstała. Znajdziemy również historię kolędowania oraz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia w Polsce przez wieki, z nawiązaniami do tego, co w tej tradycji pozostało jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, łączą z tekstami pieśni i z ilustracjami Marianny Oklejak jak w najstaranniej utkanej materii.

„O kolędach. Gawęda” nie jest książką do przeczytania na jeden raz. Podobnie jak kolędy, które przecież towarzyszą nam nie tylko wigilijny wieczór, ale śpiewa się je w kościołach do 2 lutego, ona także może być lekturą na niejeden świąteczny i poświąteczny wieczór.

Jest to także (druga już w tym roku!) książka osadzająca te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście, który coraz bardziej zagłuszany jest przez donośne pohukiwanie Uzurpatora, nazywającego siebie Świętym Mikołajem. Tymczasem żaden prezent wyjęty spod choinki nie może się równać z magią tej jednej w roku chwili, kiedy wszyscy stoimy wokół stołu, na którym leży opłatek, a jedna z córek czyta W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz… (oraz z tym momentem o północy, kiedy w ciemnym kościele nagle zapalają się światła, rozlegają organy i śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje !).

I takich wzruszeń życzę wszystkim także w tym trudnym i dość smutnym roku !

Emilia Kiereś „O kolędach. Gawęda”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Miasto Potwór

Miasto Potwór

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst oraz nagrodzona w Konkursie Mądra Książka w kategorii książek dla dzieci !!!

Wydawnictwo Kropka jest najmłodszym, narodzonym w tym roku, dzieckiem prężnie działającego Wydawnictwa Marginesy, a „Miasto Potwór” to (po trzech książkach przełożonych z języków obcych) ich pierwsza publikacja oryginalna. Można więc powiedzieć, że jest to ich debiut – i to debiut bardzo obiecujący 🙂

Nic nie zapowiadało katastrofy. Któregoś dnia, bez żadnego zaproszenia, z morza wyłonił się wielki potwór i ruszył w stronę miasta. Typowy przedstawiciel gatunku: długie szpony, dwa rzędy ostrych zębów i łuskowata skóra pokryta szlamem z wodorostów. Pod szyją zawiązaną miał fioletową muszkę w groszki, co sprawiało, że wyglądał jeszcze potworniej. Ryknął na próbę, a z paszczy wyleciała mu… antena satelitarna.

Któryś z mieszkańców miasta, będący akurat w pobliżu, przytomnie krzyknął: „W nogi !”. Bo jak powszechnie wiadomo, kiedy w mieście pojawia się potwór, to nie po to, żeby zrobić zakupy, oddać odkurzacz do naprawy ani by zgarnąć wakacyjną pożyczkę. Zwykle bardziej zaprzątają go kwestie zniszczenia i pożarcia miasta niczym kanapki z betonem i asfaltem…

… i pewnie taki byłby także los Miastoszewa, gdyby nie to, że okazało się kompletnie niestrawne. Może nawet potworniejsze od Potwora ? Bez zieleni i drzew, bez miejsc, w których można się spotkać – za to pełne reklam i billboardów, które kompletnie zasłaniają domy.

Brzmi znajomo ? Jakbyśmy gdzieś takie miasta widzieli ? „Miasto Potwór” to ciut przewrotnie skonstruowany poradnik urządzania przestrzeni do życia. Inaczej mówiąc – propedeutyka urbanistyki 😉 Mieszkańcy Miastoszewa przy pomocy Potwora przechodzą jej skrócony kurs w praktyce. Taka lekcja przydałaby się włodarzom i mieszkańcom wielu naszych miast. A jak to się skończyło ? Musicie sami przeczytać, ja zdradzę tylko, że dobrze 🙂

Przemek Liput, który jest autorem wizualnej strony tej ksiązki, podszedł do sprawy z dużym rozmachem. Ilustracje wypełniają całe duże strony, jest na nich mnóstwo szczegółów i dialogów w dymkach. Warto je uważnie obejrzeć i przeczytać, żeby docenić wszystkie smaczki.

A potem rozejrzyjmy się dookoła i zastanówmy nad tym, co zrobić z otoczeniem, w którym żyjemy…

Joanna Gruszta (tekst), Przemek Liput (ilustr.) „Miasto Potwór”, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Atramentowe serce

Atramentowe serce

Edit. 10.01.2025: Wydawnictwo Kropka zapowiedziało na luty tego roku wznowienie „Atramentowego serca” oraz kolejnych tomów tego cyklu. I tu niespodzianka !!! Autorka po latach dopisała jeszcze tom czwarty – jego tytułu jeszcze nie znamy.

„Atramentowe serce” to pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂

Wpis z 17 września 2007 roku:

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…

Kim był ten człowiek ? Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego, ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦

Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną.

„Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos… 

Dlaczego ? Tego już musicie dowiedzieć się z książki…   😉

Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂