M jak dżeM

M jak dżeM

i kolejne części cyklu o Neli – „Kawa dla kota” i „Miłość bez konserwantów”.

Wpis z 28 listopada 2007 roku:

Być może przegapiłabym tę książkę, gdyby nie  mała burza, jaka się wokół niej rozpętała na jednym z forów.  Zaintrygowała mnie, więc znalazłam ją i przeczytałam. Spodobała mi się. Potem pomyślałam sobie, że może wrodzona przekora wykrzywia mi optykę, więc dałam ją do przeczytania Najstarszej z córek. Też jej się spodobała 🙂

Nela ma trzynaście lat i właśnie rozpoczęła naukę w gimnazjum. W nowej szkole nie czuje się dobrze, nie potrafi znaleźć wspólnego języka z koleżankami z klasy. Sytuacja rodzinna również jej się komplikuje – w jej życiu pojawia się nagle rodzina Taty, który od lat nie utrzymuje z córką kontaktu, oraz dziecko, które ma się urodzić Mamie i Artyście. Co prawda Nela znakomicie dogaduje się z ze swoim ojczymem, ale nie wiadomo, co się stanie, kiedy pojawi się nowy członek rodziny. Poznaje też pewną starszą panią, która przypomina mi trochę Vianne Rocher, bohaterkę „Czekolady” – z tą różnicą, że pani Lila czaruje dżemami….

„M jak dżeM” to taka jesienna książka. Pełna barw i smaków, ale podszyta smutkiem i melancholią. Można ją też zaliczyć do książek świątecznych, bo przecież kończy się przygotowaniami do Wigilii.

Pierwszym zarzutem, jaki pojawił się we wspomnianym wątku, był pewna stygmatyzacja, jakiej dokonała Autorka, nazywając negatywne postaci – Wanessa Gwóźdź, Isaura Kowalska i Sandra Wątroba, w przeciwieństwie do bohaterki pozytywnej o imieniu Aniela. No fakt – coś w tym jest, ale z drugiej strony…. Nela odziedziczyła swoje imię po prababci i jest to szczegół istotny dla całości akcji – trudno wobec tego, żeby była Nikolą czy Sabriną. Natomiast jej szkolne prześladowczynie przez większą część książki znamy jako Goły Pępek, Miss Perfumerii i Rudą – ich imiona pojawiają dopiero na setnej stronie. Do tego czasu zdążyliśmy już poznać je od najgorszej strony. Najstarsza stwierdziła, że te imiona świadczą bardziej o ich rodzinach niż o nich samych. Poza tym – są kompatybilne z zamiłowaniem owych dziewczyn do głupich seriali 😉

Imiona owych dziewczyn mieszczą się ponadto w nieco groteskowej  (żeby nie powiedzieć – tragikomicznej) konwencji, w jakiej Agnieszka Tyszka opisuje szkołę Neli – trochę podobnej do tego, jak widzi te instytucję Małgorzata Musierowicz w nowszych tomach „Jeżycjady”. Książka momentami jedzie po stereotypach (że się wyrażę kolokwialnie 😉 ), ale te stereotypy nie biorą się znikąd. To że istnieją środowiskowe mody na imiona wiadomo nie od dziś – tak było od wieków. Nie jest tajemnicą również to, że nauczyciele bywają różni i obok mądrych trafiają się tacy, którzy wybrali ten zawód jedynie z braku innych pomysłów na życie.

Czy jednak można powiedzieć, że ta książka pokazuje złe wzorce radzenia sobie (a raczej nieradzenia) z problemem agresji w szkole? Czy przeniesienie Neli do innej szkoły było ucieczką? O to samo zapytała ją pani Lila:

– Nie wiem, jakie powinno być zakończenie tej historii. W bajce wszystko byłoby proste – złe dziewczyny ukarane, a pokrzywdzona zyskuje zasłużoną nagrodę. Ale to nie bajka… Może więc warto zastanowić się chociaż, co dla ciebie stanowiłoby zasłużoną nagrodę ?

Nela pomyślała przez chwilę, przywołując w pamięci zakończenia znanych jej bajek.

– Żaden przystojny książę, żaden piękny pałac, klejnoty i inne bogactwa, ani to słynne „żyli długo i szczęśliwie…”. Po prostu święty spokój – powiedziała w końcu. – Normalna klasa. Nic nadzwyczajnego.

Dla mnie było to naturalne działanie rodziców poszukujących odpowiedniego miejsca dla swojej córki. Nie ma szkoły idealnej dla wszystkich, ale chodzi się tam po to, żeby się uczyć, a nie po to żeby uprawiać walkę z wiatrakami, w pojedynkę przeciw wszystkim (z dyrekcją włącznie). Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, a już na pewno nie delikatna i wrażliwa Nela.

Jedno wiem na pewno – to nie jest książka do osób na diecie. Kiedy się ją czyta, przychodzi ochota na herbatę i jakąś konfiturę, albo dżem. Może aksamitne morele na jesienną zadumę ? Albo rozgrzewające malinki na pierwsze mrozy ? Albo szarlotkę – z jesiennych jabłek oczywiście ? Zaczynam rozumieć, czemu ostatnio chodzi za mną ta szarlotka… 😉

Agnieszka Tyszka „M jak dżeM”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Wpis z 30 marca 2008 roku:

Weszłam do Empiku właściwie tylko po to, żeby kupić  ”Cukiernię pod Pierożkiem z Wiśniami” dla kolejnej solenizantki z klasy Najmłodszej z córek. Nie znalazłam jej od razu, musiałam trochę poszperać po półkach i wtedy stało się…

Najpierw moją uwagę zwróciła okładka w kolorze kawy latte – ma w sobie coś ciepłego, a równocześnie romantycznego. Potem wpadł mi w oko kawowy tytuł. Wreszcie – nazwisko autorki wywołało jakże słuszne skojarzenie. Tak – to właśnie jest ciąg dalszy kontrowersyjnej książki  ”M jak dżeM”.

Od Świąt zamykających tamtą część minęło pół roku, a życie Neli dalekie jest o happy endu, które sugerowało jej zakończenie. Malutka siostrzyczka zupełnie nie przypomina słodkich bobasów z reklam pampersów. Mama i Artysta umęczeni jej kolkami i ciągłym płaczem nie mają ani czasu, ani siły, żeby interesować się starszą córką. Ojciec, obdarowany przez nią „Tatownikiem”, nie potrafił odnaleźć się w tej sytuacji. W dodatku jeszcze – najlepsza przyjaciółka wróciła z wakacji zakochana. Ogólnie jest niewesoło i wtedy z pomocą przychodzi nieoceniona pani Lila…

O czym jest ta książka ? Przede wszystkim o miłości – we wszystkich jej aspektach: męsko – damskim (czy lepiej chłopięco – dziewczęcym 😉 ), rodzinnym, a także o miłości człowieka do zwierzęcia. O odpowiedzialności. I wreszcie – o zapomnianej już zupełnie (a jakże urokliwej) mowie kwiatów.

Czytając „Kawę dla kota” miałam nieodparte wrażenie, że autorka niejako dyskutuje w niej z krytycznymi głosami dotyczącymi poprzedniej części. Świadczy o tym choćby poprowadzenie postaci pani Purchawki, która okazuje się być kimś zupełnie innym niż by to sugerowało jej zimowe nakrycie głowy. Pojawia się w tam także niejaka Sandra Wątroba (zwana również Gołym Pępkiem) w nieoczekiwanym wcieleniu. Speech o przemocy znajdujący się na stronie 58 brzmi zupełnie tak, jakby był postem w podlinkowanym przeze mnie wątku.

Otwarte zakończenie „Kawy dla kota” sugeruje, że może będzie miała ona ciąg dalszy… Czekamy z ciekawością 🙂

Agnieszka Tyszka „Kawa dla kota”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Ciąg dalszy i zamknięcie cyklu ukazało się pod tytułem „Miłość bez konserwantów”. Jeśli spodobają Wam się pierwsze dwa tomy, na pewno sięgniecie i po ten 🙂

Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

Wpis z 14 marca 2015 roku:

Siedział sam w ostatniej ławce pod oknem. Często wyłączał się lekcji i gapił przez nie. W oddali widać było wypływające w morze statki. Coraz mocniej czuł, że chce znaleźć się na pokładzie któregoś z nich.

Teraz właśnie, w czasie długiej przerwy, obserwował wielki, biały prom z napisem „PRINCESSA”. Statek powoli wychodził w morze. Ivan miał wrażenie, że słyszy buczenie syreny i widzi ludzi machających z górnego pokładu…

Od pierwszych słów tej książki zazdrościłam jej bohaterowi tego, że mieszka w Gdyni i ma na co dzień morze na wyciągnięcie ręki. Choć obawiam się, że ja, mając taki widok z okna klasy, miałabym duże problemy z nauką 😉 Wzdychałam tęsknie towarzysząc mu podczas spaceru z psem po plaży czy kiedy obserwował statki ze szczytu redłowskiego klifu. A gdy w dodatku, dzięki tajemniczemu listowi sprzed lat, w czasie wakacji dotarł na Gotlandię, moja zazdrość niepokojąco wzrosła, bo tę wyspę znam tylko z serialu o Pippi i z serii kryminałów Mari Jungstedt.

Ivan jest Polakiem, a swoje nietypowe imię, które często bywa źródłem problemów, zawdzięcza tacie i jego marzeniom, że wychowa syna na tenisistę – następcę Ivana Lendla, Niestety – te ambitne plany szybko zniweczyła kontuzja barku. Chłopcu pozostało tylko sportowe imię i poczucie, że rozczarował tatę.

Poznaliśmy go w momencie, kiedy jego dotychczasowe życie zawaliło się. Rodzice zdecydowali się na rozwód, a tata wyprowadził się nie tylko z domu, ale także z Trójmiasta. W dodatku sytuacja materialna Ivana i jego mamy pogorszyła się radykalnie, co nie pozostało niezauważone przez jego kolegów. Czasem czuł, ze tęskni za ojcem, ale najczęściej był na niego wściekły. I na wszystkich, którzy stawali mu na drodze. Okazuje się jednak, że wszystko w życiu jest po coś, a każdy koniec jest zarazem początkiem.

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, koledzy chłopca nie mieliby powodu, aby mu dokuczać i nie doszłoby między nimi do bójki. Gdyby nie doszło do bójki, Ivan nie trafiłby do schroniska dla psów i w jego życiu nie pojawiłaby się Czarna…

Gdyby tata Ivana nie wyprowadził się z domu, jego mama nie musiałaby przyjąć sublokatora i Ivan nie poznałby Marka, który jest członkiem Błękitnego Patrolu i nie wiedziałby, co zrobić ze znalezioną na plaży foczką…

Gdyby…

Próbowałam zrobić listę ważnych tematów, które poruszane są w tej książce i okazało się, że jest ich, jak na jej niezbyt okazałe rozmiary, całkiem dużo. A więc: rozwód, przemoc szkolna, bezpańskie psy i schronisko, foki bałtyckie i fokarium na Helu (to chyba pierwsza polska książka, w której się one pojawiają !), morze i związane z nim niebezpieczeństwa, ale też marzenia o morskich podróżach i legendarny już jacht Zawisza Czarny, szwedzka pomoc dla Polski w trudnych powojennych latach i tajemnica zatonięcia statku Mount Vernon

Uff, to chyba wszystko 😉 Ale mimo to, że tych ważnych rzeczy jest tak wiele, autorce udało się uniknąć publicystyki i historię Ivana, Nikoli, Czarnej i Klifki czyta się z dużą przyjemnością.

Barbara Gawryluk „Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza”, ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2014

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

czyli pierwsze dwa tomy cyklu książek Ewy Nowak, o których pisałam 16 maja 2007 roku. Od tego czasu cykl rozrósł się do 17 części (nie jestem pewna czy dobrze liczę ?), a obecnie wydawany jest przez wydawnictwo „Prószyński i spółka”. Zyskał też wspólną nazwę „serii miętowej” 🙂 Jedna z jego części – „Bardzo biała wrona” została Książką Roku IBBY w 2009 roku.

Po lekturze tych dwóch książek (a czytałam je, kiedy ukazały się po raz pierwszy nakładem wydawnictwa o uroczej nazwie „Pracownia Słów”) wpadłam w zachwyt. Miałam ogromną nadzieję, że staną się one niejako następcami „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz (która zresztą pojawia się tam często jako ulubiona lektura bohaterek) w kategorii: współczesne, dobrze obsadzone w realiach i dowcipne książki dla nastolatków. Niestety następne tomy już takiego jednoznacznego zachwytu nie wzbudzały 😦 ale zdania o nich są wśród osób, które o to pytałam , podzielone i każda znajduje u kogoś uznanie. Książki należące do tego cyklu łączy to, że ich bohaterami są warszawscy licealiści (najczęściej zamieszkali po prawej stronie Wisły), a kolejne tomy opisują problemy osób, które w poprzednich pojawiały się gdzieś w tle (natomiast bohaterowie poprzednich przemykają się mniej lub bardziej dyskretnie gdzieś w następnych częściach).

Swoją drogą – przydałaby się jakaś wspólna dla tych książek nazwa. Coś jak „Jeżycjada”. Coś – co w świadomości społecznej łączyłoby je w całość (oprócz szaty graficznej). Przydałoby się to tym bardziej, że Ewa Nowak pisuje również książki adresowane do nieco młodszych czytelników, nie związane z tym cyklem.

Zbiorowym bohaterem „Wszystko, tylko nie mięta” i „Diupy” są rodziny Gwidoszów (w pierwszej) i Rybackich (w drugiej z tych książek). Rodziny fantastyczne, z gatunku takich, jakie każdy chciałby mieć na własność, albo przynajmniej przyjaźnić się z nimi. Rodziców z obu tych domów łączy przyjaźń jeszcze z lat studenckich, poza tym mieszkają po sąsiedzku na Bródnie. Obie rodziny mają po dwoje dzieci w liceum, po jednej arcysympatycznej Babci i po jednym fantastycznym kilkulatku (choć u Rybackich jest to siostrzeniec). Jest w tych domach mnóstwo miłości – zarówno między rodzicami (mimo blisko dwudziestoletniego stażu małżeńskiego), jak i rodziców do dzieci (i wzajemnie), a także (o co najtrudniej) między dziećmi.

W tych domach rozmowy nie ograniczają się do zdawkowych pytań o szkołę i oceny. Tematów nie brakuje, rodzice na ogół wyczuwają, kiedy dzieci mają jakieś problemy i potrafią znaleźć sposób, żeby o nich pogadać. Gwidoszowie lubują się w humorze absurdalnym, ale nie przeszkadza im to w przekazywaniu rzeczy naprawdę ważnych. Jest tam mój ukochany dialog ojca z synem o miłości: – Wal synu, co ci leży na wątrobie, zanim nam zamkną sklepy.  Czy ty kochasz mamę ? – Jezu przenajświętszy, a jakże inaczej bym z nią wytrzymał ? – wzniósł ręce do nieba ojciec. Czy można prościej wytłumaczyć, na czym polega miłość ?

Niedawno zdarzyło mi się obejrzeć w telewizji wywiad z Małgorzatą Niezabitowską. Na pytanie, czy kocha się za coś, czy pomimo czegoś, odpowiedziała, że ona kocha po prostu – ani za, ani pomimo. Rodziny w tych książkach też kochają się po prostu. W następnych tomach już takich fajnych rodzin nie spotykamy, a w ostatnim (edit: który wówczas czytałam) – „Kiedyś na pewno” mamy do czynienia z sytuacją odwrotną czyli rodziną w rozsypce, w której rodzice, zajęci międzynarodową karierą, w ogóle nie interesują się swoimi córkami. Czyżby autorka uznała, że tamte domy były zbyt idealne, a przez to nierealne ?

Jest jeszcze coś, co łączy wszystkie książki tego cyklu – we wszystkich znajdujemy nawiązania do poezji Jacka Kaczmarskiego, z którym (jak mogę przypuszczać) łączyła autorkę bliska znajomość, może przyjaźń.„Wszystko, tylko nie mięta” jest mu nawet dedykowana – z podziękowaniami. Ja osobistą znajomością pochwalić się nie mogę, ale piosenki Jacka Kaczmarskiego towarzyszyły mi i moim przyjaciołom od czasów licealnych, kształtowały nasze widzenie świata, uczyły historii.

Kaczmarski wielkim poetą był 😉 Coraz częściej przekonuję się, że nie ma takiej sytuacji, zjawiska czy wydarzenia, których nie dałoby się skomentować Kaczmarskim. Największą krzywdą, jaką można by wyrządzić jego poezji, byłoby wstawienie go do kanonu lektur i przerabianie w szkole. Ewa Nowak przemyca fragmenty jego piosenek do swoich książek, co sympatyczniejsi z ich bohaterów (zarówno z pokolenia rodziców, jak i obecnych nastolatków) okazują się być jego wielbicielami, a Jacek Kaczmarski pojawia się osobiście w „Krzywym 10” – bohaterowie tej książki udają się na jego koncert.

„A ty siej, a nuż coś wyrośnie”  – śpiewał. Ewa Nowak sieje i mam nadzieję, że na jej książkach wyrośnie kolejne pokolenie wsłuchane w jego piosenki i odnajdujące w nich coraz aktualniejsze treści.

Ewa Nowak „Wszystko, tylko nie mięta”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Diupa”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Kiedyś na pewno”, wyd. Egmont, Warszawa 2007

110 ulic i 220 linii

110 ulic i 220 linii

czyli dwie pierwsze książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk, które stanęły na półkach Małego Pokoju 23 maja 2008 roku:

Jolanta i Krzysztof Wierzbiccy mogli czuć się ludźmi sukcesu – prestiżowe stanowiska, wysokie zarobki, mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu, nowiutkie Volwo, pani do pomocy w domu…

Ich synowie – licealista Michał i piątoklasista Mikołaj przyzwyczajeni byli do życia na wysokim poziomie – markowe stroje i sprzęt sportowy, płyty, wakacje w Portugalii, obóz językowy w Londynie…

Wszystko to kończy się z dnia na dzień, kiedy okazuje się, że Ojciec od kilku miesięcy ukrywa przed rodziną, że stracił pracę w międzynarodowej korporacji i nie może znaleźć innej. Jedynym wyjściem jest wyjazd z Warszawy i wzięcie w ajencję stacji benzynowej koło Grajewa. Dla Michała to niemal koniec świata. Zresztą przyznajcie się bez bicia – kto wie gdzie leży Grajewo ? No własnie 🙂 Chłopak nie wyobraża sobie życia tam i wstydzi się przyznać kolegom do takiej degradacji rodziny. Mówi więc, że wyjeżdżają do Finlandii…

„110 ulic” (podobnie jak „220 linii”, które dzieje się już po powrocie całej rodziny do Warszawy i dawnego życia) to trochę powieść inicjacyjna. Michał (w pierwszej z nich) i Mikołaj (w drugiej) dojrzewają gwałtownie w zetknięciu z prawdziwym życiem, z którym wcześniej mieli niewielki kontakt. Wyjazd do Grajewa stawia całą rodzinę wobec zupełnie nowych warunków i wyzwań oraz powoduje, ze zaczynają siebie nawzajem postrzegać zupełnie inaczej niż przedtem.

„220 linii” można też określić jako powieść drogi, bo dojrzewanie Mikołaja odbywa się m.in. przez pozornie bezcelowe jeżdżenie autobusami i zaliczanie kolejnych pętli. Chłopak eksploruje miasto, które oglądał dotychczas zza szyb samochodów rodziców. Ta książka osadzona jest mocno w realiach warszawskich (nie znam Grajewa, więc trudno mi to ocenić w przypadku „110 ulic”) – do niedawna mogła wręcz służyć z przewodnik po liniach autobusowych, teraz już się nieco zdezaktualizowała.

Podoba mi się sposób, w jaki Małgorzata Gutowska – Adamczyk opisuje rodzinę Wierzbickich. Podoba mi się nie tylko dlatego, że pokazuje męski świat, którego nie mam na co dzień. Wierzbickim daleko do ideałów – szczególnie Michał może być przez osoby postronne postrzegany jako klęska wychowawcza rodziców. Bracia kłócą się ze sobą, mają bałagan w pokojach (to akurat znam dobrze z autopsji 😉 ), a ich mama też niespecjalnie przepada za zajęciami domowymi. Nie jest to dom w którym wszyscy mówią „Kocham Cię”. Sytuacja musi otrzeć się niemal o ostateczność, żeby ojciec usłyszał takie wyznanie z ust syna. Jednak dom Wierzbickich to dom, w którym się ze sobą rozmawia naprawdę, a nie tylko wydaje dzieciom polecenia i odbiera komunikaty o ich realizacji. Rodzice od czasu do czasu wznoszą okrzyki typu: Nie, ja biorę od was urlop !, czasem być może dają swoim synom zbyt wiele swobody, ale wtedy, kiedy trzeba, potrafią stanąć za nimi murem.

Michał i Mikołaj nie mają młodszego rodzeństwa, więc zastanawiam się, czy czytelnicy mogą liczyć na ciąg dalszy tego cyklu. A jeśli tak, to jaki tytuł będzie mieć ewentualna trzecia część ? 330… czego ? Ot, ciekawostka… 😉

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „110 ulic”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 (I wyd.: Akapit Press, Łódź 2002, kolejne: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „220 linii”, wyd.: Egmont, Warszawa 2006 (kolejne wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Skutki uboczne eliksiru miłości

Skutki uboczne eliksiru miłości

Wpis z 2 sierpnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Tego niezwykłego dnia 13 grudnia 1981 roku, kiedy świat się zawalił…

„Skutki uboczne eliksiru miłości” to druga po „Teatrze niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego książka, które dotyka tamtych czasów. Jej akcja zaczyna się w momencie, w którym akcja tamtej się kończy – czyli w dniu wprowadzenia stanu wojennego. To było 36 lat temu – dla dzieci żyjących teraz to taki dystans jaki nas wtedy dzielił od wojny.

To taki dzień, który chyba każdy, kto był na tyle duży, żeby choć trochę rozumieć to, co się działo, pamięta bardzo dobrze – nawet jeśli nie był świadkiem żadnych dramatycznych wydarzeń. Także wtedy, gdy przespał spokojnie noc, a o wprowadzeniu stanu wojennego poinformował go dziwny pan w okularach, który pojawił się w telewizorze zamiast Teleranka. Albo (tak jak to było w moim przypadku) jeśli włączył radio w oczekiwaniu na „60 minut na godzinę” i usłyszał najpierw Chopina (pierwsza myśl – ktoś umarł, ale kto ?), a potem hymn i słowa: Obywatelki i obywatele !

Ten dzień podzielił nam wszystkim czas czas na przed i po…

Trochę obawiałam się tego, w jakim tonie będzie o tym pisała Dorota Combrzyńska – Nogala. Znałam ją jednak wcześniej z „Bezsenności Jutki” i „Syberyjskich przygód Chmurki”, więc wiedziałam, że pisząc o niełatwych sprawach z przeszłości potrafi odpowiednie dać rzeczy słowo. I rzeczywiście – już pierwsza scena czyli poranek 13 grudnia jest i trochę tragiczna, i trochę komiczna, ale bez przesady w żadną ze stron. Opis tego poranka spowodował, że wybaczyłam autorce nawet pewne nieścisłości faktograficzne, które wyłapałam w książce. Na przykład to, że Jacek następnego dnia idzie do szkoły. Pamiętam przecież bardzo dokładnie, że przyspieszono nam ferie, co uratowało mnie przed niechybną dwójką z chemii następnego dnia.

Jak to w życiu – wielka historia miesza się z rzeczami małymi, codziennymi. Tak też jest i tutaj.

Wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego aresztowano tatę i dziadka Jacka. Jego mama obawiała się tego samego i nie chciała, żeby syn nawet na krótko trafił do Domu Dziecka. Dlatego wysłała go do swojej mamy, do niewielkiego miasteczka Warta.

Nagle zdał sobie sprawę ze swojej samotności. Znalazł się w nowym miejscu u obcej właściwie babci, a pojutrze pójdzie do obcej szkoły pełnej nieznanych ludzi. Czy będzie pasował do tego wszystkiego ? Czy miasteczko będzie pasowało do niego ?

Skutki uboczne eliksiru miłości” to do pewnego stopnia powieść inicjacyjna, bo tych kilka miesięcy spędzonych u babci zmieni Jacka i nauczy wiele o życiu. Jest w tej książce też wiele innych ciekawych postaci i ich własne, czasem tragiczne historie. Babcia Majerankowa, Romka, Marcela, Hirek, ale nie tylko ludzie – jest tam niezwykły pies Mer, zwariowana, gadająca papuga Zenek, a nawet udomowiona świnia o wdzięcznym imieniu Buba.

Szukałam puenty mojej recenzji i nie znalazłam jej – podobnie jak właściwie nie ma jej ta książka. Nie chcę oczywiście zdradzać zakończenia, powiem tylko, że nie wszystkie wątki doczekały się zamknięcia, pojawiały się też nowe. Ktoś umarł, ktoś się urodził. Jak w życiu…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Skutki uboczne eliksiru miłości”, wyd.: Literatura, Łódź 2017

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012

Upadki

Upadki

Wpis z 4 lutego 2007 roku. Szkoda, że ta książka wtedy jakoś tak bez echa przeszła, przez lata nic nie straciła na aktualności, wręcz przeciwnie…

Anne Provoost napisała w posłowiu: Ludzie uważają, że chciałam napisać tę książkę w proteście przeciwko przemocy, rasizmowi i ekstremizmowi. Nie chciałam. Chciałam napisać o strachu, który pojawia się, gdy stajemy przed wyborem.

Mówi się, że każdy jest kowalem swojego losu. Czy naprawdę ? Jak wiele w naszym życiu zależy od nas samych ? Jak często o tym, co będzie, decyduje przypadkowy zbieg okoliczności ? Jak często okazuje się post factum, że tak naprawdę nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi droga, którą podążamy, a kiedy już się zorientowaliśmy, było za późno na zmiany ? Jak często zdarza się, że decyduje za nas strach ? Strach, który nie pozwala racjonalnie ocenić sytuacji, albo każe nam biernie poddawać się wydarzeniom.

To nie były pierwsze wakacje, które Lukas spędzał w domu swojego dziadka, jednak wszystko było inaczej niż zawsze. Dziadek umarł zimą, w miasteczku pojawiło się wielu imigrantów, a do klasztoru na wakacje przyjechała Caitlin, z którą bawił się jako dziecko. Tego lata Lukas przestał być dzieckiem i stanął wobec całkiem dorosłych problemów.

Może byłoby inaczej, gdyby Mama nie ukrywała przed nim prawdy o przeszłości jego dziadka… Gdyby jej ojciec nie ukrywał tego wcześniej przed nią… Gdyby Lukas nie ostrzygł włosów tak krótko… Gdyby Mama w porę zainteresowała się, jak i z kim spędza czas… Gdyby Siostra Beatrycze przyjęła od niego drewno… Gdyby Benoit… Gdyby Caitlin… Gdyby… Stało się jednak tak, jak się stało i nie da się cofnąć czasu. Człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny, a ich następstwa nie zawsze można przewidzieć. Ta odpowiedzialność nazywa się dorosłość.

Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Konsekwencje, które być może rzutować będą na całe życie – jak w przypadku Caitlin i Lukasa.

Ta książka pozostawia osad na duszy. Jest w niej coś, co nie pozwala o niej zapomnieć i zmusza do powracania myślami do opisanych tam wydarzeń. Zmusza także do zadawania sobie pytań o to, co by było gdyby… Warto się nad tym zastanowić, zanim naprawdę stanie się przed takimi wyborami.

Anne Provoost „Upadki”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Agencja Edytorska „Ezop”, Warszawa 2006

Różowe baletki

Różowe baletki

„Zaczarowane baletki” nie były jedyną książką o tańcu, które lubiły moje córki. Był też cykl „Różowe baletki”, o którym pisałam 6 sierpnia 2007 roku:

Różowe baletki zabrały za sobą córki Najstarsza i Środkowa, kiedy wyjeżdżały na obóz taneczny. Wrócą za kilka dni – pewnie bardzo zmęczone, a równocześnie (tak jak wtedy, kiedy wracały ze swoich zajęć w weekendy) nakręcone  tańcem, pełne pozytywnej energii. Zabrały też ze sobą „Szkołę w Londynie” – piątą już część serii pod tym tytułem. Trochę to a propos, bo w tej części Zoe również wyjeżdża na wakacyjny kurs tańca.

Nie ma chyba dziewczynki, która choć przez chwilę nie marzyła, żeby zostać tancerką. Nie marzyła o tym, by tańczyć lekko i pięknie, we wspaniałym kostiumie, w światłach sceny i nie marzył jej się o podziw publiczności…

Zoe i jej przyjaciele: Leda, Jonathan i Lukas oraz ich koledzy z Akademii poszli w tych marzeniach o krok dalej – uczą się w szkole baletowej pod okiem wspaniałej, ale niezwykle wymagającej Madame Olenskiej. Każde z nich inaczej wyobraża sobie przyszłość – Jonathan chce być choreografem, Lukas pragnie tańczyć w podziwianym przez niego zespole  ”Momixów”, Leda (z racji wysokiego wzrostu) myśli o tańcu nowoczesnym, a Zoe… czy będzie kiedyś primabaleriną ? Wszystkie dziewczęta o tym marzą, ale później większość z nich musi się zadowolić miejscem w corps de ballet. Akademia nie jest realnie istniejącą szkołą tańca, choć niewątpliwie jest do takich szkół podobna. (…) Prawdziwy natomiast jest wysiłek, jaki każdy z bohaterów wkłada w realizację swojego marzenia. Świat tańca jest okrutny. Tu nie liczą się dobre chęci, ani wysiłek jaki się poniosło podczas prób – ważny jest wyłącznie efekt końcowy. Wszyscy marzą o sukcesie i wielkich rolach, ale spełni się to tylko nielicznym.

Uczniowie szkól baletowych, inaczej niż normalni rówieśnicy, mają sprecyzowane plany na przyszłość i zdają sobie sprawę, że ich realizacja w dużej mierze zależeć będzie od tego, jak pracują teraz. Dlatego bohaterowie tej serii, mimo że są w wieku Środkowej z moich córek, robią na mnie wrażenie starszych i doroślejszych. Równocześnie jednak są zwykłymi dzieciakami wchodzącymi w okres dojrzewania. Przyjaźnie, pierwsze miłości, problemy z cerą, tuszą i wzrostem – to wszystko dotyczy ich tak samo jak ich rówieśników uczących się w normalnych szkołach.

Zoe ma dwie siostry i żadna z nich nie podziela jej pasji baletowej. Dzięki temu nie żyje wyłącznie w świecie baletu, jak niektóre z jej koleżanek np. Laila. Ma też cudownych, mądrych rodziców, którzy potrafią dostrzec w każdej ze swoich córek, to co w niej najpiekniejsze, potrafią też zrozumieć potrzeby każdej z nich. Dzieci nie są takie same. To zresztą stanowi o ich pięknie. Pomyśl, jak różnicie się wy trzy, chociaż jesteście siostrami. To fascynujące. Ale bywa trudne.– mówi ich Mama. Tworzą dobrą, kochającą się rodzinę, która potrafi rozmawiać ze sobą i razem spedzać czas. Nie wszyscy przyjaciele Zoe mają to szczęście – rodzice Ledy są po rozwodzie, a ona może być albo z jednym, albo z drugim z nich. Zoe zaczyna doceniać to, jak cudowny ma dom, dopiero wtedy, kiedy w szóstej części gości u siebie Dilettę – dziewczynkę, która mieszka gdzieś, gdzie nie ma dobrej szkoły tańca i aby móc się uczyć w Akademii, musiała wyjechać z domu.

Różowe baletki” to seria książek, dzięki którym możemy jakby przez dziurkę od klucza zajrzeć za kulisy teatru, poczuć jego magiczną atmosferę i spróbować zrozumieć – jak to jest być tancerką, jakie są ich radości i problemy. Są to też książki o dorastaniu, bo ich bohaterowie mają problemy, z jakimi spotykają się wszyscy w tym wieku. To taki trudny, ale piękny czas w życiu – czas rozkwitania i oczekiwania. Bo, jak to stwierdziła sama Zoe: Dorastać to także bez obaw stawiać czoło zmianom, nie żałując rozpaczliwie tego, co kiedyś było, bo to co będzie za chwilę, jest tajemnicze, ale bardzo atrakcyjne.

P.S. Bardzo podobają mi się w tych książkach ilustracje Sary Not. Są takie… zamaszyste, odległe od cukierkowej poetyki, którą tradycyjnie ilustruje się tematy baletowe (szczególnie dla dzieci).

P.S.2 Zapomniałabym zaznaczyć – te książki muszą być czytane w kolejności, w jakiej zostały wydane !!!

W Polsce ukazało się dziesięć tomów tego cyklu, ale w oryginale wyszło ich więcej – nie wiem jednak, czy autorka doprowadziła w nich swoich bohaterów do końca szkoły i początku zawodowej kariery.

Beatrice Masini „Tanecznym krokiem” (seria „Różowe baletki” cz.1), przekł.: Beata Rybarczyk, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Co za charakter !” (seria „Różowe baletki” cz.2), przekł.: Beata Rybarczyk, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Dawni i nowi przyjaciele” (seria „Różowe baletki”cz.3), przekł.: Hanna Cieśla, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Na puenty !” (seria „Różowe baletki” cz.4), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2006

Beatrice Masini „Szkoła w Londynie” (seria „Różowe baletki” cz.5), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „O jeden strój za dużo” (seria „Różowe baletki” cz.6), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „Kto zatańczy z gwiazdami ?” (seria „Różowe baletki” cz.7), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „Przeplatanka” (seria „Różowe baletki” cz.8), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Beatrice Masini „Taniec latem” (seria „Różowe baletki” cz.9), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2008

Beatrice Masini „W duecie” (seria „Różowe baletki” cz.10), przekł.: Katarzyna Skórska, ilustr.: Sara Not, wyd.: „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007

Zła dziewczyna

Zła dziewczyna

Kolejna książka Beaty Ostrowickiej, którą pierwotnie wydało Ossolineum w serii „Nasza biblioteka”, a niedawno wznowiło ją Wydawnictwo Literatura.

Wpis z 21 stycznia 2008 roku:

Marcyśka ma osiemnaście lat i bardzo dobrze wie, czego chce. Chce studiować. Chce wyrwać się z rodzinnej wsi, od ojca alkoholika, mamy i dwójki rodzeństwa. Nie chce żyć tak, jak jej rówieśnice tam.

Dostała swoją szansę – uczy się w liceum w Krakowie i mieszka u ciotki w zamian za opiekę nad nią. Nie jest łatwo, ale zaciska zęby i odlicza dni do matury. Kiedy ciotka umiera, wszystko się komplikuje. Kiedy w dodatku okazuje się, że zapisała jej swoje mieszkanie, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ojciec chce je sprzedać i założyć sklep na wsi, ale Marcyśka wie, że wtedy może pożegnać się z marzeniami o studiach. Jest już jednak pełnoletnia i mieszkanie należy do niej. Decyzja o tym, by się na jego sprzedaż nie zgodzić – również.

Czy Marcyśka miała prawo tak postąpić ? Co jest ważniejsze – jej plany i marzenia czy poprawa bytu reszty rodziny (iluzoryczna – jeśli pamiętać o pociągu ojca do kieliszka) ? Czy naprawdę jest złą dziewczyną ? Gdzie jest granica miedzy asertywnością a egoizmem ?

Ta książka, podobnie jak  ”Świat do góry nogami” tej samej autorki stawia pytanie o istotę więzi rodzinnych. Marcyśka ma poczucie, że jest w rodzinie tą gorszą córką – obarczaną większymi obowiązkami, za to mniej dopieszczaną (i w sensie uczuciowym, i materialnym). Ojciec alkoholik i bezwolna, współuzależniona Mama to jedno. Oni są dorośli i w pewnym sensie żyją tak na własne życzenie. Jakie są jednak jej zobowiązania wobec rodzeństwa ? Czy w ogóle ma wobec nich jakieś obowiązki – wynikające tylko z tego, że urodzili się tym samym rodzicom ?

Czytając tę książkę zaczęłam myśleć o jej bohaterce z macierzyńską troską. Niby jest już formalnie dorosła, ale… czy zdoła udźwignąć ciężar tej samodzielności ? Czy wyzwolona z gorsetu ograniczeń, jakie narzucała jej opieka nad Ciotką, będzie potrafiła narzucić sobie dyscyplinę niezbędną, żeby zdać maturę i zrealizować marzenia o studiach ? Czy, pozbawiona w domu rodzinnym takich wzorców, będzie potrafiła pokochać i stworzyć dobry związek ?

Zostawiamy ją w takim momencie, że wszystko się może zdarzyć. Trzymam za nią kciuki – nich jej się uda. Życzę jej tego z całego serca.

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Ossolineum, Wrocław 2005

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Literatura, Łódź 2014

Świat do góry nogami

Świat do góry nogami

Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.

Wpis z 9 lipca 2007 roku:

Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.

Na śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem. Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy samochodu dostawczego.

Czytałam tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?

Czy moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?– zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego ? W pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie będzie im już towarzyszyła Mama.

Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.

Jakiś czas temu napisałam o innej książceDorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…

Kiedy ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy się kochać…

Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania.  Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę  sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy„Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…

Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014