Emil i Ida. Trzy opowiadania

Emil i Ida. Trzy opowiadania

Rzadko popełniam wpisy okolicznościowe, ale ten taki właśnie jest. Nie chodzi mi jednak bynajmniej o przypadające w tym roku 60 urodziny Emila, lecz o to, że dziś jest 15 rocznica naszych odwiedzin w Vimmerby, w Astrid Lindgrens Värld . Kiedy na początku lipca 2008 roku wyruszaliśmy z dziećmi w podróż przez Niemcy, Danię i Szwecję, nie mieliśmy żadnego ustalonego programu. Wędrowaliśmy z przyczepą od campingu do campingu, gdzie nam przyszła ochota, ale jednego miejsca na tej trasie byliśmy pewni – właśnie Vimmerby. Tam urodziła się i spędziła dzieciństwo Astrid Lingren, tam jest także pochowana.

Ach, co to był za dzień !!! Astrid Lindgrens Värld okazał się miejscem, które mnie zachwyciło, bo tak bardzo czuć tam ducha jej twórczości, ale także dlatego, że jest tak bardzo skandynawskie. Bilety (jak wszystko w Szwecji) tanie nie były, ale potem już wszystko, poza gastronomią i sklepikami z pamiątkami, było w ich cenie. Każda z książek Astrid ma tam swoją część zanurzoną w jej treści i klimacie, a pamiątki, które można tam nabyć są z nimi związane i wyglądają zupełnie tak, jak na ilustracjach. Na przykład Nisiek Lotty, którego nie kupiliśmy, bo Najmłodsza już miała swojego prosiaczkowego misia i nie chciała innego. Można też kupić ukochaną czapkę Emila i jego wystruganą z drewna strzelbę, a że większość dzieci reprezentowała skandynawski typ urody, można powiedzieć, że Emilów było tam na pęczki 😉

Dziewczynki natomiast dzieliły się na Lotty z Niśkami i Pippi w ilościach hurtowych.

Nie znajdziecie tam żadnego plastiku, nie usłyszycie głośnej muzyki – wszystko jest nie tylko analogowe, ale wręcz unplugged 😉 Moje córki pierwszy (i nie wiem, czy nie ostatni) raz spróbowały chodzenia na szczudłach, pływały promem po małym i niegłębokim akwenie wodnym, uważały, żeby nie wpaść do Diabelskiej Czeluści i wychodziły z domu Mateusza w Dolinie Dzikich Róż tajnym przejściem za kredensem.

Najmłodsza mogła naśladując Emila spróbować uciec po desce z drewutni…

a kto był na to za duży, mógł sobie zrobić zdjęcia w scenach z ulubionych książek – na przykład wcielić się w Emila, który wciągnął Idę na maszt od flagi.

Poprzedni mój wpis o Emilu i książkach o nim powstał jeszcze zanim tam wyruszyliśmy. Znajdziecie go —>>> tutaj.

W zbiorze „Emil i Ida. Trzy opowiadania” zgodnie z tytułem znajdują się trzy opowiadania o przygodach Emila i jego siostry Idy, których nie ma we wcześniejszym zbiorowym wydaniu Naszej Księgarni. Wszystkie trzy ukazały się już wcześniej pojedynczo nakładem Zakamarków. Najbardziej lubię „Mała Ida też chce psocić”, bo bardzo fajnie pokazuje to, jak rodzice przywiązują się do ról, które ich dzieci zwykły pełnić. Ida co prawda rzeczywiście napsociła, ale przecież psoty to zawsze była domena Emila, więc i tym razem on poniósł karę. Brzmi to może bardzo niesprawiedliwie, ale wiemy przecież, że kara w postaci siedzenia w drewutni nie była specjalnie dolegliwa, a wręcz przez niego lubiana 😉

Astrid Lindgren pisała historie o Emilu i jego rodzinie w początku lat sześćdziesiątych, ale realia życia tam opisane dotyczą bardziej jej własnego dzieciństwa w Vimmerby. Teraz, kiedy minęło kolejnych 60 lat, można zastanawiać się, na ile życie w Katthult jest zrozumiałe dla współczesnych dzieci – i w Szwecji, i w Polsce? Myślę, że i ja wtedy, kiedy poznawałam rodzinę Emila jakieś pięćdziesiąt lat temu, i moje córki – ponad piętnaście lat temu, i dzieci teraz traktowałyśmy i traktują te realia trochę jak świat z baśni, inny od naszego. Niezależnie od realiów, chłopiec, który najpierw działa, a potem myśli oraz rodzice, którzy go kochają i choć czasem mają dość, to zawsze mu wybaczają jego psoty, są ponadczasowi.

Jeśli jednak dla czytelników z trzeciej dekady XXI wieku te historie mogłyby okazać się zbyt długie, a ilość nieaktualnych już szczegółów życia – przytłaczająca, warto zacząć najpierw od „Ach ten Emil!” czyli książki, w której Astrid Lingren zrekapitulowała wszystkie najważniejsze przygody swojego bohatera. Jeśli się spodoba, wtedy warto sięgnąć po resztę 🙂

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki książki „Emil i Ida. Trzy opowiadania” 🙂

Astrid Lindgren „Emil i Ida. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2023

Astrid Lindgren „Ach, ten Emil!”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Tajemnica Lost Lake

Tajemnica Lost Lake

„Tajemnicę Lost Lake” przeczytałam już jakiś czas temu i długo nosiłam się z zamiarem umieszczenia jej na półkach Małego Pokoju z Książkami. Trudno było mi jednak zabrać się za napisanie o niej, bo (jak w przypadku każdej książki, której treścią jest rozwiązywanie jakiejś tajemnicy) nie jest łatwo zrobić tego tak, żeby jej nie zdradzić. Na dodatek w tak zwanym międzyczasie zapoznałam się z pierwszym tomem „Rodziny Monet” i imperatyw podzielenia się wrażeniami z tej lektury był tak duży, że Lost Lake musiało poczekać na swoją kolej. Ale z Pensylwanii do Nowej Anglii nie jest tak daleko, więc dotarłam i tu 😉

„Tajemnicę Lost Lake” można czytać na dwóch płaszczyznach. Ta pierwsza, najbardziej oczywista to powieść grozy z elementami paranormalności (i z poziomem straszności odpowiednim dla wczesnych nastolatków oczywiście), w którym kluczową rolę odgrywa biblioteka i pewna tajemnicza książka. Wszystko to widać już na okładce 😉

Rodzina Fiony Crane właśnie przeprowadziła się na drugi koniec stanu Massachusetts do tytułowego miasteczka. Dom, który kupili państwo Crane, nazywano kolonialnym – nie dlatego, że miał okiennice i rozległą fasadę z tarasem na całej długości, ale dlatego, że wybudowano go w czasach kolonialnych. Deski parkietu skrzypiały, okna były podzielone na małe kwadraty, a drzwi zdążyły się wypaczyć i powykrzywiać tak, że nie pasowały do framug.

W Lost Lake jest wiele takich starych domów zatopionych w zieleni. Są wakacje, dziewczynka nikogo tam nie zna, a rodzice są zajęci (dlaczego – o tym potem), więc jedynym miejscem, gdzie może spędzać czas, jest miejscowa biblioteka, która mieści się właśnie w takiej starej rezydencji. Tam też znajduje książkę zaczynającą się od słów: Dawno temu żyły sobie dwie siostry, które wszystko robiły razem. Do momentu, gdy jedna z nich zniknęła.

Fionę zafascynowała ta książka, a ona pojawiała się i znikała, tak jakby sama sobie wybierała czytelników. Potem okazało się, że jej akcja ma coś wspólnego z Lost Lake, a nawet z budynkiem, w którym obecnie jest ta biblioteka i że nie tylko Fiona została przez tę książkę wybrana do rozwikłania tajemnicy sprzed lat…

Gdyby zekranizować „Tajemnicę Lost Lake”, mógłby z tego wyjść film momentami przerażający i chyba nieodpowiedni dla widzów w wieku, dla którego jest ona przeznaczona. Czym innym jest wyobrażanie sobie czytanych scen i sytuacji, bo odbywa się to w ramach posiadanej wiedzy i doświadczenia, a czym innym – zobaczenie tego na ekranie tak, jak sobie to wyobraził ktoś inny. Jednak poza tym nieco strasznym wątkiem, który z czasem przechodzi z książki w książce do tej właściwej, a Fiona i jej nowo poznany kolega z czytelników stają się uczestnikami wydarzeń, „Tajemnica Lost Lake” jest historią o rodzinie, a przede wszystkim o siostrach.

Najwcześniejsze wspomnienie Fiony Crane to wielogodzinne oczekiwanie na mrozie. A wszystko przez siostrę.

Kiedy Fiona wracała pamięcią do tego wydarzenia, widziała siebie, jak siedzi opatulona kocem, na szarej metalowej barierce przed dużym metalowym budynkiem. Na ławce obok niej leżała kolorowanka i pudełko kredek, ale zziębnięte palce w wełnianych rękawiczkach nijak nie mogły skorzystać z tych dobrodziejstw. Dziewczynka patrzyła z góry na białe owalne lodowisko, na którym jeździła na łyżwach jej siostra Arden.

Łatwo było dostrzec Arden wśród innych łyżwiarzy figurowych. Wszystkie dzieci z grupy początkującej sunęły po lodzie na jednej nodze, z ramionami na boki. Arden rozpościerała ramiona najszerzej i najwyżej ze wszystkich unosiła nogę. Fiona w tym czasie marzła na ławce… (…)

Ale już wtedy, choć miała zaledwie trzy lata, zdążyła się zorientować, że tak właśnie będzie wyglądało życie z Arden Crane. Wieczne czekanie i przyglądanie się z boku. Szukanie resztek wolnej przestrzeni, by wcisnąć w nie własne życie.

Rodzina Crane’ów przeprowadziła się do Lost Lake właśnie ze względu na łyżwiarskie treningi Arden. Dojazdy z Pittsfield, gdzie mieszkali wcześniej, zajmowały zbyt wiele czasu. Trudno się dziwić młodszej z sióstr, że ma żal o rozstanie z przyjaciółmi i ukochanym domem, ale z czasem możemy się przekonać, że sytuacja nie jest tak oczywista, jak się jej wydaje.

Bardzo podoba mi się to, jak Jacqueline West opisuje tę rodzinę. Rodzice dziewczynek starają się pogodzić zbyt wiele racji – chcą aby starsza z córek mogła należycie rozwijać swój talent, ale równocześnie muszą pracować, aby na to zarobić i w dodatku naprawdę myślą jeszcze o tym, co jest ważne dla Fiony. Tylko czasem ich to wszystko przerasta, czegoś nie zapiszą, o czymś zapomną…

Fiona, która ma żal o to, że ze względu na siostrę musiała zrezygnować z dotychczasowego życia, z czasem przekonuje się, że Arden też w tym wszystkim nie jest łatwo, a świadomość tego, jak krótka jest kariera łyżwiarska i jak niewiele ma czasu na to, żeby osiągnąć sukces, jest dla niej też źródłem stresu. W dodatku zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko ona ponosi tego koszty.

„Tajemnica Lost Lake” to powieść o siostrach – tych z przeszłości i tych, które tam się właśnie przeprowadziły. To opowieść o istocie więzi, która je łączy. Sama jestem jedynaczką i bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy nie tylko mają rodzeństwo, ale naprawdę łączy ich coś więcej niż tylko przynależność do tej samej rodziny i życie pod jednym dachem. Zazwyczaj nie lubię w książkach takich sytuacji, kiedy bohaterowie robią coś w tajemnicy przed rodzicami, ale kiedy tutaj Arden powiedziała do Fiony: Jesteśmy już na tyle duże, że pewne problemy możemy rozwiązywać między sobą, prawda ? poczułam, że jest to początek czegoś szczególnego między siostrami. Czegoś bardzo ważnego.

Wakacyjna powieść grozy z książką roli głównej i biblioteką w tle, trochę staroświecka i trochę współczesna – czy jest lepszy czas na taką lekturę niż właśnie teraz ?

Jacqueline West „Tajemnica Lost Lake”, przekł.: Maria Jaszczurowska, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023

Ładna historia

Ładna historia

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: fakt !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2022

Czasami wydaje nam się, że historia to coś bardzo, bardzo odległego. Ale przecież, gdy rodzice opowiadają o czasach, kiedy byli mali, są to opowieści o historii. Wspomnienia babci i dziadka to też historia. I niewyraźne, czarno-białe fotografie w rodzinnym albumie – także.

Każda rodzina ma swoją historię, a historie wszystkich rodzin, zebrane razem, stanowią historię świata. W tej książce zapraszam was do poznawania dziejów Polski poprzez dzieje rodzin żyjących w niej od X wieku naszej ery aż po współczesność. Znajdziecie tu rodziny królów i książąt, lecz również wielkich wodzów, wynalazców, uczonych i artystów, zarówno szlachty, mieszczan, jak i chłopów.

Abyście nie pogubili się w związkach między bohaterami i nie pomylili podczas liczenia tych wszystkich „pra” opisanych tu praprzodków, do pomocy macie drzewa genealogiczne… – napisała we wstępie do tej książki jej Autorka.

„Ładna historia” została w tym roku nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: fakt. W tej kategorii staramy się zauważyć i docenić te tytuły z kategorii książek non fiction, które nie tylko poruszają ciekawe tematy, ale prezentują je w sposób niebanalny i w dodatku trafiający do młodych czytelników. Ta książka taka właśnie jest i cieszę się z tego, że się znalazła w gronie nominowanych. Wyniki tegorocznej edycji naszego Plebiscytu zostaną ogłoszone jutro czyli w niedzielę, 12 lutego o godzinie 18 i wtedy już wszystko będzie wiadomo —>>> tędy proszę :-)

Problemem (nie tylko) młodych osób poznających historię jest często to, że przytłoczeni nadmiarem faktów i postaci nie są w stanie połączyć ich w czytelny obraz. Trochę jak straszni mieszczanie z wiersza Tuwima, patrząc, widzą wszystko oddzielnie…

Tymczasem, szczególnie w odległej przeszłości, ludzi ze szczytów władzy łączyły liczne więzy pokrewieństwa i inne koneksje. Widząc to i uświadamiając sobie rodzinną ciągłość władzy w Polsce od X do XVII wieku, łatwiej jest ich zrozumieć. Tak było zresztą nie tylko na szczytach władzy – Zuzanna Orlińska pokazuje też tutaj historie rodzinne innych znanych ludzi – nie tylko artystów, naukowców, polityków, ale także bohaterów lektury szkolnej. Po zapoznaniu się z jedną z rozkładówek tej książki zrozumiemy, że wesele opisane przez Wyspiańskiego było po prostu (jak większość wesel) imprezą rodzinną i nikt tam się nie znalazł przypadkiem.

Jaką rolę w genealogii obecnych władców Wielkiej Brytanii i Hiszpanii odegrał wybuch Powstania Listopadowego w Warszawie? Co Sobiescy z Polski mają wspólnego ze szkocką dynastią Stuartów ? Kto był ostatnim męskim potomkiem rodziny Piłsudskich z Zułowa ? Odpowiedzi na te wszystkie pytania ukryte są w drzewach genealogicznych rozrysowanych przez Aleksandrę Fabię na kartach „Ładnej historii”. Te drzewa cały czas rosną, bieg historii się nie zatrzymuje. Tuż przed oddaniem tej książki do druku zmarła królowa Elżbieta II i jej autorki zdążyły jeszcze uwzględnić tam wstąpienie na tron Karola III. Natomiast już po jej ukazaniu się zmarł Kazuyasu Kimura…

…i tak to się plecie w życiu – ktoś umiera, ale przecież rodzą się kolejni. Jaką rolę oni odegrają w historii, jak zmienią jej bieg ??? To się dopiero okaże…

Zuzanna Orlińska „Ładna historia”, ilustr.: Ola Fabia, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Wieczór pełen cudów

Wieczór pełen cudów

„Wieczór pełen cudów” to książka, która trochę kojarzyła mi się ze świątecznymi filmami, jakich wiele można zobaczyć na platformach steramingowych. Ich oglądanie to taka moja adwentowa guilty pleasure, a najbardziej lubię wyłapywać w nich stałe punkty, choć czasem są wciśnięte w akcję na siłę i, jak to się mówi, zupełnie od czapki 😉 Ale muszą być, bo bez nich nie byłoby świątecznej atmosfery.

Kiedy zaczęłam czytać tę, drugą już w tym roku świąteczną książkę Joanny Jagiełło, początkowo czułam się trochę, jakby oglądała taki film. Podobnie jak Zwierz Popkulturalny w tym zestawieniu odhaczałam kolejne punkty: czy ktoś nie żyje/ odszedł ? Tak, choć początkowo nie jest dla nas jasne, co stało się z mamą Marcela i Irenki. Czy jest urocze rezolutne dziecię ? Tak, młodsza siostra bohatera. Czy pada śnieg ? Oczywiście. Czy bohaterowie najpierw darzą się niechęcią/ dystansem ? Tak, ale tutaj chodzi o starszą panią z sąsiedztwa. Mamy też Mikołaja z saniami i reniferami, narodziny w wigilijny wieczór oraz całą serię świątecznych cudów…

Jednak im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej poruszała mnie ta historia. Docierało do mnie, że mimo tych wszystkich elementów, nie jest to cukierkowa bajeczka o idealnych świętach, tylko całkiem poważna opowieść o życiu po stracie i o tym, co jest w nim naprawdę ważne. Bolała mnie samotność jej bohatera, który tak nieustępliwie stara się, aby mimo straty Mamy i psychicznej nieobecności Ojca jego mała siostra miała Święta, o jakich marzy. Bardzo mu w tym kibicowałam i zupełnie nie przeszkadzało mi to, że w pewnym momencie zaczęły się tam dziać rzeczy nie do końca prawdopodobne. Należało mu się to !

Nie zawsze możemy mieć dokładnie to, co byśmy chcieli. Ale zawsze możemy znaleźć sobie coś, czym możemy się cieszyć. I sami zadbać o to, by świat był piękniejszy…

Joanna Jagiełło „Wieczór pełen cudów”, ilustr.: Joanna Kolibaj, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2022

Boże Narodzenie z Manią i Tyniem; Góralskie święta z Manią i Tyniem

Boże Narodzenie z Manią i Tyniem; Góralskie święta z Manią i Tyniem

Na ogół nie piszę tu o podobnych publikacjach, bo w książkach szukam przede wszystkim ciekawego literacko tekstu oraz pięknych i intrygujących ilustracji, do których ma się ochotę wracać. W tej tego nie ma, ale za to są OKIENKA do otwierania i różne inne atrakcje, które na pewno spodobają się małym dzieciom. W dodatku wykonane są na tyle solidnie, że wytrzymają niejeden kontakt z małymi paluszkami 😉

Te książki to nieskomplikowana opowieść o zwykłych rodzinnych świętach w Polsce – w pierwszej części w domu w mieście, w drugiej – w Zakopanem. Razem z rodziną Mani i Tynia ubieramy choinkę, zaglądając do licznych pudeł z ozdobami, pieczemy pierniczki, a w Wigilię możemy otworzyć drzwi cioci z daleka, która się tego wieczoru niespodziewanie pojawiła.

Obie te książeczki pokazują nie tylko zwyczaje świąteczne, ale także osadzają te święta w ich religijnym kontekście. Trudno, żeby było inaczej, skoro wydało je wydawnictwo katolickie. Mamy więc nie tylko choinkę z prezentami pod nią, ale także bożonarodzeniową szopkę…

… a święta w Zakopanem to nie tylko narty, zabawy na śniegu i kulig, ale także góralskie kolędowanie i wzmianka o tym, że dorośli wybierają się na pasterkę.

Te sztywnostronicowe, solidnie wykonane książki to dobry wstęp nie tylko do przygotowań do świąt z małymi dziećmi, ale także do kolejnych świątecznych lektur, których propozycje znajdziecie w zakładce Książki Świąteczne – Boże Narodzenie. Zapraszam —>>> tutaj 🙂

Magdalena Młodnicka „Boże Narodzenie z Manią i Tyniem. Świąteczna opowieść z ruchomymi elementami”, ilustr.: Agnieszka Matz, wyd.: Wydawnictwo Jedność, Kielce 2021

Magdalena Młodnicka „Góralskie święta z Manią i Tyniem. Świąteczna opowieść z ruchomymi elementami”, ilustr.: Agnieszka Matz, wyd.: Wydawnictwo Jedność, Kielce 2022

Świąteczny kalendarz Gabrysi

Świąteczny kalendarz Gabrysi

… czyli moje największe tegoroczne zaskoczenie w kategorii lektur świątecznych. Bardzo miłe zaskoczenie 🙂

W ogóle – kategoria książkowych kalendarzy adwentowych rozwija się w całkiem interesujący sposób. Najpierw były to historie mniej lub bardziej związane ze Świętami i podzielone na 24 rozdziały. W następnych książkach tego rodzaju akcja była umieszczana już wyraźniej w kolejnych dniach grudnia, a ostatnio pojawiły się takie, które skrupulatnie rozpisują przygotowania świąteczne od 1 grudnia do Wigilii (na to, że Adwent może zacząć się zarówno wcześniej jak i później, spuśćmy tym razem zasłonę milczenia). Moim zeszłorocznym odkryciem było „W grudniu po południu”. Jedynym zastrzeżeniem, jakie miałam do tej książki, było to, że przeciętnej rodzinie trudno jest podporządkować cały grudzień wyłącznie przygotowaniom do Świąt …

i o tym właśnie jest „Świąteczny kalendarz Gabrysi”.

Gabrysię i jej rodziców – Ewę i Krzysztofa Jeżyków poznajemy 30 listopada. Już pierwsze spotkanie z nimi pokazuje, że tej rodzinie daleko jest do przedświątecznej sielanki rodem filmów Netflixa. Mama w dość zaawansowanej ciąży i zapracowany Tata kompletnie nie mają głowy do przygotowań, których oczekuje od nich córka, więc Gabrysia sama przygotowuje adwentowy kalendarz z zadaniami. Żeby było jak co roku czyli wspaniale.

Bardzo polubiłam całą tę rodzinę, bo są tacy zwyczajni. Rozmawiają ze sobą normalnie, czasem żartują, czasem się złoszczą czy kłócą, ale potrafią się dość szybko pogodzić. Zapracowany Tata nie jest zaniedbującym rodzinę pracoholikiem i naprawdę stara się wszystkiemu sprostać. Widzę w nim odpowiedzialnego mężczyznę, który z jednej strony chciałby spędzać więcej czasu z żona i córką, ale z drugiej – wie, że w ich życiowej sytuacji nie może sobie pozwolić na stratę pracy, nawet jeśli jego pracodawca zdecydowanie przekracza granice. Naprawdę się stara ! Czyta Gabrysi wieczorem świąteczne książki (przygotowanie ich listy jest zadaniem na jeden z dni), ale największą tajemnicą tego adwentu pozostanie dla mnie odpowiedź na pytanie, jak udało mi się zdobyć jemiołę, żeby się jego córce kalendarzowy harmonogram nie posypał 😉

Mama w ciąży jest taka jak… normalne kobiety w ciąży. Trochę szczęśliwa, trochę zmęczona, trochę pełna obaw o to, czy wszystko dobrze się skończy. Cieszy się, ale równocześnie rozumie, że Gabrysia musi się to tej sytuacji przyzwyczaić.

Gdy rodzice powiedzieli jej, że będzie miała rodzeństwo, bardzo się ucieszyła. Znajomym dzieciakom przybywało braci i sióstr i Gabrysia też chciała, żeby w ich domy pojawił się dzidziuś. Nie wiedziała jednak, że ciąża trwa tak długo, tak niesłychanie długo i że jest taka… NUDNA. Gabrysi zdawało się, że ten stan będzie trwał już zawsze, a pęczniejąca mama w końcu zamieni się w balon i odfrunie. W dodatku mama nie czuła się zbyt dobrze i ciągle odpoczywała, zamiast jeździć na rowerze i wygłupiać się wieczorami. Od dwóch tygodni była na zwolnieniu i wcale nie chodziła do pracy. I to też było dziwne.

W tej historii są także Babcia i Dziadek, którzy zjawiają się wtedy, kiedy są najbardziej potrzebni. To właśnie babciom i dziadkom Autorka zadedykowała też książkę, bo zawsze wiedzą, kiedy przybyć z odsieczą.

Grudniowe życie Gabrysi to nie tylko dom, ale też szkoła i tam się także sporo dzieje. Emocje związane z przygotowaniami do świątecznego spektaklu trochę blakną, kiedy okazuje się, że Majka, którą dotychczas uważała za swoją najlepszą przyjaciółkę, woli siedzieć w ławce i bawić się na przerwach z kim innym. Z Kaśką, która jest typem takiej klasowej królowej, bez zmrużenia oka rozstawiającej po kątach wszystkich i wygłaszającej złośliwości pod adresem tego, kogo akurat ma na celowniku. W każdej klasie jest taka Kaśka, nieważne, jak ma na imię 😉 Warto jednak rozejrzeć się uważnie, bo może w kącie czeka ktoś inny…

Napisałam, że „Świąteczny kalendarz Gabrysi” był moim największym tegorocznym zaskoczeniem, ponieważ jakoś podświadomie nie spodziewałam się, że ta książka może zawierać w sobie tak głęboką historię. Myślę, że problemem była okładka, bo bardzo nie lubię tego koloru, gryzie mi się z czerwienią sukienki i ozdób choinkowych 😉 W ogóle ilustracje trochę mnie rozczarowały. Bardzo ładne są choinkowo – pierniczkowe winietki zaczynające każdy dzień, ale nie do końca trafia do mnie kreska, jaką rysowane są tutaj postacie ludzkie i ich twarze. Jednak nie zawsze, bo na przykład cała rodzina przy wigilijnym stole podoba mi się bardzo.

Dzięki temu odległemu od oczekiwań grudniowi Gabrysia (a wraz z nią także czytelnicy tej książki) zrozumiała, że (jak tłumaczyła jej Mama) w życiu nie zawsze jest tak, jak sobie zaplanujemy. I rzadko kiedy jest idealnie. Ale czy w ogóle musi być idealnie i zgodnie z planem ?

Ważne, żeby wszystko się dobrze skończyło i wszystkim było dobrze.

Anna Włodarkiewicz „Świąteczny kalendarz Gabrysi”, ilustr.: Katarzyna Bukiert, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2022

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

„Dynastia Miziołków” Joanny Olech to książka, którą można już zaliczyć do klasyki polskiej literatury dla niedorosłych. Powstała w poprzednim wieku (a nawet tysiącleciu !) i najpierw ukazywała się w odcinkach w Świecie Młodych. Był to rok 1993 i pismo właśnie kończyło swój wieloletni żywot (absolutnie nie z winy Miziołków !!!). Tę wersję zilustrowała Magda Jasny (która stworzyła także Wiercipiętka z rodziną). Potem było wiele wydań książkowych w kilku wydawnictwach. Większość ilustrowała chyba sama Joanna Olech, ale ja mam do dziś wersję z ilustracjami Pawła Pawlaka , wydaną przez nieodżałowane Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, zaczytaną przez moje córki.

O tym, że ta książka pomału staje się klasyką, świadczyć może choćby to, że jej fragmenty wielokrotnie były umieszczane w podręcznikach. Wydaje mi się też, że przez krótki czas cała „Dynastia Miziołków” była lekturą szkolną, ale nie jestem tego pewna. A teraz po prawie trzydziestu latach doczekaliśmy się kolejnej części…

Nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy to, że się w ogóle ukazała, czy też fakt, że trzyma poziom poprzedniej ? Ma dobre tempo, ciekawie i prawdziwie skonstruowane postaci i sytuacje, a przede wszystkim – jest dowcipna. Pierwszy raz popłakałam się ze śmiechu, kiedy czytałam o wcześniejszym powrocie rodziny z ferii, drugi – podczas poloneza na studniówce Miziołka, potem przestałam już liczyć… szczególnie odkąd w rodzinie pojawiło się mocno nietypowe zwierzątko domowe imieniem Franio. Nie chciałabym spoilerować za bardzo, ale każdy, kto widział okładkę, może zauważyć, że Franio jest szopem. Nie powiem nic więcej, sami możecie się domyślić, że nudno z nim nie jest 😉

Autorka dokonała pewnego zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo co prawda w świecie Miziołków od poprzedniej części minęło jakieś osiem lat, jednak akcja kolejnej rozgrywa się nie w realiach początku wieku, tylko całkiem współcześnie. Ale w tych książkach nie chodzi o realia (one pozostają tłem), tylko o relacje – między członkami rodziny oraz między nimi a światem zewnętrznym.

Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że „Dynastia Miziołków” była krytykowana za (rzekomy) antyfeminizm. Dla mnie był to zapis świadomości i widzenia świata nastolatka w apogeum jego krytycznego stosunku do wszystkich i wszystkiego. Taki wiek po prostu. Miziołek opisywał równie złośliwie zarówno koleżanki jak i kolegów. Tak samo postrzegał rodziców, ich znajomych, sąsiadów i nauczycieli. Podobny ogląd świata prezentuje teraz Kaszydło.

Ostatni wpis Kaszydła w sposób niespecjalnie zaowalowany zapowiada możliwość kolejnej części. Rodzina przecież na niej się nie kończy. Mam tylko nadzieję, że Autorka nie każe nam czekać na nią kolejne trzydzieści lat !!!

Joanna Olech „Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !” z ilustracjami Autorki wyd.: Literatura, Łódź 2022

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Plac Słoneczny 4, Warszawa 1997

Za duży na bajki

Za duży na bajki

Premiera filmu „Za duży na bajki” w reżyserii Kristoffera Rusa miała miejsce 18 marca 2022 roku i wtedy też nakładem wydawnictwa Agora dla dzieci ukazała się książka z okładką filmową. Polskie filmy dla widzów niedorosłych nie zdarzają się często, a takie, które są ekranizacją książek, to już w ogóle rzadkość, więc się tym zjawiskiem zainteresowałam. Najpierw przeczytałam książkę, film obejrzałam kilka miesięcy później, kiedy znalazł się na Netflixie, a jeszcze później dowiedziałam się, że wcześniejsze wydanie tej powieści różnie się znacząco od tego, które już znałam, więc…

Ok, to może jest zbyt skomplikowane, więc jednak spróbujmy chronologicznie, bo okazało się, że moja znajomość z Waldkiem, jego zwariowaną ciotką Mariolką i pozostałymi bohaterami tej historii odbywała się, można powiedzieć, w przeciwnym kierunku.

W 2017 roku nakładem krakowskiego wydawnictwa Wysoki Zamek ukazała się powieść „Za duży na bajki”, a jej autorka podpisała się jako Agnorszka Bloska.

Potem tę powieść poszerzyła (m.in. o wątek e-gamingowy) i tak powstał scenariusz, na podstawie którego został nakręcony film.

Drugie wydanie książki to wersja napisana na podstawie tego scenariusza i niemal dwukrotnie dłuższa od pierwotnej. Autorka podpisała się tym razem jako Agnieszka Dąbrowska. Nie wnikam w to, dlaczego tak, ale kiedy wyjęłam z paczkomatu nabyte na Allegro pierwsze wydanie, byłam zaskoczona i objętością tej książki, i nazwiskiem autorki, na które, przyznam się, nie zwróciłam uwagi przy zakupie. Przez chwilę obawiałam się, że omyłkowo kupiłam coś zupełnie innego, ale nie, więc uprzedzam, żebyście się ewentualnie nie dziwili 😉

Poznałam więc tę historię w jej wszystkich trzech wersjach i wiecie co ? Ta chronologicznie pierwsza, którą przeczytałam na końcu podobała mi się zdecydowanie bardziej !!!

Agnorszka Bloska napisała kameralną historię przede wszystkim o mierzeniu się z doświadczeniem choroby mamy. Trochę też o dorastaniu, bo Waldek jest na takim etapie życiowym, że przestaje być dzieckiem, ale trudno go jeszcze traktować jak nastolatka. Nie znam się na filmach, więc nie wiem, czy ta wersja nadawała się do sfilmowania. Spotkałam się ze zdaniem, że nie był to materiał na kino familijne, a raczej (cytuję:) rodzinną psychodramę dla jakichś pogrobowców Kieślowskiego. Może tak, choć w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa takie filmy powstawały. Czy oglądaliśmy je jednak tylko dlatego, że innych nie było ?

Mam wrażenie, że tworząc scenariusz tego filmu Autorka, mówiąc obrazowo, postanowiła rozkręcić potencjometry na full 😉 Ze wszystkim, co można było przerysować, tak właśnie zrobiono. Waldek z fajnego, rozsądnego chłopaka, do którego pasowało określenie padające w filmie z ust ciotki: to jest kumaty gość, stał się rozpieszczonym maminsynkiem, który nie wie, że herbatę zalewa się wrzątkiem. Słyszałam o chłopcu, który po obejrzeniu tego filmu sam z własnej woli zaczął pomagać w domu, żeby nie być takim leniem jak Waldek. Ciekawa jestem, na jak długo mu tego zapału wystarczyło ? 😉

Jego mama w pierwszej książce była nieco (ale tylko nieco !) nadopiekuńcza, tu – jest nadopiekuńcza do sześcianu. Ciotka natomiast – wyjściowo ciepła i mądra, może niezupełnie przystająca do wyobrażeń Waldka o tym, jak powinna zachowywać się osoba w jej wieku, ale mieszcząca się w pojęciu niekonwencjonalna – staje się wręcz karykaturalna. W filmie ratowało ją to, że grała tę postać Dorota Kolak, którą bardzo lubię, jednak z jej wersji książkowych zdecydowanie wolę tę pierwotną.

Mimo że grający w filmie Waldka Maciej Karaś jest naprawdę świetny (podobnie jak inne występujące tam dzieci), miałam problem z tym, jak ta postać została pokazana. W obu wersjach książkowych jest on opisany jako zbyt gruby, ale stopień jego nadwagi pozostawiony został wyobraźni czytelnika. Widzom natomiast podano kawę na ławę, a zestawienie Waldka z jego nadmiernie chudym przyjacielem Staszkiem dało efekt Flipa i Flapa. To plus słodycze, którymi karmi go mama, plus godziny spędzane przed komputerem powodują, że na padające w filmie słowa: jestem e-sportowcem widz może zareagować tylko śmiechem (albo politowaniem). Nie do końca rozumiem zamysł, jaki temu przyświecał, bo z jednej strony dzięki tej postaci jego rówieśnicy widzą, że otyłość nie jest powodem, aby takiego dzieciaka skreślać jako fajnego kumpla, z drugiej jednak – parę razy uderzyły mnie tam sytuacje, które można uznać za body shaming, co jest nie do końca w porządku wobec widzów tego filmu, których część ma na pewno podobne problemy z wagą.

Zastanawiam się też nad tym, czemu służy takie przerysowanie postaci w filmie adresowanym do widzów wieku wczesnonastoletnim ? Czy przekonanie, że taki widz nie zrozumie nieco subtelniejszego przekazu, nie jest przypadkiem protekcjonalne i ciut nadopiekuńcze ?

Mam wrażenie, że rozbudowując tę historię na potrzeby filmowe, Autorka trochę zgubiła to, co było tam ważne i mądre. Przekaz o tym, jak potrzebna w życiu jest bliskość innych ludzi, dzięki którym mamy odwagę realizować marzenia, a w trudnych chwilach możemy dzielić swój lęk na pół, jest tam nadal, ale trzeba trochę uwagi, żeby go nie przeoczyć.

P.S. Dziękuję moim przyjaciołom z grupy jurorów Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA za inspirującą dyskusję o tej książce 🙂

oraz Wydawnictwu Agora dla dzieci za egzemplarz recenzencki 🙂

Agnorszka Bloska „Za duży na bajki”, ilustr.: Paweł Dąbrowski, wyd.: Wysoki Zamek, Kraków 2017

Agnieszka Dąbrowska „Za duży na bajki”, ilustr.: Marta Krzywicka, wyd.: Agora dla dzieci, Warszawa 2022

Potworak i inne ko(s)miczne opowieści

Potworak i inne ko(s)miczne opowieści

To nie jest nowość, tylko (kolejne już) wznowienie. Według tego, co udało mi się znaleźć, ta książka była wydana pierwszy raz w 2006 roku, ale jej tytułowego bohatera można było poznać jeszcze wcześniej. To, co tutaj jest pierwszym rozdziałem, ukazało się w 2004 roku w serii Moje Poczytajki jako „Wakacje Potworaka”. Najmłodsza z moich córek lubiła tę serię, a Potworak należał do jej ulubionych bohaterów.

Istnieje teoria mówiąca, że jeśli nieskończona ilość małp będzie w sposób przypadkowy stukała w klawisze nieskończonej ilości maszyn do pisania, to prędzej czy później któraś napisze „Makbeta”.

A co stanie się, jeśli dwoje nieumiejących pisać dzieci będzie stukać w klawiaturę komputera ? O – takie dzieci są bardzo zdolne a ich paluszki bardzo sprytne… Doświadczenie uczy, że takie paluszki zawsze trafią celnie akurat w ten jedyny przycisk, którego pod żadnym pozorem wciskać nie należy 😉 Takie zdolne dzieci mogą na przykład… umieścić swoje mieszkanie w ofercie kosmicznego biura podróży. I co wtedy ?

Wtedy może się w ich domu zjawić listonosz z paczką zaadresowaną do niejakiego Potworaka, a zawierającą w sobie Potworaka we własnej osobie… – pisałam o tej książce w marcu 2008 roku.

Wydawana przez Naszą Księgarnię w na przełomie tysiącleci (i niestety dosyć krótko) seria Moje Poczytajki stanowiła, można powiedzieć, kontynuację serii Poczytaj mi mamo. Adresowana była do dzieci starszych, zaczynających już czytać samodzielnie. Dla takich właśnie początkujących czytelników znakomicie nadaje się jest również ta, nieco dłuższa, książka.

Na tym etapie ważne jest, aby dziecko (szczególnie takie, któremu te początki idą opornie) miało lektury na tyle interesujące, żeby uznało, że warto jest podjąć wysiłek brnięcia przez te rzędy liter. Te historie takie są ! Wciągające, dowcipne, zaskakujące, a ilustracje dodają im dynamiki. Jeśli macie na stanie początkującego czytelnika, który jeszcze nie miał okazji poznać Potworaka, to nie ma na co czekać. Jest to lektura tyleż ciekawa, co pouczająca, bo można się z niej dowiedzieć nie tylko, z czym wiążą się dwuletnie wakacje kosmity w ludzkim domu, ale także – co to są zarumieńce, poprztykańce, bososzczęki i przymule (te ostatnie koniecznie słone !).

Ponieważ znałam dotychczas tylko wersję ilustrowaną przez Agnieszkę Sadurską, w mojej pamięci Potworak istniał jako stworek z wydatnym nosem czy tez może bardziej trąbą. Ale ten uszaty Daniela de Latour też jest sympatyczny, szybko go polubiłam 🙂

Grzegorz Kasdepke „Wakacje Potworaka” (seria: Moje Poczytajki), ilustr.: Agnieszka Sadurska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2003

Grzegorz Kasdepke „Potworak i inne ko(s)miczne opowieści”, ilustr.: Daniel de Latour, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2022

Drań czyli moje życie z jamnikiem

Drań czyli moje życie z jamnikiem

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: tekst oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej !!!

Nominowana także do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego i Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego oraz wpisana na listę The White Ravens !!!

Historie opisane w tej książce wydarzyły się naprawdę, chociaż – jak to z opowieściami bywa – nie są prostym zapisem wydarzeń. Na pewno jednak Drań z książki to mój własny pies: pierwszy w życiu, wyczekany i ukochany. Wierny towarzysz dzieciństwa i powiernik w trudach dorastania. Cierpliwy nauczyciel wrażliwości na psi język i sprawy. To o nim pisałam swoje pierwsze książki, takie jak komiks „O pozycjach jamnika w łóżku”, ofiarowywane rodzinie pod choinkę. Pisząc teraz do Draniu, chciałam choć odrobinę spłacić dług wobec niego. Bo w czasach, gdy było mi źle, pocieszał mnie mądrym spojrzeniem i obecnością. A gdy było mi dobrze, cieszył się całym sobą razem ze mną…

W zeszłym roku w książce „Lotta czyli jak wychować ludzkie stado” Zofia Stanecka opisała swoje życie z aktualnie miłościwie panującą w jej rodzinie Principiessą. Teraz sięgnęła do swoich wspomnień z dzieciństwa, do trudnych lat osiemdziesiątych, kiedy w jej życiu pojawił się pierwszy pies.

Skąd imię Drań ? Z piosenki Kabaretu Starszych Panów „Tanie dranie”. Mój tata i bracia bardzo ją lubili. A skoro oni, to ja również – wpatrzona w nich córka i dużo młodsza siostra. Drań, bo w niewielkim jamniczym ciele dźwigał silny, niezłomny charakter . Szczekał basem, miał na każdy temat własne zdanie, kochał po swojemu i był wszystkim, tylko nie pieskiem salonowym. A że miał empatyczne serce i bardzo go kochaliśmy, nazywaliśmy go najczęściej Draniuszkiem. Bywał również Dranisławem, bo poza charakterem i wrażliwością cechowała go ogromna godność. Był psem, którego nie tylko się kocha, ale też szanuje.

Rodzinna historia Autorki opisana w tej książce ściśle spleciona była z tą pisaną wielką literą. Akcja rozpoczyna się w nocy 12 grudnia 1981 roku, kiedy małą Zosię najpierw budzą hałasy za ścianą i jest przekonana, że to (nie pierwsza w jej domu) milicyjna rewizja: Funkcjonariusze szukali dowodów na to, że moja rodzina konspiruje przeciwko władzom: nielegalnie drukowanych gazet, wydawanych za granicą i zakazanych w kraju książek … Zawsze wpadali bez zapowiedzi, hałasowali, tupali, wyrzucali ubrania z szaf i książki z półek na podłogę, deptali, niszczyli i niemal za każdym razem zabierali ze sobą kolejną maszynę do pisania. Nigdy ich nie oddawali. Po ich wyjściu w mieszkaniu zostawał zapach strachu i okropny bałagan. Tym razem jednak było inaczej – okazało się, że milicja zabrała Tatę, a w kraju został wprowadzony stan wojenny. Jednak o tym, co to ma wspólnego z psem nie zdradzę, musicie sami o tym przeczytać…

W tej książce wielka Historia jest tylko tłem dla tego, co zawarte zostało w jej tytule – życia z psem od pierwszego spotkania, kiedy to maleńki szczeniaczek sam wybrał sobie właścicielkę, do końca, którego Zofia Stanecka nie dopowiada. Jest w niej wiele momentów śmiesznych (choć wtedy, kiedy się to przydarzało zapewne nikomu do śmiechu nie było), są chwile wzruszające i są poruszające (jak te, kiedy Autorka bardzo oględnie dotyka problemu alkoholizmu Ojca). Jest w tej historii wielka miłość i tęsknota, jest wdzięczność, za rolę, jaką Drań odegrał w jej życiu i jest też ogromny szacunek. Bo chociaż jamnik to stworzenie, które wygląda dość pociesznie i może wzbudzać śmiech oraz skłaniać do traktowania protekcjonalnego, należy pamiętać, że Jamnik to osoba o zdecydowanych poglądach i silnym poczuciu własnej wartości, więc potrzebuje poważnego traktowania.

Podobnie jak w książce o Lotcie, także w tej za stronę wizualną odpowiadała Marianna Sztyma. Tym razem nie mogła portretować z natury, ale na podstawie rodzinnych zdjęć Autorki znakomicie oddała jamniczą naturę bohatera oraz nastrój tej opowieści.

Z pierwszym psem jest jak z pierwszą miłością: nigdy się go nie zapomina – napisała Zofia Stanecka. Miałam szczęście, bo mój pierwszy pies był prawdziwym przyjacielem, zgranym ze mną, pasującym do mnie jak łupinka do orzecha. Nikt nigdy go nie zastąpił i przez wiele lat nie mógł się z nim równać. Dopiero Lotta, złocista Principiessa, wypełniła część pustki po Draniu i stała się równie ważna. Lubię myśleć, że ta dwójka zaprzyjaźniłaby się ze sobą. Psy bywają zazdrosne i pilnują hierarchii w stadzie, ale jestem dziwnie spokojna, że ta dwójka znalazłaby wspólny język.

Zofia Stanecka „Drań czyli moje życie z jamnikiem”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Kropka, Warszawa 2022