Cud Bożego Narodzenia

Cud Bożego Narodzenia

„Cud Bożego Narodzenia” to kolejna tegoroczna nowość w kategorii książek świątecznych, ale jest ona wśród nich nietypowa. Należy do tych najrzadszych, które nazywam bożonarodzeniowymi i które wpisują te święta w ich kontekst religijny. To paradoks, ale wśród dominujących na rynku książek świętomikołajowych (takich jak „Prezent gwiazdkowy dla Kornelusza Klopsa” czy „Milion miliardów świętych mikołajów”) i choinkowych (jak „Bombka z gwiazdką”) trudno jest znaleźć takie, które wyjaśniałyby dzieciom, skąd się w ogóle te święta wzięły i dlaczego je obchodzimy. Może dlatego, że coraz więcej osób stara się o tym nie pamiętać ? Jeśli już się jednak znajdą, to na ogół są… mówiąc najoględniej – takie sobie (perełki w rodzaju „Wigilijnej opowieści” zdarzają się bardzo rzadko), więc „Cud Bożego Narodzenia” jest tutaj wyjątkowy podwójnie 🙂

Tę książkę autorka wydała samodzielnie, rozpisując wcześniej zrzutkę w internecie, a przy tej okazji wyjaśniając, jak do tego doszło:

Trzy lata temu, obserwując dziecięcy zachwyt nad szopkami bożonarodzeniowymi, napisałam książkę. Początkowo było to opowiadanie przeznaczone dla mojej rodziny i znajomych. W ubiegłym roku udostępniłam tekst bezpłatnie w Internecie. Odnotowaliśmy blisko 900 pobrań. Otrzymałam wiele bardzo pozytywnych wiadomości z życzeniami wydania książki w tradycyjny sposób. Dzisiaj, z pewną obawą, ale i radością, uruchamiam przedsprzedaż!

Być może przeoczyłabym tę książkę (a szkoda by było !), ale do sięgnięcia po nią zachęciła mnie okładkowa rekomendacja Wojciecha Widłaka. Warto było zaufać takiemu autorytetowi 🙂

Pod granatowym niebem powoli pustoszały ulice. Okna domów, bloków i kamienic rozpalały się ciepłym światłem. Migotały w nich kolorowe lampki, gdzieniegdzie płonęły świece. Przypominały małe latarnie, przywołujące ostatnich zbłąkanych przechodniów. I rzeczywiście, raz po raz ktoś znikał w bramie, by po chwili pojawić się w ciepłym, jasnym mieszkaniu. Miasto trwało w uroczystym oczekiwaniu.

Jak można się tego było spodziewać po tytule, akcja „Cudu Bożego Narodzenia” rozpoczyna się wieczorem 24 grudnia, a kończy następnego dnia. Anielka i jej Babcia nakrywają stół do wieczerzy wigilijnej i czekają na przybycie rodziców dziewczynki, którzy na co dzień pracują za granicą. Niestety, okazuje się, że nie dotrą oni na czas. Rozżalona dziewczynka wybiega z domu. Najpierw błąka się po opustoszałym (bo wszyscy siedzą już przy stołach i choinkach) mieście, a następnie chowa się przed wiatrem i śnieżycą w pustym kościele. I tam właśnie przydarza jej się coś niezwykłego…

Czy to był sen czy tytułowy cud ? Czy Anielka naprawdę przeniosła się w czasie do Betlejem w noc Narodzenia Pańskiego czy tylko przyśniło jej się to, kiedy zmęczona, zmarznięta i rozżalona zasnęła koło ruchomej szopki ?

„Cud Bożego Narodzenia” to książka, która przypomina nam o tym, dlaczego w ogóle obchodzimy te Święta. Pokazuje ich sens widziany z perspektywy rzadko obecnej w tego rodzaju książkach – perspektywy osób, dla których kościół, to nie tylko zabytek i atrakcja turystyczna w zwiedzanym mieście, osób, dla których modlitwa jest potrzebą serca, a Pasterka najważniejszym przeżyciem tych świąt.

Dobrze, że ta książka, tak pięknie i niecukierkowo zilustrowana przez Sarę Tchorek, powstała. Dobrze, że możemy sięgnąć po nią w tym tak trudnym i nietypowym roku, w którym nadzieja jest na wagę złota.

Julianna Wołek „Cud Bożego Narodzenia”, ilustr.: Sara Tchorek, wyd.: Wołek i osiołek 2020

Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę

Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę

„Jeżycjada” pojawiła się w moim życiu ponad 40 lat temu, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej. Do niedawna wydawało mi się, że zaczęłam od „Kwiatu kalafiora”, potem cofnęłam się do „Szóstej klepki” i „Kłamczuchy”, a poczynając od „Idy sierpniowej” już byłam na bieżąco z kolejnymi tomami, ale spojrzałam na daty i chyba to jednak nie było tak 😉 Od pewnego czasu po nowe części cyklu sięgam raczej z przyzwyczajenia i za każdym razem zastanawiam się, czy następnego już sobie nie odpuścić. Ale jakoś nie odpuszczam, choć potem lektura kończy się dla mnie rozczarowaniem, że to już nie to co kiedyś…

Jestem także uczestniczką (choć ostatnio tylko podczytującą) forum internetowego, które nazywało się kiedyś Fani Małgorzaty Musierowicz. Obecnie ma ono tytuł ESD, ale w podtytule powinno być: ROZCZAROWANI Fani MM. Ja nie jestem rozczarowana aż w takim stopniu i uważam, że jego uczestnicy w swojej krytyce bardzo często zapędzają się zbyt daleko. Niemniej doceniam ich stopień zaangażowania w literaturę, skoro chce im się tworzyć fanfiki oraz analizować business plan gospodarstwa Floriana i Partycji czy strukturę wydatków Gizeli w grudniu 1935 roku. Myślę, że (paradoksalnie !) autorka „Jeżycjady” powinna być dumna z jego istnienia, bo świadczy to o tym, że cykl doczekał się licznego grona nieobojętnych i uważnych czytelników 😉

Kiedy dowiedziałam się, że ma się ukazać książka będąca swoistym, autorskim uzupełnieniem cyklu, nie bardzo wiedziałam, czy będę chciała po nią sięgnąć. Znałam wcześniej autobiograficzne (i od dawna nie wznawiane) „Tym razem serio” oraz rodzinne wzmianki w książkach kulinarnych Małgorzaty Musierowicz, więc obawiałam się powtórzeń. Zaufałam jednak pozytywnym ocenom usłyszanym od dwóch kobiet, których wiedzy o literaturze ufam. I dobrze zrobiłam !!!

Nie ma tam zbyt wielu powtórzeń (a te, które są, musiały się tam znaleźć, żeby całość była zrozumiała także dla czytelników mniej w twórczości autorki oczytanych), jest za to sporo ciepłych rodzinnych historii. Są też autorskie uzupełnienia – wzmianki o postaciach, które pojawiły się w rozmaitych tomach na planach odleglejszych wraz z portretami obrazującymi, jak wyobrażała ich sobie autorka oraz (czasem) opowieściami o osobach, które były ich pierwowzorami. Pewnym rozczarowaniem było tutaj dla mnie jednak brak słynnej tabliczki na drzwiach z nazwiskami Żak-Hajduk-Kołodziej. Liczyłam, że będę mogła zobaczyć, jak ona wyglądała 😦

Wśród znajdujących się tam historii rodzinnych fantastyczne są przede wszystkim te, które dotyczą brata autorki – Stanisława Barańczaka. Szczególnie zachwyciła mnie opowieść o tym, jak trafili w antykwariacie na antologię dramatu amerykańskiego oraz wizytówki, które stworzył on dla mamy i siostry. Dzięki dwuwierszowi o działach zapamiętam też na zawsze, czym jest rym homonimiczny 🙂

Urzekająca jest także (choć nie zawiera w sobie Stanisława Barańczaka 😉 ), historia o słoikach z kapustą w prezencie gwiazdkowym dla syna autorki oraz przepis na sałatkę jarzynową jej mamy.

Reasumując: „Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę” to urocza i ciepła lektura na długie jesienne i zimowe wieczory, ale wyłącznie dla czytelników (a raczej czytelniczek), które „Jeżycjadę” znają na wyrywki i uwielbiają (przynajmniej do pewnego jej momentu). A więc – dla osób, które się na niej wychowały i które z nią dorastały. Czyli: dla takich w moim wieku lub niewiele młodszych 🙂

Małgorzata Musierowicz (przy współpracy Emilii Kiereś) „Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę”, wyd.: HarperCollins Polska, Warszawa 2020

Głucha jesteś ?

Głucha jesteś ?

Wpis z 2 listopada 2007 roku:

W książkach, na których sama się wychowałam, a także w tych, które znajduję dla moich córek, niepełnosprawni właściwie nie występują. Jeśli już się pojawiają, są to najczęściej osoby bardzo grzeczne, które wręcz przepraszają, że żyją. Główny bohater książki może otoczyć je opieką, a one przyjmują to z wdzięcznością. Z taką niewidomą dziewczynką mamy do czynienia w „Spotkaniu nad morzem” Jadwigi Korczakowskiej – książce, która nadal jest lekturą szkolną (edit: a może już nie ?). Jest jeszcze drugi schemat – dziecko, które swoją niepełnosprawność rekompensuje nadzwyczajną wspaniałością we wszystkich innych dziedzinach życia i jako takie stanowi wzór do naśladowania dla zdrowych rówieśników. W pewnym sensie taka jest Zosia z książki  ”W zielonej dolinie” – pełnosprawni rówieśnicy wręcz zazdroszczą jej wózka inwalidzkiego.

Megan – niesłysząca bohaterka ksiązki „Głucha jesteś ?” nie zalicza się do żadnej z tych kategorii. Daleko jej do ideału. Jest normalną dziewięciolatką – ze wszystkimi wadami i zaletami swojej płci i swojego wieku. Jak sama się scharakteryzowała: Jestem uparta jak osioł. Zawsze dużo gadam, zgarniam wszystkie pochwały i nie chcę się nimi z nikim dzielić. Do tego jeszcze dochodzą: koncertowy bałagan w pokoju, kłótnie z bratem i grymasy przy jedzeniu. Normalka 😉

Pamiętacie film „Dzieci gorszego Boga” i jego główną bohaterkę – zbuntowaną dziewczynę, która nie chciała uczyć się mówić i uporczywie używała języka migowego ? Grała ją właśnie Marlee Matlin – autorka tej książki i dostała za tę rolę Oskara. Podobnie jak książkowa Megan straciła słuch we wczesnym dzieciństwie, więc dobrze wie, o czym pisze. Dlatego ta książka jest prawdziwa. Nie ma w niej cienia protekcjonalizmu, z jakim osoby pełnosprawne często traktują tych obdarzonych jakąś dysfunkcją. Megan na ogół radzi sobie z codziennością, czasem potrzebuje pomocy, ale równocześnie buntuje się na to. Obserwując trudne początki jej przyjaźni z Cindy otrzymujemy lekcję: jak pomagać osobie niepełnosprawnej w sposób naturalny i nieobraźliwy dla niej? 

„Głucha jesteś ?” to przede wszytkim książka o przyjaźni dwóch dziewczynek – podobna w klimacie do  książek Jacqueline Wilson. Tę przyjaźń nieco komplikuje fakt, że jedna z nich nie słyszy, ale poza tym wszystko jest normalnie.

W latach osiemdziesiątych „Dzieci gorszego Boga” były wystawiane w warszawskim teatrze „Ateneum”, a główną rolę zagrała Maria Ciunelis. Był to spektakl niezwykły, bo wszystkie kwestie mówione były jednocześnie migane. Dzięki temu mogły go oglądać także osoby niesłyszące, rzadko mające taka możliwość. Przedstawienie rozpoczynało się sceną, kiedy jeden z aktorów wychodził na proscenium i migał nieprzyzwoity dowcip. Jeśli na sali rozlegał się śmiech, aktorzy wiedzieli, że na widowni są niesłyszący 😉

Niedawno robiłam zakupy w supermarkecie i podchchodząc do kas wybrałam tę, do której kolejka była wyraźnie krótsza. Okazało się, że obsługuje w niej osoba niesłysząca i to zapewne powodowało, że klienci wybierali inne kasy. Zastanowiłam się – dlaczego, skoro do przesuwania kodów kreskowych przed czytnikiem i obsługi terminala do kart słuch nie jest niezbędny ?

Kiedy odchodziłam z moimi zakupami  od kasy było mi wstyd, że nie potrafię (jak to zwykle robię) podziękować kasjerowi. Nie znam żadnego znaku języka migowego. Właściwie – dlaczego ? Dlaczego ten język, tak prosty i uniwersalny zarezerwowany jest tylko dla niesłyszących ? Moje córki uczyły się go na obozach harcerskich, ale też już niewiele pamiętają. Wkładamy wiele wysiłku w naukę najrozmaitszych języków obcych, a nie próbujemy znaleźć wspólnego języka z ludźmi żyjącymi obok nas. Wolimy udawać, że ich nie ma.

Marlee Matlin „Głucha jesteś ?”, przekł.: Aleksandra Wolnicka, wyd.: Wydawnictwo „C&T” Toruń 2007

W zielonej dolinie

W zielonej dolinie

Wpis z 7 czerwca 2006 roku. Książka już chyba nieco zapomniana, ale bardzo wakacyjna, więc warto ją przypomnieć 🙂

W zielonej dolinie u podnóża zielonych gór leży mała wioska. W tej wiosce razem z rodzicami i rodzeństwem mieszka Malwinka. Właśnie skończyła pierwszą klasę. Nie wyjeżdża na wakacje, ale wcale tego nie żałuje – wakacje w Górkach są wspaniałe. Jej rodzice prowadzą gospodarstwo agroturystyczne i latem gromadka dzieci z Górek (oprócz Malwinki, Asi i Kajtka mieszkają tam jeszcze: Dorotka, Celina, Kuba i Antek) powiększa się o „miastowych” gości. Wszyscy razem – miejscowi i przyjezdni świetnie się bawią: chodzą na wycieczki, zbierają jagody, podglądają sarny i bociany. W tym roku chłopcy pomagają też harcerzom z pobliskiego obozu w uporządkowaniu zapomnianego cmentarzyka wojennego.

Zaletą tej książki jest to, że w sposób naturalny, niejako mimochodem, porusza tematy rzadko występujące w literaturze dziecięcej. Mama Malwinki pochodzi z rodziny łemkowskiej od pokoleń zamieszkałej w Górkach. Poznajemy specjały kuchni łemkowskiej – kisełycię i hałuszky, mamy też próbkę ich języka w piosence o tarninie.

Na wakacje przyjeżdża do Górek Zosia – dziewczynka z porażeniem mózgowym. Malwinka podziwia ją, bo świetnie pływa i mistrzowsko porusza się na wózku. Oprócz tego, że na nim jeździ, nie różni się niczym od pełnosprawnych rówieśników i jest świetnym kompanem.

„W zielonej dolinie” ma w sobie coś z klimatu Bullerbyn. Mieszkańcy Górek (i duzi, i mali) dobrze się czuja tam, gdzie mieszkają – nie ciągnie ich w wielki świat, nie mają kompleksów wobec przyjezdnych z miasta. Na tym jednak kończą się podobieństwa. Bullerbyn to biedna wieś, której mieszkańcy ciężko pracują i dzieci też muszą w tej pracy pomagać. Górki są wsią nowoczesną, ich mieszkańcy żyją właściwie tak samo jak w mieście, z tą tylko różnicą, że… na wsi. Dzieci nie muszą pasać krów czy pielić grządek, mają całe wakacje dla siebie. Zakładają nawet stronę internetową Górek, dzięki której wszyscy mogą się dowiedzieć jak jest u nich pięknie i ciekawie. Zwierzęta są w gospodarstwie po to, żeby turyści mieli co głaskać 😉 , a kury hoduje tylko babcia Malwinki bo ma małe wnuki. Gdyby nie to, jajka kupowałoby się w sklepie.

Jeśli szukacie lektury, z której wasze dzieci dowiedziałyby sie czegoś o letnich pracach na wsi (sianokosy, żniwa itp), to pomyliliście adres. Gdybyście natomiast chcieli przeczytać fajną książkę o beztroskich wakacjach sympatycznych dzieci, wtedy „W zielonej dolinie” jest tym, czego szukacie 🙂

Barbara Gawryluk „W zielonej dolinie”, ilustr.: Joanna Zanger – Kolat, wyd.: Literatura, Łódź 2005

Rodzina Pederwicków.

Rodzina Pederwicków.

Książka z podtytułem: Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu. Pisałam o niej 17 września 2007 roku.

Kiedy wybiera się miejsce na wakacje na ostatnią chwilę i w dodatku na niewidzianego, można się potem bardzo zdziwić. Zdarzyło nam się już kiedyś w podobnej sytuacji, trafić do pensjonatu położonego tuż obok torów kolejowych i z podjazdem tak stromym, że w zimie nie udawało tam się dotrzeć bez łańcuchów na koła (oczywiście nie było o tym mowy w ogłoszeniu 😉 ). Bywa też inaczej i, jeśli komuś szczęście sprzyja,może trafić… na przykład do pięknej posiadłości z ogromnym parkiem. To właśnie przydarzyło się pewnemu tacie i jego czterem córkom. 

Tytuł tej książki nieprzypadkowo brzmi tak, jak brzmi, choć na podstawie pobieżnego streszczenia spodziewać by się można innego. O – na przykład takiego: „Niezwykle wakacje w Arundel”. Chociaż opowiada ona o wakacjach, a były one naprawdę niezwykłe, to jednak tym, co jest w niej najważniejsze jest właśnie rodzina, a nawet dwie rodziny, krańcowo różniące się od siebie.

Tytułowa rodzina Pederwicków składa się z Taty i czterech córek: dwunastoletniej Rosalindy, jedenastoletniej Sky (o oczach niebieskich jak niebo), dziesięcioletniej Jane i czteroletniej Batty. Jest jeszcze Psisko (jak mogłabym pominąć ?) – równorzędny członek rodziny. Mama dziewczynek umarła wkrótce po urodzeniu Batty, ale, mimo że jej zabrakło, Penderwickowie nie są rodziną w rozsypce, jak w  ”Świecie do góry nogami”. Są zwartym i dobrze zorganizowanym organizmem, w którym każdy dobrze zna swoje miejsce i zasady w niej panujące. Na przykład – pilnowanie Batty jest zawsze obowiązkiem NOSP czyli Najstarszej Obecnej Siostry Penderwick i dzięki temu nigdy nie ma wątpliwości, na kim spoczywa odpowiedzialność za najmłodszą. Nie jest to może do końca sprawiedliwe wobec najstarszej z sióstr, ale w końcu nie od dziś wiadomo, że nie ma sprawiedliwości na tym najpiękniejszym ze światów 😉 Wszystkie decyzje Penderwickówny podejmują demokratycznie, zwołując SSP – czyli Spotkania Sióstr Penderwick, choć czasem są to SSSP, gdzie drugie S oznacza Starsze (czyli z wyłączeniem najmłodszej). Rytuał tych spotkań wymaga, aby rozpoczynać je od złożenia przysięgi na Honor Rodziny Penderwick. Dla nas może to brzmieć nieco górnolotnie, nawet śmiesznie, ale one traktują to ze śmiertelną powagą.

Honor… to pojęcie odchodzące już w zapomnienie, kojarzące się raczej z Rycerzami Okrągłego Stołu czy pojedynkami na pistolety niż ze współczesnymi dziewczynkami. Honor Rodziny… czy ktoś używa jeszcze tego sformułowania ? Ostatni raz w tym kontekście słyszałam chyba o Honorze Prizzich, ale jest to skojarzenie ze wszech miar nieprawidłowe 😉 Honor Rodziny Penderwick… jest czymś, co dotyczy wszystkich jej członków i za co wszyscy są w jednakowym stopniu odpowiedzialni. Jeśli jednej z sióstr zdarzy się coś, co rzuca cień na jej honor (i na Honor Rodziny także) – to cala rodzina działa na rzecz zmazania tej plamy.

Wszyscy razem, wspólnie – to słowa, które tworzą styl rodzinny Penderwicków. Zupełnie inaczej jest w rodzinie owego pewnego interesującego chłopca, o którym jest mowa w tytule. Jego rodzina też jest niepełna – składa się tylko z Jeffreya i jego Mamy, właścicielki Arundel. Jest ich tylko dwoje, a żyją zupełnie oddzielnie i niewiele o sobie wiedzą. Trzeba było dopiero pojawienia sie Penderwicków, żeby Mama dowiedziała się, czego naprawdę pragnie jej syn. Wcześniej brakowało mu odwagi, żeby przeciwstawić się planom, jakie miała wobec niego.

„Rodzina Pederwicków” bywa porównywana z „Tajemniczym ogrodem”. Tu także mamy wielki, pusty pałac oraz samotnego chłopca, cierpiącego z powodu braku zrozumienia u jedynego z rodziców, jakiego ma i… na tym właściwie podobieństwa się kończą. Zamiast jednej nieznośnej Mary mamy aż cztery wesołe dziewczynki i psa, a chłopiec jest zupełnie zdrowy. Atmosfera tej książki jest zupełnie inna – pogodniejsza, pełna słońca. Wszystko dobrze się kończy i to jest jeszcze jedno podobieństwo.

Ta książka jest uroczo staroświecka – nie tylko z powodu niedzisiejszego podejścia do pojęcia honoru. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przeszłości, co możemy poznać wyłącznie po tym, że bohaterowie nie używają telefonów komórkowych i piszą zwykłe papierowe listy, choć jakieś wzmianki o komputerach chyba też tam są. Poza tym nie znajdziemy tam żadnych odniesień do czasu zewnętrznego – tak jakby Arundel znajdowało się poza nim. Dzięki temu „Rodzina Penderwicków” jest książką ponadczasową i myślę, ze nie zestarzeje się szybko. Świat się może zmieniać, ale rodzina będzie zawsze – przynajmniej taką mam nadzieję.

P.S.   Pierwotnie ten wpis, kończył się pełną zdziwienia konkluzją: jak to się mogło stać, że w tym samym wydawnictwie, w tym samym czasie ukazały się  książki o Ammerlo, tak odmiennie traktujące sprawy honoru i uczciwości ? Zwrócono mi jednak uwagę, że tamte akurat wydało wydawnictwo Egmont (co można przeczytać także i tutaj, tylko trochę niżej). Mogę się tylko zarumienić ze wstydu za własne gapiostwo, a całą puentę niestety diabli mi wzieli 😦

Jeanne Birdsall „Rodzina Pederwicków. Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Jeanne Birdsall napisała do dziś pięć części cyklu o Penderwickach – w Polsce ukazał się jeszcze tylko tom drugi:

Jeanne Birdsall „Rodzina Penderwicków na Gardam Street”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Szopięta

Szopięta

Wpis z 25 lipca 2016 roku:

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci. Szopięta Praczęta…

Na wirtualnych półkach mojego Małego Pokoju z Książkami stoją już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiu, o fokach, a nawet o świstaku (edit: o nim jeszcze nie, ale niedługo także jego przypomnę 😉 ) – natomiast o szopach jeszcze nie było 🙂

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

– Pobawcie się z nami !

– Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. – Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest – sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać 😉

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie 😉 groźna Lisica…

„Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU 🙂

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam >>>tu, i >>tu,, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak 🙂

Świat według Vanessy

Świat według Vanessy

Wpis z 20 września 2012 roku. Książki już, zdaje się, kupić nie można, ale biblioteki są znowu otwarte 😉

„Świat według Vanessy” to pamiętnik licealistki – posiadaczki tego wyszukanego imienia. Jego autorka wychowała się w kiosku z prasą prowadzonym przez jej Mamę i czytać nauczyła się na kolorowych czasopismach. Są one jej główną lekturą i źródłem wiedzy o świecie, dlatego swój pamiętnik ubrała również w formę takiego magazynu.

Każdy numer „Świata według Vanessy” podzielony jest na działy tematyczne: LUDZIE, MODA, KARIERA, PORADY, ZWIĄZKI, WNĘTRZA etc.

Środkowa z moich córek (podówczas piętnastoletnia) czytała tę książkę podczas wakacji i co jakiś czas jęczała głośno „O rany, jak mnie wnerwia ta laska !!!” 😉

Nie dziwię jej się za bardzo, bo Vanessa rzeczywiście (przynajmniej na pierwszy rzut oka) nie jest postacią z jej bajki i trudno byłoby mi sobie wyobrazić przyjaźń między nimi. Mimo że tamta jest o rok starsza, to w porównaniu ze Środkową i jej przyjaciółkami wydaje się być… żeby użyć dobrego określenia… ciut ograniczona ?

No, ale zastanówmy się – kto miałby jej te horyzonty rozszerzyć ? Matka, której ambicje nie obejmują matury, a świat ogranicza się do kiosku, kolorowych pism i solarium ? Ojciec wykładający na półki towar w supermarkecie gdzieś w Anglii ? Szkoła ucząca głownie kompilowania wypracowań z cytatów ? Pisma, które czyta, a które robią wrażenie jakby były pisane dla idiotów przez idiotów (a spotkany przez nią dziennikarz tylko to wrażenie potwierdza) ?

Ludzie, z którymi styka się Vanessa, szufladkują ją natychmiast na podstawie jej wyglądu. Trudno przecież przypuszczać, że spalona w solarium nastolatka, z rozjaśnionymi włosami i tipsami, snująca się po galeriach handlowych i pachnąca drogimi perfumami, którymi spryskuje sie w drogeriach, może kryć w sobie interesującą osobowość 😉 Co gorsza – także ona sama widzi siebie jedynie poprzez pryzmat tej szuflady.

Na szczęście los stawia na jej drodze pewną starszą panią, która z racji wieku i życiowego doświadczenia umie zobaczyć w niej coś więcej…

Katarzyna Majgier „Świat według Vanessy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Kocie historie – trylogia

Kocie historie – trylogia

Wpis z 19 lipca 2007 roku. Lato było wtedy deszczowe, a w związku z remontem razem z Najmłodszą spędzałyśmy je w domu i wesoło nam raczej nie było. Chyba, że poczytałyśmy coś fajnego… 😉

Po tym, jak opisałam tu  ”Dżoka” i  „Świat do góry nogami”,  ktoś zapytał: Czy to ma związek z pogodą, że czytacie takie smętne książki ? Nie za smętne jak na wakacje ? Czytamy rozmaite rzeczy – ale w niewątpliwym związku z pogodą pozostawało to, że tylko o takich smętnych książkach chciało mi sie wtedy pisać.

Za to opowieści Tomasza Trojanowskiego o Zofii, Gienku i Hermanie są lekturą na każdą pogodę. Poprawiają humor: i w czasie deszczu, i w czasie tropikalnych upałów – takich jakie nas teraz nękają. Czytałyśmy je już nie jeden raz. Wystarczy, że otworzymy którąkolwiek z tych książek w dowolnym miejscu i zaczniemy czytać, a… wybuchy śmiechu murowane, mimo że doskonale wiemy co będzie następnej stronie.

Zaliczyłam je do książek kocich. Zrobiłam to z pewnym wahaniem, bo koty w nich opisywane są… jak by to powiedzieć.. mało kocie ? To nie są miłe futrzaki, chodzące własnymi drogami, a czasami pozwalające się poglaskać i mruczące przy tym miło. Kocuraki Tomasza Trojanowskiego przypominają raczej wygadane (żeby nie powiedzieć – wyszczekane 😉 ) dzieci, z masą szalonych pomysłów. Ich zabawy nie znają żadnych ograniczeń, a kończą się… No – z tym bywa różnie 😉 Oprócz wymienionej już trójki uczestniczą w nich jeszcze często Chłopaki zza Rogu i Brodacz Bogdan, a czasami także Króliki Dziadka. W następnych częściach, kiedy na świecie pojawia się imienniczka Najmłodszej z moich córek robi się jeszcze bardziej odjazdowo 😉

„Kocie historie” to lektura mocno nasycona humorem mocno absurdalnym – raczej dla dzieci starszych (z okolic zerówki), które są już w stanie go zrozumieć i docenić. Na potrzeby domowe zaadoptowałyśmy sobie stamtąd bardzo przydatne pojęcie: sytuacja kongo-bongo. Według słowa samego autora: Sytuacja kongo-bongo jest zawsze wtedy, kiedy tak jak teraz wdaję się z moim dzieckiem i z moimi kotami w dyskusję, z której na sto procent nic dobrego dla mnie nie wyniknie. Znam i ja takie momenty nie od dziś, a teraz już wiem, jak się nazywają 😉

Gwoli prawdy historycznej muszę jednak dodać, że trzecia część „Kocich historii” rozczarowała nas poważnie. Nie tyle samą swoją treścią, co jej ilością 😦 To jest kpina z pingwina, proszę Autora ! To jest nieliczenie się z rozbuchanymi apetytami czytelników ! Przeczytałyśmy w dwa wieczory i Najmłodsza zapytała – kiedy będzie następna część ? Też chciałabym to wiedzieć 😉

Edit: kolejnej części już się nie doczekałyśmy, ale wszystkie razem ukazały się jako audiobook w fantastycznej interpretacji Jarosława Boberka. Posłuchajcie !!!

Tomasz Trojanowski „Kocie historie”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2001

Tomasz Trojanowski „Juka i koty. Kocich historii część druga”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2004

Tomasz Trojanowski „Kocie historie – nowe przygody”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2006

8+2 i ciężarowka

8+2 i ciężarowka

Wpis z 6 lutego 2008 roku, który dotyczył wydania tej powieści w ramach kolekcji „Polityki” i fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Teraz i ta pierwsza część, i kolejne tomy cyklu (na razie pięć z siedmiu) z ilustracjami Marianny Oklejak ukazały się nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry.

Dziwię się sama sobie, że w ogóle kupiłam tę książkę, ale nie żałuję 😉 Akcja Cała Polska czyta dzieciom od dawna budziła we mnie uczucia ambiwalentne. Z jednej strony – oczywiście nie mam nic przeciw czytaniu dzieciom. Z drugiej – miałam poczucie, że w tej akcji zbyt wiele pary poszło w gwizdek gwiżdżący hasło: 20 minut dziennie. Codziennie., a zbyt mało w niej było refleksji nad tym, co właściwie czytać w tym czasie.

Poza tym bardzo nie lubię wszelkich serii, kolekcji, sprzedaży wiązanych i innych metod namawiania klientów do kupowania rzeczy, których w innej sytuacji by nie kupili. Tutaj zachętą do kupienia całej kolekcji jest napis CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM, który ułoży nam się na grzbietach książek – oczywiście pod warunkiem, że będą sobie grzecznie stały na półce w odpowiedniej kolejności.

Dlaczego więc ją kupiłam ? Może dlatego, że okładka z wesołą czerwoną ciężarówką, z rodzicami w szoferce i ósemką dzieci na pace wyglądała tak sympatycznie… Uświadomiłam sobie również, że rodziny do tego stopnia wielodzietnej jeszcze chyba w literaturze nie spotkałam.

Mieszkają w dużym mieście, w pokoju z kuchnią na ostatnim piętrze kamienicy. Żyją skromnie – dzieci początkowo śpią na materacach na podłodze, a odwiedzająca ich babcia na szafkach w kuchni. Mimo to są szczęśliwą, zgraną rodziną, która dobrze się czuje razem i potrafi miło spędzać czas. Zwykłe wydarzenia – wyjazd na wakacje, wesele sąsiadów, znalezienie psa czy przeprowadzka stają się niezwykłe dzięki ich pogodzie ducha i miłości, która ich łączy.

Wszystko w tej książce dzieje się zgodnie z zasadą: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet kradzież ciężarówki – żywicielki rodziny kończy się wręcz lepiej niż dobrze 😉 Nie tylko odnajdują samochód, ale jeszcze zyskują przyjaciela dla całej rodziny.

Brakowało mi w niej jedynie pewnej indywidualizacji dzieci. Cała ósemka nosi imiona na literę M i w dodatku są to imiona w większości w Polsce nie używane – Maren, Marcin, Marta, Mads, Mona, Milly, Mina i Morciszek. Dlatego trudno odróżnić te dzieci i zapamiętujemy tak naprawdę tylko Morciszka – bo jest najmłodszy i przez to najbardziej wyrazisty. Może gdyby tłumacz posłużył się tu imionami, które są w Polsce popularne, czytelnikom byłoby łatwiej, a tak – postrzegamy ich jak ośmioosobową całość.

Seria Fundacji ABCXXI i tygodnika POLITYKA stanowi krok w dobrą stronę – od uświadamiania dorosłym samej potrzeby czytania dzieciom w kierunku promowania dobrych książek do tego służących. Jednak, sądząc po stosach książek z tej serii zalegających w Empiku, czytelnicy Polityki nie są chyba odpowiednim targetem takiej akcji – mam nadzieję, że czytają swoim dzieciom bez specjalnego namawiania. Co innego, gdyby dokładano je do „Faktu” czy „Super Expressu”….

P.S. Nie rozumiem tylko kombinacji z tytułem tej książki. Spotkałam się już wcześniej z dwoma: „Ośmioro małych, dwoje dużych i ciężarówka” (to jest chyba dosłowny przekład oryginalnego tytułu) oraz „Sekret taty i ciężarówka”, pod którym wydała ją jakiś czas temu „Nasza Księgarnia”. Dlaczego tym razem wymyślono kolejny ???

Anne – Cath. Vestly „8+2 i ciężarówka”( Kolekcja książkowa CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” oraz tygodnika POLITYKA, tom V), przeł.: Adela Skrentini, wyd.:POLITYKA Spółdzielnia pracy, Warszawa 2007

Anne – Cath. Vestly „8+2 i ciężarówka”, przeł.: Adela Skrentini, ilustr.: Marianna Oklejak wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

czyli cykl Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, w którym przeprowadza ona swoich bohaterów od pierwszej klasy w saskokępskim gimnazjum, przez licea i studia do dorosłości.

Co prawda między wydaniem części pierwszej i ostatniej minęło piętnaście lat, a w tak zwanym międzyczasie nastąpiła reforma likwidująca gimnazja, więc można się zastanawiać, czy te książki się nie zdezaktualizowały, ale problemy, jakie się ma w tym wieku są ponadczasowe i niezależne od tego, jak się nazywa szkoła, w której się je przeżywa. O „Klasie pani Czajki” pisałam 29 kwietnia 2006 roku, to była dwunasta książka, która stanęła na ówczesnych półkach Małego Pokoju z Książkami.

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” ! – mówiła często Najstarsza z moich córek, widząc mnie przy komputerze. Dlaczego akurat o niej ? – pytałam. Bo jest fajna – taka prawdziwa i życiowa. No, skoro tak, to proszę bardzo…

„Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie… Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą.

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo zaćpanego. Szkoda – bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Najstarsza zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz już ma, bo polubiła swoją polonistkę 😉

Ta książka nie jest powieścią – składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

„Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Najstarszej pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że…) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy 😉

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Klasa pani Czajki skończyła gimnazjum i rozeszła się do szkół średnich. Część z nich trafiła do (również saskokępskiego) liceum imienia Bolesława Prusa i grono bohaterów kolejnej części cyklu powiększy się ich koleżanki i kolegów z klasy pani Janeckiej, ale nie tylko… Nowi coraz starsi bohaterowie, nowe problemy, które stawia przed nimi życie… Nieuchronne wchodzenie w dorosłość – dla jednych łagodniejsze, dla innych trudniejsze, bo nie zawsze mogą liczyć na wsparcie rodziców, a czasem sami muszą wejść w ich rolę.

Jakiś czas temu na jednym z książkowy forów w sieci zadano pytanie o książki opisujące życie młodzieży 18+ czyli takie rzeczywiste wchodzenie w dorosłość już pod skończeniu szkoły. Okazało się, że prawie nie ma takich. Ja sama kojarzę tylko owocowy cykl Izabeli Sowy oraz „Przyjaciół” i „Ślimaki z ogródka” Marty Madery, ale są to pozycje sprzed kilkunastu lat. Z nowości – przez chwilę miałam nadzieję, że taką powieścią będzie „Hodowla” Katarzyny Ryrych, jednak tam bohater co prawda jest już po studiach, ale powraca do miasteczka, w którym chodził do liceum, żeby się wewnętrznie rozliczyć z tamtym czasem.

Wynika z tego, że „Licencja na dorosłość” jest w kategorii literatury Young Adult zdecydowanym wyjątkiem, bo jej bohaterowie rzeczywiście mierzą się z problemami dorosłości. Niektórzy z nich mogą jeszcze funkcjonować w rodzinnych domach na prawach dzieci, nie troszcząc się specjalnie o materialną stronę życia, ale są też tacy, którzy studiują w innych miastach i tam (na przykład w konfrontacji z osobami, od których wynajmują miejsce do mieszkania) są zdani głównie na siebie. Ich związki to już nie są pierwsze nastoletnie miłości, konflikty z prawem też już grożą dorosłymi konsekwencjami – robi się coraz poważniej, ale też coraz ciekawiej.

Żegnamy się z bohaterami tego cyklu, kiedy obie klasy – i ta pani Czajki, i ta pani Janeckiej spotykają się w parku Skaryszewskim. Być może to ich ostatnie spotkanie w takim gronie, choć już kilku osób zabrakło. Część z nich za chwilę będzie pisało licencjat, ale czy to znaczy, że mają już tytułową licencję na dorosłość ?

Co to jest ten licencjat ? Maciek wiedział, że nie dla wszystkich oznacza koniec studiów. Nie jest też żadnym patentem na to, jak żyć, ani co robić ze swoim życiem. Jest etapem w podróży. Jednym z wielu takich, które nie rozwiązują niczego. Jest jak stacja przesiadkowa. Tylko który pociąg teraz wybrać ? Dokąd ? I jaki ? Nie dla wszystkich jazda ekspresem jest korzystna. Można przegapić jakieś ważne stacje.

Małgorzata Karolina Piekarska „LO-teria”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Małgorzata Karolina Piekarska „Licencja na dorosłość”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019