Ze wszystkich miejsc, w których nie byłam, najbardziej tęsknię do Paryża. Z jednej strony bardzo chciałabym tam pojechać, a z drugiej – obawiam się, że to, co zobaczę, nie dorówna moim wyobrażeniom o tym mieście. Utkałam je sobie z tego, co wyczytałam w książkach, zobaczyłam na obrazach, w filmach i wyobraziłam na podstawie muzyki, a zupełnie nie uwzględniam w swoich wizjach wielojęzycznych tłumów i zakorkowanych ulic.
Paryż z tej książki już nie istnieje. Jej autor – czeski emigrant, z wykształcenia architekt, od 1948 roku mieszkający w Monachium, gdzie pracował w Radiu Wolna Europa, w 1950 roku pojechał na urlop do Paryża. Tam przyszedł mu do głowy pomysł takiej książki – przewodnika dla dzieci.
Przed nami Paryż, stolica Francji. A w nim: pięć milionów mieszkańców, wielka rzeka – Sekwana, dziesiątki pomników, zabytkowych kościołów, muzeów i… tysiące kotów.
Przenosi nas ona w czasy, kiedy w każdym paryskim domu była konsjerżka, a policjanci w czarnych pelerynach jeździli po ulicach na rowerach i co drugi nazywał się Dupont 😉 Najlepsze jedzenie kupowało się w Halach, a na dziedzińcu Luwru nikt jeszcze nie przeczuwał szklanej piramidy. Tamtego Paryża już nie ma, ale może warto zobaczyć na własne oczy na ile ten obecny różni się od niego ?
Paryż jeszcze przede mną, natomiast z miast, w których byłam – najbardziej chciałabym wrócić do Londynu i Pragi. Dlatego z radością przywitałam kolejną książkę z cyklu zapoczątkowanego przez „Oto jest Paryż” 🙂 (Edit: do dziś ukazało się w sumie sześć części – także o Nowym Jorku, Wenecji, Rzymie i Monachium)
Smutnym paradoksem historii jest to, że tworząc książki o najpiękniejszych i najciekawszych miastach świata, Miroslav Sasek nie poświęcił żadnej temu, w którym się urodził i wychował. Dzieci, do których je adresował, żyły po drugiej stronie żelaznej kurtyny i szansa, że kiedyś odwiedzą Pragę jako turyści, była niewielka.
On sam nie dożył takich czasów, a ja cieszę się, że moje dzieci mogą bez problemu zwiedzać zarówno Pragę, jak i wszystkie miasta opisywane i narysowane przez niego.
Miroslav Sasek (tekst & ilustr.) „Oto jest Paryż”, przekł.: Maciej Byliniak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013
Wpis z 1 listopada 2008 roku, a książka przypomniała mi się teraz przy okazji „Prezentu dla Cebulki”.
Pełna ciepła książka obrazkowa przeznaczona dla tych wszystkich, który tęsknią za swoim tatą. (z okładki)
„Tato !” to książka, która strasznie mnie zasmuciła i długo nie mogłam się z tego stanu otrząsnąć. Jej bohaterem jest mały chłopiec, który siedzi w łóżeczku i myśli o swoim tacie. – Ciekawe, gdzie one teraz jest ? No właśnie – gdzie ? Mały Tomek wyobraża sobie wiele spraw związanych z tatą, ale to ciągle jest tylko jego wyobraźnia, w której tata jest oczywiście najwspanialszy, najdzielniejszy i ma piękny samochód.
Za
to moja wyobraźnia zaczęła tworzyć najrozmaitsze scenariusze
sytuacji rodzinnej Tomka. Czy ma pełna rodzinę, tylko tata wyjechał
gdzieś daleko za
chlebem ?
Czy jego rodzice rozwiedli się, chłopiec mieszka z mamą, a tatę
widuje od czasu do czasu ? A może w ogóle nie zna swojego taty ?
Czy tata wie, że jest jego tatą ? Czy mama w ogóle wie, kto nim
jest ? To ostatnie – to skutek niedawnego obejrzenia filmu
„Mamma mia” 😉
Tak
strasznie mi się było żal tego malca siedzącego samotnie w
łóżeczku i przytulającego do siebie małpkę…
Długo
zastanawiałam się, dla kogo jest ta książka ? Wydawało mi się,
że ten smutek, który ja odczuwałam, dziecku tęskniącego do
nieobecnego taty może tylko zaszkodzić. Nie bardzo wiedziałam też,
czy eksperymentować z nią na własnych dzieciach, więc sobie
leżała.
Długo jednak nie poleżała, bo Najmłodsza z córek (edit: wówczas ośmioletnia) wzięła sprawy (a raczej książkę) w swoje ręce, wygrzebała ją spod innych zaintrygowana ilustracjami* i przeczytała. Zapytana o wrażenia, mówiła głównie o czerwonym samochodzie (niezła fura, Mamusiu !). Smutku nie odczuwała, a na pytanie, gdzie jest ten tata, odpowiedziała bez wahania: „W pracy !” (co stanowi również odpowiedź na pytanie, gdzie najczęściej jest jej własny tata, kiedy go nie ma w domu 😉 ).
*
Ilustracje w tej książce są rzeczywiście niezwykłe – takie
niedzisiejsze. Kojarzą mi się ze starymi, przedwojennymi komiksami
i reklamami (troche przypominają też rzeźby Gustava Vigelanda w
Parku Frogner w Oslo). Nawet z początku myślalam, że „Tato
!” to
książka z tego okresu, ale nie – jest całkiem współczesna.
Svein Nyhus (tekst i ilustracje) „Tato !”, przekł.: Helena Garczyńska, wyd.: Ene Due Rabe, Gdańsk 2008
Czy wiecie, jak wielkich czynów może dokonać mały zajączek ?
I jak wiele odwagi mieści się w małym serduszku ?
Powiedzcie: Czy dzielność zależy od wzrostu ?
Czwórka
zajączków – bracia: Akordeoniusz,
Wiolinek, Zbębyszek i
tytułowy Jajuńciek –
wyrusza w świat, aby graniem
uczciwie zarabiać na swoją marchewkę.
Wędrując, trafiają do smutnego miasta, którego król
(rozczarowany tym, że poddani nie docenili jego kompozycji) zabronił
muzyki w ogóle….
Król wygłasza bardzo interesujące od strony lingwistycznej monologi, skrzące się od przekleństw typu Do jasnej symfonii !!! czy Dur-de-mol !!!, ale nie owe łamańce słowne są w tej książeczce najważniejsze. Tak naprawdę chodzi w niej o to, że prawdziwa odwaga nie zależy od rozmiaru. Jajuńciek jest najmniejszy z czwórki rodzeństwa, ale to właśnie on, niczym Dawid, przy pomocy swojego maleńkiego fletu jest w stanie pokonać groźnego króla.
Środkowa z moich córek czyta teraz „Chłopców z placu Broni” i jakoś tak mały, dzielny Nemeczek skojarzył mi się z Jajuńćkiem. Na szczęście tutaj wszystko dobrze się kończy. W tej bajce można również dostrzec ostrzeżenie przed tym, na co stać niedocenionego artystę, wyposażonego we władzę absolutną. Historia zna już takie przypadki 😉
Pawła Pawlaka znałyśmy dotychczas wyłącznie jaki znakomitego ilustratora. „Jajuńciek” jest jego pierwszą książką autorską i obawiałam się nieco, że tekst będzie tu tylko pretekstem dla ilustracji. Na szczęście obawiałam się niesłusznie. Po lekturze tej książeczki miałam kilka pytań do autora. Po pierwsze: skąd pomysł i potrzeba stworzenia książki autorskiej ? Czy każdy Ilustrator nosi w plecaku buławę Autora ? Po drugie: skąd imię Jajuńciek, które wydało mi się nieco zbyt dziecinne dla tak dzielnego zajączka ? Po trzecie wreszcie: dlaczego jest to bajeczka trochę irlandzka ?
Odpowiedź na wszystkie te pytania znalazłam zupełnie niespodziewanie w „Zwierciadle”, które zamieściło niezwykle sympatyczną opowieść o ilustratorskim małżeństwie Ewy i Pawła Pawlaków – ”Chcecie bajki ? Oto bajka” (niestety już niedostępną w sieci):
Któregoś dnia oboje uznali, że ilustrowanie przestało im wystarczać. Józef Wilkoń podpowiedział Pawłowi, że aby zainteresować wydawcę, warto mieć swoje, w całości własne dzieło.
Paweł:
– Zapadło mi to w serce i kiedy gdzieś w knajpie na serwetce
pojawił się zajączek, czułem, że muszę mu dopisać historię.
Tak powstał „Jajuńciek”, w ten sposób synek znajomych wołał na zajączki. Zainspirowała ich podróż do Irlandii, widzieli tam z Ewą wymarłą wioskę, którą mieszkańcy opuścili kiedyś z powodu głodu. Jajuńciek także wyrusza w świat za chlebem. W bajce jest irlandzka zieleń, irlandzka muzyka…
Teraz
już wszystko rozumiem, choć żeby tę irlandzką muzykę usłyszeć
trzeba mieć trochę wyobraźni 😉
„Jajuńciek. Bajeczka trochę irlandzka, którą napisał i narysował Paweł Pawlak”, wyd.: Muchomor, Warszawa 2005
W tym roku pierwsze dekoracje świąteczne w sklepach zobaczyłam jeszcze w październiku 😉 Teraz, kiedy Zaduszki już za nami, myślę, że przyszła pora, aby zacząć wstawiać na wirtualne półki Małego Pokoju książki wprowadzające nas w atmosferę Świąt. Będą się tu pojawiać, w takiej kolejności, w jakiej o nich w kolejnych latach pisałam. Mam nadzieję, że i w tym roku znajdę jakąś świąteczną nowość, która tutaj trafi 🙂
A wszystko zaczęło się od tej książki, o której pisałam 10 listopada 2006 roku 🙂 Pierniczków Silije nie robię już od kilku lat, odkąd córki wyrosły z zapału do ich pieczenia i dekorowania, ale gdybym miała je jeszcze kiedyś robić, to tylko według tego przepisu.
Święta za pasem, w supermarketach pojawiły się już choinki 😉 Kolęd co prawda jeszcze nie grają, a za oknami znów mamy jesień, ale czas najwyższy zaczyniać ciasto na pierniczki Silije. Pora zacząć myśleć o gwiazdkowych prezentach, a także o lekturach, które nas wprowadzą w atmosferę Świąt. Pierwsza, o której opowiem, jest już obecnie nie do kupienia, ale można ją znaleźć w bibliotekach i naprawdę warto to zrobić. Wśród wielu książeczek dla małych dzieci opowiadających w krótkich słowach historię Narodzenia Pańskiego – ta jest szczególna.
W „Wigilijnej opowieści” najważniejsze jest to, czego nie ma w tekście, a co jest na obrazkach. Jeśli poprzestaniemy tylko na jej przeczytaniu, będzie to króciutka historyjka o osiołku, który urodził się był w Nazarecie, a kiedy miał dziewięć miesięcy jego mama wyruszyła z właścicielami w długą podróż. Osiołek tak tęsknił za mamą, że opiekująca się nim dziewczynka wyruszyła ich śladem i przez Jerozolimę dotarli do Betlejem, gdzie w stajence odnaleźli Mamę Oślicę wraz z Maryją, Józefem i nowo narodzonym Jezusem. To, co jest sensem tej historii, rozgrywa się w tle. W dalszym planie, za oknami widzimy anioła, który zwiastuje pannie Maryi, Trzech Króli pogrążonych w rozmowie z Herodem i wreszcie anioły budzące pasterzy. A jakie piękne są te anioły !!! Jakby zeszły z ikon albo z obrazów Chagalla. Ilustracje Briana Wildsmitha są zupełnie inne od tych, które przyzwyczailiśmy się oglądać w bożonarodzeniowych książkach dla małych dzieci, wcale nie infantylne, a kiedy w końcowych scenach zaczyna padać śnieg, to w ogóle robi się tak… świątecznie. Zupełnie nie razi ten śnieg w Palestynie.
Aby
odnaleźć sens „Wigilijnej opowieści”, nie wystarczy tylko
przeczytać ją dziecku. Trzeba jeszcze uważnie obejrzeć z nim
ilustracje i porozmawiać o nich. Ta książka nie opowiada historii
Narodzenia Pańskiego – ona pozwala, aby rodzic opowiedział
ją sam.
Jest tylko jeden mały problem – efekt uboczny tej lektury. Dla moich córek oczywiste jest, że Maryja podróżowała na oślicy. Wszelkie wzmianki o ośle w innych książkach o tych wydarzeniach wywoływały natychmiastowy protest. To BYŁA Oślica, Mama Osiołka i nikt ich nie przekona do innej wersji. Przecież widziały na własne oczy 😉
Brian
Wildsmith „Wigilijna
opowieść” (ilustracje
autora), przekł.: Magda Koziej – Ostaszkiewicz, wyd.: Prószyński
i S-ka, Warszawa 1998
Wpis z 2 kwietnia 2015 roku. Książka przypomniała mi się teraz po tym, jak w czasie niedzielnego spaceru spotkaliśmy w pobliskim lesie takich spacerowiczów 😉
Ernest jest CAŁKIEM sporym łosiem. Jest tak DUŻY, że nie może wejść do środka tej książki…
W
jaki sposób sobie poradzi ?
Ernest wykazuje ogromną determinację usiłując zmieścić się w tej książce, ale niezależnie od tego, którą stroną by się nie przymierzał, coś mu do niej nie wchodzi.
A jednak (zdradzę puentę, ale myślę, że target tej książeczki raczej nie czytuje mojego bloga) – UDA się !!! Od czego ma się przyjaciół ?
Ale jak ? Tego już nie powiem 😉
„Ernest” to przeurocza książka o niekonwencjonalnym myśleniu, twórczym podejściu do życia i odwadze w przełamywaniu trudności. 🙂
Edit. 14 maja 2026 – „Król złodziei” został wznowiony przez Wydawnictwo Kropka w tym samym przekładzie co poprzednio, ale z innymi ilustracjami 😦
Wpis z 27 stycznia 2011 roku:
Gdy Wiktor po raz pierwszy usłyszał o Prosperze i Bo, w księżycowym mieście była jesień. Słońce odbijało się w kanałach i zalewało stare mury złotem, ale od morza wiał lodowaty wiatr, jak gdyby chciał przypomnieć ludziom o zbliżającej się zimie. W powietrzu czuło się już przedsmak śniegu, a jesienne słońce ogrzewało tylko skrzydła aniołom i smokom na dachach.
Wiktor Getz, detektyw. Śledztwa każdego rodzaju. – taki napis mieścił się na drzwiach jego biura. Estera i Max Hartlibowie właśnie kogoś takiego szukali. Kogoś, kto w labiryncie weneckich kanałów, zaułków, placów i mostów będzie potrafił odnaleźć dwóch małych uciekinierów. Po śmierci Mamy ich jedyną krewną była właśnie Estera, ale ona chciała zaopiekować się tylko młodszym z chłopców, starszego umieszczając w internacie. Bracia nie chcieli zostać rozdzieleni i uciekli – najprawdopodobniej do Wenecji.
Dlaczego akurat tam – przez całą Europę ? Bo ich Mama bez przerwy opowiadała chłopcom o tym mieście. Że są tu skrzydlate lwy i kościoły ze złota, że na dachach stoją anioły i smoki, a po schodach przy kanałach wychodzą nocami wodniki. (…) Wenecja, Wenecja, Wenecja ! MałyBo ciągle malował skrzydlate lwy, aProsper dosłownie chłonął każde słowo matki.
Wiktor sceptycznie podszedł do tego zlecenia. Nie wierzył, że chłopcom udało się dotrzeć do miasta, jednak okazało się to prawdą. Razem z kilkorgiem innych bezdomnych dzieci mieszkali w nieczynnym kinie „Pod gwiazdami”, a cała grupa pozostawała pod opieką tajemniczego Króla złodziei…
Tak zaczyna się ta książka, o której Najmłodsza z moich córek (lat obecnie 11) mówi moja ulubiona, a która wcześniej była też ukochaną lekturą córki Najstarszej. Książka niezwykła, na poły realna, na poły magiczna – tak jak niezwykłe, na poły realne, na poły magiczne jest to miasto.
Jeśli mogę tak stwierdzić na podstawie dwuosobowej próby moich córek – ta lektura rozpala apetyt na Wenecję i pozostawia jej niedosyt… Kiedy Najstarsza zaczęła domagać się kolejnych weneckich książek odkryłam z żalem, że ich właściwie nie ma 😦 Znalazłam jedną, ale w streszczeniu na okładce była mowa o walce armii weneckiej z silami egipskimi pod wodzą zmartwychwstałego z mumii faraona. W XIX wieku !!! Jest jeszcze „Vendela w Wenecji”, ale „Zakamarki” jakoś nie kwapią się z jej wydaniem 😦
Znalazłam też wtedy coś dla siebie – serię weneckich kryminałów Donny Leon i było to jedno z moich fajniejszych odkryć książkowych, a komisarz Guido Brunetti jest nadal moim ulubionym policjantem. Z każdym kolejnym tomem z radością spotykam się z nim, z jego żoną Paolą i ich dziećmi oraz jego współpracownikami z weneckiej komendy. W napięciu czekam na informację, co tym razem Paola przyrządziła na kolację, oraz na wzmianki o kreacjach signoriny Elettry. Wątki kryminalne są tam dla autorki – Amerykanki od lat mieszkającej w Wenecji jedynie pretekstem do opowieści o prawdziwym życiu w tym mieście – poza sezonem i w miejscach, gdzie nie docierają turyści. Oczywiście nie są to lektury dla nastolatków, ale jeśli prawie pełnoletnia Najstarsza będzie szukała czegoś do czytania, podsunę jej chyba „Śmierć w La Fenice”.
Najmłodsza na Donnę Leon będzie musiała jeszcze poczekać, ale dla niej „Król złodziei” miał inny ciąg dalszy. Jakiś czas temu trafiłam przypadkiem na ekranizację tej książki pod mylącym polskim tytułem„Złodziejaszki” (w oryginale i książka, i film noszą tytuł „Herr der Diebe”). Film na szczęście nie jest produkcją hollywoodzką tylko niemiecką i generalnie trzyma się treści książki. Wenecja jest tam prawdziwa, a nie zbudowana w atelier, a postaci wyglądają tak, jak je wymyśliła Cornelia Funke. Nie policzę, ile razy Najmłodsza go oglądała, ale jest to zdecydowanie jeden z jej ulubionych filmów.
Cornelia Funke „Król złodziei” (z ilustracjami autorki), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Egmont, Warszawa 2003
Edit. 14 maja 2026 roku
Dziękuję Wydawnictwu Kropka za egzemplarz recenzencki tej książki !
Bardzo ucieszyłam się z wiadomości o jej wznowieniu – szczególnie, że to jest ten sam przekład Anny i Miłosza Urbanów, co poprzednio. Szkoda mi natomiast autorskich ilustracji Cornelii Funke z tamtego wydania. Nowe, pod którymi podpisany jest Karol Kinal na pierwszy rzut oka wyglądają dobrze…
…jednak informacja o tym, że zostały wygenerowane przy pomocy Adobe Firefly czyli sztucznej inteligencji, budzi moje mieszane uczucia 😦
Cornelia Funke „Król złodziei” przekł.: Anna i Miłosz Urban, ilustr.: Karol Kinal (i Adobe Firefly) wyd.: Kropka, Warszawa 2026
Edit. 10.01.2025: Wydawnictwo Kropka zapowiedziało na luty tego roku wznowienie „Atramentowego serca” oraz kolejnych tomów tego cyklu. I tu niespodzianka !!! Autorka po latach dopisała jeszcze tom czwarty – jego tytułu jeszcze nie znamy.
„Atramentowe serce” to pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂
Wpis z 17 września 2007 roku:
Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…
Kim był ten człowiek ? Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???
Nic z tego, ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦
Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną.
„Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?
Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.
Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos…
Dlaczego ? Tego już musicie dowiedzieć się z książki… 😉
Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005
P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂
Wpis z 20 stycznia 2012 roku. To była pierwsza książka Tulleta, którą miałam w ręku. Potem były kolejne, ale żadna już nie spodobała mi się tak bardzo. Nie wiem, czy to kwestia tego, że ta była pierwsza, czy jest ona najbardziej uniwersalna ?
… czyli książka, która nie służy do czytania ! 😉
Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ?
Do naciskania, przekręcania potrząsania, klaskania…
A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:
„Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną na papier. Tak właśnie napisał o niej w Merlinie niejaki MarcoPolo, dodając jeszcze:to jest genialne w swojej prostocie! Dziecko bawi się z książką, która – prawie jak tablet/komputer – odpowiada na jego klaskanie, wciskanie, chuchanie..
I nie tylko dziecko 😉 Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy mając ją w ręku po raz pierwszy nie mogą się powstrzymać i także potrząsają nią i klaszczą. Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane.
Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już wyrasta się z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło do szukania go w głębi swojego jestestwa… Ale myślę, że wszystko przed nimi 😉
Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011
Mam, tak samo jak Ty // Miasto moje, a w nim: // Najpiękniejszy mój świat, // Najpiękniejsze dni…
Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.
Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.
Po
przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto.
Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku
na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem
było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam
wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i
wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.
Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.
Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !
Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.
Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.
Ale
dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta
towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na
poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w
książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.
I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.
Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012
Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014
„Lato Stiny” to książka, która pachnie wakacjami i to jakimi wakacjami !!!
Wystarczy spojrzeć na okładkę – mały domek nad samym morzem, przed nim stół nakryty staroświeckim obrusem w czerwoną kratkę, a na stole – świeżo złowiony okoń. Usmażony na maśle, z koperkiem i młodymi ziemniaczkami. Takie wakacje to ja rozumiem 🙂
Stinatak na oko ma jakieś pięć lat i spędza lato u swojego dziadka, który mieszka na niewielkiej, skalistej wysepce gdzieś u wybrzeży Szwecji – czyli szkierze. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy świadome nawiązanie do „My na wyspie Saltkrakan” Astrid Lindgren ? Tam też była Stina, która przyjeżdżała do dziadka…
Czytałam „Lato Stiny” siedząc na plaży na przeciwległym brzegu Bałtyku. Wokół mnie bawili się jej rówieśnicy i mogłam obserwować, jak bardzo różnią się ich wakacje.
Stina nie jest przywalona stosem zabawek – wiaderek, łopatek, foremek, dmuchanych krokodyli, delfinów, materacyków, latawców, piłek etc. W tej książce jak w „Fali” Suzy Lee – jest tylko dziewczynka i morze, fascynujące niezależnie od pogody. Dziadek nazywa ją czasem poszukiwaczką skarbów. Bo Stina bez przerwy szuka rzeczy, które wyrzuciło morze, albo takich, które po prostu leżą gdzieś i czekają, żeby je znaleźć. Piórka, patyki, dziwne słoiczki… Na wyspie można znaleźć naprawdę wszystko.
Nie
ma też obok siebie nikogo dorosłego, kto przeszkadzałby jej w
zabawie przebieraniem, smarowaniem kremem i namawianiem, żeby
koniecznie coś zjadła. Dziś z rozbawieniem obserwowałam takiego
upartego tatę, który biegał z bananem od jednego dziecka do
drugiego (a miał ich trójkę) – bez powodzenia i w końcu zjadł
go sam 😉
Stina ma Dziadka, który zabiera ja łódką na ryby, smaży je potem na obiad, milcząco towarzyszy jej zabawom, a wszystkie szalone pomysły wnuczki kwituje słowami: Co ty powiesz…
Tak samo reaguje także na zwariowane opowieści swojego przyjaciela Axla (Axela ?), nie bez powodu nazywanego Bujdą, który nie potrzebuje rumu szumiącego w głowie, żeby snuć niebywałe morskie opowieści. Wystarczą zwykłe kanapki z miodem, aby przypomniał sobie Wielki Medal Plastra Miodu, którym został odznaczony, a który to medal zatonął podczas piekielnego sztormu przy przylądku Horn… Kto chce, ten niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy… a na Stinie te historie robią większe wrażenie niż zapewne niejeden film, których z resztą nie ma gdzie oglądać, bo w domku Dziadka nie widać telewizora.
Oj,
marzą mi się takie wakacje z dala od cywilizacji, choć to, że w
tym roku campingowe Wi-fi dociera nawet do naszej przyczepy, ma też
swoje dobre strony 😉
Lena Anderson (tekst & ilustr.) „Lato Stiny”, przekł.: Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013