Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek

Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: obraz !!!

Gdy dzień zrównuje się z nocą, zima chowa swoje lodowate szydełko.

– Dobranoc – mówi i znika pod ziemią.

-Są ! Już są !- krzyczą na widok jaskółek dzieci.

-Dzień dobry! – wołają jaskółki. Przylatują z daleka, przynoszą wiosnę i opowieści z podróży po świecie.

To nie jest pierwsza autorska książka Marianny Oklejak – wcześniej było „Jestem miasto. Warszawa” i inspirowane polskim folklorem „Cuda wianki” i „Cuda niewidy”, ale dopiero tutaj Autorka naprawdę rozwinęła skrzydła 😉 „Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek” to publikacja w sensie geograficznym i znaczeniowym niebywale rozległa, dotykająca wielu tematów i spraw, dająca czytelnikowi ogromne możliwości, zarówno do działania, jak i do wyobrażania sobie.

W 28 umieszczonych na rozkładówkach ilustracjach Autorka ukryła nie tylko rozmaite informacje o jaskółkach, ich wędrówkach po świecie i miejscach, gdzie żyją. Czytelnicy znajdą na nich również rozmaite szczegóły do wyszukiwania i zadania do wykonania, a także opowieści, które mogą sobie, na podstawie tego, co tam widzą i co im w duszy gra, wymyślić i sami opowiedzieć. Marianna Oklejak podrzuca im tematy (na przykład: O małej dziewczynce, która była tak nieśmiała, że tańczyła tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył albo O tych, którzy cieszą się wbrew wszystkiemu), ale kto powiedział, że trzeba się do nich ograniczać ? W tych ilustracjach można znaleźć punkt wyjścia do dowolnie wielu historii.

„Tam i z powrotem” to książka, która pokazuje, że wyobraźnia jej Autorki jest równie bezkresna, jak to niebo, po którym latają jaskółki. Można spędzić nad nią wiele godzin i zawsze zostanie w niej coś jeszcze do odkrycia albo wymyślenia.

Marianna Oklejak (tekst i ilustr.) „Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2023

Jak Grinch skradł Święta !

Jak Grinch skradł Święta !

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: przekład !!!

Każdy mieszkaniec Ktosiowa // bardzo lubił czas Świąt.

A Grinch, co żył za Ktosiowem ? // Ależ SKĄD !

Twórczość Dr. Seussa to klasyka i kamień milowy amerykańskiej literatury dziecięcej. „Jak Grinch skradł Święta !” ukazało się w tym roku po polsku po raz pierwszy, ale jego bohater znany jest polskiej publiczności bardzo dobrze. Ta historia była ekranizowana aż trzy razy ! Ja również kojarzyłam go z filmów, choć żadnego chyba nie widziałam w całości. Kiedy niedawno przeczytałam tę książkę, zdziwiłam się podwójnie.

Po pierwsze tym, jak krótki jest to wiersz, biorąc po uwagę fakt, że na jego podstawie stworzono filmy pełnometrażowe. Po drugie i najważniejsze – tym, o co chodzi w tej historii. Na podstawie zwiastunów i fragmentów filmów, które widziałam, odniosłam wrażenie, że sprowadzają one sens (i istnienie) Świąt do prezentów, bez których nie mogą się one obejść. Tymczasem nic bardziej mylnego !!!

Grinch kradnie prezenty z wszystkich domów Ktosiowa i liczy na to, że w ten sposób nie dopuści do Świąt. Stało się jednak inaczej: Choć Ktosie z Ktosiowa // i duzi, i mali, // prezentów nie mieli, // to wszyscy – śpiewali ! // Albowiem nie zdołał // powstrzymać Grinch Świąt. // Nadeszły i tak. // Ale jak ? Ale skąd ?

Bardzo podoba mi się konkluzja tej całej historii: Być może nieważne, czy prezent masz w ręce, // bo w Świętach, cóż, chodzi o coś… o coś więcej. Podoba mi się, bo zostawia kwestię tego, czym jest to coś więcej, otwartą i każdy czytający może sobie dopowiedzieć to, co dla niego jest w nich ważne. Zmieści się tam zarówno interpretacja religijna, jak i świecka – z wyjątkiem tej, że chodzi w nich WYŁĄCZNIE o prezenty, oczywiście !

Ja i moje córki zetknęłyśmy się pierwszy raz twórczością Dr. Seussa ponad 20 lat temu w warszawskim teatrze „Lalka” na przedstawieniu „Słonia, który wysiedział jajko” w przekładzie Stanisława Barańczaka. Spektakl ten (podobnie jak książka) stawiał widzom pytanie o to, który rodzic jest prawdziwszy – biologiczny, który począł, a potem zostawił, czy ten, który jajko wysiedział (czytaj: wychował). Dzieci obecne w teatrze musiały wydać wyrok niemal salomonowy – komu należy się tytułowe jajko ? Ptakowi czy słoniowi ? Swoją drogą – zawsze mnie intrygowało, jak aktorzy wybrnęliby z sytuacji, w której dzieci (inaczej niż autor) opowiedziałyby się za więzami krwi ?

Potem kupiłyśmy „Kota Prota” i była to jedyna z książek Dr. Seussa, którą czytałam moim córkom na głos. Po kilku latach zaczęły się ukazywać następne – już z wersją audio. Kiedy pierwszy raz usłyszałam jak wspaniale interpretuje je na płytach dołączonych do książek Zbigniew Grochal, wymiękłam i uznałam, że wobec takiej konkurencji kapituluję 😉 Te wiersze w oryginale są dość proste. „Kot Prot” czyli „The Cat in the Hat” składa się z 223 słów podstawowych i nadaje się do czytania już przez dzieci początkujące w tej sztuce. W przekładzie Stanisława Barańczaka natomiast… No cóż – podobno z przekładami jest jak z kobietami: albo są wierne, albo piękne 😉 Barańczak postawił na urodę. Do absurdalnego humoru oryginału dołożył jeszcze popisy elokwencji i giętkości języka. Mamy tam więc na przykład stentorowy pisk rybki, która woli raczej zaśniedzieć w stęchłej wodzie słoika, niż być składnikiem listy ofiar ekwilibrysty czy innego szkodnika... (uff !!!) Zbigniew Grochal radził sobie z tymi słownymi hołubcami po mistrzowsku, ani na moment nie wypadając z rytmu 😉 Chapeau bas !!! (Ja dostawałam zadyszki po trzech stronach przeczytanych ciurkiem 😉 )

Na płytkach dołączonych do książek znajdowała się zawsze również wersja oryginalna tekstu – czytana przez samego pana Roberta Gamble’a, założyciela wydawnictwa „Media Rodzina”. Jeśli moje córki nie zasnęły wcześniej, to jego spokojny, głęboki głos usypiał je niezawodnie.

Myślę, że Michał Rusinek, zabierając się za przekład „Jak Grinch skradł Święta !”, miał zadanie podwójnie trudne, bo musiał sprostać nie tylko wielkości jej Autora, ale także porównaniu z tym, jak wcześniej z jego wierszami radził sobie Stanisław Barańczak. Udało mu się to znakomicie i mam nadzieję, że na tym nie poprzestanie ani on, ani Wydawnictwo Kropka 🙂

Dr. Seuss (tekst & ilustr.) „Jak Grinch skradł Święta !”, przekł.: Michał Rusinek, wyd.: Kropka, Warszawa 2023

oraz:

Dr. Seuss (tekst & ilustr.) „Słoń, który wysiedział jajko”, przekł.: Stanisław Barańczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

Dr. Seuss (tekst & ilustr.)„Kot Prot”, przekł.: Stanisław Barańczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

P.S. grudzień 2024

Nakładem Wydawnictwa Kropka ukazała się kolejna książka z Grinchem w roli głównej. Wygląda nieźle, ale bliższe oględziny wykazały, że, wbrew temu, co sugerowała okładka, jej autorem wcale nie jest zmarły w 1991 roku Theodor Seuss Geisel (który ukrywał się pod pseudonimem Dr.Seuss) tylko Alaistar Heim. Ilustracje wzorowane na oryginalnych wykonał Aristides Ruiz.

Efekt tej współpracy jest, mówiąc najoględniej, taki sobie. Doceniam to, że Michał Rusinek starał się bardzo przekładając to na polski, ale no cóż… jak nie ma za bardzo co przekładać, to nic się nie poradzi 😦

Pustka

Pustka

Puk, puk.

Kim jesteś ?

Jestem pustką po Twoim kocie…

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Marianna Sztyma opowiada w „Pustce” o stracie i jej przeżywaniu. Jest w tej książce spokój, pogodzenie z nieuchronnym i namysł nad tym, czym jest tęsknota za kimś, kogo straciliśmy. W tej historii jest to kot, ale przecież może być to także człowiek, pies, chomik albo jeszcze ktoś inny, kogo obecność była dotychczas ważną oczywistością w życiu.

Ktoś tutaj był i był, // a potem nagle zniknął // i uporczywie go nie ma.*

„Pustka” to książka autorska, a więc taka, w której Autor mówi do nas językiem i słów, i obrazów. Dopełniają się one i uzupełniają tworząc nierozdzielną całość.

Tytułowa pustka to zagadka ontologiczna – coś, co równocześnie jest i czego nie ma. To te chwile, kiedy zdarza nam się widzieć kątem oka cień osoby, której już nie ma, tam gdzie przywykliśmy ją widywać. I kiedy przechodząc najwęższym miejscem korytarza odruchowo patrzymy pod nogi, żeby nie potknąć się o psa, który tam zawsze leżał. To łzy i wspomnienia, których nie trzeba się bać, nie trzeba ich tłumić w sobie.

Pustka to smutek, pamięć i pogodzenie z odejściem. Najważniejszą prawdą, którą wynosimy z tej opowieści, jest to, że pustka po kimś naprawdę bliskim nigdy nie znika. Pozostaje z nami na zawsze, choć oczywiście odczuwamy ją już dużo mniej, ale jest – choć maleńka. I to bardzo dobrze – bo jeśli przestalibyśmy ją odczuwać, to znaczyłoby, że ta osoba zniknęła w niebycie, że jej już nie pamiętamy.

A jeśli tak by się stało, to czy znaczyłoby to, że jednak nie była dla nas ważna ?

Marianna Sztyma „Pustka”, wyd.: Kropka, Warszawa 2023

* To oczywiście cytat z wiersza Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”

Jedynaczka

Jedynaczka

Książka nominowana i NAGRODZONA w kategorii: komiks Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA 2022 !!!

W kategorii: komiks Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA mieszczą się nie tylko komiksy typowe czyli takie, w których opowieść zawarta jest w obrazach oraz w tzw. dymkach z tekstem. Jest w niej także miejsce dla książek, w których tekstu nie ma w ogóle, a cała historia mieści się w tym, co pokazują obrazy. Taka właśnie jest „Jedynaczka”.

Na półkach Małego Pokoju z Książkami jest to (po „Fali” i „Przybyszu”) trzecia tego rodzaju powieść obrazowa. Autorami wszystkich są osoby pochodzące z krajów Dalekiego Wschodu. Suzy Lee jest Koreanką, Shaun Tan – Australijczykiem pochodzenia malezyjsko – chińskiego, a Guo Jing – Chinką.

We wstępie do „Jedynaczki” napisała: Opowieść w tej książce to fantazja, odzwierciedla jednak bardzo realne uczucia izolacji i samotności, których doświadczyłam, dorastając w Chinach lat osiemdziesiątych, w czasach obowiązywania polityki jednego dziecka.

Kiedy byłam mała, mama i tata musieli pracować na utrzymanie rodziny, więc w ciągu dnia opiekowała się mną Nai Nai, czyli babcia. Ale i tak czasami, gdy rodzice spieszyli się do pracy lub Nai Nai była zajęta, zostawałam w domu sama. To doświadczenie było wówczas powszechne w wielu rodzinach. Należałam do bardzo samotnego pokolenia dzieci.

Jedynacy są samotni nie tylko w Chinach, wiem coś o tym. Dlatego ta książka już tytułem zwróciła moja uwagę. Jedynacy są ubożsi o ten szczególny rodzaj uczuć, które się ma do rodzeństwa, bo to są jedyni ludzie, z którymi trzeba się dzielić rodzicami i jedyni, z którymi do końca łączą nas wspomnienia domu i rodziców właśnie. Ale może dlatego jedynacy mają w sobie więcej przestrzeni na wyobraźnię, na własne światy…?

Guo Jing napisała też: Pewnego razu – miałam wtedy sześć lat – tata przed wyjazdem do pracy wsadził mnie do autobusu do babci. Zasnęłam, a kiedy się obudziłam, autobus był prawie pusty. Spanikowałam i uciekłam. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, więc ruszyłam przed siebie. Szłam we łzach, podążając za siecią trakcyjną trolejbusu. Na szczęście znalazłam drogę powrotną na ulicę, która wyglądała znajomo i wreszcie po trzech godzinach dotarłam do domu babci.

Historia w tej książce zaczyna się i kończy tak samo. Mała dziewczynka nudząc się w domu sama decyduje się pojechać do babci, ale wysiada w zupełnie innym miejscu. Rusza więc przed siebie, aby odnaleźć drogę powrotną, a to co dzieje się potem, to wspaniała przygoda, która może wydarzyć się tylko w wyobraźni…

Ilustracje Guo Jing utrzymane są we wszystkich możliwych odcieniach szarości – nie tylko wtedy, kiedy jest na nich smutne, przemysłowe miasto, w którym mieszka dziewczynka. Dzieciństwo urodzonej w 1983 roku autorki było właśnie takie szare, pewnie nawet bardziej niż moje w PRL. Zastanawiałam się, dlaczego nie sięgnęła po kolory tam, gdzie jej bohaterka przeżywa fantastyczne przygody i doszłam do wniosku, że wychowywana w szarości po prostu ich nie zna. Najważniejsze jednak jest tam to, że w końcu wraca do domu i może przytulić się do mamy, bo miłość i bezpieczeństwo nie potrzebują kolorów.

Gdy dorosłam, zdałam sobie sprawę, że łatwo się zgubić, ale jeśli dobrze poszukam, zawsze istnieje ścieżka – jak linia trolejbusowa – prowadząca do domu…

Guo Jing „Jedynaczka”, przekł.: Raraku.pl, wyd.: Mandioca, Warszawa 2022

Beskid bez kitu i Beskid bez kitu. Zima

Beskid bez kitu i Beskid bez kitu. Zima

Książka „Beskid bez kitu” jest laureatką Nagrody imienia Ferdynanda Wspaniałego oraz nagrody graficznej w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY

została też wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

Natomiast „Beskid bez kitu. Zima” w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY otrzymała (przyznaną pierwszy raz w historii) nagrodę literacko – graficzną przyznaną wspólnie przez oba gremia jurorskie

była też nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: obraz

oraz została wpisana na Listę Honorową IBBY 2024 !!!

Bywa czasem tak, że po pierwszym kontakcie z książką mam ochotę ją (mówiąc kolokwialnie) zjechać, bo zupełnie mnie nie przekonuje, nie rozumiem, o co w niej chodzi i po co w ogóle powstała. Tak było z pierwszą częścią tego cyklu. Początkowo wzbudziła mój opór – ilustracjami jak z elementarza Falskiego (cytat z niego rozpoczyna zresztą tę książkę) i akcją letniej części osadzoną w głębokim PRL-u, a jesiennej bardziej współcześnie. Nie ogarniałam zamysłu Autorki, żeby właśnie w ten sposób opowiadać o Beskidach. Na szczęście przyjęłam zasadę, że (z małymi wyjątkami) dla książek, które mi się nie podobają, nie ma miejsca na pólkach Małego Pokoju z Książkami, więc odłożyłam ją i zajęłam się innymi.

Kiedy ukazał się „Beskid bez kitu. Zima” i kiedy dowiedziałam się, że będzie jeszcze trzecia część, zaczęłam wreszcie rozumieć, o co chodzi w tych książkach i dlaczego Maria Strzelecka zdecydowała się na taką kolejność tej podróży w czasie.

W uzasadnieniu nominacji w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA znalazły się następujące słowa: Ilustracje, które możemy podziwiać, to miłosne listy do Beskidu Niskiego wyryte na lipowych deskach. Cały ten cykl (łącznie z tą ostatnią częścią, która jeszcze nie powstała) jest wyrazem miłości Autorki i jej fascynacji Beskidem, w którym ma swoje miejsce i spędza tam sporo czasu.

Kiedy to zrozumiałam, dałam się uwieść jej zachwytowi beskidzką przyrodą oraz etnograficzną starannością w odtwarzaniu realiów życia, którego już nie ma. Zdołałam przymknąć oko na nieścisłości fabularne, które początkowo mnie denerwowały i utrudniały lekturę. Dziwiły mnie żniwa w czerwcu i nadal nie wiem, czy są one możliwe. Trochę złościło mnie to, że w części zimowej niemal wszyscy dorośli robią wrażenie, jakby się z rozumem rozstali. Jednak czytelnikom, do których są one adresowane, zapewne to nie przeszkadza, jest natomiast niezbędne, żeby wydarzyło się to,co jest tam najważniejsze – czas, który Terka spędza sam na sam z babcią Teklą (i przyrodą) oraz samotna zimowa wyprawa dziewczynek.

Zrozumiałam, że kolejność tej wędrówki w czasie oddaje to, jak sama Autorka poznawała Beskid. Pierwszą część cofnęła nieco w przeszłość, żeby mogła tam się znaleźć babcia Tekla, której zapewne już by nie było wtedy, kiedy Mania była w wieku Terki, a która jest postacią dla całej tej historii kluczową, łączącą przeszłość z teraźniejszością. Dla realiów ówczesnego życia to przesunięcie nie miało wielkiego znaczenia, bo nie zmieniły się one jakoś bardzo między latami sześćdziesiątymi a osiemdziesiątymi XX wieku. Przynajmniej z punktu widzenia żyjącej tam siedmiolatki.

Druga połowa pierwszego tomu to już jest ten Beskid, który dorosła Maria Strzelecka pokazuje swoim dzieciom. Niemal bezludny, ze śladami dawnego życia coraz mniej widocznymi, ale nadal z przepiękną przyrodą. Ilustracje, które towarzyszą tej historii są nieco nowocześniejsze.

„Beskid bez kitu. Zima” to podróż w czasie jakieś sto lat wstecz, do czasów, w których Beskid był pełen wiosek, na które składały się łemkowskie chyże oraz cerkwie, czasów, w których zimy były mroźne i śnieżne…

Czas trwał zamarznięty. Odmierzały go jedynie pękające na mrozie drzewa i pohukiwanie sów. Po trzecim trzasku i siódmym hu-huknięciu chmura i księżyc spotkali się, zrobiło się ciemniej i ciszej. Znikły cienie, a ptak zeskoczył z krawędzi bukowej „wieży”, kilka razy bezszelestnie uderzył potężnymi skrzydłami i poszybował w dół doliny.

Znał ją dobrze, a mimo to wydawała mu się teraz całkiem nowa, jakby dopiero co wyłoniła się spod lodu zupełnie biała i nieodkryta. Las i wieś zatarły swoje granice. Znikły droga, potok i przecinające go ścieżki, znikły pola, płoty, dachy i studnie, wszystko, co miało ostre krawędzie, stało się obłe i miękkie i znikało coraz bardziej i bardziej z każdym dniem padającego śniegu. Może niedługo cała dolina wypełni się bielą i wyrówna do poziomu otaczających wzgórz.

Tę część Maria Strzelecka zilustrowała drzeworytami, do których wykorzystała deski ze starych beskidzkich drzew. Miałam przyjemność mieć w ręku te klocki i widziałam, jak powstają odbitki. Nie zdawałam sobie sprawy jak trudna i żmudna jest to technika i ile czasu potrzebne jest na zrobienie jednej ilustracji. Do każdego koloru powstaje oddzielna matryca, a na niej w lustrzanym odbiciu wyrzeźbione jest tylko to, co na ilustracji ma być w tym kolorze. Poszczególne matryce muszą być idealnie spasowane – i na etapie rycia, i na etapie odbijania, żeby się na ilustracji kolory nie rozjechały. Po odbiciu jednego koloru odbitka musi dokładnie wyschnąć, żeby się nic nie rozmazało, więc zrobienie kolorowej ilustracji wymaga kilku dni.

Jeżeli chcecie zobaczyć, jak to się robi – zajrzyjcie —>>> tutaj

Drzeworyt to technika rzadko używana w ilustracji dziecięcej. Z własnego dzieciństwa kojarzę chyba tylko „Klechdy domowe” zilustrowane przez Zbigniewa Rychlickiego. Jednak właśnie ta technika, jak żadna inna, wyjątkowo pasuje do życia opisywanego w zimowym „Beskidzie bez kitu” – ono też był mozolne i trudne, nieśpieszne, ale bliskie natury i dlatego piękne.

Maria Strzelecka pracuje teraz nad ostatnią, wiosenną częścią tego cyklu. Znów spotkamy się tam z Teklą, tym razem dorosłą. Czekam niecierpliwie i zastanawiam się, po jaką technikę sięgnie tym razem, żeby swoją opowieść zilustrować.

Edit: trzecia część już się ukazała – znajdziecie ją —>>>tutaj

Maria Strzelecka „Beskid bez kitu”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2020

Maria Strzelecka „Beskid bez kitu. Zima”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2022

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

„Dynastia Miziołków” Joanny Olech to książka, którą można już zaliczyć do klasyki polskiej literatury dla niedorosłych. Powstała w poprzednim wieku (a nawet tysiącleciu !) i najpierw ukazywała się w odcinkach w Świecie Młodych. Był to rok 1993 i pismo właśnie kończyło swój wieloletni żywot (absolutnie nie z winy Miziołków !!!). Tę wersję zilustrowała Magda Jasny (która stworzyła także Wiercipiętka z rodziną). Potem było wiele wydań książkowych w kilku wydawnictwach. Większość ilustrowała chyba sama Joanna Olech, ale ja mam do dziś wersję z ilustracjami Pawła Pawlaka , wydaną przez nieodżałowane Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, zaczytaną przez moje córki.

O tym, że ta książka pomału staje się klasyką, świadczyć może choćby to, że jej fragmenty wielokrotnie były umieszczane w podręcznikach. Wydaje mi się też, że przez krótki czas cała „Dynastia Miziołków” była lekturą szkolną, ale nie jestem tego pewna. A teraz po prawie trzydziestu latach doczekaliśmy się kolejnej części…

Nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy to, że się w ogóle ukazała, czy też fakt, że trzyma poziom poprzedniej ? Ma dobre tempo, ciekawie i prawdziwie skonstruowane postaci i sytuacje, a przede wszystkim – jest dowcipna. Pierwszy raz popłakałam się ze śmiechu, kiedy czytałam o wcześniejszym powrocie rodziny z ferii, drugi – podczas poloneza na studniówce Miziołka, potem przestałam już liczyć… szczególnie odkąd w rodzinie pojawiło się mocno nietypowe zwierzątko domowe imieniem Franio. Nie chciałabym spoilerować za bardzo, ale każdy, kto widział okładkę, może zauważyć, że Franio jest szopem. Nie powiem nic więcej, sami możecie się domyślić, że nudno z nim nie jest 😉

Autorka dokonała pewnego zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo co prawda w świecie Miziołków od poprzedniej części minęło jakieś osiem lat, jednak akcja kolejnej rozgrywa się nie w realiach początku wieku, tylko całkiem współcześnie. Ale w tych książkach nie chodzi o realia (one pozostają tłem), tylko o relacje – między członkami rodziny oraz między nimi a światem zewnętrznym.

Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że „Dynastia Miziołków” była krytykowana za (rzekomy) antyfeminizm. Dla mnie był to zapis świadomości i widzenia świata nastolatka w apogeum jego krytycznego stosunku do wszystkich i wszystkiego. Taki wiek po prostu. Miziołek opisywał równie złośliwie zarówno koleżanki jak i kolegów. Tak samo postrzegał rodziców, ich znajomych, sąsiadów i nauczycieli. Podobny ogląd świata prezentuje teraz Kaszydło.

Ostatni wpis Kaszydła w sposób niespecjalnie zaowalowany zapowiada możliwość kolejnej części. Rodzina przecież na niej się nie kończy. Mam tylko nadzieję, że Autorka nie każe nam czekać na nią kolejne trzydzieści lat !!!

Joanna Olech „Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !” z ilustracjami Autorki wyd.: Literatura, Łódź 2022

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Plac Słoneczny 4, Warszawa 1997

Nikifor

Nikifor

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: fakt oraz nominowana do Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego !!!

Co można zrobić, mając do dyspozycji tak skromny zestaw narzędzi? Szkolne farbki o podstawowych kolorach, ołówki, kredki, klej, nożyczki, temperówkę, butelkę z wodą, pieczątki z podpisem i skrawki papieru ?

Można stworzyć cały świat, góry i lasy, wsie i miasta, piękne budowle i wijące się tory kolejowe, olśniewające zachody słońca, pochmurne dni i gwiaździste noce. Można namalować ludzi dobrych i złych, całe zastępy świętych i siebie samego.

Takimi narzędziami Nikifor, malarz z Krynicy, pracując każdego dnia, wymalował własny lepszy świat...

Przez długi czas postać i twórczość Epifaniusza Drowniaka zwanego Nikiforem znane były tylko wąskiemu gronu osób zainteresowanych sztuką naiwną oraz bywalcom Krynicy. Zmienił to dopiero film Krzysztofa Krauzego z genialną Krystyną Feldman w roli tytułowej, ale to było prawie dwadzieścia lat temu. Dlatego z radością przywitałam ukazanie się tej książki.

„Nikifor” to trzecia autorska publikacja Marii Strzeleckiej. Wszystkie ukazały się nakładem rzeszowskiego wydawnictwa Libra PL, które na swojej stronie pisze, że wydaje książki skupione głównie wokół dziedzictwa kulturowego, historycznego i przyrodniczego Karpat i Podkarpacia. O dwóch częściach „Beskidu bez kitu”, które ukazały się wcześniej, napiszę innym razem, bo wywołały u mnie tak zwane uczucia mieszane (edit: napisałam —>>> tutaj ) Natomiast o tej trzeciej mogę napisać tylko dobre rzeczy.

Autorka jest absolwentką (a nawet doktorem !) Akademii Sztuk Pięknych. Po mistrzowsku wiąże tu to, co było nierozerwalnie związane – twórczość Nikifora z jego życiem. Pokazuje, w jaki sposób wpływało na nią miejsce, gdzie żył, skąd czerpał inspiracje i wzory. Opisuje to nie tylko słowami, ale także ilustracjami inspirowanymi pracami swojego bohatera, zestawiając je z reprodukcjami jego obrazów.

Maria Strzelecka ustrzegła się przed infantylizacją, a wiedza, którą przekazuje, mimo że dość podstawowa, może być interesująca także dla starszych. Ta książka jest zachętą i dobrym wstępem do tego, żeby się wybrać do Krynicy, gdzie czeka nie tylko pomnik Nikifora i muzeum jego prac. Można przy tej okazji zobaczyć krajobrazy i miejsca, które go inspirowały oraz odwiedzić cerkiew, bo (jak dowiadujemy się od Autorki) jedyną sztuką, z jaką miał kontakt były ikony. Bardzo interesująco pokazany jest ich wpływ na jego twórczość.

Reasumując – „Nikifor” to piękna i inspirująca książka dla czytelników niemal w każdym wieku. I na każdą porę roku, bo w Krynicy zawsze jest pięknie !

Maria Strzelecka „Nikifor”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2022

Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem

Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem

Książka nominowana do  Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego !!!

Spotkałem kiedyś małą dziewczynkę.

– Narysuj mi mnie ! – poprosiła, gdy usłyszała, że ilustruję książki.

– Czyli co dokładnie ? – Nie byłem pewien, co ma na myśli.

– Jak robię „widoczki” albo jak znajduję BMW, albo jak przeganiam pana Pudla, albo jak…- i tak zaczęła opowiadać mi różne historie.

Z początku wszystko rysowałem (to umiem najlepiej), ale dziewczynka mówiła tak dużo, że nie nadążałem i zacząłem jej opowieści spisywać (bo pisze się krócej i łatwiej niż rysuje).

Dziewczynka miała na imię Felcia, a ta książka jest spełnieniem jej prośby – napisał na okładce Paweł Pawlak.

Myślę, że spotkał swoją bohaterkę we wspomnieniach z dzieciństwa pewnej osoby, która ma na imię trochę inaczej, ale wygląda podobnie 😉 A jej dzieciństwo przypadło na czas, który przypadkiem był także czasem mojego dzieciństwa, więc poczułam się w tej książce całkiem swojsko. Choć jestem od Felci nieco młodsza, bo do szkoły poszłam dwa lata później, realia tych czasów pamiętam bardzo dobrze.

Tak samo jak ona chodziłam po zakupy z siatką z siatki i zarzucałam ją sobie na plecy. Kiedyś zrobiłam to z dużym rozmachem, a siatce niestety nie było Serabiałegopełnotłustegoniekwaśnegowkostcenapierogipółkilo tylko truskawki mocno dojrzałe, więc miałam na plecach wielką czerwoną plamę, a w domu… Lepiej nie wspominać 😉

Tak samo jak ona wisiałam też na trzepaku – czasem na górnej jego części i kompletnie nie rozumiałam, czemu Babcia, widząc to z okna, złościła się na mnie.

„Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem” to opowieść o dzieciństwie – szczęśliwym i bezpiecznym, takim jakie może się przydarzyć w każdych czasach. Ale to, że takie było, widzi się i docenia dopiero z perspektywy wielu lat. To jednak także opowieść o czasach bardzo konkretnych – latach sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, może bez zbytniego zagłębiania się w realia społeczno-polityczne, za to z wieloma szczegółami, które bez trudu rozpozna każdy, kto wtedy żył w PRL. Szczególnie wiele takich smaczków można znaleźć na ilustracjach. Kiedy zobaczyłam mieszkanie rodziców Felci, poczułam się trochę tak, jakbym wróciła na ulicę Bukową w Bydgoszczy, gdzie wtedy mieszkaliśmy. U nas też były takie fotele, jeden nawet jest do dziś u mnie w domu. Szafka i lampa pod sufitem także wyglądają znajomo, a na ścianach też mieliśmy podobny kilimek. Tylko reprodukcja Chełmońskiego się nie zgadza, u nas wisiał (o ile dobrze pamiętam) Wyspiański.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel napisała w przedmowie to tej książki: Zapraszam was do świata tej niezwykłej dziewczynki. A jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej, na przykład, dlaczego ugniatało się zwierzątka z czerwonego wosku pokrywającego kostki żółtego sera, to zapytajcie swoich babć i dziadków. Na pewno będą mieli Wam mnóstwo do opowiedzenia. A może oni też zaprzyjaźnią się z Felcią ? Bardzo możliwe. Dziś byłaby przecież ich rówieśnicą…

Ja co prawda wnuków jeszcze nie mam, ale myślę, że ta książka może być dobrym punktem wyjścia do powspominania naszego dzieciństwa także z innymi dziećmi. A na wnuki sobie spokojnie poczeka…

P.S. I bardzo jestem wdzięczna Autorowi za przypomnienie zapomnianego już, telewizyjnego teatrzyku z Kubusiem i Agnieszką !!! To właśnie dzięki nim mam na imię, tak jak mam. A gdybym się urodziła chłopcem, byłabym Kubusiem 🙂

Paweł Pawlak „Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem”, wyd.: Wilga, Warszawa 2022

Psie życie

Psie życie

To już jedna z ostatnich książek, które stały na półkach Małego Pokoju z Książkami w poprzedniej lokalizacji i po przeprowadzce wracają na swoje miejsce. Pisałam o niej 7 października 2012 roku, ale kiedy przeczytałam tamtą recenzję, okazało się, że jest już mocno nieaktualna i wymaga sporych zmian.

Mówię do ciebie ja, pies, twój największy przyjaciel.

Mówię w imieniu wszystkich psów świata, od ratlerka tyciego jak chomik po kaukaza ogromnego jak niedźwiedź.

Jesteśmy razem jak daleko sięga psia i ludzka pamięć. Moim przodkiem był wilk. Czasem jesteśmy podobni jak dwie krople wody.

„Psie życie” – autorska książka Mistrza Józefa Wilkoniato dzieło jedyne w swoim rodzaju. To psi manifest – apel do Człowieka ilustrowany w dodatku nietypowo, bo rzeźbami.

Psimi rzeźbami.

Mamy tam psiaki wesołe, smutne, zamyślone, skaczące, wyjące, śpiące i trzeba do tego kunsztu Mistrza, żeby przy pomocy z grubsza ociosanych kawałków drewna ukazać pełną gamę psich uczuć.

Jednak mój los jest w twoich rękach, mój przyjacielu, mój panie. Pewnie wiesz, że kocham cię z całej psiej mocy i zawsze będę przy tobie.

Będę czekał na ciebie w domu, pod sklepem, na przystanku. Kiedy rozdzielą nas setki mil, powrócę do Ciebie jak Lessie.

Będę ścigał się z tobą po łąkach, rozpędzę twoją chandrę.

Będę twoim zagłówkiem, u twoich stóp milczącą poduszką.

Dzieci dzielą się z grubsza na te, które psa maja i takie, które o nim marzą. Najmłodsza z moich córek należy do tych ostatnich, konsekwentnie od lat. W przeciwieństwie do starszych sióstr, które takie marzenia owszem miały, ale krótko, ona zamierza zostać weterynarzem. Miała chomika, teraz hoduje myszoskoczki, zakłada akwarium, a przede wszystkim – jeździ konno. I bardzo chciałaby mieć zwierzę bardziej kontaktowe od gryzoni. I żeby jeszcze można było pójść z nim na spacer… – pisałam 9 lat temu.

Od tego czasu zmieniło się bardzo wiele. Ówczesna szóstoklasistka zdążyła skończyć wszystkie szkoły i studiuje, aczkolwiek nie weterynarię. Mniej więcej wtedy, kiedy to pisałam, mój Mąż zmęczony jej nagabywaniem o psa złożył pochopną obietnicę, że jeśli skończy szóstą klasę z paskiem na świadectwie, to (cytuję:) pomyślimy o psie. Znając dotychczasowe osiągnięcia ocenowe naszej dyslektyczki mógł spokojnie spodziewać się, że w ten sposób temat zakończy się definitywnie, ale bardzo się zdziwił. Okazało się wtedy po raz pierwszy ale nie ostatni, że jeśli naszej córce na czymś bardzo zależy, to potrafi zrobić rzeczy, których byśmy się po niej nie spodziewali.

Pasek na świadectwie był, więc cóż – słowo się rzekło, kobyłka… Nie, nie kobyłka u płota, tylko pies w domu 🙂 Plan był taki, że będzie to nierasowy szczeniak i takiego na odległej wsi znalazła dla nas moja znajoma. Pojechaliśmy i przywieźliśmy malucha do nas. O perypetiach z wyborem imienia pisałam już przy okazji książki Zofii Staneckiej o Lotcie i jej ludzkim stadzie. I tak Nika jest z nami już 8 lat i trudno nam już sobie przypomnieć, jak to było bez niej.

Podrap mnie za uchem i głaszcz. Zobacz, jak wilgotnieją moje oczy.

Nie zostawiaj mnie samego na długo. Bez ciebie zdziczeję jak Dingo.

Strach pomyśleć, jakie byłoby bez ciebie moje psie życie.

Myślę, że „Psie życie” powinno być lekturą obowiązkowa dla wszystkich, i dużych, i małych, tych, którzy psa już mają, i przede wszystkim dla tych, którzy dopiero chcą go mieć.

Ta książka ukazała się 10 lat temu. Przypominam ją nie tylko dlatego, że szefowa wydawnictwa Hokus Pokus Marta Lipczyńska-Gil wspomina czasami o jej wznowieniu i chciałabym ją do tego zachęcić. Drugim powodem jest to, że rzeźby, które ilustrowały „Psie życie” (a dokładniej – ich odlewy) stanęły niedawno przed biblioteką w podwarszawskim Piasecznie. Nie są to jedyne dzieła Józefa Wilkonia, które można w tym mieście zobaczyć. Jeśli tam będziecie, rozglądajcie się uważnie !

Józef Wilkoń (tekst i ilustr.) „Psie życie”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2011

Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych

Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych

Pisząc tu niedawno o „Maryjkach” zauważyłam ze zdziwieniem, że (w wyniku ewidentnego przeoczenia) na półki Małego Pokoju z Książkami po przeprowadzce nie wróciła autorska książka Marianny Oklejak „Cuda wianki”, o której pisałam 21 marca 2016 roku.



„Cuda wianki” to książka, która budzi zachwyt – i nic dziwnego, skoro powstała z zachwytu (jak pisze autorka we wstępie, a raczej zaproszeniu do niej).

Kiedy przeglądałam ją po raz pierwszy, miałam spory problem Z jednej strony chciałoby się obejrzeć dokładnie wszystkie szczegóły, które aż mienią się w oczach. Z drugiej – korci, żeby już – natychmiast przełożyć kartkę i zobaczyć, co jest na następnej stronie. Sam człowiek ze sobą nie może dojść do ładu przy tym oglądaniu 😉

Po tym zachwycie pojawia się jednak zdziwienie, bo nie bardzo wiadomo, co z nią właściwie robić i co to w ogóle jest ?

Książka obrazkowa dla dzieci ?

Album ?

Leksykon folkloru ?

Do oglądania czy do czytania ?

I dla kogo ? (choć tu akurat odpowiedź znajdziemy w tytule)

Sama Marianna Oklejak wyjaśnia to tak: Polską kulturę ludową poznaję od kilkunastu lat i nie mogę się wciąż nadziwić jej różnorodności. Żywa muzyka, niezwykła harmonia kolorów, świetne kroje ubrań, piękne ornamenty – wszystko to, co od wieków szczerze płynie z serca, a nie z potrzeby rynku, ma nadal wielką moc. Nie sposób pomieścić całe to bogactwo na osiemdziesięciu stronach. To zaledwie jego ułamek, garść skarbów. Dlatego książka, zamiast stanowić zamknięte naukowa kompendium, ma być zachętą do odkrywania tego ogromnego, a mało znanego świata, pełnego niezwykłych barw, kształtów i rytmów.

Na trzydziestu sześciu tablicach można zobaczyć przegląd tradycyjnych haftów, wycinanek, zabawek, poznać instrumenty muzyczne i poczuć atmosferę potańcówek, a także przeczytać fragmenty starodawnych pieśni. Pośród tego wszystkiego snuje się wciąż aktualna opowieść o zwyczajnym życiu: porach roku, miłości i rozstaniu, narodzinach i śmierci.

Co prawda nasza rodzinna pierwszoklasistka, która znalazła tę książkę pod choinką, dużo większą uwagą zaszczyciła „Animalium” (to był dla odmiany prezent dla Najmłodszej z moich córek -gimnazjalistki), ale mam nadzieję, że z czasem odkryje i doceni urok „Cudów wianków” (edit: rzeczywiście doceniła, a potem jeszcze młodsze siostry !!!) Trzeba im tylko dać trochę czasu, a przecież górnej granicy wiekowej dla nich nie ma. To książka dla młodszych i starszych – tych, którzy jeszcze pamiętają, tych, którzy chcą sobie przypomnieć i tych, którzy chcą się dopiero dowiedzieć.

„Cuda wianki” zostały nagrodzone tytułem Książki Roku Polskiej Sekcji IBBY 2015 w dziedzinie ilustracji i jest to tytuł jak najbardziej zasłużony !!! Rzadko zdarza mi się tak absolutnie i bez wahania zgadzać się z werdyktem jury przyznającego tę (i nie tylko tę) nagrodę 🙂

Marianna Oklejak „Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych”, wyd.: ART Egmont, Warszawa 2015

W 2017 roku ukazała się kolejna autorska książka Marianny Oklejak „Cuda niewidy. Zagadki dla młodszych i starszych” – równie piękna i wciągająca !!!