Była raz starsza pani

Była raz starsza pani

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – przekład !!!

Była raz starsza pani, która połknęła muchę.

Chaps ! Jednym ruchem muchę pożarła.

Dziwne, że nie umarła.

Poezja dla dzieci stanowi sporą część tego, co się obecnie na naszym rynku wydawniczym ukazuje, ale do rzadkości należą tu przekłady z języków obcych. Jeżeli już się pojawiają, to są to pozycje z absolutnej klasyki literatury. Tak było w przypadku wydanej dwa lata temu przez Wydawnictwo Bajka „Mamy Gęsi”, w której Małgorzata Strzałkowska udostępniła polskim czytelnikom tradycyjne nursery rhymes, i taka również jest ta książka.

Była raz starsza pani, która połknęła pająka.

A ten się wiercił i kręcił, i po jej wnętrzu się błąkał.

Połknęła tego pająka, by upolował muchę.

Bo jednym ruchem muchę pożarła.

Dziwne, że nie umarła.

„Była raz starsza pani” to dokonane przez Emilię Kiereś spolszczenie tradycyjnej angielskiej rymowanki „There was an Old Lady Who Swallowed the Fly” (ewentualnie: I knew an Old Lady, bo, jak to z takim tekstami bywa, krąży on w różnych wersjach). Wydawnictwo Kropka wydało ten wiersz z ilustracjami Abnera Graboffa – też już niemal klasycznymi, bo pochodzącymi sprzed pół wieku, a jednak robiącymi wrażenie bardzo nowoczesnych. Ich rozmach, swoboda w operowaniu plamami i pewna niedbałość kreski dobrze korespondują z absurdalną, aczkolwiek tragikomiczną treścią. Szczególnie zachwyciła mnie ilustracja z koniem 😉

Struktura „Była raz starsza pani” kojarzyć się nam może z „Rzepką” Juliana Tuwima. Zabieg powtarzania coraz dłuższej wyliczanki (tu – kolejnych zwierząt połkniętych przez bohaterkę) fantastycznie sprawdza się w głośnym czytaniu z dziećmi, które szybko zaczynają się do tego wymieniania włączać. Kiedy czytałam z moimi córkami „Rzepkę”, naszą tradycją stało się to, że razem z jej końcowymi słowami wszyscy na siebie poupadali my także się przewracałyśmy. Zakończenie tej książki też daje pole do stworzenia własnych czytelniczych zwyczajów.

Emilia Kiereś jest doświadczoną tłumaczką (oraz autorką), ale wydaje mi się, że ta książka jest jej debiutem w dziedzinie poezji. Mimo to znakomicie poradziła sobie z rytmem tego wiersza. Oczywiście w tej sytuacji nie sposób jest uciec od skojarzeń rodzinnych, bo jest ona w końcu siostrzenicą absolutnego mistrza przekładu Stanisława Barańczaka. Można by powiedzieć, że ma to w genach, ale myślę, ze takie sformułowanie jest trochę krzywdzące, bo odbiera tłumaczce osobistą zasługę niewątpliwej ciężkiej i sumiennej pracy. Chciałam jednak skorzystać z tej rodzinnej koneksji, żeby zachęcić do sięgnięcia po bardzo ciekawy tekst mistrza Barańczaka na temat specyfiki przekładu poezji dla dzieci „Rice pudding” i kaszka manna —–>>>> tutaj

W tym momencie przechodzę do działu Podziękowania, bo ja sama trafiłam na niego dzięki recenzji tej książki na blogu Mała czcionka, mojej koleżanki i jurorki Lokomotywy —->>> tutaj . Wielu ciekawych rzeczy, także o Abnerze Graboffie dowiedziałam się też z recenzji drugiej jurorki Lokomotywy na blogu Maki w Giverny —–>>> tutaj oraz trzeciej – na blogu W Nieparyżu —->>> tutaj

I tak to się ta nasza sieć blogerska plecie… 😉

„Była raz starsza pani” ilustr.: Abner Graboff, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Dziura

Dziura

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Dziurę”, przypomniała mi się historia, którą kiedyś gdzieś czytałam. Pamiętam tylko, że było to dawno i że generalnie chodziło w niej o zastosowanie filozofii w normalnym życiu. Była to opowieść o kłopotach z produkowaniem na większą skalę rurek kapilarnych, zdaje się, że na potrzeby lotów kosmicznych. Nie będę wyjaśniać, czym jest taka rurka – jak ktoś nie wie, może zrobić użytek z wyszukiwarki 😉 W największym skrócie – bardzo cienka rurka z jeszcze cieńszą dziurką w środku. Ponieważ były z tym problemy, zorganizowano konferencję naukową, na którą zaproszono naukowców różnych specjalności technicznych oraz kilku filozofów, bo zostały wolne miejsca.

W czasie tych obrad, kiedy inżynierowie bez większych efektów głowili się nad technicznym aspektami dziurki w rurce, o głos poprosił jeden z filozofów. Powiedział tak: z punktu widzenia logiki formalnej są dwa sposoby zrobienia rurki z dziurką. Pierwszy to taki, że się bierze rurkę i robi w niej dziurkę i drugi odwrotny – trzeba wziąć dziurkę i owinąć ją rurką. Część słuchających parsknęła śmiechem, ale jeden z inżynierów stwierdził, że już wie, jak to zrobić. Trzeba puścić promień lasera i na nim zrobić rurkę. I po problemie.

Bardzo lubię tę historię, choć nie znam się na technologii produkcji rurek kapilarnych. Nie wiem więc, czy jest ona prawdziwa, ale jeśli nie, to dobrze wymyślona 😉

Przypomniała mi się, bo „Dziura” robi wrażenie, jak tak właśnie powstała. Najpierw była dziura, a potem wokół niej powstała książka. Jej bohater wprowadza się do nowego mieszkania i nagle zauważa, że w ścianie jest… dziura właśnie. W dodatku ta dziura zmienia położenie. Szuka więc pomocy…

Cała fabuła jest przede wszystkim pretekstem uruchomienia wyobraźni i zabawy formą. Mimo że tytułowa dziura dziurawi książkę od pierwszej strony okładki do ostatniej i na każdej stronie jest w tym samym miejscu, to równocześnie zmienia położenie 😉 Raz jest na ścianie, innym razem na podłodze, raz w środku pomieszczenia, innym razem gdzieś w kącie. Kiedy bohater wychodzi z domu, jest dziurą w ulicy, światłem samochodu albo dziurką w nosie przypadkowego przechodnia. Ta zabawa wciąga, przekładając kartkę z ciekawością oczekujemy tego, czym będzie dziura na kolejnej stronie.

„Dziura” to książka bardzo starannie dopracowana i wydana, mimo że na to nie wygląda. I tak ma być. Robi wrażenie, jakby była zeszytem – szkicownikiem, którym autor bawi się, bo go przypadkiem czymś przedziurawił. Ma grubą tekturową okładkę z żółtym naklejonym grzbietem, w środku szorstkie kartki, a na nich pozornie niestaranne ilustracje i bardzo niewiele kolorów.

Kiedy wydaje nam się, że jej sensem jest li i jedynie zabawa dziurą, docieramy do końca i… zostajemy z pytaniem, że może jednak chodzi w niej o coś więcej ?

Oywind Torseter „Dziura”, przekł.: Justyna Czechowska, wyd.: Format, Wrocław 2020

Jak wsiadłam do Lokomotywy

Jak wsiadłam do Lokomotywy

Nie, to nie jest wpis sponsorowany przez Polskie Koleje Państwowe 😉 Chodzi o Plebiscyt Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych, który niebawem rusza po raz trzeci.

Lokomotywa wjechała w moje życie dwa lata temu, w grudniu 2018 roku za sprawą Zosi Gwardyś, autorki bloga „Mała czcionka” i mojej koleżanki ze studiów podyplomowych o literaturze dla dzieci i młodzieży (a także z Polskiej Sekcji IBBY). To właśnie ona wymyśliła ten plebiscyt i zaprosiła nas do udziału w nim.

Pomysł jest prosty – dziesięcioro blogerów i sześć kategorii. Każdy z nas nominuje po jednej książce w każdej z nich i w ten sposób powstaje pula sześćdziesięciu tytułów, które spodobały nam się w ostatnim roku (a dokładnie – od 1 grudnia roku poprzedniego do końca listopada). Wybieramy spośród pozycji dla czytelników niedorosłych, które ukazały się w tym czasie w Polsce po raz pierwszy. To jest jedyne ograniczenie. Poza tym – każdy z nas ma pełną swobodę wyboru. Nominacje to taki zapis naszych fascynacji, zachwytów i urzeczeń ostatniego roku.

O tym, kto ostatecznie zdobędzie naszą nagrodę decydują internauci. Głosowanie jest otwarte, każdy może zagłosować raz i nie trzeba wybierać we wszystkich, można zagłosować tylko w niektórych kategoriach.

Kim są osoby, które nominują ?

Kategoria bloger książkowy jest dość pojemna i często za pisanie o książkach biorą się ludzie, którzy, łagodnie mówiąc, robić tego nie powinni. Ale ci piszący o książkach dla dzieci i młodzieży to blogerów szczególna odmiana. Zajmowanie się książeczkami dla dzieci (jak się o nich mówi potocznie, a szczególnie wtedy, kiedy chce się mnie wkuropatwić 😉 ) nie jest ani zajęciem specjalnie prestiżowym, ani generującym niebywałe zasięgi i popularność. Dlatego trzeba do tego szczególnej pasji czy też zakręcenia, ale zapewniam – ludzie, którzy to robią, wbrew pozorom nie są zdziecinniali 😉 Z tej literatury najpierw się wyrasta, żeby potem do niej dorosnąć, spojrzeć z innej perspektywy i zobaczyć rzeczy dla dziecięcego oka niewidoczne.

Nominacje do Lokomotywy co roku przygotowuje 10 osób, ale ponieważ w kolejnych latach skład jurorów trochę się zmieniał, nasze grono liczy obecnie okrągły tuzin. Wszystkich ludzi Lokomotywy i ich blogi można poznać na stronie plebiscytu —->>>>> tutaj

Każdy z nas nominuje po jednej książce w każdej z kategorii. Mimo że podpisujemy się pod nimi wszyscy, to nominacje są autorskie, nie odbywają się żadne głosowania nad nimi. Nie znaczy to jednak, że nie dyskutujemy o nich, nie mamy wątpliwości. Dyskusje w gronie jurorów bywają bardzo ożywione i to jest dla mnie najfajniejsza część Plebiscytu 😉

W jakich kategoriach przyznawana jest Lokomotywa ?

Kategorii jest sześć. Najbardziej oczywiste i nie budzące wątpliwości to tekst, obraz i komiks, pozostałym przyda się parę słów wyjaśnienia.

W ramach kategorii fakt przyglądamy się książkom non fiction, których ukazuje się coraz więcej i są coraz ciekawsze.

Najwięcej wątpliwości (także wśród nas) budzi kategoria przekład. Zdajemy sobie sprawę, że aby ocenić pracę tłumacza powinno się znać tekst oryginalny oraz dobrze posługiwać się językiem, w którym został napisany, aby zauważyć wszystkie niuanse. Chcielibyśmy jednak dostrzec i docenić rolę tłumaczy w przyswojeniu polskiemu czytelnikowi literatury obcojęzycznej, więc w swojej ocenie skupiamy się głównie na tym, jak ten utwór czyta się po polsku.

Kategorią szczególną, można powiedzieć – totalną, jest (wymyślona przez Alicję Szygułę, autorkę bloga „W Nieparyżu”) Od A do Z, bo tutaj oceniamy książkę jako całość – nie tylko treść przekazaną słowami i obrazem, ale także to, w jaki sposób została ona dopracowana od pierwszej strony okładki do ostatniej. Mieści się tu też praca redaktorów, korektorów, a także drukarzy czyli wszystkich, którzy nad nią pracowali.

Nasze nominacje ogłosimy w połowie stycznia i zaraz rozpocznie się głosowanie, które wyłoni sześć nagrodzonych książek. Niezależnie od tego, które z nich zostaną laureatkami, WSZYSTKIE nominowane są znakomite i warte poznania. IMO to właśnie ta pula sześćdziesięciu tytułów zauważonych przez blogerów jest największą wartością Plebiscytu.

A my pomału zaczynamy rozglądać się za kandydatkami do przyszłorocznych nominacji. Przyznam się Wam, że jedną mam już upatrzoną i jestem bardzo ciekawa, czy ostatecznie znajdzie się na liście 🙂

P.S. Autorem loga Plebiscytu jest Tomasz Samojlik – laureat nagrody w kategorii komiks w pierwszej i drugiej edycji.

O kolędach. Gawęda

O kolędach. Gawęda

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Nie doceniłam Emilii Kiereś – stwierdzam to z ogromnym zadowoleniem, a nawet z radością 😉

Zainteresowałam się tą książką ze względu na ilustracje Marianny Oklejak, ale poza tym spodziewałam się, że będzie to coś w rodzaju świątecznego śpiewnika jakich wiele już widziałam – czyli teksty kolęd, nuty oraz krótki tekst informujący o historii każdej z nich. Tymczasem „O kolędach. Gawęda” okazała się publikacją nie tylko piękną wizualnie (co mnie absolutnie nie zaskoczyło), ale także zaskakująco interesującą 😉

Gdybym Was zapytała, o czym zwykle śpiewamy pod choinką, odparlibyście na pewno, że o narodzinach Jezusa. To prawda – większość kolęd mówi właśnie o tym. Ale na ile różnych sposobów ! Czy zauważyliście kiedyś, że każda kolęda ma inny nastrój, a betlejemska stajenka bywa opisywana z bardzo różnych punktów widzenia ? Zwykle nie zwracamy na to uwagi, bo przecież kolęd się nie czyta – tylko się je śpiewa. A kiedy śpiewamy, nie zastanawiamy się nad każdym słowem.

Ta książka służy właśnie temu, żebyśmy się nad nimi zastanowili. Oprócz nut, chwytów gitarowych i tekstów kolęd, zawierających także zwrotki obecnie już zapomniane, znajdziemy w niej również wyjaśnienie słów, które w nich występują, a które mogą być dla współczesnych czytelników nie do końca zrozumiałe. Opowieść, którą Emilia Kiereś snuje wokół tych dwudziestu kolęd, nie jest wykładem, a właśnie gawędą dotykającą wielu związanych z nimi tematów. Znajdziemy więc tam nie tylko wyjaśnienie tego, o czym każda z kolęd opowiada, z odwołaniem zarówno do realiów Palestyny z czasów narodzin Jezusa, jak też tego, w jaki sposób odbiły się w niej czasy, w których powstała. Znajdziemy również historię kolędowania oraz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia w Polsce przez wieki, z nawiązaniami do tego, co w tej tradycji pozostało jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, łączą z tekstami pieśni i z ilustracjami Marianny Oklejak jak w najstaranniej utkanej materii. „O kolędach. Gawęda” nie jest książką do przeczytania na jeden raz. Podobnie jak kolędy, które przecież towarzyszą nam nie tylko wigilijny wieczór, ale śpiewa się je w kościołach do 2 lutego, ona także może być lekturą na niejeden świąteczny i poświąteczny wieczór.

Jest to także (druga już w tym roku!) książka osadzająca te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście, który coraz bardziej zagłuszany jest przez donośne pohukiwanie Uzurpatora, nazywającego siebie Świętym Mikołajem. Tymczasem żaden prezent wyjęty spod choinki nie może się równać z magią tej jednej w roku chwili, kiedy wszyscy stoimy wokół stołu, na którym leży opłatek, a jedna z córek czyta W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz… (oraz z tym momentem o północy, kiedy w ciemnym kościele nagle zapalają się światła, rozlegają organy i śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje !).

I takich wzruszeń życzę wszystkim także w tym trudnym i dość smutnym roku !

Emilia Kiereś „O kolędach. Gawęda”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Gdzie jest moja córka ?

Gdzie jest moja córka ?

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – obraz !!!

„Gdzie jest moja córka ?” to jedna z tych książek Iwony Chmielewskiej, które najpierw ukazały się w Korei, a dopiero później w Polsce. Czekała na swoja polską edycję dziewięć lat, a kilka lat temu jej autorka powiedziała w wywiadzie: Polskie wydawnictwa chyba się jej boją.

To zdanie przypomniało mi się niedawno, kiedy wreszcie mogłam ją obejrzeć i przeczytać, i kiedy doszłam do jej puenty. Jak zwykle w takich sytuacjach mam problem, bo chyba nie da się powiedzieć o niej tego, co chciałabym, nie zdradzając, o co chodzi, a więc odbierając czytelnikowi przyjemność odkrywania jej do końca.

Umówmy się więc, że dalej dalej czytają tylko ci, którzy już lekturę tej książki mają za sobą, dobrze ? Albo tacy, którzy przyjmują do wiadomości, że zdradzam zakończenie i wchodzą na własną odpowiedzialność 😉

Biała przejrzysta organza i wszystkie szmatki, z których uszyta jest ta książka, były zbierane latami. Pochodzą ze sklepów z używaną odzieżą. Organza wisiała nie wiadomo gdzie jako firana. Fragmenty męskich gatek, poszewek na poduszki, zasłonek, chustek, piżam,wielkich spódnic i dziewczyńskich sukienek, które gdzieś, nie wiadomo gdzie, komuś, nie wiadomo komu, kiedyś służyły, zostały zszyte w tej książce w jedną całość…

„Gdzie jest moja córka ?” nie jest pierwszą książką Iwony Chmielewskiej, której ilustracje zastały uszyte, ale chyba pierwszą, w której zaglądamy także na ich drugą stronę. Patrząc na nie od spodu widzimy nie tylko lewą, tę z założenia brzydszą i nie przeznaczoną do pokazywania stronę materiału, ale także szwy, podwinięte brzegi, supełki i plątaninę nitek.

Moja córka jest radosna jak ptak, ale czasem jest smutna jak foka.

Moja córka jest spokojna jak królik, ale czasem jest gwałtowna jak krokodyl.

Widzimy też rzeczy nieoczekiwane, których nie zobaczylibyśmy oglądając je tylko z wierzchu – na przykład, że ptak jest także foką, a królik krokodylem. Każdy awers ma swój rewers i odwrotnie, więc dopiero patrząc z obu stron możemy zrozumieć.

Moja córka jest dla mnie wszystkim.

Ostatnia ilustracja kryje w sobie niespodziankę i buduje kolejny kontekst tej książki. Dziewczynka, której buzię widzimy przez organzową szybę w drzwiach (w tym przypadku można powiedzieć, że najpierw oglądamy spód ilustracji, ale tak naprawdę ma ona dwa wierzchy), siedzi na wózku inwalidzkim. Czy w tym momencie okazuje się, że jest to książka przede wszystkim o niepełnosprawności ??? Nie, ten wózek jest po prostu jedną z wielu cech córki. Czymś, co w żaden sposób nie wpływa na miłość, którą matka do niej czuje.

Pisząc to uświadomiłam sobie, że narratorem nie musi wcale być matka, a tak podświadomie założyłam czytając i utożsamiając tę osobę z Autorką. Potraktowałam tę książkę jak kontynuację „Dwojga ludzi”, bo tam przecież naturalną konsekwencją miłości są narodziny kolejnego człowieka. Może to więc być także ojciec, ale „Gdzie jest moja córka ?” to, trochę wbrew tytułowi, opowieść uniwersalna. O miłości – nie tylko rodzicielskiej. O miłości po prostu – uważnej, akceptującej i bezwarunkowej.

I jak to na ogół z książkami Iwony Chmielewskiej bywa – czyta się ją szybko, ale myśli o niej długo.

Iwona Chmielewska „Gdzie jest moja córka ?”, wyd.: Format, Wrocław 2020

Wszyscy się liczą

Wszyscy się liczą

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Tytuł tej książki może wywołać skojarzenie z wszystkim, co dzieje się obecnie nie tylko w USA wokół hasła Black Lives Matter oraz wymyślonemu w odpowiedzi na nie: All Lives Matter. Powstała ona jednak w Norwegii kilka lat przed tymi wydarzeniami i jest publikacją uniwersalną, ponadczasową oraz inną niż wszystkie 🙂

„Wszyscy się liczą” to książka, która służy nie tylko do czytania, bo tekstu jest w niej na kilka minut, a zajmować się nią można bez końca. Co jeszcze można z nią robić ? Mnóstwo rzeczy – można liczyć i sprawdzać, czy na pewno na ilustracji jest tyle osób, ile trzeba, można wyszukiwać rozmaite osoby i wymyślać ich historie, można też ją kolorować, bo całe tło jest tylko konturami.

Pole do wymyślania historii jest tu praktycznie nieograniczone.

Dwie osoby na wycieczce w lesie. Jedna z nich mówi coś, co ta druga zapamięta do końca życia.

Na polance w środku lasu siedzą mężczyzna i chłopiec. Mają plecak i koszyk z jedzeniem, siedzą na kamieniach nad stawem, piją coś z kubeczków i rozmawiają. Czy to tata z synem ? Może nie ? O czym rozmawiają ? Który z nich mówi właśnie to coś, co drugi zapamięta ?

Dwanaście osób na przyjęciu urodzinowym. Dwie z nich uważają, ze czas płynie zbyt szybko. Jedna nie może się doczekać własnych urodzin.

Czworo dzieci i ośmioro dorosłych w różnym wieku siedzi na kanapie, fotelach i na podłodze, a dookoła leżą prezenty. Troje dzieci, kobieta i mężczyzna otaczają jedną z paczek, która właśnie jest rozpakowywana. Czyje to urodziny ? Jakie więzy łączą osoby na obrazku ? Dlaczego jedna z dziewczynek siedzi z dorosłymi na kanapie ? Kto jest na zdjęciach, które wiszą na ścianie ? Kto nie może się doczekać własnych urodzin i dlaczego, a komu czas biegnie zbyt prędko ?

Sto trzydzieści pięć osób na lotnisku. Dziewiętnaście z nich tęskni za domem. Jedna nie zdąży na samolot. Jedna z nich po raz pierwszy spotka się ze swoją rodziną. Jedna podróżuje wbrew własnej woli i nigdy nie wróci.

Kto z tych osób, które widzimy na ilustracji odlatuje i dokąd ? Kto odprowadza i kogo ? Kto przyszedł powitać kogoś przylatującego ? Czy któraś z tych osób, która biegnie, to ta, która się spóźni ? Czy może tą, która nie zdąży, jest jakaś inna ? Kto podróżuje wbrew własnej woli ? Czy jest to któreś z dzieci ? A może to ta kobieta w czadorze, która już siedzi w samolocie ?

Możliwości jest mnóstwo, za każdym razem można wymyślać nowe historie. A jak już zabraknie na nie pomysłów, można zajrzeć na koniec, na stronę na której autorka podsuwa rozmaite pomysły wyszukiwanek i zadaje czytelnikom pytania.

Ta książka wyróżnia się w swoim gatunku. Można czytać ją wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Można zobaczyć w niej myśli innych ludzi – a może nawet rozpoznać samego siebie w którymś z bohaterów. – napisało w swoim werdykcie jury Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej. Została także wpisana na listę White Ravens.

Ja odkryłam, że jest to najbardziej demokratyczna książka jaką znam. Nie ma w niej jednego najważniejszego bohatera. Nie ma ich nawet kilku najważniejszych. Wszyscy są jednakowo ważni. Wszyscy się liczą.

Kristin Roskifte „Wszyscy się liczą”, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Miasto Potwór

Miasto Potwór

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst oraz nagrodzona w Konkursie Mądra Książka w kategorii książek dla dzieci !!!

Wydawnictwo Kropka jest najmłodszym, narodzonym w tym roku, dzieckiem prężnie działającego Wydawnictwa Marginesy, a „Miasto Potwór” to (po trzech książkach przełożonych z języków obcych) ich pierwsza publikacja oryginalna. Można więc powiedzieć, że jest to ich debiut – i to debiut bardzo obiecujący 🙂

Nic nie zapowiadało katastrofy. Któregoś dnia, bez żadnego zaproszenia, z morza wyłonił się wielki potwór i ruszył w stronę miasta. Typowy przedstawiciel gatunku: długie szpony, dwa rzędy ostrych zębów i łuskowata skóra pokryta szlamem z wodorostów. Pod szyją zawiązaną miał fioletową muszkę w groszki, co sprawiało, że wyglądał jeszcze potworniej. Ryknął na próbę, a z paszczy wyleciała mu… antena satelitarna.

Któryś z mieszkańców miasta, będący akurat w pobliżu, przytomnie krzyknął: „W nogi !”. Bo jak powszechnie wiadomo, kiedy w mieście pojawia się potwór, to nie po to, żeby zrobić zakupy, oddać odkurzacz do naprawy ani by zgarnąć wakacyjną pożyczkę. Zwykle bardziej zaprzątają go kwestie zniszczenia i pożarcia miasta niczym kanapki z betonem i asfaltem…

… i pewnie taki byłby także los Miastoszewa, gdyby nie to, że okazało się kompletnie niestrawne. Może nawet potworniejsze od Potwora ? Bez zieleni i drzew, bez miejsc, w których można się spotkać – za to pełne reklam i billboardów, które kompletnie zasłaniają domy.

Brzmi znajomo ? Jakbyśmy gdzieś takie miasta widzieli ? „Miasto Potwór” to ciut przewrotnie skonstruowany poradnik urządzania przestrzeni do życia. Inaczej mówiąc – propedeutyka urbanistyki 😉 Mieszkańcy Miastoszewa przy pomocy Potwora przechodzą jej skrócony kurs w praktyce. Taka lekcja przydałaby się włodarzom i mieszkańcom wielu naszych miast. A jak to się skończyło ? Musicie sami przeczytać, ja zdradzę tylko, że dobrze 🙂

Przemek Liput, który jest autorem wizualnej strony tej ksiązki, podszedł do sprawy z dużym rozmachem. Ilustracje wypełniają całe duże strony, jest na nich mnóstwo szczegółów i dialogów w dymkach. Warto je uważnie obejrzeć i przeczytać, żeby docenić wszystkie smaczki.

A potem rozejrzyjmy się dookoła i zastanówmy nad tym, co zrobić z otoczeniem, w którym żyjemy…

Joanna Gruszta (tekst), Przemek Liput (ilustr.) „Miasto Potwór”, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Amelia i Kuba. Złota karta

Amelia i Kuba. Złota karta

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst !!!

Kolejny, ósmy już tom cyklu Rafała Kosika o Amelii, Kubie, Mi i Albercie. Nie czytałam poprzednich dwóch, więc nie wiem, kiedy to nastąpiło, ale w tej części młodsze rodzeństwo tytułowych bohaterów awansowało do roli postaci równorzędnych i pełnowymiarowych. Szczególnie Mi, która w tym tomie ma fantastyczne teksty oraz misia o cudownym imieniu Duhast 😉

Lektura „Złotej karty” okazała się bardzo pouczającym przeżyciem, bo zmusiła mnie do zastanowienia się nad własnymi kompetencjami recenzenckimi 😉 Lata całe temu, kiedy moje córki były całkiem małe i zaczynałam z nimi chodzić do teatrów, czytałam recenzje spektakli dla dzieci w „Gazecie Stołecznej”. Nie pamiętam już, kto je pisał, ale dość szybko zorientowałam się, że moim dzieciom zdecydowanie bardziej podobają się te przedstawienia, które nie znalazły jego uznania, jako mało odkrywcze, wręcz zachowawcze. Te, które chwalił, szczególnie za nowatorskie łączenie planu aktorskiego z lalkowym oraz inne odkrywcze zabiegi inscenizacyjne, były dla dzieci po prostu zbyt trudne i niezrozumiałe. Teraz ze mną było podobnie…

Kiedy przeczytałam tę książkę, moje pierwsze wrażenie było… takie sobie. Rozczarowało mnie, że autor ograniczył się tylko do przeniesienia baśni o Złotej Kaczce w realia współczesne (a nawet bardzo współczesne, bo znajdziemy tam, dopisane, jak się domyślam, tuż przed drukiem, nawiązania do sytuacji pandemicznej, w której wypadła premiera tego tomu). Sama nie wiem, czego się jeszcze po niej spodziewałam, ale czegoś jeszcze 😉 Na szczęście zanim zdążyłam upublicznić swoje rozczarowanie, przeczytałam parę opinii osób, które sprawdziły „Złotą kartę” na żywym materiale czytelniczym czyli skonfrontowały ją z tymi, dla których została napisana (na przykład Zosia z Małej Czcionki >>>>> tutaj ). Ja niestety takiej możliwości nie mam.

Uświadomiłam sobie, że dla przeciętnego czytelnika tego cyklu jest to prawdopodobnie pierwszy kontakt z tą, tak dobrze mi znaną, baśnią, a przecież jej przesłanie w dzisiejszych czasach jest nadal bardzo ważne. Rafał Kosik znakomicie wpisał je w realia świata, w którym żyjemy i w którym żyć będą jego czytelnicy. Świat, w którym nie ma już dukatów w złocie, są za to złote karty z wirtualnymi pieniędzmi, świat rozpasanej konsumpcji i umów pisanym drobnym drukiem… Czy doświadczenie pandemii zmieni go choć trochę ?

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Złota karta”, ilustr.: Jakub Grochala, wyd.: Powergraph, Warszawa 2020

Uwaga ! Poniżej filmu znajduje się coś dla osób o silnych nerwach, więc zaglądacie tam na własną odpowiedzialność 🙂

Nie wiem, w jaki sposób moje córki poznały baśń o Złotej Kaczce, nie pamiętam już. Mam w domu książkę wydaną w 2004 roku, a więc w czasach przedszkolnych Najmłodszej, ale na pewno jej tego nie czytałam. Zdecydowanie również nie ja ją kupiłam, a natychmiast po pierwszym przejrzeniu schowałam w miejsce niedostępne dzieciom, szczerze żałując, że rzeczy raz zobaczonych nie da się odzobaczyć 😉 W rankingu najgorszych książek, jakie w życiu widziałam, ta zajmuje wysoką pozycję.

Spuśćmy zasłonę milczenia na autora ilustracji, które nie są zupełnie tragiczne. Tfurca wierszowanej treści pozostał anonimowy i specjalnie się nie dziwię temu, że się pod tym dziełem nie podpisał. Dziwię się natomiast tym, którzy to wydali, bo dla nich powinien być specjalny krąg w piekle 😦

Oto początek tego dzieła:

a to, pożal się Boże !, puenta:

Literkowa książka

Literkowa książka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – obraz !!!

Rosną z nich wiersze, teksty w piosence,

baśnie, krzyżówki i list w butelce.

Kiedy je poznasz – podróż się zacznie,

więc poprzyglądaj im się dziś bacznie.

Książek o literach i alfabecie jest w księgarniach sporo, ale rzadko można znaleźć wśród nich takie, które miałyby jakiś oryginalny pomysł na ich przedstawienie. Tymczasem niespodzianka – rok 2020 oprócz pandemii przyniósł nam także aż dwie zachwycające, oryginalnie i pomysłowo ilustrowane. Pierwszą jest „Wrocławski abecadlik” adresowany do czytelników do tego stopnia młodych, że młodszych już nie ma 🙂 „Literkowa książka” przeznaczona jest dla dzieci nieco starszych – takich, które już naprawdę zaczynają świadomie poznawać litery i łączyć je w słowa.

animacja – Mikołaj Kamler

Jej premiera przypadła pechowo akurat na początek epidemii w Polsce. Ja trafiłam na nią przypadkiem (nie do końca, bo doskonale wiedziałam, że ma się ukazać i czekałam na to z zainteresowaniem !) przy okazji ostatniej wizyty w księgarni przed ich zamknięciem.

Jedyne w swoim rodzaju kolorowe litery wydziergała szydełkiem i na drutach Anna Salamon. Każda jest tak sprytnie zrobiona, że kojarzy się z jakąś rzeczą, której nazwa właśnie od niej się zaczyna. Po każdych kolejnych czterech literach mamy stronę z nieco zwariowanym wierszykiem dedykowanym właśnie im oraz z równie odjechaną ilustrującą go ilustracją 😉

Przeczytałam ostatnie zdanie, wiem jak ono brzmi, ale przepraszam – nie potrafię inaczej. Po prostu udzielił mi się nastrój tej książki 🙂 Ja najbardziej lubię osę moczącą nogi w misce oraz wiersz (i ilustrację) o śnie babci Feli.

Na sztywnych kartach tej książki każdy znajdzie coś dla siebie, a dzieci dzięki niej przekonają się, że czytanie to może być naprawdę fajna przygoda !!!

Niech cię wiedzie wyobraźnia,

niech uskrzydla i rozjaśnia.

Do jej wrót zaklęcie masz,

wszak litery wszystkie znasz !

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Literkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia 2020

Wrocławski abecadlik

Wrocławski abecadlik

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!



„Wrocławski abecadlik” to książka, która powstała z myślą o małych wrocławianach. Od początku tego roku dostają ją w wyprawce wszystkie dzieci urodzone w tym mieście. Jest ona bardzo wrocławska, ale równocześnie – uniwersalna i naprawdę warto po nią sięgnąć, nawet jeśli mieszkacie zupełnie gdzie indziej. Można ją kupić tu i ówdzie 😉

Gdybym miała skrótowo określić jej zawartość, byłby to następujący podtytuł: Od A do Z czyli jeden dzień z życia wrocławskiego najnaja* 🙂 Na kolejnych stronach mali bohaterowie tej książki przeżywają swój normalny, pełen zabaw i radości dzień, a towarzyszą im w tym słowa, dźwięki i onomatopeje na kolejne litery alfabetu. Od Am, am, am i Bach ! przy śniadaniu przez Hopsa, hopsa !, La, la, la, la ! i Łap ! w czasie zabawy, aż po Wruuummm ! i Ziummm !, które pojawiają się już we śnie. Normalnych słów jest tam niewiele, ale są to te, które dziecko poznaje od samego początku: mama, tata, siusiu czy buzi 🙂

Ponieważ jest to, jako się rzekło, abecadlik bardzo wrocławski, ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że wszystko to dzieje się właśnie tam. Razem z bohaterami odwiedzamy wrocławskie ZOO i Ogród Botaniczny, liżemy lody na bulwarze Dunikowskiego z widokiem na Ostrów Tumski i gramy w piłkę pod Halą Stulecia i Iglicą. W ostatniej scenie, już we śnie przebrane w piżamki dzieci unoszą się nad rynkiem (jest ratusz oraz słynne kamieniczki Jaś i Małgosia) oraz mostem Grunwaldzkim.

Towarzyszą nam w tym wrocławscy celebryci czyli krasnale oraz Olga Tokarczuk, po mistrzowsku wyaplikowana przez Ewę Kozyrę–Pawlak. Noblistka pojawia się tam dwa (a może nawet trzy ?) razy, a jej charakterystyczna fryzura nie pozostawia wątpliwości, że to ona we własnej osobie 🙂

Ta książka jest… taka jak wszystkie, które wyszły spod ręki Ewy i Pawła Pawlaków 🙂 Czyli po prostu cudowna !!! I w dodatku zawiera w sobie nadzieję na kolejną.

Kończę więc pytaniem do Autorów – kiedy możemy spodziewać się książki „Wrocławskie krasnale idą spać” ???

* Najnaje to określenie, które do świata książki przeszło z teatru i oznacza Najnajmłodszego widza (albo odbiorcę książki). Podobno jego twórcą jest Zbigniew Rudziński z poznańskiego Centrum Sztuki Dziecka.

Ewa i Paweł Pawlak „Wrocławski abecadlik”, wyd.: Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2020