Opowieść wigilijna (przekł. Jacek Dehnel)

Opowieść wigilijna (przekł. Jacek Dehnel)

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład !!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2023

To już drugi przekład „Opowieści wigilijnej”, który staje na półce Małego Pokoju z Książkami. Poprzedni – Andrzeja Polkowskiego opisywałam ( tutaj —>>> ) dawno temu, kiedy Najstarsza z moich córek czytała go jako lekturę w szkole podstawowej. Nie wiem, czy potem ukazały się jeszcze jakieś następne godne uwagi, bo kolejne moje córki na potrzeby szkolne także czytały tamten.

Na to wydanie czyli przekład Jacka Dehnela zwróciłam uwagę przede wszystkim ze względu na ilustracje Lisy Aisato. Nie jestem szczególną fanką jej kreski i moim zdaniem nie zawsze jest ona odpowiednia do tekstów, którym towarzyszy, ale tutaj (podobnie jak w przypadku „Śnieżnej siostry”) jest bardzo na miejscu, pasuje do atmosfery tej historii i wiktoriańskich realiów, w których się toczy.

Do samego tekstu zajrzałam już po tym, jak Jacek Dehnel został nominowany w Plebiscycie LOKOMOTYWA i stwierdziłam wtedy, że czyta się naprawdę dobrze. Tłumaczowi udało się zachować balans między współczesnością języka, która powoduje, że nawet młodzi czytelnicy nie powinni mieć z nim problemów a duchem czasów, z których ten utwór pochodzi.

Kiedy głosami internautów właśnie ten przekład wygrał rywalizację w naszym plebiscycie, o ogłoszenie werdyktu i wygłoszenie laudacji poprosiliśmy Anną Bańkowską, której „Anne z Zielonych Szczytów” triumfowała w poprzedniej edycji Lokomotywy. Określiła ona dzieło Jacka Dehnela mianem mistrzostwa świata. Powiedziała: przeczytałam ją w nocy za jednym zamachem i nie mogłam się oderwać. Doceniła nie tylko piękny styl i piękny język, ale także liczne i bardzo obszerne przypisy, które jej zdaniem stawiają tę edycję „A Christmas Carol” na poziomie wydania krytycznego.

Podzielam tę opinię, bo sama bardzo lubię przypisy. Ich obecność w książce podnosi moją przyjemność lektury na wyższy poziom 😉 Jacek Dehnel wyjaśnia w nich rozmaite konteksty kulturowe, do których się Dickens odnosił, a które są obecnie, jak sądzę, w większości słabo zrozumiałe także dla przeciętnego czytelnika brytyjskiego. Czasem udało mu się znaleźć polskie odpowiedniki dla odniesień autora, ale wtedy też w przypisie wyjaśnia, o co chodziło w oryginale.

Wolę, kiedy przypisy znajdują się na dole strony – tak jest wygodniej czytać. Tutaj, zapewne także ze względu na całostronicowe ilustracje, umieszczono je na końcu książki. To trochę utrudnia, przydałaby się więc zakładka – wstążka (albo nawet dwie 😉 ), żeby ułatwić wędrówki między tekstem właściwym a przypisami.

Czuje się, że praca nad tym tekstem, była dla tłumacza przyjemnością. Z tym większym żalem uświadamiam sobie, że tak staranne (a przez to nie tanie !) wydanie zapewne nie trafi do tych, którym najbardziej by się przydało. „Opowieść wigilijna” jest aktualnie lekturą obowiązkową w klasach 7-8 szkoły podstawowej, ale obawiam się, że większość uczniów sięgnie na tę okoliczność po typowe wydanie lekturowe czyli byle jaki przekład wydany byle jak, byleby tylko kosztował niewiele. A potem będziemy narzekać, że nastolatki nie chcą czytać lektur szkolnych…

Charles Dickens „Opowieść wigilijna czyli kolęda prozą albo bożonarodzeniowa opowieść o duchach”, przekł.: Jacek Dehnel, ilustr.: Lisa Aisato, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023

Wielki Bieg Gwiazdkowy

Wielki Bieg Gwiazdkowy

Niech Was nie zwiedzie tytuł tej książki i ilustracja, którą widzicie na okładce ! Sugerują, że możemy spodziewać się typowej publikacji świątecznej, podobnej do filmów, których masę można obejrzeć na platformach streamingowych. Nic bardziej mylnego, ale ja bardzo lubię takie niespodziewane zaskoczenia (no i co z tego, że to tautologia ? 😉 ).

Zaczyna się jesienią, a kończy w Wigilię, ale Święta, przygotowania do nich oraz prezenty w ogóle nie są tematem, któremu bohaterowie poświęcają uwagę.

Tadzio ma tylko Tatę, mama umarła kiedy był malutki. Do niedawna mieszkali z dziewczyną Taty, ale wyprowadzili się od niej. Ich nowy dom mieści się w okolicy, w które nikogo nie znają i nie jest łatwo kogoś tam poznać, bo na ulicach nie ma zbyt wielu przechodniów. Najbardziej intryguje chłopca sąsiednia posesja, bo w murze jest otwór (ze złotą ramą !!!) i widać przez niego dziwne… jakby inscenizacje… ???

Jednak jeszcze bardziej zaskakująca jest osoba, która tam mieszka…

Z opisu na okładce możemy się dowiedzieć, że „Wielki Bieg Gwiazdkowy” to nieoczywista i wzruszająca opowieść w świątecznym klimacie – o relacjach, nie zawsze łatwych wyborach, byciu sobą i marzeniach. Taka właśnie jest – i w ogóle mnie to nie dziwi, bo znając poprzednie książki Katarzyny Wasilkowskiej wiem, że potrafi tworzyć fabuły absolutnie nieschematyczne. Zobaczcie sami, jeśli jeszcze nie znacie —>>> Świat Mundka , Już, już ! oraz Kilka niedużych historii .

A kto w końcu wygrał ten tytułowy Wielki Bieg Gwiazdkowy, do którego Tadzio tak bardzo się przygotowywał ? Tego już musicie dowiedzieć się sami, a przy okazji znajdziecie tam odpowiedź na parę innych, ważnych pytań.

Na przykład – czy warto przejmować się tym, co ludzie o nas mówią ? Albo – czy ogórki z miodem są smaczne ?

Katarzyna Wasilkowska „Wielki Bieg Gwiazdkowy”, ilustr.: Agnieszka Sozańska, wyd.: Dwukropek Juka91, Warszawa 2024

Wielka księga Lassego i Mai

Wielka księga Lassego i Mai

Mam wobec Lassego i Mai (oraz Martina Widmarka i Heleny Willis oczywiście też !) ogromny dług wdzięczności. Zwierzałam się tu już nie raz z tego, że los obdarował mnie trzema córkami, a w bonusie dołożył wszystkim obciążenie dysleksją. W przypadku dwóch starszych do przełamania problemów z samodzielnym czytaniem bardzo przyczyniła się pani Rowling i Harry Potter (pisałam o tym —>>>tutaj). Jednak kiedy Najmłodsza z nich zaczynała naukę, miała za sobą już obejrzenie przynajmniej części filmów z nim i książki z tej serii nie były już tak atrakcyjne. I wtedy, jak na zamówienie, pojawili się oni…

I zassało ją 😉

Przez ładnych parę lat Najmłodsza wiernie śledziła wszystkie kolejne tomy tego cyklu. Kiedy już wyrosła z tych lektur cała klikunastotomowa* kolekcja została przekazana siostrze ciotecznej, a potem czytały to jej młodsze siostry. Najmłodsza z nich niedawno skończyła 10 lat. Na urodziny podarowałam jej „Wielką księgę Lassego i Mai”, co zostało przyjęte z ogromną radością nie tylko przez nią, ale także przez jej siostry. A ja z przyjemnością patrzyłam, jak wszystkie trzy razem ją oglądały 🙂


„Wielka księga Lassego i Mai” to gratka przede wszystkim dla fanów tego cyklu, a jest ich sporo. Jeśli macie w swoim otoczeniu takiego delikwenta albo delikwentkę, to prezent podchoinkowy macie już z głowy, a wdzięczność obdarowanych zapewnioną.


W środku spotkacie wszystkich najważniejszych mieszkańców Valleby czyli miasteczka, w którym toczy się akcja tych książek. Możecie także zwiedzić tę miejscowość i odwiedzić najważniejsze, znane z książek, miejsca. Są też quizy ze znajomości niektórych historii z tego cyklu, przepisy kulinarne i wiele innych ciekawostek.


„Wielka księga Lassego i Mai” to gratka przede wszystkim dla fanów tego cyklu, ale może być też dobrym prezentem dla początkujących czytelników, którzy jeszcze nie znają tej dwójki detektywów. Wtedy jednak warto do prezentu dołożyć choć jeden tom z zasadniczego cyklu. Choć nie, jeden to za mało – co najmniej dwa, żeby obdarowany miał co czytać przynajmniej do końca Świąt.

*kilkunastotomowa wówczas – do dziś w ramach cyklu ukazało się 31 (słownie: trzydzieści jeden) tomów zasadniczych, trzy tomy komiksów oraz (jeśli dobrze liczę) osiem tomów dodatkowych.

Oraz „Wielka księga Lassego i Mai”, a na przyszły rok zapowiadana jest kolejna ”Tajemnica” – tym razem „Tajemnica kościoła”.

Dziękuję Wydawnictwu Zakamarki za egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Martin Widmark (tekst) & Helena Willis (ilustr.) „Wielka księga Lassego i Mai”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2024

Tyle się wydarzyło i tyle jeszcze nas czeka

Tyle się wydarzyło i tyle jeszcze nas czeka

Książka nominowana w Małej Edycji Plebiscytu Blogerek LOKOMOTYWA 2024 przez Maję Kupiszewską autorkę bloga Maki w Giverny ( —>>>tutaj możecie przeczytać, co napisała o niej u siebie)

W tytule tej książki zawiera właściwie cała jej treść, ale to, co jest w niej najważniejsze, mieści się nie w wydrukowanych słowach, tylko w tym, co nam się w związku z nią pomyśli

Za każdym razem, kiedy kończyłam ją przeglądać, moje myśli biegły w zupełnie inną stronę. Bardzo jestem ciekawa, dokąd mnie ona jeszcze może zaprowadzić. Oraz tego, co w niej zobaczą osoby z innym (bo na przykład dużo krótszym) doświadczeniem życiowym.

Autorka zadedykowała ją jutrzejszym dorosłym i wczorajszym dzieciom, a więc w zasadzie… wszystkim. Nikt nie może mieć wymówki, że to książka nie dla niego 😉

Składa się ona w połowie ze stwierdzeń dotyczących tego, co już było, co już się wydarzyło i w połowie z pytań o to, co będzie, co jeszcze na nas czeka. Nas czyli kogo ? Jej czytelników ? Ludzi w ogóle ? Tych, którzy żyją teraz czy tych, którzy pojawią się po nas ?

Co było jeszcze wcześniej ? Co będzie potem ? Czy to wszystko ma jakiś początek i koniec ?

Kontakt z nią prowokuje do zastanowienia się nad tym, czym jest czas ? Jej forma, dzieląca go wyraźnie na kiedyś, teraz i potem, pokazuje jak ulotne i krótkie jest teraz. A może w ogóle go nie ma?

Kiedy tak leży przede mną zamknięta, wygląda zupełnie normalnie. Można nawet powiedzieć – przeciętnie. Warto jednak ją otworzyć, bo to, co znajdziemy w środku, jest absolutnie nieprzeciętne.


Jej forma, stanowiąca niewątpliwe wyzwanie dla wydawcy, powoduje, że zaliczyć ją mogę do kategorii: książki inne niż wszystkie. W ofercie wydawnictwa Widnokrąg to druga po „Idei” taka pozycja. Nietypowa forma i niedookreślona grupa wiekowa, do której obie są adresowane, na pewno nie ułatwiają sprzedaży. Za to ile frajdy będą mieli ci, w których ręce trafią ! Chapeau bas dla wydawnictwa, że się odważyło je wydać !!!

Johanna Schaible „Tyle się wydarzyło i tyle jeszcze nas czeka”, przekł.: Agata Teperek, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2024

W krainie snów

W krainie snów

Książka nagrodzona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY oraz nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA 2024 !!!

„W krainie snów” to druga (po „Stanie splątania”) powieść Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel adresowana do młodzieży. Pierwsza zrobiła na mnie duże wrażenie, więc teraz przystępowałam do lektury z pewnymi obawami – czy sprosta oczekiwaniom rozbudzonym przez poprzednią ?

Sprostała !!!

Jest zupełnie inna (bo o czym innym), ale równie dobra. Czyta się znakomicie. Co jest w niej moim zdaniem najważniejsze – Roksana Jędrzejewska-Wróbel znowu pokazuje dorastanie jako niełatwy proces, w którym chodzi o coś więcej niż tylko o kwestie związane z seksualnością. Ten temat, mam wrażenie, zdominował w ostatnich latach literaturę dla starszej młodzieży, a tutaj nie jest najważniejszy. Życie składa się także z innych rzeczy.

Budzą mnie wrzaski. Otwieram oczy u w pierwszej chwili zupełnie nie wiem, gdzie się znajduję. W pokoju jest ciemno, ale przez pionowe rolety przenika światło. Siadam na łóżku. Jest wysokie i moje stopy nie dosięgają do ziemi, dyndają nad kremową wykładziną, jakbym miała sześć lat. Odsłaniam roletę i ostry błękit bije mnie po oczach, miesza się z turkusem pościeli. Na niebie ani jednej chmurki, tylko ten oślepiający blask. (…)

W końcu widzę, kto tak się wydziera. To zielone papugi. Wyleciały właśnie całą bandą spomiędzy liści palmy, która sterczy jak gigantyczna miotła po drugiej stronie ulicy. Jej pióropusz odcina się ostrym konturem od tego wszechogarniającego błękitu, który zalewa wszystko, jakby był wymieszany ze słońcem. Na podjeździe naprzeciwko, przed niskim żółtym domem stoi duży samochód.(…)

Po drutach wysokiego napięcia biegnie szara wiewiórka. Dopiero wtedy do mnie dociera, że naprawdę jestem w Kalifornii.

Wydawać by się mogło, że perspektywa spędzenia całych wakacji w Kalifornii to dla szesnastolatki z Polski coś fantastycznego. Mimo to Matylda nie była zachwycona, kiedy dowiedziała się, że zamiast pobytu z przyjaciółką w domku nad kaszubskim jeziorem czeka ją lot samolotem do Los Angeles i dwa miesiące w towarzystwie nigdy wcześniej niespotkanych przyjaciół mamy. Taka już jest, że nie lubi niespodzianek i woli sobie wszystko wcześniej zaplanować – odwrotnie niż jej mama. Jednak jak się ma szesnaście lat, to jest się skazanym na pomysły rodziców, nawet te najgłupsze. Poza tym jednak – Kalifornia to Kalifornia. Kto by nie chciał tam pojechać, zobaczyć wszystkich tych miejsc znanych z filmów i zdjęć?

Roksana Jędrzejewska-Wróbel pomału, ale konsekwentnie dekonstruuje mit beztroskiego życia w tytułowej krainie snów. Matylda, a wraz z nią czytelnicy tej książki, przekonują się, że z bliska ten świat wygląda zupełnie inaczej – trawa na zielonych trawnikach jest sztuczna, piękne rośliny bywają trujące, a jak się skręci w niewłaściwą ulicę, można niechcący trafić na kamping dla kloszardów. Słonce świeci cały dzień, upał jest nie od wytrzymania, trzeba zakrywać głowę i smarować się kremami przeciwsłonecznymi, ale za to zdjęcia wychodzą piękne i zbierają masę lajków na Instagramie.

Podobnie jest z ludźmi, z którymi Matylda ma spędzić te wakacje. Mieszkający w pięknym otoczeniu przyjaciele mamy chyba nie są tam szczęśliwi, a jej własna mama… też jest osobą, z którą najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jest drobną, atrakcyjną blondynką, podobną do Marylin Monroe, więc pokazanie się z nią na instagramowym profilu to nie obciach. Za to codzienność z nią to zupełnie inna bajka.

Instagram i media społecznościowe zajmują w tej historii bardzo dużo miejsca. Każdy rozdział poprzedzony jest stroną, na której co prawda nie ma zdjęcia, ale jest jego opis – coś jak audiodeskrypcja dla osób niewidzących. Te zdjęcia to sceny opisane potem, a my możemy sami zorientować się, na ile prawdziwy obraz pokazują. Jednak nie tylko samo to zdjęcie jest ważne – z każdym kolejnym widzimy, jak przybywa pod nimi lajków, a Matylda zauważa ze zdziwieniem: Jestem zaskoczona liczbą serduszek, które znalazły się pod moimi ostatnimi zdjęciami. To bardzo przyjemne. Do tej pory nie byłam fanką mediów społecznościowych. Teraz myślę, że to dlatego, że nie za bardzo miałam co tam wrzucać.

Matylda jest zadowolona, że wreszcie może się czymś pochwalić przed znajomymi, którzy wciąż wstawiają zdjęcia z zagranicznych wakacji. Latałam tylko, jak byłam całkiem mała, i w podstawówce, ale wtedy nie miałam jeszcze Instagrama, więc bez sensu. Skoro nikt tego nie wiedział, to jakby się nie wydarzyło. Prawie wszyscy ludzie z mojego liceum ciągle jeżdżą z rodzicami za granicę. (…) Zawsze jak oglądałam ich zdjęcia, to mnie to wkurzało, a teraz ich rozumiem. Jeśli człowiek jest w jakimś fajnym miejscu, to chce się tym podzielić z innymi. Bez tego nie wiadomo, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko się śni.

Na tych stronach poprzedzających kolejne rozdziały ważne są także piosenki, które stanowią tło dźwiękowe zdjęć Matyldy. Ich wybór nie jest przypadkowy, a tytuły tych piosenek stanowią tytuły rozdziałów. Na końcu książki znajduje się kod QR, który przenosi nas do playlisty na Spotifay’u. Można ją także tam znaleźć pod tytułem książki.

Każde wakacje jednak kiedyś się kończą i trzeba wrócić do codzienności. Już w Kalifornii do Matyldy zaczyna docierać, że jej mama jest nie tylko niedojrzałą życiowo i wciąż niepozbieraną po rozwodzie Śpiącą Królewną wiecznie marzącą o królewiczu, ale że ma ona także pewien poważny problem. Problem, który przerasta siły nastolatki, a z którym nie ma się do kogo zwrócić. Czy naprawdę obowiązkiem córki jest opiekowanie się nią? Jakim psychicznym kosztem? Czy ma prawo jednak zawalczyć o siebie i swoją przyszłość?

Z tymi znakami zapytania muszę Was zostawić, bo nie chcę zdradzać tego, o co w tej historii chodzi. Jeśli jednak ktoś chce się dowiedzieć i nie boi się spoilerów – zapraszam pod zdjęcie.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „W krainie snów”, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzencki tej książki !

Mama każdy dzień kończy dwiema butelkami wina, a zaczyna pić już przy obiedzie. Sama nie wiem, co o tym sądzić. Trochę się martwię, ale może niepotrzebnie. To przecież tylko wino, a nie wódka. Mnóstwo osób pije wino do posiłku.

Te dwie butelki wina to już czas po ich powrocie z Kalifornii, kiedy mama musi pogodzić się z rozczarowaniem tym, że nic nie wyszło z planów ułożenia sobie tam życia z poznanym przez internet (i dzięki kalifornijskim przyjaciołom) mężczyzną. Już wcześniej można było zauważyć rozmaite sygnały, świadczące o jej postępującym uzależnieniu, jednak Matylda traktowała je jak coś normalnego, do czego była od zawsze przyzwyczajona. Roksana Jędrzejewska-Wróbel subtelnie, ale precyzyjnie opisuje te wszystkie momenty, które powinny zaniepokoić, ale są ignorowane, bo przecież każdy ma się prawo czasem napić. Opisuje życie z alkoholikiem, który nie chce przyjąć do wiadomości, że nim jest, wypiera to i ukrywa. Podobnie otoczenie – choć w tym przypadku trudno jest o nim mówić. Matylda jest z tym wszystkim sama, ojciec z nimi nie mieszka, babcia nie żyje, a jedyni znajomi, z którymi mama utrzymuje kontakt, mieszkają za oceanem.

Właśnie ta jej samotność boli mnie tutaj najbardziej. Ojciec, który po rozwodzie ogranicza się do opłacania byłej żonie i córce mieszkania na luksusowym osiedlu, ale równocześnie pozostawia ją samą ze wszystkim problemami, z których sobie zdawał sprawę. W chwili rozwodu Matylda miała dwanaście lat!

W telefonie zaufania, do którego zadzwoniła już po tym, jak znalazła mamę nieprzytomną na podłodze, poradzono jej, żeby znalazła sobie wspierającego dorosłego, ale ojciec nie chce albo nie potrafi udźwignąć tej roli. Na szczęście dla jego córki, chce jej w tym pomóc jego nowa partnerka.

Oddałabym wszystkie wakacyjne widoki, łącznie z Wielkim Kanionem, żeby tylko mama była taka jak dawniej, ale to niemożliwe, bo ona nigdy nie była inna i to właśnie jest najgorsze. Czuję się, jakbym nie mogła się wybudzić z jakiegoś koszmaru. Nie chcę, tak bardzo nie chcę myśleć o tym, że mama piła wcześniej? Czy dlatego tata odszedł? I dlaczego mnie nie zabrał? Bałam się go o to zapytać, bałam się usłyszeć, że nie byłam dla niego tak ważna, żeby mnie ochronić.

Chciałoby się dla nich wszystkich happy endu, ale rozsądek podpowiada, że nie bardzo można na niego liczyć.

Chociaż kto wie… ?

Dziennik Rut

Dziennik Rut

Mam na imię Rut. Bez h na końcu. I bez a. Po prostu RUT. Mówią na mnie Rutka lub Rucia. Czasem Rucisława. Zdarza się, że mama mówi do mnie Ryszard. Zupełnie nie wiem, skąd jej się to wzięło. W domu nas, dzieci, jest pięcioro. Mieszka z nami jeszcze pies – Hamsa. No i rodzice – mama i ojczym. Przydają się, kiedy jestem głodna lub nie mam czystych ubrań. Albo kiedy jest mi smutno i chcę się do kogoś przytulić.

Rut ma jakieś dwanaście, może trzynaście lat. Chodzi do szkoły, ma bliską sercu przyjaciółkę, mniej i bardziej lubiane koleżanki oraz jednego kolegę, z którym szczególnie dobrze jej się rozmawia. Bierze udział w zajęciach kółka teatralnego, czasem ma problemy z ocenami, ale ogólnie radzi sobie z nauką. Normalnie, jak inne dziewczynki w jej wieku.

Żyje w patchworkowej rodzinie, jest środkowa z piątki rodzeństwa. Czasem się kłócą z siostrami i braćmi, a czasem fajnie dogadują. Jej tata mieszka w innym mieście, więc rozmawiają na skypie. Mama i ojczym starają się ogarniać wszystko, ale przy tylu dzieciach w domu, różnie z tym bywa. Zwyczajnie, jak w każdej rodzinie.

Jedynym, co odróżnia Rut od jej rówieśników, jest to, że jest Żydówką (a dokładniej: Polką i Żydówką) i jej rodzina żyje według reguł religii żydowskiej. Jedzą zgodnie z zasadami koszerności. W piątek po zachodzie słońca zasiadają do wieczerzy szabatowej i do sobotniego wieczora nie używają telefonów, ani komputerów. Obchodzą tradycyjne święta żydowskie: Rosz ha-Szana, Jom Kippur, Sukot (że wymienię tylko te które wypadają na początku polskiego roku szkolnego 😉 ) i inne. Nie dotyczą ich natomiast najbardziej u nas uroczyste: Boże Narodzenie i Wielkanoc – chyba że przypadkiem Chanuka i Pesach wypadną w tym samym terminie.

Co z tego wynika ? Na przykład to, że nie pójdzie ze znajomymi do McDonald’sa, bo to, co mogłaby tam zjeść, jest niekoszerne. Że czasem nie ma jej w szkole z powodu świąt i potem musi nadrabiać zaległości, natomiast wtedy, kiedy wszyscy siadają do wieczerzy wigilijnej, u niej w domu jest to normalny wieczór. Za to zna alfabet hebrajski i umie czytać książki, w których wszystko jest z innej strony, niż w tych wydanych po polsku.

Miriam (Maria) Synger, która prowadzi na Instagramie profil @jestem_zydowka , pisząc tę książkę wzorowała się na własnej rodzinie. Swoje wpisy na IG adresuje do dorosłych – opowiada tam o swoim codziennym życiu i o tym, jak w nim łączy bycie religijną Żydówką, wielodzietną (i patchworkową) Matką Polką, feministką i patriotką. Opisuje zwyczaje, tradycje i pojęcia związane z judaizmem, wyjaśnia wątpliwości, odpowiada na pytania. Wydała też książkę pod tytułem „Jestem Żydówką”, która podobnie jak „Dziennik Rut” jest zapisem jednego roku szkolnego – bo w takim rytmie żyje większość rodzin w Polsce, niezależnie od tego, czy posługują się kalendarzem gregoriańskim czy żydowskim.

Miriam Synger pochodzi z rodziny, która na drogę asymilacji weszła pięć pokoleń wcześniej i ponad sto lat temu. Jej historię opisała babcia Miriam – Joanna Olczak-Ronikier w swoich książkach „W ogrodzie pamięci” i „Wtedy”, a zasług dla kultury polskiej kolejnych jej przedstawicieli nie sposób przecenić. Prapradziadkami Miriam byli Janina i Jakub Mortkowiczowie, twórcy księgarni i wydawnictwa, które publikowało największych polskich pisarzy, m.in. Żeromskiego. Janina Mortkowiczowa była także tłumaczką – polscy czytelnicy zawdzięczają jej na przykład „Chłopców z Placu Broni”. Sto lat później ich praprawnuczka i prapraprawnuki (nie wyrzekając się polskości przecież !) żyją zgodnie z zasadami religii, od której oni odeszli. Życie pisze naprawdę niespodziewane scenariusze…

Z dużym zainteresowaniem śledzę profil Miriam Synger na Instagramie, przeczytałam także jej pierwszą książkę dla dorosłych. Obserwuję życie jej i jej rodziny, w tak wielu aspektach regulowane przez religijne nakazy i zakazy. Zastanawiam się czasem, jak to będzie wyglądało w następnych pokoleniach ? Dla niej samej była to decyzja, którą podjęła już jako osoba dorosła. Co wybiorą jej dzieci ?

Rozumiem, że obie te książki oraz profil na IG mają przede wszystkim zapoznawać ich otoczenie z zasadami, którymi się kierują i bardzo dobrze tę rolę spełniają. Obraz ich życia rodzinnego nie jest cukierkowy, bo przy tylu dzieciach z nawet najpoważniejsze tradycje mogą się skończyć… różnie 😉 Brakuje mi tam jednak niekiedy odrobiny… nie wiem… może wątpliwości ? Buntu dzieci, które czasem chcą czegoś, co ich rówieśnicy mogą, a one nie ? Lub choćby odrobiny żalu, że ich te cheesburgery czy wypad z kolegami do kina w sobotę omijają… Bo mimo wszystko trudno mi uwierzyć, że to się nie zdarza.

„Dziennik Rut” to książka, którą mogę określić jako przełomową, ponieważ po raz pierwszy od zakończenia wojny mamy w polskiej literaturze dla niedorosłych bohaterów żydowskich – kompletnie poza kontekstem Zagłady. Ten temat w ogóle tam się nie pojawia. Minęło 80 lat, dzieci Miriam Synger są w jej rodzinie trzecim pokoleniem urodzonym po wojnie. Ich prababcia była wtedy dzieckiem. Dla nich są to wydarzenia niemal tak odległe, jak niewola egipska czy inne zdarzenia z odległej przeszłości, które upamiętniają kolejne obchodzone przez nich święta. Są i Żydami, i Polakami. I są tu u siebie.

A jak się dobrze rozejrzeć, to może się okazać, że osób o takich korzeniach jest dookoła więcej, mimo że one same uważają, że to nieprawda i że to jest głupie… 😉

Miriam (Maria) Synger „Dziennik Rut” ilustr.: Tadeusz Marek, wyd.: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2024

Miriam (Maria) Synger „Jestem Żydówką. Pamiętnik religijnej feministki patriotki wielodzietnej matki Polki” , wyd.: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2023

P.S. A jak już przeczytacie, to koniecznie zajrzyjcie jeszcze do stopki redakcyjnej, z której dowiecie się, ile osób było zaangażowanych w wydanie tej książki i co konkretnie każda z tych osób robiła. Bardzo ciekawa i pouczająca lektura 🙂

Kończy się czas

Kończy się czas

Książka nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA 2024 !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2024

„Kończy się czas” to piąta powieść dla młodzieży tej autorki, która ukazała się po polsku, a wśród nich – czwarta verse novel. Na skrzydełku okładki możemy przeczytać, pochodzącą z recenzji w „Die Zeit” opinię: Sarah Crossan kolejny raz udowadnia, że jest mistrzynią tworzenia wielkich opowieści za pomocą niewielu słów. To prawda – autorka ponownie mierzy się tu z bardzo trudnym i ważnym tematem. I znowu robi to w sposób przejmujący.

Kara śmierci.

Czyli temat z naszej perspektywy odległy, bo w Polsce zniesiono ją w 1998 roku, a ostatni wyrok wykonano 10 lat wcześniej. Od lat nie obowiązuje ona też w żadnym kraju europejskim (poza Białorusią). Są na świecie kraje, których prawo ją dopuszcza, ale wprowadziły moratorium na jej wykonywanie. Nadal są jednak takie, w których się ją wykonuje. Także (po latach moratorium) w niektórych stanach USA.

Joe ma siedemnaście lat i od dziesięciu nie widział swojego starszego brata. Kiedy miał siedem lat, w ich domu zadzwonił telefon i okazało się, że Ed został aresztowany pod zarzutem zabójstwa policjanta w Teksasie.

Teksas jest jednym z tych stanów, w którym wykonuje się karę śmierci.

Joe ma siedemnaście lat i jedzie do Teksasu, aby zobaczyć swojego brata po raz ostatni, bo wyznaczono już termin egzekucji. Jedzie sam. Mama zniknęła z jego życia wiele lat temu, siostra pracuje, a ciotka uważa, że powinni zapomnieć o Edzie…

Tu kończą mi się słowa, którymi mogłabym opisać tę książkę…

Cała ta historia sprawia mi ból. Jest w niej przejmująca samotność i bezradność dzieciaka, który stanął wobec wyzwania, wydawać by się mogło, ponad siły. Ale sprostał mu, tylko jak teraz będzie wyglądało jego życie ?

Jest w tej powieści także głęboki cień, jaki kara śmierci i wszystko co wiąże się z jej wykonaniem rzuca na ludzi, którzy są z tym związani. W miejscowości Wakeling, in the middle of nowhere w Teksasie wszyscy są albo pracownikami więzienia (lub ich rodzinami), albo krewnymi więźniów Wakeling Farm, wszyscy są jakoś nią skażeni.

„Kończy się czas” to nie tylko poruszający protest song przeciwko karze śmierci – to także opowieść o dorastaniu, miłości i wybaczeniu. Książka, którą czyta się (jak na jej ilość stron) szybko, ale potem długo nie można przestać o niej myśleć.

P.S. Wszystkie książki tej autorki znajdziecie —>>> tutaj

Sarah Crossan „Kończy się czas” przekł.: Małgorzata Glassenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2024

Między ziemią a niebem

Między ziemią a niebem

Książka nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA 2024

oraz nagrodzona w tegorocznym Konkursie Literackim „Planeta Izabelin” !!!

a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2024

Jeśli ktoś myśli, że rekonstruuję mity słowiańskie – grubo się myli. Jeśli sądzi, że zmyślam wszystko, każde słowo – myli się również – napisała Autorka we wstępie do tej książki.

Mit jest jak kłoda – piastunka, jak stare, dawno już powalone drzewo, ne którym wyrastają nowe, młode drzewka. Możemy sobie wyobrażać, jak to drzewo wyglądało, kiedy jeszcze żyło i rosło. Ale nie możemy tego zobaczyć. Dotyczy to zwłaszcza mitów słowiańskich. Bardzo mało wiemy, zapisków mamy tyle co nic – ot, kilka wzmianek w kronikach. Troszkę można odczytać z obrzędów, pieśni, opowieści i baśni pozbieranych po wsiach. Trochę z języków. Trochę z wierzeń, przesądów oraz ludowej magii i medycyny. Ale to wszystko okruszki, z których próbujemy złożyć obraz wielkiego, rozłożystego drzewa z jego najlepszych czasów…

„Między ziemią a niebem” to trzecia książka napisana przez Katarzynę Jackowską-Enemuo i druga z nich, którą zilustrowała Nika Jaworowska-Duchlińska. Nie można jednak powiedzieć, że jest to drugi tom – raczej kolejny 😉 A kolejność, w której będziemy je czytać, zależy tylko od nas.

W „Między światem a zaświatem” Autorka dotykała spraw ostatecznych. Tutaj natomiast opowiada nam o istocie świata – tego, w którym żyjemy, a który nie zawsze rozumiemy, mimo że wydaje nam się, że jesteśmy bardzo mądrzy. O żywiołach, które nim rządzą i nad którymi ludzie chcieliby panować, ale nie bardzo im to wychodzi.

Ziemia, woda, ogień, wiatr, światła na niebie – to wszystko otacza nas i towarzyszy nam od zawsze. Dawniej ludzie uważali te elementy za żywe i mieli z nimi swoje szczególne więzi. Nie chodzi tylko o wiarę w bogów ognia, słońca lub wody. Chodzi także – albo nawet przede wszystkim – o pełną szacunku bliskość.

Nieodmiennie zachwyca mnie język, którym pisze Katarzyna Jackowska–Enemuo, bo jest w nim niezwykła melodyjność, coś co niesie nas, kiedy czytamy. Ponieważ miałam kiedyś przyjemność słuchania jej opowiadającej i akompaniującej sobie na akordeonie, to podczas lektury cały czas słyszałam w głowie jej głos. Pożałowałam nawet, że nie ukazała się ona w formie audiobooka, ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że wtedy nie mielibyśmy okazji zobaczyć ilustracji Niki Jaworowskiej – Duchlińskiej, a bez nich te historie byłyby uboższe…

Cóż, zawsze w życiu jest coś za coś, ale jeśli przytrafiłaby się Wam okazja posłuchania Autorki, nie rezygnujcie z niej, bo to jest rzecz niezapomniana !!!

Podobnie jak w „W między światem a zaświatem” tutaj także oprócz pięknych baśni znajdziemy także uzupełnienie dla dociekliwych. Na końcu jest także słowniczek wyrazów niecodziennych. Ja sama co prawda znalazłam tam wiele słów, które dla mnie są zdecydowanie codzienne, mam jednak nadzieję, że wzbogacą wokabularzyk innych czytelników 😉

We wstępie Autorka napisała jeszcze:

Piszę książki po to między innymi, by każdy człowiek – duży i mały – wiedział, że wolno nam zmyślać i wymyślać. Że wolno nam opowiadać swoje historie. Albo stare opowieści po swojemu. Że wolno nam zmieniać – bo wszystko wokół się zmienia. Lecz że przy tym dobrze jest poczytać, poszukać, sprawdzić, jak było kiedyś tu i tam. To wspaniała przygoda, która poszukiwaczowi zawsze bardzo dużo daje.

Opowiadamy sobie siebie i świat, żeby próbować zrozumieć i żeby się z tym światem, ze sobą samym w świecie spotkać. Na tysiąc, milion sposobów, jeszcze raz i jeszcze – wciąż od nowa. I to jest bardzo piękne. Opowiadajcie i wy.

A ja mogę się tylko przyłączyć do tego wezwania 🙂

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między ziemią a niebem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2024

Hip, hip, kura !

Hip, hip, kura !

Książka nominowana i NAGRODZONA w kategorii: tekst Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA

oraz nagrodzona Nagrodą ŻÓŁTEJ CIŻEMKI a także wpisana na Pokonkursową Listę-Bis Polskiej Sekcji IBBY !!!


Hip, hip kura !” to trzecia część cyklu, na który składają się także „Kury z grubej rury”, „O kurza twarz !” i najnowsza „Piąta kura u wozu”.

Justyna Bednarek twórczo wykorzystuje w ich tytułach związki frazeologiczne, które funkcjonują w codziennym języku i czyni w taki sposób, że ma to uzasadnienie w akcji książek. Sformułowania z grubej rury używamy, kiedy chcemy podkreślić dosadność i bezceremonialność czyjejś wypowiedzi. Bardzo ono pasuje do zachowań bohaterek tego cyklu, ale równocześnie są one naprawdę z grubej rury, bo w takiej właśnie spędziły pierwszy czas po wykluciu pod opieką… nie, wcale nie kury, to by było zbyt oczywiste 😉

A potem Augusta, Belka, Hildegarda i Żaneta zamieszkały razem z sympatyczną rodziną Ogórków (ludzką rodziną, nie roślinną 😉 ) przy ulicy o wspaniałej nazwie Cudne Manowce (tak, naprawdę jest taka ulica !) i wtedy dopiero zaczęło się dziać… Szczególnie, że we wszystkim maczał od czasu do czasu palce także Niewidzialny Reżyser.

Nominując „Hip, hip kura !” w kategorii: tekst Plebiscytu Lokomotywa uzasadniłyśmy to następująco: Justyna Bednarek nikogo nie oszczędza. Rzuca czytelników na pastwę czterech kur (rasy brahma) i ogórków! Pardon, Ogórków! Rzeczone warzywa to rodzina złożona z pięciu osób, w życie których wkracza boskiej klasy smartfon. Elektroniczny szpieg rozgryza czułe punkty towarzystwa i gra na nich po mistrzowsku. Na pomoc przychodzą czujne kokoszki, ratują przed lekkomyślnością i niebezpieczeństwami sieci. Temat wciągającego świata cyfrowego opisany lekko i zabawnie, bez nadmiernego dydaktyzmu, Autorka umacnia śmiechem, na deser podając nawiązania do klasyków literatury polskiej i światowej. O tym, że dobrze z tą nominacją trafiłyśmy, najlepiej świadczy wynik głosowania internautów.

Pisząc o całym cyklu nie można nie wspomnieć roli, jaką w jego powstaniu odegrała Nika Jaworowska – Duchlińska. Jej ilustracje znakomicie współgrają z humorem Justyny Bednarek, a nawet, można powiedzieć, że go podkręcają. Postaci kur, które wyszły spod jej ręki, są nie tylko równie charkterne jak w tekście, ale także łatwe do odróżnienia.

Właśnie ukazała się „Piąta kura u wozu”. Wbrew mylącemu tytułowi jest to część czwarta tego cyklu, a ja jestem bardzo ciekawa, jak będzie zatytułowany tom piąty ?

I kolejne oczywiście też 😉

Justyna Bednarek „Kury z grubej rury”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Słowne młode, Warszawa 2022

Justyna Bednarek „O kurza twarz !”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Świetlik, Białystok 2023

Justyna Bednarek „Hip, hip kura !”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Świetlik, Białystok 2023

Justyna Bednarek „Piąta kura u wozu”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Świetlik, Białystok 2024

Zu dę daś ?

Zu dę daś ?

Książka w wersji oryginalnej wpisana została na listę White Ravens Internationale Jugendbibliothek w Monachium.

Polskie wydanie było nominowane w kategorii: przekład Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA oraz zostało wpisane na listę honorową IBBY i na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2022

Przyznajcie się, kto z was nigdy nie przyglądał się maleńkim owadom i nie zastanawiał, o czym one ze sobą rozmawiają ? Po jakiemu ? Pani Carson Ellis podsłuchiwała je na tyle długo, że nauczyła się ich języka. Owady przez nią podsłuchane posługiwały się angielską wersją owadziego języka, którą trzeba było przetłumaczyć na wersję polską. Pomagał mi w tym pewien żuczek, który czasami chodzi mi po ekranie komputera, pytając „Zu dę daś?”. I jak byście mu na to pytanie odpowiedzieli ? – napisał na ostatniej okładce tłumacz tej książki Michał Rusinek.


Kiedy ukazało się jej polskie wydanie, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że MUSI się ona znaleźć w gronie naszych lokomotywowych nominacji w kategorii: przekład. Mieliśmy już tam książkę przetmitniętą na gwarę wielkopolską, więc stworzony na potrzeby tej publikacji polski język owadzi też się w niej znakomicie mieścił.

„Zu dę daś ?” (czyli w oryginale „Du Iz Tak?”) to wyzwanie nie tylko dla tłumacza, ale także dla czytelników – dla obu stron tego czytelniczego procesu to także świetna zabawa !!! Choć w pierwszym momencie może się to wydawać kompletnie niezrozumiałe, to jednak przy pewniej dozie umysłowej otwartości, spostrzegawczości i wyobraźni można bez problemu domyślić się, o czym rozmawiają owadzi bohaterowie. Z tekstu Krzysztofa Rybaka w „Kulturze Liberalnej” dowiedziałam się, że istnieje też (można tak powiedzieć) przekład tekstu oryginalnego na angielski. Jest on udostępniany tłumaczom, którzy podejmują się stworzenia kolejnych owadzich języków narodowych. Bez tego, jak się domyślam, można by się obawiać w kolejnych wersjach językowych czegoś, co nazwałabym efektem głuchego telefonu. Jak napisał tam Krzysztof Rybak: Sam fakt istnienia tekstu nie jest tajemnicą, ale jego treść jest ściśle tajna, co stanowi o determinacji w utrzymaniu języka owadziego jako obowiązującego.


Jeśli ktoś nie ma jednak ochoty na lingwistyczne zagadki, może potraktować znajdujące się tam dialogi tak, jak normalnie ignorujemy bzyczenie muchy czy komara i poprzestać na ilustracjach. Dzieje się na nich bardzo wiele, a historia, której początkiem i końcem jest nieśmiałe wychynięcie z ziemi małych zielonych listków, okazuje się być opowieścią o niepowstrzymanej cykliczności natury. Owadzi bohaterowie obserwują to, co się potem z tymi listkami dzieje, z zachwytem i fascynacją bardzo podobnymi do naszych ludzkich.
Przecież bardzo często zdarza nam się pochylać nad czymś, co niepodziewanie wyrosło i pytać Zu Dę Daś? – tylko w naszym języku…

Carson Ellis (test & ilustr.) „Zu dę daś ?”, przekł.: Michał Rusinek, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2022