Misiu Szpeniolek

Misiu Szpeniolek

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład !!!

Z sześciu kategorii, w których nominujemy książki w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA, przekład jest tą najbardziej dyskusyjną. Zdajemy sobie sprawę, że aby dobrze ocenić pracę tłumacza powinno się znać oryginał utworu oraz bardzo dobrze oba języki – ten, w którym został napisany, i ten, na który go przełożono. W przypadku większości nominowanych w tej kategorii książek tak nie jest, ale mimo to zależy nam na docenieniu roli tłumaczy w przybliżaniu polskiemu czytelnikowi tego, co ukazuje się w innych krajach. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie zauważyć i dobrze ocenić wszystkich niuansów przekładu, dlatego skupiamy się przede wszystkim na efekcie końcowym – czyli na tym, jak ten tekst brzmi po polsku i jak się go czyta.

Wśród tegorocznych nominacji znalazła się jedna szczególna – „Misiu Szpeniolek” czyli przekład „Kubusia Puchatka” na gwarę wielkopolską. Postanowiliśmy w ten sposób docenić nie tyle może kunszt tłumacza, ile sam fakt wydania klasyki literatury w tej wersji językowej. Dodajmy, że nie jest to pierwsza taka edycja w polskim języku regionalnym, bo wcześniej ukazała się edycja śląska czyli „Niedźwiodek Puch” i kaszubska „Miedzwiôdk Pùfôtk”. Podobne zabiegi translatorskie wykonywane są także wobec Małego Księcia (ukazał się w przekładzie śląskim, wielkopolskim i góralskim) i Alicji w Krainie Czarów (na razie powstała wersja śląska). Pozwólcie, że nie będę tu wchodzić rozważania na temat tego, czym się różni język od gwary, co nim jest, a co nie jest i dlaczego, nic to albowiem do rzeczy nie przyda 😉 Ciekawszą kwestią natomiast jest to, po co to się robi, skoro i tak wszyscy potencjalni czytelnicy znają język polski i zapewne także znają tę książkę ? Czy podtrzymywanie takich regionalności ma sens i wartość ???

Ma i to głęboki. Na naszą tożsamość składa się nie tylko tradycja narodowa, ogólnopolska, ale też wszystko to, co przynależy do naszych małych ojczyzn – pamięć lokalna miejsc, w których dorastamy i skąd wywodzi się nasza rodzina, specyfika kuchni i języka właśnie. Język ujednolica się najszybciej – dzięki szkole, telewizji i mediom społecznościowym, ale to w melodii tego, którym mówiła babcia i w pewnych, nieznanych w reszcie kraju określeniach, mieści się nasza tożsamość. Tłumacz tej książki Juliusz Kubel tak o tym opowiada:

Tutaj widzimy dwa jakby wykluczające się trendy, bo z jednej strony ludzie bardzo chcą tą mową się cieszyć, a z drugiej strony nasza gwara jest bardzo hermetyczna. To znaczy mocno związana z regionem i poza ten region nosa nie wyściubia. Na dodatek, gdyby zapytać, czy w ogóle istnieje jednolita „gwara wielkopolska” to trudno odpowiedzieć twierdząco. Pewnie są rozmaite jej odmiany. Ja mogę wiele mówić tylko o tej poznańskiej, dlatego, że tę gwarę dość dokładnie znam.

Nieco inaczej mówi się w Lesznie, a jeszcze inaczej mówi się w Szamotułach. Są też wątki łączące, a i różnice nie aż tak duże, skoro takie książki „Książe Szaranek” czy „Misiu Szpeniolek” równie chętnie są czytane i w Lesznie, i w Szamotułach, i w Strzałkowie. A dlaczego nasza gwara jest mało znana i mało popularna poza Wielkopolską? Bo język codzienny się unifikuje, a przyczyniają się do tego Internet i telewizja. Młodzi mówią żargonem internetowym. Dorośli wspierają się jakimiś slangami zawodowymi. Zmienia się to, rozwija i zanika.

Dlaczego właśnie „Kubuś Puchatek” ? Bo jest to książka, którą znamy bardzo dobrze i czytając ją w takim przekładzie wiemy od razu, o co w niej chodzi. Ja sama najpierw, dzięki dwujęzycznemu polsko – angielskiemu wydaniu Naszej Księgarni uczyłam się na niej angielskiego, a przy okazji podglądałam (na ile potrafiłam) jak przyswoiła ja polszczyźnie Irena Tuwim. Jej przekład jest w tym samym stopniu kongenialny co kontrowersyjny 😉 ale nie można mu odebrać tego, że niepodzielnie panuje nad naszą wyobraźnią. Naszą – czyli roczników wychowanych na książce, a nie na disney’owskiej kreskówce.

Tłumacze przekładający „Winnie The Pooh” na polskie języki lokalne korzystali oczywiście z tekstu oryginalnego, ale nie mogli zapomnieć także o wersji Ireny Tuwim. Bardzo ciekawa byłam jak zabrzmi po wielkopolsku moja ulubiona kwestia: takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu i oto proszę:

Juliusz Kubel powiedział: Zajmując się „Kubusiem Puchatkiem”, szukałem też odnośników do pochodzącego z roku 1938 tłumaczenia Ireny Tuwim. Chciałem zobaczyć, jak sobie poradziła z takimi rafami językowymi. I tutaj odkryłem kilka rzeczy, które mnie zastanawiały, ale starałem się jakoś odszukać tok jej myślenia i snuć domysły, dlaczego np. niektóre rzeczy pominęła? Dlaczego napisała gdzieś cały akapit inaczej niż w oryginale. Tak było na przykład z historią (jak ją nazwała Irena Tuwim) Przyprawy do Bieguna Północnego, ale o tym więcej przeczytacie —->>>> tutaj

Ja odnalazłam w „Misiu Szpeniolku” wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, które spędziłam w Bydgoszczy. Moi rodzice przyjechali tam po studiach na tak zwany nakaz pracy, a kiedy miałam 10 lat wróciliśmy do Warszawy. A raczej, mówiąc dokładniej – oni wrócili, a ja się z nimi przeprowadziłam 😉 Mieszkając w Bydgoszczy kontakt z gwarą miałam ograniczony, bo nie mówili nią ani rodzice, ani ich znajomi, którzy znaleźli się tam w podobny sposób. Jednak zawsze była gdzieś w tle i nie wiem jak to się stało, ale odkrywam jej ślady w naszych rodzinnych rozmowach. Kiedy przeczytałam w „Misiu Szpeniolku” frazę o tabliczce, co mioł ją wisieć na drzwiach, poczułam się bardzo swojsko. Choć nigdy nie miałam do czynienia z tą gwarą w takim stężeniu, te wszystkie tej, zaś, giyry i knipy, spowodowały, że zatęskniłam do dzieciństwa. I tak mi się jakoś zachciało szneki z glancą 😉

P.S. Książka zawiera w sobie słownik wielkopolsko – polski wyjaśniający użyte w tekście słowa. Dodano do niej też płytę, na której „Misia Szpeniolka” czyta sam tłumacz.

A.A. Milne „Misiu Szpeniolek”, obrozki narysowoł E.H. Shepard, przetmitnął na gwarę wielkopolską Juliusz Kubel, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2019

edit.: 7.10.2023

Przy okazji tegorocznego Międzynarodowego Dnia Tłumaczy poczyniłam następującą obserwację translatorską: wiecie jaki odgłos słychać było podczas widocznej na ilustracji wędrówki bohaterów po schodach ?

W oryginale to było: bump, bump 😉

w przekładzie Ireny Tuwim: tuk-tuk, tuk- tuk 😉

a po wielkopolsku: łup, łup, łup 😉

Kici kici miau

Kici kici miau

Wpis z 6 maja 2009 roku:

Kici kici miau, coś ty kotku chciał…

Rok temu (edit: czyli w 2008 roku) Marta Lipczyńska (szefowa wydawnictwa „Hokus Pokus”) powiedziała w wywiadzie, którego udzieliła mi dla (edit: nieistniejącego już) portalu „MUS”: Zawsze chciałam wydawać polskich autorów. (…) Marzyłam o wydaniu książki z ilustracjami Józefa Wilkonia i właśnie pracujemy nad jego pierwszą autorską książką na rynku polskim.

Prace trwały długo, ale efekt wart jest czekania. Prostej rymowance o psotnym kotku, który po całym dniu zabaw wreszcie idzie spać, towarzyszą jedyne w swoim rodzaju wilkoniowe ilustracje.

ilustracja ze strony wydawnictwa Hokus Pokus – pochodzi z wydanej w 2014 roku polsko-angielskiej wersji tej książki

Koty to w ogóle wdzięczny temat dla ilustratora. Przy całej mojej sympatii do psów – one są jednak takie… oczywiste. Wystarczy spojrzeć w psie oczy i wszystko wiadomo. Kot jest zawsze samoswój – nawet jeśli się daje głaskać, to dlatego, że to ON ma na to ochotę. Kot to wdzięk i gracja. Kot to tajemnica.

Kot jest kotem, jest kotem, jest kotem 😉

Przypominam sobie przeróżne koty z książek dziecięcych – Ryżego Placka (z kompanią) Janusza Grabiańskiego, Tymonka z „Domu pod kasztanami” Jana M. Szancera, rozmaite koty Pawła Pawlaka,  Leona i kotkę Piotra Fąfrowicza i wiele wiele innych. To zadziwiające – na ile sposobów można narysować kota i zawsze będzie on kotem 😉 Z nich wszystkich jednak najbardziej lubiłam chyba zawsze koty Janusza Grabiańskiego – a Wy ???

Józef Wilkoń (tekst & ilustr.) „Kici kici miau (kocia kołysanka)”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2009

Kocur mruży ślepia złote

Kocur mruży ślepia złote

Wpis z 5 kwietnia 2009 roku:

Książka nagrodzona tytułem „Najpiękniejsza książka roku” w 2008 r. i wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2008 roku

Tytuł sugeruje, że jest to książka o kocie, pobieżny rzut oka na okładkę – również. Jednak już przyjrzawszy się jej dokładniej, zauważymy, że znajdujący się tam czarny właściciel uszu i ogona raczej kotem nie jest. A kiedy ją w końcu przeczytamy i obejrzymy, okaże się, że jest zupełnie o czym innym.

O czym ?

Może o kolorach… ?

Przypomniało mi się, że, kiedy byłam mała, bazując na własnych doświadczeniach malarskich uznałam, że biel to brak koloru – tak jak biała kartka zanim się zacznie malować. Czerń natomiast to wszystkie kolory wymieszane razem, co przydarzało się nieraz, jeśli malowałam ze zbyt wielkim zapałem. Bardzo byłam zdziwiona, kiedy później dowiedziałam się, że z fizycznego punktu widzenia jest dokładnie odwrotnie 😉

Trochę podobnie jest w tej książce, ale interpretacja fizyczno – optyczna jest tylko jedną z wielu możliwości. Przy odrobinie fantazji można ją odczytać nawet jako mini traktat teologiczny 😉 Ale to już pozostawię Waszej wyobraźni…

„Kocur mruży ślepia złote” to autorska książka Marii Ekier, którą dotychczas znaliśmy jedynie jako znakomitą ilustratorkę. Nie powstała by ona gdyby nie wydawnictwo „Hokus Pokus” w osobie Marty Lipczyńskiej, która tak mi o tym opowiadała:

Bardzo się cieszę, że w ogóle udało mi się namówić panią Marię do tej książki. Kocham jej ilustracje, ale dotychczas zawsze uzupełniały one cudzy tekst. Miałam wrażenie, że zaistniałyby pełniej, gdyby stworzyła książkę autorską. Powstała śliczna rymowanka, która świetnie wpada w ucho i po prostu płynie przez całą książkę. Niby prosta, ale finezyjna i dająca się odczytywać na różnych poziomach. A ilustracje są po prostu piękne. Jestem przekonana, że obcowanie od najmłodszych lat z taką ilustracją, która jest dziełem sztuki, kształtuje gust od najmłodszych lat i zaprocentuje w przyszłości.

Maria Ekier (tekst i ilustracje) „Kocur mruży ślepia złote”, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2008

Świat Mundka

Świat Mundka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst

oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY i nominowana w pierwszej edycji konkursu Literacka Podróż HESTII !!!

a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020 !

Z badań nad czytelnictwem dzieci i młodzieży, które od lat prowadzi dr Zofia Zasacka wynika wyraźnie, że spora część tych dzieci, które w początkach szkoły podstawowej czytały książki, przestaje to robić w wieku około 13 lat (czyli do niedawna na progu gimnazjum). Dlaczego tak się dzieje ? Przyczyn jest kilka: jedną z nich jest to, że w tym wieku dzieci osiągają większą samodzielność w wybieraniu sposobów spędzania czasu, większą rolę w ich życiu zaczynają tez odgrywać media społecznościowe, więc, można powiedzieć, że mają inne, bardziej atrakcyjne zajęcia 😉 Poza tym mają oni już za sobą parę lat szkoły, która skutecznie przekonuje ich przy pomocy lektur szkolnych, że czytanie jest czynnością nudną. Wreszcie – last but not least – wkraczają w wiek dojrzewania. To czas wielu rozterek, trudnych pytań stawianych samemu sobie i poszukiwania odpowiedzi na nie. Niestety, tych odpowiedzi współcześni nastolatkowie raczej nie znajdą w literaturze do nich adresowanej.

Próbowałam wśród książek wydanych w ostatnim czasie znaleźć takie, które opowiadałyby o problemach dorastania w sposób interesujący dla nastolatków i na ogół były to pozycje tłumaczone z języków obcych. Realia życia opisywane w nich nie zawsze odpowiadały polskim, choć te problemy są uniwersalne. Z wielką radością odkryłam „Świat Mundka” – książkę z historią dziejącą się współcześnie na polskiej prowincji, w której ani bohaterowie, ani tym bardziej dialogi między nimi nie szeleszczą papierem.

Masz trzynaście lat, a za sobą kilka potyczek przy domowym stole ? To może znasz Mundka, który chce rysować komiksy, ale jego ojciec nie widzi w tym przyszłości ? Może jest w twojej klasie jakaś Inga, która trzyma marzenia w tekturowym pudle na dnie szafy ? Albo łysi bliźniacy o imionach wielkich twórców, którzy chcą robić małe rzeczy ? Oddaję ci „Świat Mundka”, bo pewnie trochę przypomina twój – napisała Autorka na ostatniej okładce tej książki.

W „Świecie Mundka”, trochę wbrew tytułowi mamy dwoje głównych bohaterów. Jest to więc nie tylko świat Mundka, ale także Ingi, ich historie są oddzielne, choć czasami się krzyżują, bo chodzą oni do tej samej klasy. W takiej sytuacji można się spodziewać wątku miłosnego, ale mimo że obydwoje czują coś do siebie, cała opowieść nie jest o tym.

Nie jest to też, jak w przypadku młodzieżowych powieści obyczajowych bywa najczęściej, historia rozgrywająca się w grupie rówieśniczej z rodzicami gdzieś w odległym tle. W tym wieku dom rodzinny stanowi jeszcze centrum świata młodego człowieka, a rodzice mają na jego życie ogromny wpływ. Pokazanie tego jest wielkim plusem „Świata Mundka”, bo właściwie każdy z bohaterów, także drugoplanowych nie ma ze swoimi rodzicami łatwo.

Czytałam tę książkę dwa razy i za drugim razem zobaczyłam w niej przed wszystkim opowieść o dorosłych. Trudno się oczywiście spodziewać, że jej nastoletni czytelnicy będą potrafili spojrzeć z takiej perspektywy, ale może warto, żeby sięgnęli po nią także ich rodzice ? Choćby po to, żeby potem nie mówili swoim dzieciom takich rzeczy:

– Weź ty zrób coś pożytecznego, chłopie – zrzędził ojciec przekopując widelcem jajecznicę na talerzu. – Smarujesz i smarujesz… Jeszcze nie spotkałem takiego, który by wyżył ze smarowania głupot. Nic wam nie zadają ?

Ta wypowiedź to taka kwintesencja częstego stosunku rodziców do dzieci. Jest w niej zarówno pogardliwe deprecjonowanie tego, co jest pasją syna (czyli rysowanie komiksów, do czego chłopak ma wyraźny, choć konsekwentnie niedostrzegany przez ojca talent), jak też sprowadzanie jego aktywności życiowej tylko do szkoły (dodajmy, że rzecz dzieje się w czasie wakacji). Jest też przekonanie, że to ojciec wie najlepiej, jaka powinna być przyszłość jego dziecka. Oczywiście – taka, w której powtórzyłoby ono życiową drogę swoich rodziców, z tym że powinno zrobić to lepiej, bo słuchając ich rad, nie popełniłoby błędów, które oni zrobili.

Ta wypowiedź pokazuje też, jak bardzo ów ojciec zamknięty jest w wizji świata, w którym on sam żyje. Tymczasem (podobno) ponad połowa obecnych nastolatków będzie pracować w zawodach, których jeszcze nie ma. Ojciec Mundka nie wie też, że z tego smarowania głupot można obecnie całkiem dobrze żyć, a storyboardziści i motion designerzy, jeśli tylko są dobrzy w swoim fachu, zarabiają lepiej od niego 😉

To jest niestety problem, który pogłębia się w miarę tego, jak coraz szybciej zmienia się nasza rzeczywistość. Zawsze było tak, że dzieci wychowywało się do świata, w którym żyli ich rodzice, a nie do tego, w którym one same potem żyły. Obecni nastolatkowie, w tym także bohaterowie tej książki to roczniki z pierwszej dekady XXI wieku, nie pamiętający świata bez internetu. Ich rodzice urodzili się u schyłku PRL-u, dorastali w czasie transformacji ustrojowej, a wychowywani byli przez rodziców, którzy całe życie przeżyli w słusznie minionym systemie. Każde z tych pokoleń stawało wobec wyzwań nieznanych poprzednikom. Tak będzie także z następnymi, a świat będzie się zmieniał coraz szybciej

Katalog rodzicielskich win wobec dzieci jest w tej książce naprawdę szeroki – od zwykłej bezradności, przez przemoc fizyczną i psychiczną po obojętność, a ich przyczyn często należy szukać w ich dzieciństwie. Warto się przejrzeć w tym zwierciadle, choć byłabym niesprawiedliwa, gdybym pozostawiła Was z przekonaniem, że nie ma tam fajnych dorosłych. Są, ale raczej w wieku emerytalnym – przede wszystkim ciotka Mundka i jej przyjaciółka (oraz ich cudowne dialogi 😉 ), a także (ukazująca pod koniec zaskakujące oblicze) dyrektor jego szkoły. To z jej ust Mundek usłyszy słowa, które powinien usłyszeć każdy nastolatek: Nie przyjmuj do wiadomości, że twój cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Nikt, Raj-mun-dzie, nikt nie ma pojęcia, co jest dla ciebie możliwe, a co nie.

Świat Mundka, świat Ingi, świat Kazika i innych zależy przede wszystkim od nich, a nas dorosłych rolą jest im tego nie popsuć…

Katarzyna Wasilkowska „Świat Mundka”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Admirałowie wyobraźni

Admirałowie wyobraźni

Książka wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

Dawno, dawno temu, gdy dzieci nie miały jeszcze komputerów, smartfonów, a nawet telewizji, książka była pierwszym kluczem do nieznanych światów. To dzięki książkom dziecko poznawało odległe lądy i galaktyki, egzotyczne zwierzęta, pracę lekarza i strażaka, konstrukcję samolotu albo radaru, geniusz Kopernika, Newtona czy Bacha, greckie mity i arabskie baśnie, urwisów z polskiego Wilczkowa i dzieci ze szwedzkiego Bullerbyn, historię książąt i królów albo historię ziemniaka… ( Jacek Friedrich)

Gdybyśmy mieli w tegorocznej Lokomotywie kategorię Wydarzenie roku, niewątpliwie wygrali by ją, jak to się mówi, w cuglach „Admirałowie wyobraźni”. Od momentu, kiedy wydawnictwo Dwie Siostry zapowiedziało polską edycję wydanych wcześniej po angielsku „Captains of Illustration”, oczekiwano na nią z rosnąca niecierpliwością. Pierwszy nakład rozszedł się pod koniec zeszłego roku jak świeże bułeczki, mimo ceny równie konkretnej jako rozmiar tej publikacji 😉 Obecnie przyjmowane są zapisy na dodruk.

Wersja angielska została wydana przez Instytut Adama Mickiewicza (we współpracy z wydawnictwem Dwie Siostry) w ramach Programu Niepodległa, a premierę miała na Targach Książki we Frankfurcie w 2019 roku, gdzie towarzyszyła jej wystawa ilustracji i książek dla dzieci.

Jeśli miałabym opisać tę książkę jednym słowem, brzmiałoby ono: monumentalna. Zawiera w sobie ponad 900 prac ponad 200 ilustratorów, którzy tworzyli na przestrzeni 100 lat. Ten ogromny materiał pogrupowany został w 100 hasłach tematycznych, do których teksty napisało jedenaścioro specjalistów (jak ich określono na stronie wydawnictwa:) zajmujących się teorią i praktycznym wymiarem ilustracji książkowej, grafiką projektową czy książką dla dzieci. Ich różnorodne specjalizacje i obszary zainteresowań nadały książce urozmaicony, kolażowy charakter.

Teksty są w tej książce jednak tylko pretekstem, bo służy ona przede wszystkim do oglądania – długiego i nieśpiesznego. To nie jest lektura na jeden wieczór i zdecydowanie nie wyczerpuje tematu, raczej zaostrza na niego apetyt 😉 Temat polskiej ilustracji dziecięcej jest tak rozległy, że nie da się go szybko wyczerpać, a ta publikacja jedynie sygnalizuje mnogość możliwych spojrzeń na niego. Nie można traktować jej także jako klasycznego leksykonu. Gdyby chciała nim być, hasła nazwane by było inaczej, oczywiściej i przewidywalniej, tak żeby na przykład koty można było znaleźć pod K, psy pod P, a Warszawę… A nie, przepraszam, Warszawa akurat jest pod W 😉

Teksty towarzyszące hasłom są bardzo różne. Anita Wincencjusz – Patyna napisała we wstępie: nie dążyliśmy do ujednolicania ich formy ani stylistyki, uznając różnorodność perspektyw, ujęć i języków za wartość. Niektóre ciut mnie rozczarowały, ale są też wśród nich bardzo interesujące. Jednym z odkryć, które zawdzięczam tej publikacji jest na przykład to, że w czasie okupacji ukazywały się nowe polskie ilustrowane książki dla dzieci.

Jedyną jej wadą jest wielkość, z trudem mieści się ona na typowych regałach książkowych. No i waga – trudno ją czytać trzymając w ręku. Rozmiarowo to coffee table book i powinna być sprzedawana razem z odpowiednim stoliczkiem. Może wydawnictwo zechciałoby taką sprzedaż wiązaną rozpatrzyć ???

„Admirałowie wyobraźni. 100 lat polskiej ilustracji w książkach dla dzieci”, red. merytoryczna: Anita Wincencjusz – Patyna, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

teksty: Anna Boguszewska, Tomasz Broda, Małgorzata Cackowska, Aleksandra Cieślak, Jacek Friedrich, Elżbieta Jamróz-Stolarska, Krystyna Rybicka, Piotr Rypson, Anita Wincencjusz-Patyna, Jakub Woynarowski, Michał Zając

Lokomotywa dojechała

Lokomotywa dojechała

Plebiscyt Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych zakończył się. Na następną edycję zapraszamy w przyszłym roku.

Gratulacje dla zwycięzców, ale pamiętajcie, że WSZYSTKIE nominowane książki są znakomite i warte poznania. IMO to właśnie to pula sześćdziesięciu tytułów zauważonych przez blogerów jest największą wartością Plebiscytu.

A tak podsumowała tegoroczną edycję pomysłodawczyni i spiritus movens LokomotywyZosia Gwardyś, autorka bloga Mała czcionka:

Lokomotywa to dla nas radocha, ale i nieprzespane noce, mnóstwo rozterek, ale radość wspólnego zachwytu, kiedy inni też czują to co my. U nas nie ma miejsca na trendy, nie premiujemy konkretnych wydawnictw. Plebiscyt zdejmuje z nas odpowiedzialność za listę laureatów, ale obarcza obowiązkiem roztropności przy formułowaniu listy nominacji. Za każdym tytułem stoi konkretny bloger, każda z 60 nominacji to wyróżnienie, które warte jest zauważenia.  —->>>> tutaj

Co robią uczucia ?

Co robią uczucia ?

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

i nagrodzona w Konkursie Przecinek i Kropka w kategorii 0 – 5 lat !

Radość, duma, zachwyt, niepokój, lęk… Wszyscy znamy te uczucia – i wiele innych. Ale czy wiemy, co robią, kiedy mają wolne ?

Tina Oziewicz znalazła na opisanie uczuć pomysł genialny w swojej prostocie. Każdemu z nich przypisała tylko jedną, ale za to najlepiej je oddającą czynność, taki moment, który najtrafniej je definiuje. I tak na przykład:

Ciekawość zawsze wspina się najwyżej jak może – na czubek drzewa, na dach lub na komin.

Wyobraźnia wędruje niewydeptaną ścieżką.

Kompleksy budują klatki.

Przeglądając tę książkę po raz pierwszy nie raz zachwycałam się trafnością skojarzeń Autorki, myśląc sobie: Tak ! To właśnie tak jest ! Znakomicie zobrazowała je Ilustratorka – Aleksandra Zając, pokazując uczucia jako małe, czasem sympatyczne, a czasem trochę mniej, stworki.

W Plebiscycie Blogerów Lokomotywa nominowaliśmy tę książkę w kategorii Od A do Z, bo tekst i ilustracje stanowią w niej nierozłączną całość. Oddzielnie mówią zdecydowanie mniej i nie robią takiego wrażenia. Za to razem…

„Co robią uczucia ?” to książka, do której się wraca, o której się myśli i której się nie zapomina. Książka, która nie tylko dzieciom może pomóc w zrozumieniu własnych uczuć. Myślę, że każdy znajdzie w niej to jedno uczucie, które pasuje do niego w tym momencie najbardziej. Ja też znalazłam. Czy kogoś dziwi, że jest to właśnie to ?

Zachwyt biegnie do kolegi z nowo odkrytą książką.

Zupełnie tak jak ja 🙂

Tina Oziewicz „Co robią uczucia ?”, ilustr.: Aleksandra Zając, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

P.S. Jak już poznacie tę książkę, to pamiętajcie, że na niej się nie kończy. Zapraszam —>>> tutaj 🙂

Przyjaciele

Przyjaciele

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – komis !!!

„Przyjaciele” to komiks Janka Kozy i ukrywającego się za pseudonimem Mykupyku Adama Gawędy. Wydała go Kultura Gniewu w przeznaczonej dla młodych czytelników linii wydawniczej Krótkie Gatki.

„Przyjaciele” to opowieść o przygodach trójki bohaterów – Świnki, Żyrafy i Słonika w… komiksie. Wieczorem po wspaniałym dniu wszyscy troje położyli się do łóżek, a rano okazało się, że zniknął nie tylko cały ich świat, ale także przepadł gdzieś Słonik. Wkrótce okazało się, że nie przepadł, tylko jest po drugiej stronie kartki, a powrót stamtąd nie jest taki prosty. Od czego jednak ma się przyjaciół ?

„Przyjaciele” to przewrotna, piętrowa, inteligentna zabawa konwencją i formą. W pewnym momencie do komiksu zostają wprowadzeni także jego scenarzysta i rysownik, którzy w ten sposób stają się jego bohaterami pozostając jednak nadal jego twórcami. Znawcy komiksu powiedzą zapewne, że nie jest to zabieg szczególnie oryginalny 😉 Wykorzystał go już dawno temu nieodżałowany, zmarły przed kilkoma dniami Papcio Chmiel, pamiętam też podobna historię w którymś z komisów Tadeusza Baranowskiego. To prawda, ale pamiętajmy, że to już klasyka, której młodzi czytelnicy „Przyjaciół” zapewne nie znają. Może jednak po nią sięgną zachęceni tą lekturą do komiksów w ogóle ?

Ja wychowałam się na tej (wtedy jeszcze nie) klasyce dzięki pismu „Świat Młodych”. Pamiętacie ? Aż trudno uwierzyć, że wychodziło trzy (!!!) razy w tygodniu. O ile sobie dobrze przypominam – we wtorki, czwartki i soboty. Gazetowy format i papier, raptem 16 (często nierozciętych) stron, w których na początku oddawano cesarzowi co cesarskie (czyli władzy to, co akurat w jej propagandzie było grane), a dalej już było ciekawie 😉 Na ostatniej stronie – komiks i powieść w odcinkach. Dzięki temu poznałam kreskę nie tylko Papcia Chmiela (który w „Świecie Młodych” pracował od samego początku), ale także Janusza Christy, Szarloty Pawel (o której długo myślałam, że jest facetem – Pawłem Szarlotą, ale to chyba nie tylko ja 😉 ) i w końcu Tadeusza Baranowskiego.

Przyzwyczaiłam się dzięki nim do klasycznej komiksowej formy czyli strony podzielonej na wiele małych okienek i napisów starannie wykaligrafowanych w dymkach. Dlatego poczułam się trochę zaskoczona tym, jak wyglądają „Przyjaciele” – ale tylko trochę 😉 Swobodna, zamaszysta i ciut karykaturalna kreska Janka Kozy znakomicie współbrzmi z absurdalną historią wymyśloną przez Mykupyku, tworząc całość, po którą, jak sądzę, sięgną z przyjemnością nie tylko początkujący czytelnicy komiksów.

A na końcu jest miejsce, gdzie można spróbować własnych sił w roli scenarzysty i rysownika…

Janek Koza (rysunki), Mykupyku (scenariusz) „Przyjaciele”, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2020

Lokomotywa 2020 ruszyła

Lokomotywa 2020 ruszyła

Najpierw — powoli — jak żółw — ociężale,
Ruszyła — maszyna — po szynach — ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem…

Ruszyliśmy !!! Na stronie Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych czyli —->>> tutaj można już nie tylko zapoznać się ze wszystkimi nominacjami, ale także oddać swój głos. Nie trzeba się jednak śpieszyć – głosowanie potrwa do końca stycznia.

6 kategorii, a w każdej 10 nominowanych książek – razem 60 tytułów. Niezależnie od tego, które z nich zostaną laureatkami, WSZYSTKIE nominowane są znakomite i warte poznania. IMO to właśnie to pula sześćdziesięciu tytułów zauważonych przez blogerów jest największą wartością Plebiscytu.

Z książek, które już stoją na półkach Małego Pokoju z Książkami nominowane zostały:

i „Miasto Potwór” Joanny Gruszty

oraz „Gdzie jest moja córka ?” Iwony Chmielewskiej

„Wszyscy się liczą” Kristin Roskifte

„O kolędach. Gawęda” Emilii Kiereś z ilustracjami Marianny Oklejak

i „Dziura” Oywinda Torsetera

A ja szykuję już miejsca na półkach dla kolejnych nominowanych książek…

Zimowa wyprawa Ollego

Zimowa wyprawa Ollego

To już jedna z ostatnich książek, które czekają, żeby je znowu wstawiła na półki Małego Pokoju z Książkami. Zwlekałam z nią, aż pogoda za oknem zrobi się odpowiednia do tej lektury i w końcu doczekałam się. Wpis z 27 stycznia 2014 roku, ale „Zimowa wyprawa Ollego” nadal jest do kupienia i warto po nią sięgnąć 🙂

Jeszcze w kwietniu, kiedy natura zafundowała nam białe święta Wielkanocne, sądziłam, że mam już śniegu po kokardę i nigdy za nim nie zatęsknię. A jednak zatęskniłam i gdzieś tak w początku stycznia stwierdziłam, że dość mam już tej listopadowo – marcowej pogody, takiego niewiadomoco, ni to jesieni, ni to przedwiośnia. Okazało się, że do równowagi psychicznej potrzebuję czterech pór roku, mimo że tamta sytuacja miała swoje dobre strony – mogłam ciągle jeździć na letnich oponach z tygodnia na tydzień odkładając zakup nowych zimówek, nie trzeba było zaczynać dnia od odśnieżania, a i rachunek za ogrzewanie zapowiadał się całkiem przyjemny.

Natura odpowiedziała na moje zapotrzebowanie, mam swój wymarzony na całej połaci śnieg i… jakby to powiedzieć ?… nie żebym już wyglądała wiosny, ale trochę obawiam się, żeby znowu gdzieś się nie zaguzdrała. Ferie w tym roku mamy w Warszawie wyjątkowo późno, z nart wrócę już w marcu i w zasadzie na tym się moje zapotrzebowanie na śnieg kończy. Dałoby się zamówić wiosnę od razu potem ???

Olle też nie mógł doczekać się zimy, bo chciał wreszcie pojeździć na swoich pierwszych prawdziwych nartach. Z tym że u niego ta długo oczekiwana zima pojawiła się na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Taki klimat w Skandynawii 😉 Kiedy w końcu się doczekał, wyruszył na wyprawę narciarską do lasu, a tam spotkał…

… kogo ? Tego należy dowiedzieć się z książki 🙂

„Zimowa wyprawa Ollego” to książka na nasze czasy dość staroświecka (i nic dziwnego, skoro powstała w 1907 roku) jednak przyjemnie się ją czyta. Ciekawie jest zobaczyć, jak kiedyś wyglądały prawdziwe narty i jak się ubierali narciarze. Możemy też się dowiedzieć, skąd się biorą prezenty pod skandynawskimi choinkami.

Kreska Elsy Beskow skojarzyła mi się z ilustracjami, które pamiętam z przedwojennego wydania „O krasnoludkach i sierotce Marysi” – książki z dzieciństwa mojego Taty. Była to w moim życiu pierwsza tak stara książka, więc pamiętam ja dość dobrze. Niestety, gdzieś się zapodziała przy okazji którejś przeprowadzki, więc nie mogę sprawdzić, kto ją ilustrował. To podobieństwo chyba nie jest przypadkowe, bo na stronie wydawnictwa „Zakamarki” znalazłam taką informację: Ciekawostką jest fakt, że zaliczany do klasyki polskiej literatury dziecięcej poemat Marii Konopnickiej „Na jagody”, powstał właśnie do ilustracji z książki Elsy Beskow i tymi ilustracjami opatrzone były jego pierwsze wydania. Czy Maria Konopnicka znała również tekst Elsy Beskow? Specjaliści wielokrotnie spierali się, na ile polska pisarka popełniła plagiat. Jednego możemy być pewni – i ją urzekły niezwykłe ilustracje Elsy Beskow.

Dobrze, żeby współczesne dzieci, obcujące na co dzień z nowoczesnymi ilustracjami takich twórców jak Iwona Chmielewska czy Herve Tullet (że ograniczę się tylko do dwóch nazwisk, bo lista powinna być bardzo dłuuuuga), poznały także te z czasów dzieciństwa swoich (pra)dziadków, mimo że może wydają nam się one zbyt akademickie. Taki płodozmian dobrze im zrobi – uświadomi, jak różnie można widzieć i pokazywać otaczający świat.

Podobieństwa „Zimowej wyprawa Ollego” do „O krasnoludkach i o sierotce Marysi” nie kończą się na kresce ilustracji, wiele wspólnego maja one także w treści – w obu mamy połączenie świata baśniowego z realnym i w obu ważną rolę odgrywa następstwo pór roku.

No właśnie – następstwo, czyli wszystko w swoim czasie i w odpowiedniej kolejności, bo nawet Ciotka Odwilż może nie jest taka zła, pod warunkiem, że przychodzi w porę. Dlatego, proszę Cioci, prosimy zapamiętać – zapraszamy na początku marca ! Nie wcześniej ! nie później !!!

Elsa Beskow (tekst i ilustr.) „Zimowa wyprawa Ollego”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2011