Detektyw Wróbel i…

Detektyw Wróbel i…

Pierwsze dwie części cyklu czyli „Detektyw Wróbel i złamane pióro” oraz „Detektyw Wróbel i struty dziób” były nominowane i zostały NAGRODZONE w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: komiks!!!

Trzecia część czyli „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze” została nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN!!!

To nie jest pierwszy ptasi komiks kryminalny autorstwa spółki Samojlik & Wajrak. Oni sami tak o tym piszą we wstępie:

Wiemy, wiemy. Naprawdę wiemy – po przygodach Triko, czyli dzięcioła trójpalczastego w”Umarłym Lesie” i „Nieumarłym Lesie” oraz po zmaganiach o drogocenną padlinę w „Zewie padliny” trudno uwierzyć, że teraz mamy dla Was książkę o ptakach w mieście. Zamiast rzadkiego i – co tu dużo gadać – dość dziwnego dzięcioła trójpalczastego naszym bohaterem będzie zwykły i pospolity wróbel. Zamiast ostępów naturalnych lasów pełnych wielkich oraz dziuplastych drzew i wykrotów zabierzemy Was między budynki ceglane i betonowe, na ich dachy, na trawniki, a nawet ze śmietników.

Czy może być coś bardziej nudnego przyrodniczo niż miasto? Jeśli tak myślicie, to uwierzcie nam, że jesteście w błędzie! Wróble to niezwykle ciekawe ptaki. Detektyw Wróbel ma przygody równe szeryfowi Triko, a miasto potrafi być fascynująco dzikie. Wystarczy otworzyć szeroko oczy i zacząć obserwować, co się w nim dzieje…

W pierwszej części cyklu Detektyw Wróbel mierzy się z rozwiązaniem tajemnicy tego, kto napada na ptaki przelatujące nad miastem. I czy w ogóle ktoś na nie napada? Czy przyczyna ich upadków (i urazów) jest może inna? Jak żyje się ptakom w mieście? Czy jest im tam łatwiej, czy trudniej niż poza nim?

Z opowiedzianą komiksowo historią detektywistyczną przeplatają się popularnonaukowe gawędy, w których Adam Wajrak często odwołuje się do swoich własnych doświadczeń w obserwowaniu przyrody. Wiedzę przyrodniczą znajdziemy również w komiksie, dyskretnie wplecioną w pełną werwy i dowcipu akcję. Styl rysunków Tomasza Samojlika jest dość prosty, kreska lapidarna, ale wystarczająca, aby pokazać najbardziej charakterystyczne cechy zwierzęcych bohaterów.

W drugiej części cyklu autorzy zajmują się kwestią diety ptaków miejskich oraz tym, czy łatwość dostępu do resztek ludzkiego jedzenia jest dla nich rzeczą dobrą czy może wręcz przeciwnie? Co my – ludzie możemy i powinniśmy zrobić w tej sprawie?

W tomie trzecim akcja częściowo przenosi się także do lasu, bo i tu i tam pojawiają się przedstawiciele gatunków dotąd u nas nieznanych. Skąd się wzięły ? To jest właśnie zagadka, którą musi rozwikłać Detektyw Wróbel.

Ten tom wyjątkowo pasuje do nagrody PLANETA IZABELIN, bo nasza gmina położona jest między wielkim miastem a puszczą, więc bliskie są nam problemy związane z życiem i przyrodą zarówno tu, jak i tu 😉

Tytułowi tajemniczy przybysze, którzy stosunkowo niedawno pojawili się na naszych terenach, to nie zawsze są przedstawiciele gatunków inwazyjnych. Tą nazwa określa się takie rośliny i zwierzęta, które pojawiły się gdzieś za sprawą człowieka – czasem przypadkiem, a czasem w efekcie jego świadomych działań. Często nie mają tam swoich naturalnych wrogów, więc stanowią zagrożenie dla gatunków rodzimych. Inna sytuacja jest wtedy, kiedy w związku ze zmianami klimatu jakieś gatunki zmieniają swój zasięg występowania i zajmują rejony, w których wcześniej występowały rzadko. Na przykład modliszka, która coraz częściej występuje w Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze niedawno budziła tu sensację. Po lekturze tej książki jej obecność nie będzie już dziwić.

Kiedy nominowaliśmy pierwszy tom tego cyklu w Plebiscycie LOKOMOTYWA, napisaliśmy o nim: Świetnie narysowane, skrzące dowcipem historie, oficjalnie bawią, a niepostrzeżenie edukują. Po ukazaniu się tomu trzeciego mogę powiedzieć, że nadal tak jest. Cykl o Detektywie Wróblu to przykład, jak można ciekawie przekazywać wiedzę przyrodniczą w atrakcyjnej dla młodych czytelników formie i mam nadzieję, że autorzy na tych trzech tomach nie poprzestaną. A może doczekamy się kolejnej serii? Ciekawe – o czym tym razem?

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i złamane pióro”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2023

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i struty dziób”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2023

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2024

Łobuziary. Najfajniejsze bohaterki literackie

Łobuziary. Najfajniejsze bohaterki literackie

Rzadko zdarza mi się pisać tu o książkach, które mi się nie podobały –najczęściej uważam, że szkoda na to czasu. Autor musi się naprawdę postarać i tak mnie wkuropatwić, żebym poczuła potrzebę przelania swojej złości na klawiaturę. Sylwii Chutnik to się udało

Powiedzieć, że mam z tą książką problem, to nic nie powiedzieć . Mam z nią wiele problemów, które nawzajem z siebie wynikają. Z którejkolwiek strony bym się jej nie przyglądała, dochodzę do wniosku, że jej nie rozumiem i nie wiem – po co jest taka, jaka jest?

Problemem pierwszym i, można powiedzieć, założycielskim jest tytuł. Łobuziary to neologizm, nie ma takiego słowa w słowniku języka polskiego*. Uznajmy więc, że jest to rodzaj żeński od łobuziaka (nie od łobuza, bo wtedy byłaby to łobuzka). Skoro łobuziak jest synonimem psotnego chłopca, to łobuziara oznaczać może psotną dziewczynkę. Psotną czyli jaką ? Taką która psoci. A czym są psoty? Czymś co się robi dla żartu czy zabawy.

Jednak z tego, co o swoich bohaterkach pisze we wstępie do tej książki sama Sylwia Chutnik, wynika coś zupełnie innego, poważniejszego: Przedstawiam w niej łobuziary, czyli niezbyt grzeczne literackie postaci, które mieszkają w powieściach i bajkach. Pomysł na ten zbiór był prosty: zgromadzić w jednym miejscu prawdziwą armię niepokornych bohaterek – kobiet i dziewczynek. A wszystko po to, żeby zobaczyć, jak wiele ich jest i w jaki sposób mogą inspirować czytelniczki i czytelników. (…) …nasze łobuziary, oprócz tego, że są awanturnicami, są odważne i potrafią nieźle namieszać. Robią to zwykle po to, aby buntować się przeciwko zakazom. Aby być niezależnymi, dzielnymi dziewczynami. Aby poczuć się wolnymi od konwenansów i stereotypów.

Ok, więc nie łobuziary, nie awanturnice, bo to się kojarzy bardziej z osobami konfliktowymi, skłonnymi do robienia awantur – przyjmijmy więc, że chodzi po prostu o buntowniczki. Książek z takimi bohaterkami już trochę było, sama Sylwia Chutnik jest autorką jednej z buntowniczkami w tytule, dlatego rozumiem, że ten (IMO nie do końca udany) neologizm jest po to, żeby się jakoś odróżnić.

Tytuł mamy już przeanalizowany, przyjrzyjmy się więc kluczowi, według którego wybrane zostały bohaterki. Sylwia Chutnik opowiada tu o trzydziestu postaciach literackich. Większość z nich znam, niektóre** mają od dawna swoje miejsce na półkach Małego Pokoju z Książkami. Zastanawiam się jednak – dlaczego akurat one? I nie wiem 😦

Ten zbiór to wielki misz-masz – ułożone w kolejności alfabetycznej bohaterki książek, które zostały napisane na przestrzeni 165 lat. Najstarsza jest Alicja (z Krainy Czarów) z roku 1865, a najmłodsza – Terka z „Beskidu bez kitu. Jeśli przyjmiemy wiek potencjalnych czytelniczek „Łobuziar” na 10-14 lat, to tylko cztery spośród opisywanych tu książek powstały, kiedy były one na świecie. Powiem więcej – 2/3 z nich to pozycje starsze ode mnie, a ja teoretycznie mogłabym być już babcią adresatek tej publikacji.

We wstępie do niej przeczytałam z pewnym zdziwieniem: Wbrew pozorom jednak literatura światowa i polska boją się odważnych i dzielnych postaci kobiecych. Często trzeba czytać nudne powiastki o tym, jak Ala posprzątała po obiedzie, pisnęła na widok myszy, a potem dygnęła i powiedziała wierszyk. To miło z jej strony, że mówi „proszę” i „przepraszam”, kiedy trzeba, ale dobrze by było, gdyby czasem pobiegała po ogrodzie, wydarła się wniebogłosy i potargała fryzurę. Stałaby się wtedy wielowymiarową postacią, pełną życia bohaterką z krwi i kości – chociaż opisaną na papierze.

Nie wiem, skąd Autorka wytrzasnęła tę Alę, ale naprawdę nie jest łatwo znaleźć obecnie książkę z podobną bohaterką. Jest natomiast bardzo wiele takich, gdzie spotkamy wielowymiarowe postaci dziewczęce i pełne życia bohaterki z krwi i kości. Że wymienię tylko te, o których sama pisałam tutaj w tym i zeszłym roku: „Simona”, „Mała wiedźma Bazylka”, Matylda z „W krainie snów”, Helen i Mila ze „Straconego roku”, Mira, Antosia oraz bohaterki cyklu „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”. Po więcej takich postaci odsyłam do mojej zakładki O dziewczętach – wbrew stereotypom. BTW – przy tej okazji zauważyłam, że coraz rzadziej umieszczam w niej kolejne tytuły. Chyba po prostu te stereotypy przestały być tak dominujące, a ich przełamywanie nie jest już głównym zajęciem bohaterek.

Mam silne wrażenie, że „Łobuziary” jako pomysł na publikację wyrastają z paradygmatu, który dziś jest już kompletnie anachroniczny. Zaczynał odchodzić do lamusa już w czasach mojego dzieciństwa, rozpędu nabrał, kiedy Sylwia Chutnik była mała, a zdecydowanie odszedł, kiedy dziećmi były moje córki.

Jak i przeciwko czemu buntują się książkowe Łobuziary? Tu mam kolejny problem, bo po pierwsze: książki, których są bohaterkami, powstawały przez ponad półtora wieku, a w tym czasie oczekiwania wobec dziewczynek (a więc i ewentualne powody do buntu) zmieniły się bardzo. Po drugie: mamy na tej liście pomieszane postaci z powieści obyczajowych, realistycznych oraz z literatury baśniowej i fantastycznej. Jest także jedna autentycznie żyjąca – Anna Frank i jej obecność w tym zestawieniu budzi mój największy opór, szczególnie w towarzystwie Małej Mi i Pchły Szachrajki. Nie da się porównać nieporównywalnego.

[Edit: bo może to, co napisałam powyżej nie jest dla wszystkich oczywiste – Anne Frank jest nie tylko postacią autentyczną, ale także autorką książki, o której Sylwia Chutnik pisze: jej dziennik zaliczany jest zarówno do literatury pieknej, jak i do autobiografii. Przez lata Anne zaczęła być postrzegana także jako bohaterka literacka. Jej odwaga i zdolność opisywania własnych przeżyć (przygód oraz emocji) są godne podziwu. Poza tym jej historia jest smutna i tak też się kończy, więc nie za bardzo pasuje do bajek z optymistycznym zakończeniem. Anne żyła w czasie drugiej wojny światowej, o której trudno pisać w lekkim tonie. A jednak nie wyobrażam sobie, że dla Anne Frank zabrakłoby miejsca w tej książce. To właśnie niezłomna postawa tej nastolatki jest dowodem na to, że rzeczywistość bywa bardziej niezwykła niż fikcja.

Trudno mi powiedzieć, które ze stwierdzeń w tym fragmencie zbulwersowało mnie bardziej – czy użycie w kontekście tak wyjątkowego dokumentu czasów Holokaustu, jakim stał się „Dziennik”, oraz śmierci Anne w obozie koncentracyjnym określeń przygody i smutna historia, czy bardziej jednak ostatnie zdanie? W jej przypadku określenie łobuziara wydaje mi się szczególnie niewłaściwe , a pomysł, żeby aktywnością proponowaną czytelniczkom po przeczytaniu o niej było… pisanie listów na ozdobnej papeterii odbieram jako obraźliwy dla bohaterki !!!]

Niektóre z bohaterek żyją, można powiedzieć, normalnie, w świecie, który istnieje (albo istniał) realnie, a niektóre zostały wrzucone w rzeczywistość fantastyczną – przez króliczą norę do Krainy Czarów, przez szafę do Narnii czy z peronu 9 i 3/4 do Hogwartu. Dla innych ta fantastyczna rzeczywistość jest naturalna – jak dla Małej Mi czy Malutkiej Czarownicy.

Są wśród nich takie, które robią to, co chcą, po prostu dlatego, że… chcą – to nie tylko Mi czy Pippi, ale także Lotta (z ulicy Awanturników). Są takie, które zachowują się tak w imię zasad i sprawiedliwości, bo chcą na własną miarę naprawiać świat czy pomagać ludziom – taka jest Ronja, Ewa Tyszowska z „Szaleństw panny Ewy”, Sara Crewe z „Małej księżniczki” czy Ida Borejko. Są wreszcie takie, które moim zdaniem zupełnie się nie buntują i dziwi mnie ich obecność w tym zbiorze….

Pierwszą (za względu na alfabetyczny układ tej książki) jest Anne Shirley, której kłopoty w pierwszym tomie cyklu (czyli tym, w którym, zależnie od wydania, mieszka na Zielonym Wzgórzu albo w Zielonych Szczytach), wynikają najczęściej z tego, że bardzo starała się sprostać oczekiwaniom otoczenia, ale jej to nie wychodziło. Nawet jej najbardziej spektakularny wyczyn czyli przefarbowanie włosów na zielono wydarzył się przypadkiem i tylko dlatego, że chciała przestać się wyróżniać rudymi włosami. O tym, że tak naprawdę nie była buntowniczką, świadczą kolejne tomy tego cyklu. Dorosła Anne pokazana jest tam jako spełniona w swoich rolach życiowych matka, żona i gospodyni i nie znajdziemy nigdzie nawet cienia sugestii, że jest ze swojej drogi życiowej niezadowolona.

Sylwia Chutnik odczytuje jej historię feministycznie, bo przecież Anne trafiła do domu Cuthbertów w wyniku pomyłki. Chcieli wziąć z sierocińca chłopca, ponieważ tak naprawdę szukali darmowej pomocy w gospodarstwie. Jednak od momentu, w którym zdecydowali się zatrzymać u siebie Anne, nigdy nie dali jej do zrozumienia, że ich zdaniem nie ma ona wartości i jest niepotrzebna. Więc stwierdzenie, że jest to:

częsta sytuacja nawet w dzisiejszych czasach, mimo że minęło ponad sto lat od momentu, gdy Lucy Maud Montgomery wymyśliła postać Ani. Dziewczęta i kobiety wciąż w wielu miejscach na świecie muszą udowadniać, że nie są gorsze od chłopców i mężczyzn. To oczywiście pochłania mnóstwo energii, ale dzięki tym wysiłkom są traktowane poważnie. To prawdziwa niesprawiedliwość, kiedy pogardza się kimś tylko dlatego, że nie urodził się chłopcem – tak jakby można było mieć na to wpływ.

… jest co prawda prawdziwe, ale akurat do tej bohaterki kompletnie nie pasuje. Bardziej odpowiednia (i bardziej współczesna) byłaby tu na przykład Koli z „Bezdomnego ptaka”, która się jednak wśród Łobuziar nie znalazła.

Obecność Gabrysi Borejko dziwi mnie tutaj nie tyle w związku z nią, ile z powodu równoczesnej nieobecności innej bohaterki Jeżycjady, która zdecydowanie bardziej by pasowała. Anielka Kowalik czyli tytułowa postać z „Kłamczuchy” – ta to się dopiero buntowała! Z przytupem! 😉 W dodatku w tym tomie mniejszą rolę odgrywają realia życia w PRL, dzięki czemu jej historia jest bardziej uniwersalna i (mam takie wrażenie) łatwiejsza do zrozumienia dla współczesnych czytelniczek.

A Gabrysia… no właśnie – ja w tej postaci widzę osobę, która heroicznie i odpowiedzialnie bierze na siebie obowiązki domowe chorej mamy i w miarę swoich możliwości usiłuje sobie z nimi poradzić. W tle mamy braki rynkowe, kolejki, niehandlowe soboty i opresyjną peerelowską szkołę. Gabrysia stara się bardzo, a równocześnie nie zdobywa się na bunt, który dla współczesnych nastolatek byłby oczywisty – nie potrafi dobitnie uświadomić ojcu, że to właśnie on, a nie szwagierka na lewym el cztery i córka licealistka, jest odpowiedzialny za dom i rodzinę.

Tosia Jastrzębska – bohaterka powieści Hanny Ożogowskiej „Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek” też IMO nie powinna się tu znaleźć. Cała opisana w tej książce historia wydarzyła się przecież dlatego, że Tosia NIE POTRAFIŁA się zbuntować. Była grzeczną dziewczynką, która czuła się odpowiedzialna za atmosferę w domu. Kryła (starszego przecież!) brata przed ojcem, bo nie chciała, żeby ten ostatni się zdenerwował, jakby to miała być jej wina. Wytrwała w tej mistyfikacji bardzo długo, mimo że udawanie chłopca było dla niej trudniejsze, niż dla Tomka bycie dziewczynką – tylko po co? Złamała się dopiero wtedy, kiedy stryjek chciał jej obciąć włosy, na których odrośnięcie po chorobie bardzo czekała. Moment przyznania się, że nie jest Tomkiem, to tak naprawdę chwila, w której po raz pierwszy uznała, że to ona jest ważniejsza od niego.

„Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek” to powieść, która (o ile pamiętam) całkiem fajnie pokazywała stereotypy płciowe obowiązujące w czasach, gdy byłam mała. Byłaby może dobrym wstępem do rozmowy z dziećmi o tym, co się od tego czasu zmieniło. Byłaby… gdyby nie to, że nie ma jej już w żadnej z bibliotek, w których to sprawdzałam. Na jej podstawie powstał jednak całkiem niezły serial i przy tej okazji odkryłam, że można go obejrzeć na TVP VOD —>tutaj. Trudno mi jednak powiedzieć, na ile wytrzymał próbę czasu. Zaczęłam oglądać pierwszy odcinek i uderzyło mnie w nim przede wszystkim to, jak bardzo niesprawiedliwie i bez próby zrozumienia jest tam traktowany Tomek… 😦

Powieść Ożogowskiej to nie jest jedyny w tym zestawieniu tytuł, który trudno teraz znaleźć, bo dawno nie był wznawiany i rzadko bywa w bibliotekach. A kolejne pytanie, jakie nasunęło mi się w związku z „Łobuziarami” brzmi: czy obecne czytelniczki w ogóle będą chciały je czytać?

Ta książka ma również za zadanie zachęcić do sięgania po lektury i szukania w nich odpowiedzi na najważniejsze pytania – deklaruje Autorka we wstępie. Tylko czy rzeczywiście zachęca, skoro właściwie streszcza te książki, niejednokrotnie zdradzając zakończenie? Nie tylko streszcza, ale jeszcze expresis verbis podaje wnioski, które czytelnicy powinni z nich wyciągnąć. Czy to nie odbiera przyjemności lektury?

Wreszcie pytanie ostatnie – do kogo tak naprawdę jest adresowana? Do jakiej grupy wiekowej, skoro wymieszane są w niej propozycje lektur od 3+ do 13+ ? A po każdej jest część zatytułowana Bądź jak… (Alicja, Anda, Ania itd.), ale pomysłów zabaw i działań (czy też, jak przeczytałam gdzieś, kreatywnych aktywności), które tam są zawarte nie podejmuję się analizować.

Mam wrażenie, że jest to publikacja obliczona na sukces rynkowy wśród dorosłych, dla których jest ona wycieczką w przeszłość i zanurkowaniem między ich półki z książkami przed laty. Znajdą w niej swoje ulubione lektury z dzieciństwa i będą przy jej pomocy próbowali (czy raczej próbowały, bo to były od zawsze dziewczyńskie książki) namówić córki i wnuczki, żeby też po te książki sięgnęły. Czy skutecznie, to już inna sprawa…

Mówiąc szczerze – przypuszczam, że wątpię 😉

P.S. Tekstom Sylwii Chutnik towarzyszą ilustracje Oli Szmidy. Myślę, że miała przy nich sporo frajdy, bo mogła zmierzyć się z wieloma bohaterkami klasyki literatury i pokazać je po swojemu. Jej dość zamaszysta kreska dobrze koresponduje z buntowniczym (przynajmniej deklaratywnie) charakterem postaci, a ta zamaszystość szczególnie wyraźnie widoczna jest w… ich uszach 😉 Tylko jedna ilustracja wzbudziła mój gorący sprzeciw – to Sara Crewe. Spójrzcie i powiedzcie – czy tak ją sobie wyobrażaliście?

No i może jeszcze Majka Skowron w wersji herod-baba trochę mi zgrzytała, bo zbyt dobrze pamiętam grającą ją w serialu Zuzannę Antoszkiewicz.

Sylwia Chutnik „Łobuziary. Najfajniejsze bohaterki literackie”, ilustr.: Ola Szmida, wyd.: Znak, Kraków 2024

* Źle sprawdziłam, okazuje się, że to słowo występuje w Słowniku Języka Polskiego. Nie zmienia to jednak mojego poczucia, że nie jest ono określeniem odpowiednim dla wymienionych w tej książce postaci.

** Na półkach Małego Pokoju z Książkami znajdziecie następujące bohaterki, które zostały zaliczone do Łobuziar:

Puszcza. Opowieści karpackich buków

Puszcza. Opowieści karpackich buków

czyli książka, która w konkursie PLANETA IZABELIN otrzymała nie tylko jedną z trzech równorzędnych nagród, ale także została wybrana przez jury dziecięce !!!

Gdy przyłożysz policzek do gładkiej kory karpackich buków, zamkniesz mocno oczy i wsłuchasz się w szelest liści, z czasem dotrze do twego serca niejedna historia. Taka prastara, która była tu przed nami. O Puszczy, niemającej początku i końca, o jej mieszkańcach połączonych niewidzialną nicią. O potężnych, przybierających ludzką postać niedźwiedziach. O królu węży pilnującym skarbów, świecących dżdżownicach, grzybowych kręgach, odważnych matkach jodłach, które najlepiej chroniły swoje dzieci. O świerkach zwanych smrekami, i o limbach, wołanych kiedrami, też lubimy szumieć, my, stare buki. Wiele z nas pamięta zielone, ludzkie dziecię zwane Kiedrem Szumilasem.

O nim karpacki starodrzew szepce najczęściej…

„Puszcza. Opowieści karpackich buków” to zaproszenie nie tylko do odwiedzin w Puszczy Karpackiej (a dokładniej – w tym, co po niej pozostało), ale wręcz do zanurzenia się w niej. Autorka wie doskonale, o czym opowiada, bo mieszka w miejscach, które tu opisuje, widzi je z okna swojej chaty w Beskidzie Niskim.

Legendę o Kiedrze Szumilasie, zaczerpnęła z twórczości Stanisława Vincenza, piewcy Huculszczyzny i autora zanurzonego w tradycji i kulturze Karpat cyklu „Na wysokiej połoninie”. Niestety tylko jego pierwszy tom zdążył ukazać się przed wojną w Polsce. Kolejne powstały już na emigracji i mimo że zostały potem wydane także w kraju (ale jak podejrzewam – w niewielkim nakładzie), nie odbiły się szerszym echem. Była to już wtedy opowieść o świecie, który przeminął i miejscach, które zostały rozerwane granicą i przeorane przez historię.

Jola Richter-Magnuszewska oddaje głos najstarszym bukom, aby opowiedziały historię puszczy od czasów, gdy na jej miejscu szumiało morze…

…o jej mieszkańcach ze wszystkich trzech królestw – roślinach, zwierzętach i grzybach….

…o rządzących tym światem odwiecznych procesach, zależnościach i prawach natury – o życiu, ale też o śmierci i rozkładzie, który jest jej nieodłączną, naturalną częścią…

…i o tym, że człowiek marnieje, bez śpiewu ptaków, brzęczenia owadów, zapachu drzew, kropel rosy. Że każda istota ma prawo do życia. A troszcząc się o inne stworzenia, tak naprawdę ludzie dbają też o siebie, przebywając wśród nich zaczynają odczuwać radość, spełnienie, łagodnieją, lepiej im się oddycha i odpoczywa.

Mimo osadzenia w bardzo konkretnych miejscach, ta opowieść ma wymiar uniwersalny. Uczy uwagi i wrażliwości na piękno, wsłuchiwania się w głos natury, uświadamia, że człowiek jest tej natury częścią.

„Puszcza” to książka autorska. Jola Richter-Magnuszewska jest autorką nie tylko tekstu, ale też ilustracji, które tworzą z nim nierozerwalną całość, budują atmosferę, powodują, że wciąga czytelnika od pierwszej strony. To książka dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, taka która zasłużyłaby na pewno na nominację w lokomotywowej kategorii OD A do Z. Wszystko w niej jest przemyślane – od pierwszej okładki aż do końca, od faktury papieru przez dobór barw i rozmieszczenie tekstu wśród ilustracji. Jest w niej spokój, piękno i mądrość – jak w puszczy, o której opowiada.

Kiedy rozpoczynaliśmy pracę w jury konkursu PLANETA IZABELIN, chcieliśmy nagrodzić takie tytuły, które będą przekazywać wiedzę przyrodniczo – ekologiczną (bo taki był temat konkursu), ale będą to robić w sposób interesujący dla młodych czytelników. Szukaliśmy książek, po które dzieci chętnie sięgną i dlatego bardzo ucieszyło mnie to, że jury dziecięce wybrało właśnie „Puszczę”. Ich werdykt świadczy nie tylko o tym, że dobrze wybraliśmy, ale przede wszystkim o tym, że warto tworzyć rzeczy mniej oczywiste, mniej krzykliwe, ale za to piękne, bo czytelnicy potrafią to docenić.

Jola Richter-Magnuszewska „Puszcza. Opowieści karpackich buków”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2024

„Planeta Izabelin” – ogłoszenie wyników

„Planeta Izabelin” – ogłoszenie wyników

Dziś zostały ogłoszone wyniki Konkursu Literackiego PLANETA IZABELIN.

Jury (którego miałam zaszczyt i przyjemność być przewodniczącą) przyznało trzy równorzędne nagrody regulaminowe. Otrzymały je następujące tytuły:

Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego wybraliśmy te książki – zapraszam do lektury laudacji poniżej 🙂

Tomasz Samojlik, Adam Wajrak „Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze”, wyd.: Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2024

„Detektyw Wróbel i tajemniczy przybysze” to trzecia część serii, w której Tomasz Samojlik i Adam Wajrak opowiadają młodym czytelnikom o świecie ptaków – przede wszystkim tych, które możemy spotkać w mieście. W tym tomie akcja częściowo przenosi się także do lasu, bo i tu i tam pojawiają się przedstawiciele gatunków dotąd u nas nieznanych. Skąd się wzięły ? To jest właśnie zagadka, którą musi rozwikłać tytułowy Detektyw Wróbel.

Podobnie jak w poprzednich tomach tu także komiks detektywistyczno – ornitologiczny łączy się z popularnonaukowymi gawędami, w których Adam Wajrak często odwołuje się do swoich własnych doświadczeń w obserwowaniu przyrody. Wiedzę przyrodniczą znajdziemy również w komiksie, dyskretnie wplecioną w pełną werwy i dowcipu akcję. Styl rysunków Tomasza Samojlika jest dość prosty, kreska lapidarna, ale wystarczająca, aby pokazać najbardziej charakterystyczne cechy zwierzęcych bohaterów.

Tytułowi tajemniczy przybysze, którzy stosunkowo niedawno pojawili się na naszych terenach, to nie zawsze są przedstawiciele gatunków inwazyjnych. Tą nazwa określa się takie rośliny i zwierzęta, które pojawiły się gdzieś za sprawą człowieka – czasem przypadkiem, a czasem w efekcie jego świadomych działań. Często nie mają tam swoich naturalnych wrogów, więc stanowią zagrożenie dla gatunków rodzimych. Inna sytuacja jest wtedy, kiedy w związku ze zmianami klimatu jakieś gatunki zmieniają swój zasięg występowania i zajmują rejony, w których wcześniej występowały rzadko. Na przykład modliszka, która coraz częściej występuje w Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze niedawno budziła tu sensację. Po lekturze tej książki jej obecność nie będzie już dziwić.

Cykl o Detektywie Wróblu to przykład, jak można ciekawie przekazywać wiedzę przyrodniczą w atrakcyjnej dla młodych czytelników formie.

Katarzyna Jackowska-Enemuo (tekst), Nika Jaworowska-Duchlińska (ilustracje) „Między ziemią a niebem”, wyd.: Albus, Poznań 2024

Kiedy myślimy: przyroda, wyobrażamy sobie las albo łąkę, drzewa i kwiaty, ptaki, owady czy zwierzęta. Katarzyna Jackowska-Enemuo sięga głębiej – do tego, na czym to wszystko jest posadowione i z czego wyrasta. Jej opowieści, oparte na pradawnych mitach dotyczą żywiołów, ich potęgi i mocy. Ziemia, woda i ogień, chmury i wiatry, księżyc i słońce – bez nich nie byłoby ani roślin, ani zwierząt, ani ludzi. Bez nich nie powstałoby życie. Choć ludziom czasem wydaje się inaczej i chcieliby wierzyć w swoją omnipotencję, wobec potęgi żywiołów człowiek jest mały i bezradny. Nie wygra z nimi, nie podporządkuje ich sobie. Jednak baśnie z tego zbioru nie straszą, ale uczą pełnej szacunku bliskości z naturą.

Katarzyna Jackowska-Enemuo, jak sama o sobie mówi, jest przede wszystkim opowiadaczką. Jej opowieści mają swój rytm i melodię, a piękny poetycki język, którym są napisane, mimo że nieprosty, jest jednak dla młodych czytelników zrozumiały. Trudniejsze, „niecodzienne” słowa wyjaśnione są w słowniczku na końcu książki, a po każdej z opowieści następuje rozdział „dla dociekliwych”. Autorka opisuje w nim, jak w różnych kulturach ludzie usiłowali zrozumieć otaczający świat, jego pochodzenie i funkcjonowanie. Czynili to właśnie przy pomocy mitów i wyobrażali to sobie bardzo podobnie, mimo że żyli w odległych krainach.

Jej opowieściom towarzyszą ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej i również one stanowią pewne wyzwanie dla czytelników. Nie są infantylne, łatwe i oczywiste. Tworzą nastrój tej książki, prowokują do myślenia, zachwycają.

Jola Richter-Magnuszewska „Puszcza. Opowieści karpackich buków”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2024

„Puszcza. Opowieści karpackich buków” to zaproszenie nie tylko do odwiedzin w Puszczy Karpackiej, ale do zanurzenia się w niej. Jola Richter-Magnuszewska mieszka w miejscach, które tu opisuje, widzi je z okna swojej chaty w Beskidzie Niskim. Swoją opowieść zaczyna od legendy o Kiedrze Szumilasie, którą zaczerpnęła z zapomnianej już niestety twórczości Stanisława Vincenza, aby potem snuć historię puszczy od czasów, gdy na jej miejscu szumiało morze. Oddaje głos najstarszym bukom, aby opowiedziały o jej mieszkańcach ze wszystkich trzech królestw – roślinach, zwierzętach i grzybach. O rządzących tym światem odwiecznych procesach, zależnościach i prawach natury – o życiu, ale też o śmierci i rozkładzie, który jest jej nieodłączną, naturalną częścią. Mimo osadzenia w bardzo konkretnych miejscach, ta opowieść ma wymiar uniwersalny. Uczy uwagi i wrażliwości na piękno, wsłuchiwania się w głos natury, uświadamia, że człowiek jest tej natury częścią.

„Puszcza” to książka autorska. Jola Richter-Magnuszewska jest autorką nie tylko tekstu, ale też ilustracji, które tworzą z nim nierozerwalną całość, budują atmosferę, powodują, że wciąga czytelnika od pierwszej strony. To książka przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach – od pierwszej okładki do końca, od faktury papieru przez dobór barw i rozmieszczenie tekstu wśród ilustracji. Jest w niej spokój, piękno i mądrość – jak w puszczy, o której opowiada.

Konkurs Literacki „Planeta Izabelin”

Konkurs Literacki „Planeta Izabelin”

Izabelin to mała gmina położona między granicami Warszawy a Puszczą Kampinoską. Mieszkam tu od siedmiu lat. Tak samo długo przyznawana jest tutaj nagroda literacka, ale te dwa fakty nie pozostają ze sobą w żadnym związku. Nie pamiętam już, czy przed przeprowadzką widziałam o tym, że od dwudziestu (wtedy!) lat odbywały się Izabelińskie Spotkania z Książką. Nawet jeśli, to nie nie miało to żadnego wpływu na wybór naszego nowego miejsca do życia.

W tym roku Izabelińskie Spotkania z Książką odbędą się po raz dwudziesty siódmy, a konkurs „Planeta Izabelin” po raz siódmy, ale pierwszy (i mam nadzieję nie ostatni) raz ta nagroda poświęcona została wyłącznie książkom dla młodych czytelników. Miałam zaszczyt nie tylko uczestniczyć w pracach jury, ale jeszcze zostałam wybrana jego przewodniczącą.

Tegoroczna „Planeta Izabelin” to konkurs jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie znane mi nagrody literackie związane z literaturą dla dzieci odbywają się niejako ponad głowami jej adresatów. Dorosłe jury wybiera tytuły, które zostaną nagrodzone, odbywa się gala, na której wręcza się dyplomy (oraz co tam jeszcze do tej nagrody przynależy) i… na tym koniec. Do następnego roku i następnego konkursu.

Tymczasem założeniem naszej nagrody jest to, że nagrodzone tytuły wejdą do programu promocji czytelnictwa Centrum Kultury Izabelin w sezonie edukacyjno-kulturalnym 2025/2026. Można więc powiedzieć, że dla czytelników przygoda z nagrodzonymi książkami dopiero się zaczyna 🙂

Jutro odbędzie się ogłoszenie wyników, ale zanim to nastąpi nie mogę ujawnić nagrodzonych tytułów. Zobaczycie je tutaj 🙂

Edit: to już !!!

Jest jeszcze jeden powód, który odróżnia Planetę Izabelin od innych konkursów książkowych. W izabelińskiej szkole podstawowej bardzo prężnie działa biblioteka Strefa zaczytania (która ma nawet swój profil na Instagramie) i właśnie tam powstało jury dziecięce, które przyznało własną pozaregulaminową nagrodę. Jego członkowie podeszli to swojego zadania bardzo poważnie, dyskusje były ożywione (zobaczcie —>>>tutaj !!!), a nagrodzony tytuł… Też nie mogę go ujawnić, ale powiem, że bardzo mile nas zaskoczył, bo okazało się, że wybory obu gremiów jurorskich były dość zgodne 😉 (Edit: już mogę – jury dziecięce także nagrodziło „Puszczę. Opowieści karpackich buków” Joli Richter-Magnuszewskiej)

Wszystko będzie wiadomo już jutro !!!

List do wszystkich dzieci

List do wszystkich dzieci

oraz „Julian Tuwim dzieciom” i „Zwierzaki pana Tuwima” – trzy zbiory, które ukazały się jakiś czas temu. Dość długo zbierałam się, żeby o nich napisać, a kiedy to w końcu zrobiłam, wyszło mi zupełnie co innego niż planowałam…

W grudniu 1953 roku polska literatura poniosła ogromną stratę – w odstępie trzech tygodni zmarli wtedy dwaj wspaniali poeci: Konstanty Ildefons Gałczyński* i Julian Tuwim. 70 lat później (a więc w 2024 roku) ich twórczość znalazła się w domenie publicznej. Spodziewałam się w związku z tym wysypu publikacji ich autorstwa i trochę się zawiodłam, choć w przypadku drugiego z nich – nie do końca, bo jednak ukazały się te zbiory. Ilustrowane przez Mariannę Jagodę „Zwierzaki pana Tuwima” są ciut wcześniejsze, wydawnictwo jeszcze zapłaciło za prawa do tych wierszy Fundacji im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim. To jest także najkrótszy ze zbiorów – zawiera 18 wierszy, podczas gdy „Julian Tuwim dzieciom” z ilustracjami Magdaleny Kozieł-Nowak aż 44 (i nie są to jeszcze wszystkie utwory autora adresowane do dzieci). W ilustrowanym przez Elżbietę Wasiuczyńską „Liście do wszystkich dzieci” znajdziemy ich 28 (i wszystkie są także w zbiorze Naszej Księgarni). To tak tylko – gwoli statystycznego podsumowania wszystkich trzech 😉

Kiedy planowałam porównanie tych książek, myślałam, że skupię się na ilustracjach. Tuwim to Tuwim – wszyscy znają jego wiersze, kilka pokoleń polskich dzieci się na nich wychowało i potem wychowywało swoje dzieci oraz wnuki. Wydawało mi się, że nie ma specjalnie o czym pisać, ale kiedy zaczęłam oglądać ilustracje, oczy same zatrzymały się na literach…

i wydarzyło się ze mną coś takiego, jak ze Skawińskim w „Latarniku”. Zaczęłam czytać i odpłynęłam 😉 Te wiersze są tak piękne, tak znakomicie napisane, że się od nich oderwać nie mogłam, mimo że znaczącą część z nich znam właściwie na pamięć. Tylko gdzieś się schowały na dalszych półkach mojej wewnętrznej biblioteki i pokryły nieco kurzem zapomnienia, odkąd nie mam ich z kim czytać.

Julian Tuwim był arcymistrzem języka polskiego, niedościgle panującym nad jego rytmem, melodią i sensem 😉 Te wspaniałe dzwiękonaśladowcze: ćwierkać, świstać, kwilić, pitpilitać i pimpilić w „Ptasim radiu”! Te zabawy słowne w „Panu Tralalińskim” – począwszy od żony Tralalony, przez córkę Tralalurkę i synka Tralalinka, pałeczkę – tralaleczkę, aż po myszkę Szarą Tralaliszkę w kątku, w ciemnym tralalątku – jakże to znakomicie otwiera czytelników na własne podobne próby ! I ten obrazowy opis mroźnego dnia i dźwięków skrzypiącego śniegu w „Mrozie”, do którego w dodatku Ela zrobiła moim zdaniem najpiękniejszą w tym tomie ilustrację!

Kontakt z tym pięknym językiem bardzo pomógł mojej duszy, bardzo obolałej od tego, co się na nas wylewa z mediów w końcówce kampanii wyborczej. Spróbujcie, to działa !!! Mimo że te wiersze powstały między 70 a 100 lat temu, ich język się nie zestarzał, a raczej nabrał blasku. Zastanawiałam się natomiast – jak z realiami ? Czy współczesne dzieci je zrozumieją ? Wydaje mi się, że tak. Jeżeli coś mogłoby je zdziwić, to może ten aeroplan, którym babcia z kurką odbywają swoją podróż – tak odmienny od współczesnych, znanych im samolotów ? Może parowa lokomotywa? Choć mimo wszystko rytm tego wiersza oraz pasażerowie kolejnych wagonów nadal (chyba) urzekają. No i ten skrzypiący mróz – kiedy ostatnio mieliśmy taką zimę ? Ale poza tym wszystko tam jest ponadczasowe.

Jeśli miałabym z tych trzech tomów wybrać najpiękniej ilustrowany, to ogłosiłabym remis, ale ze wskazaniem na „List do wszystkich dzieci”. Wiadomo nie od dziś, że jestem nieuleczalną wielbicielką twórczości Eli Wasiuczyńskiej, więc chyba nikogo to nie zdziwi ? Bardzo podoba mi się różnorodność stylów dopasowywanych do każdego wiersza, rzecz można, na miarę. A najbardziej chyba spodobała mi się pogodna rezygnacja w oczach psa pana Hilarego – widać, że nie pierwszy raz widzi go w takiej akcji 😉

Na koniec pozwolę sobie sparafrazować Gałczyńskiego i wezwać: Czytajcie dzieciom poezję ! Czytajcie do jasnej cholery !!! Ilustracje są tutaj mniej ważne 😉

Dla porównania i zachęty – tak widzi „Ptasie radio” Marianna Jagoda

a tak Grzesia kłamczucha z listem Magdalena Kozieł-Nowak

* Przy okazji donoszę z radością, że zapowiadana jest także edycja wierszy Mistrza Konstantego Ildefonsa z ilustracjami Eli – podobno możemy się jej spodziewać w lipcu (edit: już jest !!! —>>>tutaj ) Czekam niecierpliwie, a sama Ela podsyca (nie tylko) mój apetyt pokazując od czasu do czasu kolejne dzieła —>>> tutaj

Julian Tuwim „List do wszystkich dzieci” ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Wilga, Warszawa 2024

oraz

Julian Tuwim „Julian Tuwim dzieciom” ilustr.: Magdalena Kozieł-Nowak, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024

Julian Tuwim „Zwierzaki pana Tuwima” ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2023

Książka. Kto za tym stoi?

Książka. Kto za tym stoi?

Książka bez czytelnika jest jak żółw bez skorupy. A czy zastanawiałeś się kiedyś, drogi Czytelniku, kto wybiera temat książki, ilustracje, format albo jej cenę? Zanim książka trafi w Twoje ręce, przechodzi przez wiele ogniw naprawdę długiego łańcucha wydawniczego: na ten proces składa się praca całego zespołu! Podążaj za autorem, wydawcą, ilustratorem, drukarzem, a na końcu księgarzem lub bibliotekarzem i odkryj świat tych fascynujących zawodów.

Oto kulisy publikowania.

Lubię książki o książkach – takie, które opowiadają o ludziach je tworzących, o księgozbiorach i o różnych przygodach, które mogą nas w kontakcie z książką spotkać. „Książka. Kto za tym stoi?” to publikacja opisująca drogę książki od momentu, kiedy jest ona tylko zalążkiem pomysłu w głowie autora, do jego wersji końcowej, która trafia w ręce czytelnika.


Uświadamia czytelnikom, jak wiele osób jest zaangażowanych w powstanie książki, jak długi jest to proces i jak wiele etapów musi ona przejść i ile decyzji musi zostać podjętych, zanim trafi w ich ręce. Skojarzyła mi się z wydaną wiele lat temu, ilustrowaną przez Bohdana Butenkę publikacją zatytułowaną „O książce. Mała encyklopedia dla nastolatków”. Tamta była kompendium wiedzy o książce, z całą historią powstawania druku, ale obecnie zapewne raziłaby anachronicznością, bo bardzo wiele się w jego technologii od tego czasu zmieniło.

Stéphanie Vernet – autorka tekstu i Camille de Cussac, która go bardzo pomysłowo wpisała w całostronicowe ilustracje, opowiadają o tym, jak to się robi współcześnie. Najbardziej staroświecką rzeczą, o której wspominają jest maszyna do pisania – dla mnie przedmiot oczywisty, a dla obecnych czytelników – coś niepojętego. Przypomniała mi się gra zorganizowana przez Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie w pewnym momencie uczestnicy mieli do czynienia właśnie z taka maszyną z epoki. Z dużym zaciekawieniem usiłowali na niej pisać i pytali ze zdziwieniem: gdzie jest Enter ? A ja poczułam się strasznie stara, bo wiedziałam 😉

Na stronie ze spisem treści, przedstawiającej kolejne osoby zaangażowane w proces tworzenia książki, uderzył mnie od razu brak redaktora. Co prawda pojawia się on następnie w treści, ale jakoś tak mimochodem…

I to niestety jest chyba znak obecnych czasów. Coraz częściej zdarza mi się zastanawiać, czy książka, którą właśnie czytam czy przeglądam, przeszła przez ręce redaktora? Czasem nawet taka osoba wymieniona jest w stopce redakcyjnej, ale mam wrażenie, że jej rola ograniczyła się tylko do tego.

Za to bardzo się cieszę, że w tym łańcuszku osób zaangażowanych w drogę książki do czytelnika autorki doceniły rolę i znaczenie bibliotekarzy oraz księgarzy, bo ci ostatni to kolejny zawód odchodzący pomału do lamusa.

Pojawia się tam też osoba recenzentki, którą się poniekąd czuję i w pełni podpisuję się pod zdaniem: Paradoksalnie nawet nieprzychylne recenzje mogą spowodować, że książka nie zostanie zapomniana i zupełnie pominięta. Recenzja to nie jest reklama książki, a rola recenzenta nie powinna polegać tylko na chwaleniu. Recenzent z prawdziwego zdarzenia powinien zauważyć w niej nie tylko to, co jest tam godne pochwały, a także skrytykować, jeśli coś na to zasługuje. Taka recenzja może wywołać dyskusję o książce i spowodować, że czytelnik się nią zaciekawi i zechce przeczytać, choćby po to, żeby sprawdzić, jak tam naprawdę jest.

A każdy powód, żeby sięgnąć po książkę jest dobry 🙂

Stéphanie Vernet (tekst) & Camille de Cussac (ilustr.) „Książka. Kto za tym stoi?”, przekł.: Anna Nowacka-Devillard, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2024

Od Ż do A… żałoba, Życie i JA. Notes dla nastolatków

Od Ż do A… żałoba, Życie i JA. Notes dla nastolatków

Śmierć. O niej będzie ten notes. O śmierci i o nas wobec śmierci. O tym, co się z nami dzieje, kiedy ją spotykamy, kiedy pojawia się blisko. Trochę będzie o tym, że ten świat, kultura i społeczeństwo są naprawdę kiepsko wymyślone. A trochę o tym, że wcale nie do końca. Że jest czego się trzymać. I można całkiem dobrze sobie żyć z całym tym życiem.

Po co pisać o śmierci? Bo jest częścią życia. I każdx* z nas prędzej czy później ją spotka – a skoro sięgasz po ten notes, to pewnie już ją spotkałxś*

Śmierć i żałoba to jeden z tych tematów, które z jednej strony zaliczane są do trudnych, a z drugiej – pojawiają się w literaturze adresowanej do niedorosłych coraz częściej. Jednak tutaj nie jest on, jak to bywa dość często, schowany za metafory, alegorie i inne środki literackie. Tym razem Katarzyna Jackowska-Enemuo pisze o żałobie wprost, bez owijania w (literacką) bawełnę. Szczerze i bez lukru odpowiada na pytania, które zapewne stawiają sobie młodzi ludzie dotknięci tym doświadczeniem. Pisze o tym, że śmierć jest częścią życia, natomiast wiążąca się z nią żałoba właśnie: DOŚWIADCZENIEM. A nie stanem. Nie emocją. Nie chorobą – którą trzeba przejść i wyzdrowieć. Jest czymś, z czym żyjemy dalej.

Żałoby nie można przeżyć i zapomnieć. Żałoba się nie kończy, ale się zmienia. Zazwyczaj łagodnieje z czasem. Jeśli pozwolisz jej osadzić się z środku, w tobie, tak jak osadza się i zostaje każde inne istotne doświadczenie – pierwsza jazda rowerem, miłość, strach, pocałunek, zachwyt – staje się po prostu istotną częścią ciebie.

Pierwszy refleksją, jaką przyniosła mi lektura tej książki, było to, że jej autorki: Katarzyna Jackowska-Enemuo i Maja Warzecha traktują swoich czytelników poważnie i z ogromnym szacunkiem, dając im prawo do przeżywania żałoby tak, jak ją odczuwają. Dają im prawo do smutku i do gniewu, do płaczu i do ucieczki, ale także do szukania pomocy i do nadziei, która pozwoli żyć dalej.

Potem pomyślałam jeszcze o czymś. Dla tych młodych ludzi ważne jest zapewne, że nie chodzi tu o jakichś fikcyjnych bohaterów literackich przezywających wymyślone sytuacje, ale o nich samych i to, co oni sami naprawdę przezywają. Tutaj to oni właśnie są najważniejsi.

Żegnanie… żałoba… zmiana…

ucieczka… trauma… tęsknota…

nadzieja… lęk… gniew..

czego nie mówić vs. co mówić…

czego się trzymać…

… o tym wszystkim jest mowa w tym notesie.

Tę książkę możesz czytać od początku do końca, od końca do początku, albo na wyrywki – bo jest takim swoistym słownikiem. Możesz w niej pisać i rysować. Możesz z niej wyrywać kartki i dawać je komuś, komu mogą się akurat przydać.

Ta książka jest po to, żebyś o swojej (lub czyjejś żałobie) wiedziałx* jak najwięcej. Żebyś umiałx* ją rozpoznać, zrozumieć i oswoić. Bo z żałobą oswojoną da się żyć.

* nie, to nie literówki. Autorka przyjęła taką formę, bo (jak się domyślam) pisząc każdy czy spotkałaś zwracałaby się tylko do czytelników (lub czytelniczek) jednej płci. Tak – używa formy neutralnej, którą każdy (i każda) może uznać za swoją. Przyznam, że początkowo mnie to kłuło w nieprzyzwyczajone do takich słów oko, ale dość szybko się przyzwyczaiłam.

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Od Ż do A… żałoba, Życie i JA. Notes dla nastolatków”, kolaże: Maja Warzecha, wyd.: Fundacja Hospicyjna, Gdańsk 2024

Książkę można kupić w Fundacji Hospicyjnej czyli —>>> tu

Inne książki Katarzyny Jackowskiej-Enemuo także znajdziecie na półkach Małego Pokoju z Książkami – to: „Tkaczka chmur”, „Między światem a zaświatem” i „Między ziemią a niebem”

Sam w mieście

Sam w mieście

Pogoda już coraz bardziej wiosenna, ale chcę jeszcze wstawić na półkę w moim małym pokoju tytuł wydawałoby się zimowy, choć tak naprawdę jest uniwersalnie całoroczny 😉

„Sam w mieście” to pierwsza książka autorska w twórczości Sydney’a Smitha. Wydana została w 2019 roku, a cztery lata później ukazała się kolejna – „Do you remember?”, ale jeszcze nie doczekała się polskiego wydania. W 2024 roku Sydney Smith nagrodzony został za całokształt twórczości przyznawaną przez IBBY Nagrodą Hansa Christiana Andersena, a nakładem wydawnictwa Dwie Siostry ukazała się ilustrowana przez niego „Pierwsza gwiazdka Świętego Mikołaja” Maca Barnetta, w Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA nominowana przez Justynę Sobalę.

Wiem, jako to jest być małym w mieście…

„Sam w mieście” to jedna z tych książek, o których bardzo trudno jest coś napisać, bo jej urok kryje się przede wszystkim w tym, że bardzo pomału odkrywamy, o co w niej w ogóle chodzi. Na początku widzimy małego chłopca wędrującego przez ogromne i pełne ludzi miasto, ale dokąd idzie? Do kogo skierowane są słowa tekstu, który pojawia się w tej książce nie od razu?

Sięgnijcie po tę książkę, zanurzcie się w jej atmosferze, a wszystko stanie się jasne. I nie musicie z tym czekać do kolejnej zimy !!!

Sydney Smith „Sam w mieście”, przekł.: Wojciech Szot, wyd.: Wydawnictwo Sto Stron, Warszawa 2020

Moko. Najśmieszniejszy klaun na świecie

Moko. Najśmieszniejszy klaun na świecie

Książka nagrodzona tytułem Książki Roku 2024 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!

a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2024 oraz na listę White Ravens 2025

To nie jest pierwsza wspólna książka duetu Gèrard Moncomble & Paweł Pawlak. Wcześniej były: „Zagadkowa koperta listonosza Artura”, „Kotek, który merdał ogonem” oraz moje ukochane, nieodżałowane* „Czupieńki”.

Przyjechał cyrk!

W mieście poruszenie. Będą żonglerzy, woltyżerki, akrobaci i magicy. Ludzie tak ich kochają!

Ale przede wszystkim chcą się śmiać…

A w spektaklu wystąpi Moko, wielki Moko. Mówią, że to najśmieszniejszy klaun na świecie…

Historia Moko to historia o smutku i radości, opowiedziana na 60 stronach bardziej obrazem niż słowem – napisała w luadacji przewodnicząca jury graficznego Polskiej Sekcji IBBY Krystyna Lipka-Sztarbałło. Tak, w tej książce najważniejszy jest obraz. Tekstu czasami mogło by w ogóle nie być, jednak ta opowieść o smutku wynikającym z samotności oraz o radości z przyjaźni i bliskości i tak byłaby zrozumiała.

Paweł Pawlak stworzył intrygujące kolażowe ilustracje. Dzięki tej technice jego Moko mógł najpierw zupełnie dosłownie rozsypać się na kawałki, a potem, dzięki pomocy małego Bo, pozbierać znowu, jak to się mówi, do kupy. Wydawać by się mogło, że Moko – czy to w całości, czy też rozsypany – cały czas jest taki sam. Jednak wystarczy spojrzeć uważnie tylko na jedną jedyną czarną kreskę na jego umalowanej twarzy i od razu wszystko wiadomo. Na tym polega mistrzostwo !!!

Ta książka zniewala urodą, narracją plastyczną i przesłaniem – napisała Krystyna Lipka-Sztarbałło, a ja się pod tą opinią (i werdyktem jury) podpisuję obiema rękami !!!

* nieodżałowane – bo powstały i ukazały się tylko dwie z czterech zaplanowanych części, a ja ciągle mam nadzieję, że się tych kolejnych doczekam…

Gèrard Moncomble (tekst) & Paweł Pawlak (ilustr. i przekł.) „Moko. Najśmieszniejszy klaun na świecie”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024