Woda żywa; Żelazne trzewiczki

Woda żywa; Żelazne trzewiczki

Cykl „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane” został nominowany w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: Od A do Z !!!

czyli czwarta i piąta z siedmiu napisanych przez Roksanę Jędrzejewską-Wróbel i zilustrowanych przez Mariannę Oklejak baśni, składających się na cykl Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane. Ostatnie dwie ukażą się w przyszłym roku.

O całym cyklu – powodach, dla których powstał, oraz pomyśle na niego pisałam przy okazji pierwszych trzech części. Nie będę powtarzać, po prostu zapraszam —>>> tutaj .

Nie jest więc raczej dla nikogo zaskoczeniem, że w kolejnych częściach Roksana Jędrzejewska-Wróbel znowu sięgnęła po tradycyjne, choć obecnie już rzadziej znane baśnie po to, żeby je przetworzyć współcześnie i pokazać w nich problemy, z którymi musimy mierzyć się tu i teraz.

Szczęśliwa, bo twórcza

Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy chcą mieć wpływ na swoje życie

Była sobie raz dziewczynka imieniem Marianna, która uwielbiała czytać i wyobrażać sobie różne rzeczy – nawet te nieistniejące. A im więcej czytała, tym jej wyobraźnia była bujniejsza i rozrastała się jak dżungla, bo tak właśnie działają książki – jak woda na rośliny…

„Woda żywa” to historia, która bardzo wyraźnie nawiązuje do zmian, jakie zachodzą we współczesnym świecie – nie tylko tych związanych z klimatem oraz coraz powszechniejszą u nas betonozą, ale także z coraz większym wpływem, jaki ma na to wszystko chciwość wielkich korporacji. Jej bohaterka Marianna pokazuje jednak, że można temu wszystkiemu stawić czoła, jeśli tylko ma się wystarczająco dużo wyobraźni oraz odwagi, żeby za nią podążyć.

Szczęśliwa, bo wytrwała

Baśń tę dedykuję wszystkim, którym się wydaje, że są zbyt słabi, aby coś osiągnąć

Była sobie raz dziewczynka imieniem Małgosia, która nie lubiła się wysilać. Nie myślcie jednak, że była leniwa, wcale nie. Po prostu jeśli coś nie przychodziło jej szybko i łatwo, to z tego rezygnowała. (…) Krótko mówiąc, Małgosia robiła tylko to, co było przyjemne i od razu sprawiało radość…

„Żelazne trzewiczki” były tą częścią cyklu, która zaskoczyła mnie najbardziej, bo jest najmniej baśniowa. Az chciałoby się powtórzyć za biskupem Krasickim: A cóż to jest za bajka ? Wszystko to być może…

Sens baśni generalnie polega na tym, że ich bohaterowie konfrontowani się z sytuacjami granicznymi, ale dzieje się to w świecie fantastycznym, który normalne realia życia bierze niejako w nawias. Tu natomiast wszystko jest jak najbardziej realne. Roksana Jędrzejewska-Wróbel stawia Małgosię wobec doświadczenia nieodwracalnego kalectwa, a tytułowe żelazne trzewiczki są… nie, nie powiem, przeczytajcie tę książkę ! Inaczej jednak niż w tradycyjnej wersji tej baśni, wędrówka w nich nie prowadzi jej do utraconej miłości, tylko do samej siebie, bo to jest punkt wyjścia do wszystkiego, co będzie dalej.

W cyklu Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane ukazało się już pięć baśni. Teraz pozostaje nam tylko czekać na dwie ostatnie, które ukażą się w przyszłym roku. Jestem bardzo ciekawa dokąd tym razem zaprowadzi nas wyobraźnia Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i Marianny Oklejak, ale nie wątpię, że znowu będzie interesująco i pięknie.

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarze recenzenckie tych książek 🙂

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Woda żywa. Baśń o twórczości” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Żelazne trzewiczki. Baśń o wytrwałości” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Mój pierwszy atlas świata

Mój pierwszy atlas świata

To jest już jedna z ostatnich książek, która stała na półkach Małego Pokoju w dawnej, bloxowej lokalizacji, a teraz znajduje miejsce tutaj. Wydana była 13 lat temu i od dawna już nie można jej kupić, ale przypomniała mi się wczoraj, kiedy ogłoszono informację o śmierci królowej Elżbiety II, bo pojawiła się na jej kartach… no, prawie osobiście – w wersji autorstwa Ewy Kozyry-Pawlak.

Pisałam o niej 15 listopada 2009 roku:

„Mój pierwszy atlas świata” to prawdziwa gratka dla wielbicieli ilustracji Ewy Kozyry – Pawlak i Pawła Pawlaka, bo jest to bodaj pierwsza książka zilustrowana przez nich wspólnie. Spod ręki pana Pawła wyszły obrazki, a pani Ewa uszyła mapę świata i dołożyła coś jeszcze…

Każdemu kontynentowi towarzyszy laleczka – przedstawiciel jego mieszkańców. Nie są to jednakowoż przedstawiciele typowi, bo czyż wielu jest Europejczyków podobnych do królowej Elżbiety ? Nie ukrywam, że właśnie ta lalka zrobiła na mnie największe wrażenie i dużo dałabym, żeby zobaczyć ją na żywo. O posiadaniu na własność nawet nie śmiem marzyć 😉

Inne też są urocze – Kowboj, Polarnik, Aborygen, Masajka, Indianin oraz … cesarz Akihito 😉 Może wydawnictwo pomyśli o sprzedaży tych laleczek razem z atlasami ?

„Mój pierwszy atlas świata” to kolorowe zaproszenie do odkrywania różnorodności świata. Pokaż dziecku, ze świat ma siedem kontynentów, które bardzo się od siebie różnią. Niech zobaczy, gdzie mieszkają kangury, a gdzie żyrafy i gdzie stoi Statua Wolności. – czytamy na okładce.

Już po opublikowaniu tamtego wpisu odkryłam, że z tą pierwszą książką zilustrowaną wspólnie przez Ewę i Pawła Pawlaków to nie była do końca prawda. Razem podpisani byli już pod trzema wydanymi w 1996 roku świątecznymi książeczkami o Arletce, bałwanku Śnieżynku i Żołnierzyku z choinki. Jednak w przypadku tamtych ilustracji trudno jest odróżnić, co wyszło spod ręki którego z nich.

Można oczywiście zarzucić „Mojemu pierwszemu atlasowi świata” operowanie stereotypami, bo poza osobami koronowanymi pojawiają się tam wizerunki mieszkańców obu Ameryk, Afryki i Australii takich, jak ich sobie w pierwszym skojarzeniu wyobrażamy, co niekoniecznie odpowiada współczesnym realiom ich życia. Trudno jednak ustrzec się tego, gdy ma się zmieścić wiedzę o całym kontynencie na jednej rozkładówce. A uroda tych laleczek wynagradza ich stereotypowość ! 🙂

Książka została wyróżniona w kategorii ilustracji w konkursie Książka Roku IBBY 2009

„Mój pierwszy atlas świata”, tekst: Maria Deskur, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak i Paweł Pawlak, wyd.: LektorKlett, Poznań 2009

oraz:

Anna Trznadel-Szczepanek „Arletka”, ilustr.: Ewa i Paweł Pawlakowie, wyd.: Wilga, Warszawa 1996

Anna Trznadel-Szczepanek „Śnieżynek”, ilustr.: Ewa i Paweł Pawlakowie, wyd.: Wilga, Warszawa 1996

Anna Trznadel-Szczepanek „Żołnierzyk”, ilustr.: Ewa i Paweł Pawlakowie, wyd.: Wilga, Warszawa 1996

Wielka podróż małego Mila

Wielka podróż małego Mila

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: przekład !!!

Był raz chłopiec imieniem Milo, który nie wiedział, co ma ze sobą począć. Nie wiedział tego nigdy, a nie tylko chwilami. Kiedy był w szkole, chciał się z niej wyrwać, a gdy tylko mu się to udawało, natychmiast pragnął do niej wrócić. W drodze do szkoły myślał o powrocie do domu, a kiedy do niego wracał, robiło mu się w nim za ciasno. Zawsze i wszędzie marzył o tym, żeby się znaleźć gdzie indziej, a gdy udawało mu się tam dotrzeć nie rozumiał, po co w ogóle ruszał się z miejsca…

Tak zaczyna się ta książka, o której jej Autor w posłowiu napisał: podobnie jak większość dobrych rzeczy w moim życiu, wzięła się stąd, że próbowałem się wymigać od pewnych powinności. Niektórzy ludzie tak mają, że się migają. Jestem jednym z nich.

Niektórzy tak mają, ale nie wszystkim z tego migania wychodzą takie piękne rzeczy. Do tego jednak trzeba mieć talent !

Cieszę się, że Wydawnictwo Kropka umożliwiło polskim czytelnikom poznanie tej powieści, która ma już 60 lat, ale wcale się nie zestarzała. Nie rozumiem tylko, dlaczego w stopce redakcyjnej nie znalazł się oryginalny tytuł tej książki czyli „The Phantom Tollbooth” ? Można go znaleźć tylko w biogramie autora na końcu. Wydawało mi się, że jest to przyjętą zasadą wydawniczą. Tutaj szczególnie jest to ważne, bo książka ukazała się już wcześniej po polsku w przekładzie Anny Wojtaszczyk i wtedy jej tytuł był dość bliski oryginałowi – „Niezwykła rogatka”. Obecny może być mylący – niestety nie ma w naszym języku dobrego synonimu dla słowa Tollbooth, który oznacza punkt poboru opłat na autostradzie. O taką właśnie bramkę, którą niespodziewanie dostał bohater i od której cała historia się zaczyna, tutaj chodzi, ale rozumiem decyzję tłumacza, żeby tę kwestię w tytule pominąć.

Powinienem jeszcze wspomnieć w paru słowach o ilustracjach – napisał w posłowiu Autor. – Otóż podczas pisania tej książki zajmowałem górne piętro dużego, zapuszczonego dwupoziomowego mieszkania w Nowym Jorku. Na dolnym piętrze mieszkał Jules Feiffer. Był wtedy dopiero u progu kariery. Zaintrygowało go, kto mu tak chodzi w tę i z powrotem nad głową, a potem czytał czasem fragmenty tego, co napisałem, i robił szkice z myślą o ilustracjach. Były znakomite i doskonale oddawały ducha książki. Postanowiliśmy, że to właśnie on ją zilustruje. Wyłoniły się jednak różne drobne problemy. Jules nie lubił rysować pewnych rzeczy. Na przykład map. A ja uwielbiam mapy i w ogóle napisałem tę książkę chyba między innymi po to, żeby umieścić w niej mapę, taką jak w moich ukochanych książkach Arthura Ransome’a. Narysowaliśmy ją więc wspólnymi siłami.

Jules nie lubił też rysować koni. Gdy pod koniec książki Milo i księżniczki uciekają przed demonami, wojsko Królestwa Mądrości nadjeżdża konno. W pierwszych szkicach Jules’a wojacy dosiadali kotów.

(próbowałam policzyć jeźdźców oraz głowy i nogi koni na tej ilustracji, ale jakoś mi się nie sumują 😉 )

Po pewnym czasie stało się to między nami czymś na kształt gry: on szukał sposobów, żeby rysować po swojemu, a ja wymyślałem rzeczy, których narysowanie sprawiłoby mu najwięcej trudności. Na przykład na Górze Niewiedzy Milowi zagraża tłum Demonów. Są wśród nich Trzy Demony Kompromisu: jeden jest niski i gruby, drugi wysoki i chudy, a trzeci dokładnie taki, jak tamte dwa. Nie wiedzieć czemu, nigdy nie doczekały się ilustracji.

Cieszę się bardzo, że Wydawnictwo Kropka zdecydowało się na te oryginalne, można powiedzieć – kanoniczne ilustracje. Uważam, że w sytuacji, kiedy Autor współpracował z Ilustratorem, miał wpływ na efekt końcowy i zaakceptował go, ilustracje stanowią całość z tekstem.

„Wielka podróż małego Mila” to piękna, oniryczna opowieść o wędrówce przez czarodziejskie krainy, którą tytułowy bohater, początkowo znudzony swoim życiem, odbywa po to, żeby przekonać się w końcu, że jest ono ciekawsze od snów. Jej tłumacz Michał Kłobukowski, jak zawsze mistrzowsko wykorzystał przewrotny i absurdalny humor oraz gry słowne, które składają się na niezwykły klimat tej historii. Nikt inny nie potrafi z taką lekkością tworzyć niezliczonych neologizmów i wynajdywać dowolnej ilości synonimów i antonimów. Przekonałam się o tym już wtedy, kiedy czytałyśmy „Wielkomiluda” czyli spolszczoną przez niego powieść Roalda Dahla o BFG. Nazwisko tego tłumacza to zawsze gwarancja lektury na najwyższym poziomie – tak jest również tym razem.

Norton Juster „Wielka podróż małego Mila”, przekł.: Michał Kłobukowski, ilustr.: Jules Feiffer, wyd.: Kropka, Warszawa 2021

Norton Juster „Niezwykła rogatka”, przekł.: Anna Wojtaszczyk, ilustr.; Grzegorz Kierzkowski, wyd.: Bertelsmann Media, Warszawa 2001

Drań czyli moje życie z jamnikiem

Drań czyli moje życie z jamnikiem

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: tekst oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej !!!

Nominowana także do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego i Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego oraz wpisana na listę The White Ravens !!!

Historie opisane w tej książce wydarzyły się naprawdę, chociaż – jak to z opowieściami bywa – nie są prostym zapisem wydarzeń. Na pewno jednak Drań z książki to mój własny pies: pierwszy w życiu, wyczekany i ukochany. Wierny towarzysz dzieciństwa i powiernik w trudach dorastania. Cierpliwy nauczyciel wrażliwości na psi język i sprawy. To o nim pisałam swoje pierwsze książki, takie jak komiks „O pozycjach jamnika w łóżku”, ofiarowywane rodzinie pod choinkę. Pisząc teraz do Draniu, chciałam choć odrobinę spłacić dług wobec niego. Bo w czasach, gdy było mi źle, pocieszał mnie mądrym spojrzeniem i obecnością. A gdy było mi dobrze, cieszył się całym sobą razem ze mną…

W zeszłym roku w książce „Lotta czyli jak wychować ludzkie stado” Zofia Stanecka opisała swoje życie z aktualnie miłościwie panującą w jej rodzinie Principiessą. Teraz sięgnęła do swoich wspomnień z dzieciństwa, do trudnych lat osiemdziesiątych, kiedy w jej życiu pojawił się pierwszy pies.

Skąd imię Drań ? Z piosenki Kabaretu Starszych Panów „Tanie dranie”. Mój tata i bracia bardzo ją lubili. A skoro oni, to ja również – wpatrzona w nich córka i dużo młodsza siostra. Drań, bo w niewielkim jamniczym ciele dźwigał silny, niezłomny charakter . Szczekał basem, miał na każdy temat własne zdanie, kochał po swojemu i był wszystkim, tylko nie pieskiem salonowym. A że miał empatyczne serce i bardzo go kochaliśmy, nazywaliśmy go najczęściej Draniuszkiem. Bywał również Dranisławem, bo poza charakterem i wrażliwością cechowała go ogromna godność. Był psem, którego nie tylko się kocha, ale też szanuje.

Rodzinna historia Autorki opisana w tej książce ściśle spleciona była z tą pisaną wielką literą. Akcja rozpoczyna się w nocy 12 grudnia 1981 roku, kiedy małą Zosię najpierw budzą hałasy za ścianą i jest przekonana, że to (nie pierwsza w jej domu) milicyjna rewizja: Funkcjonariusze szukali dowodów na to, że moja rodzina konspiruje przeciwko władzom: nielegalnie drukowanych gazet, wydawanych za granicą i zakazanych w kraju książek … Zawsze wpadali bez zapowiedzi, hałasowali, tupali, wyrzucali ubrania z szaf i książki z półek na podłogę, deptali, niszczyli i niemal za każdym razem zabierali ze sobą kolejną maszynę do pisania. Nigdy ich nie oddawali. Po ich wyjściu w mieszkaniu zostawał zapach strachu i okropny bałagan. Tym razem jednak było inaczej – okazało się, że milicja zabrała Tatę, a w kraju został wprowadzony stan wojenny. Jednak o tym, co to ma wspólnego z psem nie zdradzę, musicie sami o tym przeczytać…

W tej książce wielka Historia jest tylko tłem dla tego, co zawarte zostało w jej tytule – życia z psem od pierwszego spotkania, kiedy to maleńki szczeniaczek sam wybrał sobie właścicielkę, do końca, którego Zofia Stanecka nie dopowiada. Jest w niej wiele momentów śmiesznych (choć wtedy, kiedy się to przydarzało zapewne nikomu do śmiechu nie było), są chwile wzruszające i są poruszające (jak te, kiedy Autorka bardzo oględnie dotyka problemu alkoholizmu Ojca). Jest w tej historii wielka miłość i tęsknota, jest wdzięczność, za rolę, jaką Drań odegrał w jej życiu i jest też ogromny szacunek. Bo chociaż jamnik to stworzenie, które wygląda dość pociesznie i może wzbudzać śmiech oraz skłaniać do traktowania protekcjonalnego, należy pamiętać, że Jamnik to osoba o zdecydowanych poglądach i silnym poczuciu własnej wartości, więc potrzebuje poważnego traktowania.

Podobnie jak w książce o Lotcie, także w tej za stronę wizualną odpowiadała Marianna Sztyma. Tym razem nie mogła portretować z natury, ale na podstawie rodzinnych zdjęć Autorki znakomicie oddała jamniczą naturę bohatera oraz nastrój tej opowieści.

Z pierwszym psem jest jak z pierwszą miłością: nigdy się go nie zapomina – napisała Zofia Stanecka. Miałam szczęście, bo mój pierwszy pies był prawdziwym przyjacielem, zgranym ze mną, pasującym do mnie jak łupinka do orzecha. Nikt nigdy go nie zastąpił i przez wiele lat nie mógł się z nim równać. Dopiero Lotta, złocista Principiessa, wypełniła część pustki po Draniu i stała się równie ważna. Lubię myśleć, że ta dwójka zaprzyjaźniłaby się ze sobą. Psy bywają zazdrosne i pilnują hierarchii w stadzie, ale jestem dziwnie spokojna, że ta dwójka znalazłaby wspólny język.

Zofia Stanecka „Drań czyli moje życie z jamnikiem”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Bajek paka dla przedszkolaka

Bajek paka dla przedszkolaka

Książka pod patronatem medialnym Małego Pokoju z Książkami !!!

To nie jest pierwsza książka, która może pomóc w adaptacji przedszkolnej dzieci, jaka stanęła na półkach Małego Pokoju z Książkami, ale pierwsza, która łączy w sobie treści adresowane i do dzieci, i do dorosłych. Jej autorka – Marta Chrościcka jest psycholożką i terapeutką dzieci, młodzieży i rodzin. Współpracuje z wieloma przedszkolami oraz prowadzi w sieci miejsce, które nazwała Pracownia Dobrych Relacji. Jest także mamą trójki dzieci, więc problemy adaptacji przedszkolnej zna z obu stron.

„Bajek Paka dla Przedszkolaka” to zbiór historii, które można określić mianem bajek adaptacyjnych i które krok po kroku pomagają przeprowadzić dziecko przez tę, często pierwszą w życiu, Wielką Zmianę.

Trzylatek z całego świata zna tylko swoją rodzinę i zasady w niej panujące. Przedszkole to jakaś obca planeta, a życie na niej jest niezwykle trudne do wyobrażenia. Dlatego debiut przedszkolny to w jego życiu zmiana tak wielka i przeżycie tak ogromne, że często pamięta się je przez całe życie.

Najpierw nie wiadomo nic – jest tylko to groźne słowo: przedszkole (kiedy będziesz juz chodzić do przedszkola, to…) Potem okazuje się, że jest to taki dom otoczony płotem i są tam też zjeżdżalnie i piaskownice , ale gdy wchodzi się do środka, to dalej nic nie wiadomo. Maluch wie tylko, że nie będzie Mamy, Taty, ani Babci – są za to jakieś obce Panie, które nie zajmują się tylko nim, ale też całą gromadą obcych dzieci – pisałam kilkanaście lat temu o książce „Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole” Beaty Ostrowickiej. Miałam już wtedy za sobą debiuty przedszkolne wszystkich trzech córek. Niestety, w stosownym czasie nie dysponowałam odpowiednimi książkami, które by nam w tym pomogły. Jedynym wsparciem były dla mnie wtedy teksty w miesięczniku „Dziecko” – mojej rodzicielskiej Biblii 😉

Marta Chrościcka w swoich bajkach pokazuje dorosłym, jak mądrze rozmawiać z dziećmi nie tylko o technicznych szczegółach związanych z życiem przedszkolaka, ale przede wszystkim o ich obawach i wątpliwościach. Nie zawsze w momencie, w którym pojawi się problem, można sięgnąć po książkę i zaserwować dziecku stosowną bajkę. Dlatego warto, żeby dorośli zaczęli od jej samodzielnej lektury, zanim zaczną ją czytać z maluchami. Rozpoczyna ją przedmowa: Jak najlepiej korzystać z tej książki?, a potem każdej bajce towarzyszy wstęp, wyjaśniający dorosłym problem, którego dotyczy.

Pierwsza historia, którą znajdziemy w tym zbiorze, w ogóle nie dotyczy przedszkola, opowiada natomiast o radzeniu sobie ze zmianami, które są naturalną częścią życia. Wszystkie pokazują, jak ważne jest, aby w rozmowach z dziećmi nie bagatelizować ich problemów i wątpliwości, tylko dać im do nich prawo. Jedynie wtedy można z jednej strony zrozumieć, o co dziecku chodzi, czego nie rozumie lub czego się boi, a z drugiej – pomóc mu sobie z tym wszystkim poradzić. W Sosnowym lesie, gdzie żyją bohaterowie bajek Marty Chrościckiej, nikt nie mówi dziecku: Eeee tam, przesadzasz !, ani Nie histeryzuj !

Jeśli wspólnie zastanowimy się, na czym polega problem i skąd się bierze, łatwiej go będzie potem razem rozwiązać. Tego właśnie uczą te bajki i warto o tym pamiętać nie tylko w kontekście przedszkola.

Marta Chrościcka „Bajek Paka dla Przedszkolaka. Wspieraj swoje dziecko w adaptacji do przedszkola”, ilustr.: Joanna Jarząbkowska, wyd.: MB Press, Radzymin 2022

P.S. 12.09.2022

Marta Chrościcka była gościem Silver TV – posłuchajcie, co mówiła o tym, jak pomóc dziecku w trudnym okresie adaptacji do przedszkola a także o książce i opracowanych przez nią pomocach – wszystko można kupić na stronie Pracowni Dobrych Relacji czyli —->>> tutaj

Koronkowa robota

Koronkowa robota

czyli wzór na kryminalną historię

Występują:

Róża – siedmiolatka, która każdego dnia udowadnia bratu, że nie ma róży bez kolców;

Staszek – dziewięciolatek, który bardzo chciałby już być dorosłym Stanisławem;

Mama i Tata – dorośli, którzy na urlopie zachowują się jak dzieci;

pani Lucyna – która kocha misterne koniakowskie koronki, a wpadnie w ordynarną kryminalną sieć !

Pani Maria – która przez dziesięć miesięcy w roku morduje się z uczniami, a przez dwa z turystami

a także: Drab nr 1 i drab nr 2, harcerki z drużyny „Koniczynek”, karatecy z klubu sportowego „Niezłe ziółka”, Motocyklista, pan Tadek oraz:

pani Mariola, pani Beata i pani Teresa jak również siedemset pozostałych koniakowskich koronczarek.

I inni.

Już ta lista pokazuje dobitnie, że będzie się działo 😉

A miały to być zwykłe, rodzinne wakacje w górach, wczasy w agroturystyce u sympatycznej, mówiącej gwarą góralki… Co prawda Staszek marzył o tym, żeby napisać kryminał, ale co się może w takiej spokojnej wsi wydarzyć ?

Gdybym miała zakwalifikować „Koronkową robotę” do jakiegoś gatunku literackiego, powiedziałabym, że jest to nietypowy kryminał wakacyjny z podtekstem krajoznawczym.

Że wakacyjny to już wiadomo, ale dlaczego nietypowy ? Na ogół w takich kryminalnych historiach dla czytelników w wieku Staszka i Róży zagadkę rozwiązują właśnie takie dzieci, choć często wychodzi im to przypadkowo i trochę mimochodem. Tutaj mamy do czynienia z intrygą, która jak wir tornado wciąga wszystkich bohaterów tej książki niezależnie od wieku, a skala tego, co się wydarzy, zdecydowanie przerasta zamierzenia przestępców, którzy po prostu chcieli coś ukraść z koniakowskiego muzeum. Ponieważ jednak (co Autor kilkakrotnie zaznacza) jest książka dla dzieci, a one rządzą się własnymi prawami, wszystko oczywiście kończy się dobrze i bez rozlewu krwi. I bez żadnych ozdobnych dziurek w ciele – te pozostają wyłącznie częścią koronek !

Wydarzenia opisane w tej książce są fikcją, ale niektórzy pojawiający się tu bohaterowie istnieją naprawdę – tym bardziej więc dziękuję, że wykazali się poczuciem humoru i pozwolili mi na żartobliwe tony w literackim rysunku ich postaci – napisał w kończącym tę książkę Podziękowaniu Grzegorz Kasdepke.

Dziękuję pani Teresie, pani Beacie i pani Marioli za to, że zechciały podzielić się ze mną koronczarską pasją. Jadąc do Koniakowa, byłem pewny, że spotkam tu sympatyczne panie – które robią ładne obrusy i serwetki. A spotkałem artystki – które tworzą sztukę.

Ów, wspomniany przeze mnie wcześniej podtekst krajoznawczy, to nie tylko opisy beskidzkich krajobrazów, ale także pojawienie się na kartach książki Muzeum Koronki Koniakowskiej oraz osobiście – kierującej nim Lucyny Ligockiej-Kohut, która napisała także kończący książkę Rys historii koronki koniakowskiej. Koronczarskie słownictwo zostało przez Autora wykorzystane w tekście, a podstawowe motywy koronek znakomicie odwzorowała autorka ilustracji Anna Oparkowska. Pojawiają się one na początku każdego rozdziału.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zachęcić wszystkich, aby zastosowali się do zamieszczonej na początku INSTRUKCJI OBSŁUGI KSIĄŻKI, a potem…

… potem zostaje już tylko wycieczka do Koniakowa.

P.S. Ja również nabrałam na to ochoty 🙂 Byłam w Koniakowie i w tym muzeum wiele lat temu i chętnie bym tam wróciła. Serwetka, którą wykorzystałam do zdjęć chyba nie pochodzi stamtąd, ale pasuje 😉

Grzegorz Kasdepke „Koronkowa robota czyli wzór na kryminalną historię”, ilustr.: Anna Oparkowska, wyd.: Literatura, Łódź 2022

101 latarni

101 latarni

Tata jeszcze nie śpi. Zachar także. Jest późno. Na niebie widać gwiazdy, a światła w blokach już dawno pogasły.

Tylko w wieżowcu naprzeciwko w jednym oknie wciąż się świeci. Ten wieżowiec przypomina Zacharowi latarnię…

„101 latarni” to książka, którą można czytać na różnych płaszczyznach. Czytana z dzieckiem – rówieśnikiem jej bohatera Zachara będzie po prostu opowieścią o małym chłopcu, który nie może zasnąć i zaczyna liczyć latarnie morskie, poczynając od tej, którą widział na niedawnej wycieczce z rodzicami. To pełna ciepła i dająca poczucie bezpieczeństwa historia, która ma przeprowadzić dziecko do krainy snu. Mama chłopca już śpi, Tata jeszcze pracuje w sąsiednim pokoju, ale wkrótce przychodzi i kładzie się z synem. W końcu zasypiają prawie w tym samym momencie…

Atmosferę tej nocnej opowieści tworzą ilustracje Oksany Draczkowskiej wypełniające całe kolejne rozkładówki. Ona sama (w filmie umieszczonym na profilu FB wydawnictwa) powiedziała: Książka łączy w sobie wszystkie moje ulubione rzeczy: latarnie, morze, noce i kolor niebieski. Ja także je lubię, więc oglądanie ich sprawiło mi dużą przyjemność.

Jednak ponieważ chłopiec ma na imię Zachar, a wycieczka, którą wspomina, była nad tak zwane Morze Kijowskie na Dnieprze, dorosły czytelnik natychmiast skojarzy całość z obecną sytuacją na Ukrainie. Gdzieś w tyle głowy pojawią się myśli o dzieciach we wszystkich miejscach Ukrainy, których sen każdej nocy może być przerwany alarmem, a ich ojcowie są daleko od nich. I nasunie się pytanie, czy te bloki jeszcze w ogóle stoją ?

Kiedy przyjrzałam się ilustracji, na której Tata Zachara rysuje plany nowych budynków, pomyślałam, że tak naprawdę jest to wspomnienie autorów o czasach ich własnego dzieciństwa. Teraz przecież żaden architekt nie kreśliłby już projektów na papierze rozpiętym na desce z przykładnicą, tylko siedziałby przy komputerze. Wydana w 2019 roku (a więc zanim jeszcze cała Ukraina znalazła się w stanie wojny) książka to teraz ich powrót do czasów, kiedy sami czuli się bezpiecznie i zasypiali spokojnie.

Czytając „101 latarni” myślałam z wdzięcznością o tym, że moje i moich dorosłych już dzieci zasypianie wciąż takie jest. I z troską – o tych wszystkich dzieciach i dorosłych, którym to nie jest dane…

Oksana Łuszczewska, Dzmitryj Bandarenka (tekst), Oksana Draczkowska (ilustr.), Ryszard Kupidura (przekł.) „101 latarni”, wyd.: Frajda, Poznań 2022

Nikifor

Nikifor

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: fakt oraz nominowana do Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego !!!

Co można zrobić, mając do dyspozycji tak skromny zestaw narzędzi? Szkolne farbki o podstawowych kolorach, ołówki, kredki, klej, nożyczki, temperówkę, butelkę z wodą, pieczątki z podpisem i skrawki papieru ?

Można stworzyć cały świat, góry i lasy, wsie i miasta, piękne budowle i wijące się tory kolejowe, olśniewające zachody słońca, pochmurne dni i gwiaździste noce. Można namalować ludzi dobrych i złych, całe zastępy świętych i siebie samego.

Takimi narzędziami Nikifor, malarz z Krynicy, pracując każdego dnia, wymalował własny lepszy świat...

Przez długi czas postać i twórczość Epifaniusza Drowniaka zwanego Nikiforem znane były tylko wąskiemu gronu osób zainteresowanych sztuką naiwną oraz bywalcom Krynicy. Zmienił to dopiero film Krzysztofa Krauzego z genialną Krystyną Feldman w roli tytułowej, ale to było prawie dwadzieścia lat temu. Dlatego z radością przywitałam ukazanie się tej książki.

„Nikifor” to trzecia autorska publikacja Marii Strzeleckiej. Wszystkie ukazały się nakładem rzeszowskiego wydawnictwa Libra PL, które na swojej stronie pisze, że wydaje książki skupione głównie wokół dziedzictwa kulturowego, historycznego i przyrodniczego Karpat i Podkarpacia. O dwóch częściach „Beskidu bez kitu”, które ukazały się wcześniej, napiszę innym razem, bo wywołały u mnie tak zwane uczucia mieszane (edit: napisałam —>>> tutaj ) Natomiast o tej trzeciej mogę napisać tylko dobre rzeczy.

Autorka jest absolwentką (a nawet doktorem !) Akademii Sztuk Pięknych. Po mistrzowsku wiąże tu to, co było nierozerwalnie związane – twórczość Nikifora z jego życiem. Pokazuje, w jaki sposób wpływało na nią miejsce, gdzie żył, skąd czerpał inspiracje i wzory. Opisuje to nie tylko słowami, ale także ilustracjami inspirowanymi pracami swojego bohatera, zestawiając je z reprodukcjami jego obrazów.

Maria Strzelecka ustrzegła się przed infantylizacją, a wiedza, którą przekazuje, mimo że dość podstawowa, może być interesująca także dla starszych. Ta książka jest zachętą i dobrym wstępem do tego, żeby się wybrać do Krynicy, gdzie czeka nie tylko pomnik Nikifora i muzeum jego prac. Można przy tej okazji zobaczyć krajobrazy i miejsca, które go inspirowały oraz odwiedzić cerkiew, bo (jak dowiadujemy się od Autorki) jedyną sztuką, z jaką miał kontakt były ikony. Bardzo interesująco pokazany jest ich wpływ na jego twórczość.

Reasumując – „Nikifor” to piękna i inspirująca książka dla czytelników niemal w każdym wieku. I na każdą porę roku, bo w Krynicy zawsze jest pięknie !

Maria Strzelecka „Nikifor”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2022

Dwa słowa

Dwa słowa

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: Od A do Z !!!

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY w kategorii graficznej oraz nagrodzona Nagrodą Literacką m.st. Warszawy w kategorii literatury dziecięcej  !!!

W starym pożółkłym Słowniku z przeszklonej biblioteczki płynęło słownikowe życie. Słownik – jak to słownik – podzielony był na hasła, czyli wyrazy, które ktoś postanowił wyjaśnić innym ludziom. Ułożone alfabetycznie, stały w równych kolumnach, przez co przypominały poprzecinane ulicami kwartały wielkiego miasta. Można by je też porównać do gładko przystrzyżonych trawników ogrodu w stylu francuskim, z biegnącą przez środek alejką główną, albo do ciągnących się aż po horyzont poletek ryżowych na Nizinie Chińskiej.

„Dwa słowa” to powieść z akcją w słowniku. Tak, takim papierowym, zwyczajnym, a nie na ekranie komputera czy smartfona. Czytając ją uświadomiłam sobie, że dla czytelników, do których jest adresowana, jest to zabieg podwójnie oryginalny – oni już takich słowników w zasadzie nie znają, przeszklone biblioteczki też są coraz rzadsze. Ja należę do być może ostatniego pokolenia, które ma wspomnienia z nimi związane. Uwielbiałam sięgać po „Słownik wyrazów obcych” Kopalińskiego, otwierać na przypadkowej stronie i czytać to, co mi tam akurat przypadek podsunął. A kiedy pojawił się jego „Słownik mitów i tradycji kultury” to już w ogóle była uczta ! Z całym szacunkiem – Wikipedia, mimo że łatwiejsza w obsłudze i bardziej dostępna, nie ma tego uroku.

Oldskulowość tej książki podkreślają dodatkowo ilustracje Dominiki Czerniak – Chojnackiej. Pozornie niezbyt starannie nabazgrane, a miejscami jakby wyklejane z (także już odchodzącego w niebyt i zapomnienie) papieru gazetowego z czarnym drukiem. Oprócz bieli tła i czerni liter jedynym kolorem, jaki się na nich pojawia, jest żółty. Okazuje się jednak, że tak ograniczone środki pozwalają na swobodne wyrażenie bardzo wielu treści i sensów.

Na stronie siódmej mieszkało wydrukowane grubą czcionką słowo Bóg, a kilka stron dalej – tej samej wielkości słowo Człowiek. Bóg i Człowiek wpadli kiedyś na siebie podczas wieczornej przechadzki między hasłami na literę C, a dokładnie przy słowie Czas…

Tak zaczyna się ta historia, a to, dokąd nas doprowadzi, jest wyłącznie kwestią naszej wyobraźni. „Dwa słowa” to książka nie tylko z otwartym zakończeniem (co, jak się dowiedziałam z recenzji Małej czcionki, nie wszystkim się podoba) – ona jest, można powiedzieć, otwarta na przestrzał. Każde jej zdanie, każdy akapit mogą być rozmaicie rozumiane i prowadzić w różne strony. Tylko od czytelnika zależy, jaki kierunek interpretacyjny wybierze. Można ją czytać (i to się nasuwa jako pierwsze) teologicznie, zastanawiając się nad naturą Boga i Człowieka. Ale nie trzeba – to, że jednym z jej bohaterów jest Bóg, wcale tego nie narzuca.

Jest w niej przestrzeń na rozważania nad naturą języka i zmieniającymi się znaczeniami słów. Każde ze słów, które się na drodze bohaterów pojawia, też otwiera wiele możliwych kierunków, w których mogą powędrować myśli czytelnika.

Zastanawiałam się, dla kogo jest ta książka i z pierwszej mojej myśli (że dla wszystkich) wykluł się pomysł, że świetnie się nadaje na wakacyjną, wspólną lekturę dla całej rodziny. Długie letnie wieczory, bez perspektywy rannego pospiesznego wstawania to wymarzony czas, żeby sobie te historie poczytać, porozmawiać o nich i zobaczyć, dokąd nas to zaprowadzi. Wydaje mi się, że jeśli zrobimy to bez żadnych wcześniejszych założeń i planów, z pełną otwartością na wyobraźnię dzieci, możemy dojść w bardzo ciekawe miejsca…

Najciekawsze jest w niej to, że niczego nie narzuca. Myślę, że kiedy wrócę do niej za jakiś czas, mogę się bardzo zdziwić, dokąd mnie tym razem zaprowadzi – jakie skojarzenia wywoła, do jakich wspomnień się odwoła i co dzięki niej odkryję ?

Anna Taraska „Dwa słowa”, ilustr.: Dominika Czerniak – Chojnacka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Kołysanki | Колискові

Kołysanki | Колискові

Rok 2022 to był dziwny rok… – tak być może będzie się kiedyś pisać parafrazując Sienkiewicza. Po dwóch latach obsesyjnego strachu przed wirusem, testowania i zamykania wszystkiego, co tylko dało się przenieść w sferę działań zdalnych, Polacy bez chwili wahania otworzyli granice oraz swoje domy przed uchodźcami z Ukrainy. Wśród setek tysięcy uchodźców dominowały kobiety z dziećmi i to właśnie dzieci (jak to zawsze bywa) stały się największymi, bo nieświadomymi tego, czemu to wszystko się dzieje, ofiarami tej wojny. Nawet jeśli nie doznały jej bezpośrednio, nie chowały się w schronach przed ostrzałem i nie widziały rzeczy strasznych, sama konieczność porzucenia dotychczasowego życia, znanych miejsc i ludzi, rozstanie z Tatą, bezradność, często strach Mamy i wędrówka w nieznane w tłumie obcych ludzi – to wszystko razem jest doświadczeniem, na które nikt nie chciałby narażać własnych dzieci.

W pierwszym odruchu serca Polacy starali (i starają) się pomagać tak, jak potrafią. Wśród rozmaitych oddolnych inicjatyw bardzo ważną dla mnie było wydawanie książek dla dzieci po ukraińsku – zarówno takich, które mogą pomóc w rozmawianiu z nimi o wojnie, jak i takich, które mają być po prostu rozrywką i oderwaniem myśli od niej. Pojawiły się też książki – cegiełki, a dochód z nich przeznaczany jest na pomoc uchodźcom. „Kołysanki | Колискові” należą do tej ostatniej kategorii.

ilustracja Martyny Kostrzyckiej

Publikacja powstała jako wyraz solidarności z Ukrainą, po inwazji Rosji w lutym 2022 roku. Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przekazany Stowarzyszeniu „SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, które objęło opieką dzieci i rodziny z Ukrainy. Wszystkie osoby zaangażowane w ten projekt pracowały wolontariacko.

Mamy nadzieję, że książka zachęci dzieci oraz rodziców, zarówno polskich jak i ukraińskich, do wzajemnego poznania i integracji – napisali jej twórcy we wstępie do niej.

Znajdziesz w niej ludowe kołysanki z Ukrainy i z Polski, przetłumaczone na oba języki. Każdej towarzyszy wyjątkowa ilustracja. Całość otwiera autorska bajka, stanowiąca zaproszenie do świata kołysanek. Dodatkowo przygotowaliśmy plik w formacie PDF z zapisem nutowym oraz chwytami na gitarę i ukulele. Na stronie internetowej książki ( nieśpieszne.pl/kolysanki ) zamieściliśmy playlistę – zaproszeni muzycy nagrali własne aranżacje kołysanek, śpiewane po polsku i ukraińsku.

ilustracja Hani Kmieć

„Kołysanki | Колискові” to książka na pierwszy rzut oka niepozorna – nieduża, wydana na papierze, który nie błyszczy i robi takie skromne wrażenie. Jest w niej jednak ogromny ładunek pozytywnych emocji wszystkich osób zaangażowanych w jej powstanie. Od Pawła Pawlaka, który stworzył ilustrację okładkową, przez Maję Głowacką, która napisała przepiękną, oniryczną baśń, liczne grono ilustratorów i tłumaczy, muzyków i innych osób, które były w to zaangażowane, a których nazwiska zajmują dwie strony na jej końcu. Tę serdeczność czuje się podczas lektury.

Kołysanka utula do snu, pozwala zapomnieć o trudach dnia, sprawia, że czujemy się bezpiecznie.

Chcemy, aby ta książka niosła ukojenie. Tylko tyle. Aż tyle.

Po jej przeczytaniu miałam taką wizję (a może marzenie), że niedługo w różnych miejscach Polski i Ukrainy (do której przecież kiedyś, mam nadzieję, powrócą) polskie mamy będą śpiewać dzieciom ukraińskie kołysanki, a dzieci ukraińskie zasypiać będą przy kołysankach polskich. I wszyscy będą się w swoich domach czuli bezpiecznie…

ilustracja Karoliny Pawlak

„Kołysanki | Колискові”, wyd.: Nieśpieszne, Kraków 2022

P.S. Ja swój egzemplarz kupiłam podczas Izabelińskich Spotkań z Książką, ale można ją nabyć na stronie wydawnictwa. Sami decydujecie, ile chcecie za nią zapłacić – cena minimalna to 29 złotych.