Rita i koń

Rita i koń


Dziś spróbuję napisać o tym, jaki mam problem z ostatnią edycją akcji „Mała książka – wielki człowiek” organizowanej przez Instytut Książki i zrobię to na przykładzie jednej z trzech nagrodzonych w niej książek.

„Mała książka – wielki człowiek” to program bookstartowy, który organizowany jest od ośmiu lat (a wcześniej w nieco innej formule) na trzech poziomach wiekowych – dla noworodków (książki rozdawane na oddziałach położniczych), dla przedszkolaków (program realizowany przez biblioteki publiczne) i dla pierwszoklasistów (przez szkoły). W poprzednich latach były to zamawiane specjalnie na potrzeby tej akcji książki znanych i uznanych twórców, na przykład Wojciecha Widłaka, Ewy i Pawła Pawlakow, Elżbiety Wasiuczyńskiej czy Iwony Chmielewskiej. W zeszłym roku zmieniono zasady, na jakich się ona odbywa – zorganizowano konkurs dla wydawnictw i wybrano po trzy książki na poziomach drugim i trzecim

Te dla przedszkolaków już od kilku miesięcy są w bibliotekach publicznych, które biorą udział w tym programie. Żadna z nich nie wywołała mojego zachwytu, a najbardziej in minus zaskoczyła mnie autorska książka Marty Kopyt „Rita i koń” (Wydawnictwo Muchomor).

Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, kiedy wzięłam ją do ręki i zaczęłam przeglądać, było uderzające podobieństwo do powieści Sylwii Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” wydanej w 2024 roku przez wydawnictwo Hokus Pokus (druga część ukazała się rok później). Obie te książki mają tytuły zbudowane według schematu: główny bohater – i – zwierzę kopytne (kucyk i koń). W obu tytułowe zwierzęta są czarne z jednym białym dodatkiem. U kucyka jest to łatka na czole, a u konia – białe futerko nad jedną nogą (…) jakby nosił skarpetkę albo bandaż (pomińmy kwestię, że ta łatka znajduje się nie nad nogą, ale nad kopytem 😉 ). Obie historie zaczynają się w ten sposób, że rano w domu bohatera/ki i narratora/ki pojawia się owo tytułowe zwierzę kopytne, co nie budzi specjalnego zdziwienia innych domowników. Następnie razem jedzą śniadanie i idą do placówki edukacyjnej (w pierwszej – do szkoły, a w drugiej do przedszkola).

Silne wrażenie podobieństwa obu tych historii wzmacnia też kompatybilność pierwszych ilustracji w obu książkach, ale tu już pozostawiam ocenę czytelnikom. Na kolejnych też jest wiele elementów wspólnych.


Niezależnie od tych podobieństw, „Rita i koń” jest utworem literacko zdecydowanie słabszym niż powieści Sylwii Stano. Czytając ją, odniosłam wrażenie pewnej nieporadności w konstruowaniu akcji, która jest po prostu relacją z całego dnia – od wstania z łóżka do zaśnięcia, takim wyliczeniem po kolei wszystkiego co bohaterka i koń robili. Poza tym nie ma w tej historii nic więcej. Zbyt często środkiem posuwającym akcję do przodu jest słowo potem – w całej książce naliczyłam je 15 razy, pojawia się niemal na co drugiej stronie (z tych, na których jest tekst), a rekord pobiła strona 31, gdzie zostało użyte trzy razy.

Przypomniał mi się ten fragment z „Ziela na kraterze” Wańkowicza, w którym King udzielał Tili lekcji pisania reportażu po ich powrocie z Mazur. Posłuchajcie:

Ale co to – „potem pojechaliśmy, a potem przyjechaliśmy”, a potem znowu pojechaliśmy, a wreszcie nie dopisaliśmy i felieton w koszu umieściliśmy – woła impetycznie King, mnąc pisanie i wrzucając je do kosza. A widząc, że się małej zbiera na płacz: – Przecież nie idziesz na referenta Urzędu Podatkowego, żebyś miała wszystko po kolei opisywać. Cóż to – lekcja, aby zbyć, czy pisanie? Natęż się, panna: nie masz prawa pisać, nim nie wywołasz obrazu. Masz opisywać, a nie referować.

To jest lekcja, której, jak sądzę, zabrakło autorce „Rity i konia”. Samej książce zabrakło także uważnej redakcji, mimo że w stopce redakcyjnej podpisane są pod nią dwie osoby.

Ponieważ jestem w nastroju czepialskim, pozwolę sobie wytknąć jeszcze użycie określenia boksy z kibelkami w kontekście przedszkolnych toalet, bo bardzo mnie ono w oko zakłuło. Przede wszystkim dlatego, że słowo kibel kojarzy mi się więziennie i nawet w wersji zdrobniałej nie bardzo pasuje w książce dla dzieci. Ale nawet jeśli pasuje, to przecież nie trzy razy w jednym akapicie!!! To urządzenie sanitarne można opisać kilkoma synonimami, język polski jest bogaty. Podobnie mam ze słowem sikać, użytym w różnych formach pięć razy w dwóch następujących po sobie akapitach.

Po przeczytaniu wszystkich trzech nagrodzonych w tym konkursie książek, z których żadna mnie nie zachwyciła, zastanawiałam się, jak to się mogło stać, że grono jurorskie składające się z osób, które naprawę są znawcami tematyki literatury dla dzieci, nagrodziło utwory tak słabe i (jak widać na przykładzie „Rity i konia”) niedopracowane??? Co się stało???

Po zapoznaniu się z regulaminem konkursu zrozumiałam, że oni tych książek w ogóle nie widzieli !!! A nie widzieli dlatego, że one wtedy jeszcze nie istniały.

Paragraf 2 regulaminu głosi: Celem konkursu (zwanego dalej także: naborem) jest wyłonienie przez Instytut Książki trzech najlepszych koncepcji książki skierowanej do dzieci w wieku od 4 do 6 lat oraz ich rodziców i opiekunów. Stworzone w ramach naboru koncepcje książki powinny być wzorcowymi propozycjami (pod względem treści i formy) wprowadzającymi dziecko w świat literatury i zachęcającymi rodziców do czytania, pokazując że wspólna lektura może być okazją do wzajemnej bliskości i lepszego zrozumienia się.

Komisja dokonywała wyboru (nieistniejącej jeszcze) książki, która miała być opublikowana w ogromnym nakładzie za pieniądze publiczne na podstawie ogólnej koncepcji tekstu literackiego (skryptu), którego objętość nie powinna przekraczać 1800 znaków ze spacjami oraz portfolio ilustratora, który ma zostać zaangażowany do zilustrowania tekstu (par. 3 pkt 1 regulaminu). Dla osób, które nie zajmują się na co dzień pisaniem, wyjaśniam – 1800 znaków to jest jedna strona tekstu (w czasach, w których zaczynałam działalność redakcyjną nazywało się to stroną znormalizowanego maszynopisu). Sam tekst do publikacji miał liczyć 18 tysięcy znaków, więc na jednej stronie mógł się znaleźć tylko bardzo ogólny zarys przyszłej książki.

Regulamin mówi dalej, że: Komisja dokona oceny projektów, kierując się celami niniejszego regulaminu i następującymi kryteriami: 1) adekwatnością projektu do wieku odbiorcy, 2) jakością artystyczną, 3) oryginalnością koncepcji, 4) walorami artystycznymi ilustracji i ich doborem do tekstu literackiego, 5) komunikatywnością założeń projektu. (par.5 pkt.11)

Ocenianie czego, co jeszcze nie istnieje, na takich podstawach, ma walory wróżenia z fusów albo rzucania kostką. Naprawdę trudno jest przewidzieć efekt końcowy współpracy nawet doświadczonych twórców, a jednak w tym przypadku musi się on skończyć publikacją. I to publikacją w ogromnym (jak na realia polskiego rynku książki) nakładzie sfinansowanym ze środków publicznych.

Nasuwa się pytanie – czy pisząc tego blurba dyrektor Instytutu Książki opierał się na tekście „Rity i konia” czy jedynie na jego ogólnej koncepcji?

Im dłużej myślę o założeniach tej akcji, tym więcej mam wątpliwości. Kolejną budzi punkt regulaminu mówiący o tym, że tekst konkursowy powinien być tekstem premierowym, do tej pory nigdzie nie publikowanym. Agnieszka Rasińska-Bóbr, wicedyrektor Instytutu Książki ds. programowych tak to wyjaśniała w wywiadzie, którego udzieliła Bibliotece Analiz: Zgodnie z założeniami, celami i regulaminem stawialiśmy na książki premierowe z nowymi bohaterami, licząc, że konkurs odegra także rolę kulturotwórczą, że w jego wyniku powstaną książki, które być może bez takiego wsparcia by się nie ukazały.

Wydaje mi się, że konkurs powinien skupić się na swoim podstawowym celu, jakim jest dostarczenie dzieciom i ich opiekunom książek, które będą zachętą i wprowadzeniem w świat literatury. W warunkach ogromnej nadprodukcji nowych tytułów na rynku księgarskim (nie tylko dziecięcych i nie tylko w Polsce) naprawdę nie trzeba wspierać powstawania kolejnych, których główną wartością jest to, że są nowe. Dla kilkulatka nie ma większego znaczenia, czy książka jest nowością, czy już się kiedyś ukazała. Podobnie dla jego rodziców, których przygoda z tym segmentem literatury zakończyła się ponad 20 lat temu. Dlatego ważne jest przede wszystkim to, żeby wybrać naprawdę wartościowe utwory, a nie kupować kota w worku.

Zastanowiłabym się nad taką zmianą regulaminu, żeby dopuścić do konkursu tytuły, które już się kiedyś ukazały, ale nie udało im się, mówiąc kolokwialnie, przebić na trudnym rynku księgarskim, mimo że na sukces zasłużyły swoją wartością. Sięgnęłam na półki mojego regału, na którym stoją książki, o których tu pisałam i mam taki zestaw propozycji:

„Leon i kotka”, „Nocny Maciek”, „Rynna”, „Żółta zasypianka” i „Bajka o szczęściu”

Zastrzegam, że jest to moja luźna propozycja. Nie wiem, ani jak wyglądają kwestie praw autorskich w przypadku tych tytułów, ani tym bardziej – czy ich autorzy byliby zainteresowani wznowieniem. Kluczem mojego wyboru było to, że chętnie ofiarowałabym te książki znajomym dzieciom, ale niestety nie da się ich już kupić. Te, które są na zdjęciu, czekają na moją wnuczkę 😉 Wszystkie mają piękne teksty i znakomite ilustracje, a ukazały się dość dawno i w tak niewielkich nakładach, że szansa na to, że znają je obecne przedszkolaki, jest minimalna.

To oczywiście nie wyklucza też szukania nowych propozycji, ale dobrze byłoby, gdyby jury mogło oceniać efekt końcowy czyli gotowy projekt książki, a nie jednostronicową koncepcję oraz zgodność nieistniejącego tekstu z nieistniejącymi ilustracjami. Zbyt ważny jest cel tej akcji i zbyt duże publiczne pieniądze są w nią angażowane, żeby można było sobie pozwolić na taką niestaranność na etapie wyboru.

P.S. Dziękuję Bibliotece Publicznej w Ożarowie Mazowieckim za umożliwienie mi przejrzenia i sfotografowania książek!!!

Marta Kopyt (tekst & ilustr.) „Rita i koń”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2025

Sylwia Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” ilustr.: Patricija Bliuj-Stodulska, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2024

Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”, wyd.: Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1971 (s.148)

Jedna myśl w temacie “Rita i koń

  1. Podpisuję się chętnie pod każdym słowem, które Pani tu napisała. O bylejakości tej książki i dramatycznym marnotrawstwie publicznych pieniędzy pisałam na moim fb jakoś w lutym. Miałam nadzieję wywołać do odpowiedzi oznaczone tam instytucje, ale nikt jakoś nie miał śmiałości odpowiedzieć. Chyba dalej nie widzą swojego bagienka. Liczę, że kiedyś zobaczą!
    Małgorzata Cackowska

    Polubienie

Dodaj komentarz