Kim jest ślimak Sam ?

Kim jest ślimak Sam ?

Po serii archeologicznych wykopalisk blogowych sprzed lat przypomnę dziś ostatnią z książek, które stanęły na półkach Małego Pokoju w poprzedniej jego lokalizacji.

Wpis z 18 marca 2019 roku:

Po raz kolejny możemy przekonać się, jak silną nasza cechą narodową jest przekora. Im bardziej Polakom czegoś się zabrania, tym odwrotniejszy ma to skutek 😉

Dzięki akcji pewnego kuratorium, które ze zgrozą odkryło ją w bibliotece jednej ze szkół, książka „Kim jest ślimak Sam ?” po czterech latach od pierwszego wydania wzbudziła takie zainteresowanie, że wydawnictwo zdecydowało się na dodruk. Nie wiem, jaki był jej wcześniejszy nakład i poziom sprzedaży, ale jedyny egzemplarz dostępny w bibliotekach na warszawskim Bemowie (ponad 100 tysięcy mieszkańców) został wypożyczony 8 razy, ja byłam dziewiąta. Nie można więc powiedzieć, że dotychczas czytelnicy wyrywali sobie tę książkę z rąk. Wiadomo jednak nie od dziś, że nie ma lepszej reklamy niż mały skandal, ale czy na pewno o to chodziło władzom oświatowym ?

Kim więc jest ślimak Sam ?

Sam jest (co zapewne nie będzie dla nikogo niespodzianką 😉 ) ślimakiem i jako taki jest hermafrodytą (co jest cechą części ślimaczych gatunków). O tym, że coś może być z nim nie tak, dowiaduje się pierwszego dnia szkoły, kiedy nauczycielka każe się klasie podzielić na dziewczynki i chłopców…

Nie wiem, czy to ten problem z jednoznaczną identyfikacją Sama (Samuel czy Samanta ???) spowodował, że książka stała się obiektem takich kontrowersji, czy też chodzi bardziej o ten przegląd… jak to się teraz ładnie nazywa… nieheteronormatywnych sytuacji występujących w przyrodzie ?

Miałam tę książkę w ręku tuż po tym, jak się ukazała, a teraz wróciłam do niej, przyciągnięta zamieszaniem, które wywołała. Zadałam sobie dwa pytania: czy jest to książka w jakiś sposób szkodliwa i czy poleciłabym ją do czytania swoim i nieswoim dzieciom.

Moja odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: nie. Ta książka nie jest szkodliwa, ale według mnie żadna książka samojedna nie może mieć destrukcyjnego wpływu na czytelnika. Wbrew obawom wyrażanym przez osoby, które raczej jej w ręku nie miały, nikt nie zmieni orientacji seksualnej po jej przeczytaniu 😉

Czy poleciłabym ją ? Też nie, bo moim zdaniem jest ona po prostu kiepsko napisana. To jest częsty problem z książkami, które powstały, bo autor uważał, że ma misję przekazania czytelnikom czegoś jego zdaniem ważnego. W tym przypadku – dla przekazania garści ciekawostek przyrodniczych stworzono kompletnie wydumaną sytuację, w którą wstawiono zbiór zwierzęcych bohaterów pasujących do tezy. Bardzo niewiele dzieje się w tej książce, choć wydawać by się mogło, że nagromadzono tam wydarzenia, które powinny być dla bohatera dużym stresem – pierwszy dzień w szkole, silna burza i zniszczenia w lesie. Nawet ślimak powinien w związku z tym odczuwać jakieś emocje, a tu kompletnie ich nie czujemy. Najpierw Sam dowiaduje się, ze jego hermafrodytyzm jest dziwny (choć przecież w jego gatunku jest to norma). Potem wędruje przez las, poznaje kilka nieheteronormatywnych par i przyjmuje do wiadomości, że w przyrodzie różnie bywa. I już – koniec, finito, the end.

Jak czytelnik może wczuć się w ową niedookreśloną identyfikację płciową bohatera, skoro autorzy konsekwentnie piszą o nim w rodzaju męskim ? A przecież język polski ma na taką okoliczność rodzaj nijaki ! Marta Kisiel w swoim cyklu książek zaczynającym się od „Dożywocia” wspaniale udowodniła, że postać literacka może znakomicie funkcjonować w takim rodzaju, a nawet mówić o sobie w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

Mimo, że książkę o Samie napisała osoba fachowa, z doktoratem z biologii w Cambridge, ja moim okiem laika widzę w niej pewien biologiczno – logiczny zgrzyt. Sam mówi: Każdy ślimak może być albo chłopcem, albo dziewczynką. Trzeba się zdecydować. Ale ja… Ja jeszcze nie wiem, czy wolę być Samuelem czy Samantą. Nauczycielka kwituje to stwierdzeniem, że gdy Sam już podejmie decyzję, powie nam, jeśli będzie chciał. Tymczasem prawdziwy ślimak, jeśli jest hermafrodytą (bo nie wszystkie gatunki są), nie musi wcale wybierać. Po prostu jest obojniakiem i jak taki znakomicie może się rozmnażać. I to jak !!!

Książka o zwyczajach seksualnych ślimaków zdecydowanie nie byłaby dla dzieci i zapewne wywołałaby skandal nieco większy niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie… 😉

Maria Pawłowska, Jakub Szamałek „Kim jest ślimak Sam ?”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2015

Nasza mama czarodziejka

Nasza mama czarodziejka

Dziś Dzień Mamy, więc dobra okazja, żeby sięgnąć po tę książkę. Pisałam o niej trzynaście lat temu i widzę, że jedną rzeczą, która się od tego czasu zdezaktualizowała są czarodziejki WITCH. Mało kto już o nich pamięta, a Mama Czarodziejka nadal czaruje dzieci 🙂

Wpis z 12 maja 2006 roku:

Jaką książkę dla dziecka w wieku trzech (czterech, siedmiu, jedenastu…) lat ? – takie pytanie pojawia się często na rozmaitych forach internetowych poświęconych dzieciom lub książkom. Dorośli, którzy tam pisują, zaczynają się wtedy prześcigać w propozycjach tytułów, które sami lubili będąc dziećmi. Od tego czasu minęło jednak przynajmniej dwadzieścia lat, a zmieniło się zadziwiająco dużo. Inny świat, inne realia życia i inne dzieci. Wiele spośród książek naszego dzieciństwa nie podoba im się – są dla nich trochę anachroniczne. „Nasza mama czarodziejka” to jeden z tych rzadkich evergreenów, które nie zestarzały się i nadal cieszą tak samo.

Ta książka jest w spisie lektur dla pierwszej klasy, ale moim zdaniem to już trochę za późno na pierwszy kontakt Mamą Czarodziejką. Siedmiolatek początku XXI wieku to dziecko, które zapewne zdążyło poznać Harrego Pottera i czarodziejki WITCH, oglądało masę filmów naszpikowanych efektami specjalnymi i jest za pan brat z grami komputerowymi.

Czary tej Mamy nie mają nic wspólnego z czarną magią, nie jest do nich potrzebna żadna różdżka ani nadprzyrodzone zdolności– to jest raczej magia codzienności. Pozwala ona dolepić z ciasta obtłuczony rożek księżyca i zapobiec sztormowi poprzez upranie ciemnej, burzowej chmury, a nawet zrobić na drutach czapkę dla dzwonnicy. To książka dla dzieci, które jeszcze wierzą w to, że ich Mama wie wszystko i potrafi rozwiązać każdy problem, dla dzieci w takim wieku, kiedy na smutki pomaga przytulenie się do niej, a dolegliwości uśmierza się przez podmuchanie lub naklejenie plasterka 😉

Wszystkie moje córki bardzo ją lubiły, a kiedy zapytałam, który z czarów Mamy podobał im się najbardziej – każda wymieniła inny: Środkowa – ciężarówkę, Najmłodsza – olbrzyma a Najstarsza – dzwonnicę. Ja sama najbardziej lubiłam ten z księżycem – chyba z powodu skórek pomarańczowych, których Mama użyła zamiast plasterków. Pachniały mi te skórki bardzo, bo wtedy pomarańcze to był rarytas. Ten zapach też był trochę magiczny.

Książka, którą czytałam z dziewczynkami, to wydanie Literatury z sympatycznymi ilustracjami Anety Krelli – Moch. Czasem tęsknię jednak do tej z mojego dzieciństwa – na jej okładce była Mama lecąca na poduszce, a wyglądała zupełnie jak wschodnia księżniczka na latającym dywanie. Ta nowsza wydała mi się z początku trochę za bardzo zwyczajna, ale może właśnie taka być powinna.

Zwyczajna Mama i jej codzienne czary…

Joanna Papuzińska „Nasza mama czarodziejka”, ilustr.: Aneta Krella – Moch, wyd. Literatura, Łódź 1996

P.S. Obecnie dostępna wersja Mamy Czarodziejki to także wydanie Literatury, ale z ilustracjami Ewy Poklewskiej – Koziełło

Joanna Papuzińska „Nasza mama czarodziejka”, ilustr.: Ewa Poklewska – Koziełło, wyd. Literatura, Łódź 2016

Róże w garażu

Róże w garażu

Wczoraj na Targach miałam w ręku kolejne wydanie książki, którą wiele lat temu bardzo lubiły moje córki. Tym razem towarzyszą jej ilustracje Marianny Jagody – są bardzo radosne, pełne słońca, wesołe i wakacyjne, podobnie jak historia w niej opisana 🙂

(wpis z 31 maja 2006 roku:)

Czas akcji: wakacje.

Miejsce: działka po lasem.

Dramatis personae:

na działce: dwie Mamy – szkolne przyjaciółki; ich dzieci – w sumie szóstka, od nastolatki Karoliny do dwuletniego Karola zwanego Lolem; a ponadto: Dziobak (czyli przytulanka Lola), Rysiek (fioletowy królik), Tygrysy (niewidzialne, liczba bliżej nieokreślona) i Owadek (choć nie wszyscy wierzyli w jego istnienie 😉 );

za płotem – koty (czarne, nie wiadomo ile ich było, ale sporo) i jeszcze KTOŚ.

Wszystko wskazywało na to, że to będą bardzo nudne wakacje – no bo co może się wydarzyć na działce pod lasem ? Szczególnie, że pierwotnym planem wakacyjnym była Grecja, ale z jakiś powodów nic z tych planów nie wyszło.

Skąd wzięły się cukierki na płocie ? A puszki po „Whiskas” za płotem – skąd ? Kto porwał Lola ? Jaką TAJEMNICĘ kryje garaż za płotem ? Czy możliwe jest, że ktoś w nim mieszka ? Duch, Baba Jaga, Czarownica czy może samotny Mechanik, który nie lubi spóźniać się do pracy ?

Okazuje się, że nawet takie z pozoru nieciekawe miejsce może być intrygujące i to wcale nie z powodu kosmitów czy mocy nadprzyrodzonych 😉 Okazuje się też, że nie trzeba koniecznie wyjechać nad ciepłe morza, żeby przeżyć fajne wakacje.

Opowieść o tych wydarzeniach została rozpisana na głosy wszystkich dzieci. Każde z nich ma swoją koncepcję rozwiązania Tajemnicy Garażu i każde dąży do tego na swój sposób. Nawet Lolo wtrąca swoje trzy grosze i właśnie te jego wstawki lubię najbardziej. Każdemu z narratorów przypisany jest symbolizujący go piktogram, którym oznaczona jest jego część opowieści (edit: w najnowszym wydaniu piktogramów nie ma). Ważną rolę w tej historii odgrywają smsy i one również są tam cytowane.

„Róże w garażu” znakomicie nadają się dla początkującego czytelnika – całość jest niezbyt długa. Górnej granicy wieku nie ma – ja też czytałam z przyjemnością 🙂 Sympatyczna i ciepła lektura znakomicie wprowadzająca w nastrój wakacyjny.

Agnieszka Tyszka „Róże w garażu”, ilustr.: Monika Kanios – Stańczyk, wyd.: Literatura, Łódź 2004

Agnieszka Tyszka „Róże w garażu”, ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Akapit Press, Łódź 2019

Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie Serce

Wpis z 16 listopada 2012 roku:

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego. że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000

Południowa łąka

Południowa łąka

Wpis z 8 listopada 2010 roku

Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska.Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii, córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich, żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do zabawy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości… Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” – bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo częściej niż teraz.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

…Szwecja była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.

Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (w Wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.

Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Najmłodszej, która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).

Mimo że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w „Południowej łące” brakuje nadziei. I chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje, bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.

Astrid Lindgren „Południowa łąka i inne opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009

Kati w Ameryce

Kati w Ameryce

a potem we Włoszech i w Paryżu – cykl Astrid Lindgren należący niestety do tej części jej twórczości, która nie wytrzymała próby czasu. Ponieważ jednak wstawiam na półki nowego Małego Pokoju jej książki, znajdzie się tu miejsce także dla nich.

Wpis z 8 maja 2007 roku:

Jest rok 1950. Kati, dwudziestolatka ze Sztokholmu, zafascynowana opowieściami swojego przyjaciela Jana, który wrócił niedawno z Ameryki postanawia zobaczyć ten niezwykły kraj na własne oczy. Wychowująca ją po śmierci rodziców Ciotka początkowo nie chce w ogóle słyszeć o takim pomyśle. Kapituluje wreszcie wobec determinacji dziewczyny, ale… postanawia towarzyszyć siostrzenicy w tak niebezpiecznej wyprawie. Ta książka mogłaby właściwie nosić tytuł „Podróże z moją ciotką” 😉 Zwiedzają Nowy Jork, Waszyngton, Nowy Orlean i Chicago, przejeżdżając przez Stany z góry na dół i z powrotem, podobnie jak dwa lata wcześniej sama Astrid Lindgren. Poznają Amerykanów różnych ras, zamożności i pochodzenia (także emigrantów z ich ojczystej Szwecji). Obie ta podróż zmienia – i entuzjastyczną Kati, i sceptyczną Vilhelminę. Obie w innym świetle zaczynają widzieć zarówno Amerykę, jak i Szwecję.

Dlaczego zaliczyłam „Kati w Ameryce” do książek „kontrowersyjnych” ?

Bo nie do końca rozumiem dla kogo jest przeznaczona, ani w ogóle – po co ją teraz wydano. Opisuje ona Amerykę, której już nie ma, za punkt odniesienia przyjmując Szwecję, której również już nie ma. Trochę przypomina mi to późniejszą o 30 lat książkę Teresy Hołówki „Delicje ciotki Dee” – tam porównywano amerykański Middwest z lat osiemdziesiątych z siermiężną rzeczywistością PRL. Czytając teraz „Delicje” widzę, jak bardzo od tego czasu zamerykanizowało się nasze życie. Mogę to zauważyć, bo znam ówczesną Polskę z autopsji 😉

Kati w Ameryce”, zdaniem wydawnictwa, przeznaczona jest dla czytelników od 10 lat. Czy na pewno ? Co zrozumieją z tamtych amerykańsko – szwedzkich realiów dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak 60 lat temu wyglądało życie ich dziadków w Polsce ? Myślałam przez chwilę, że większy sens miałoby wydanie tej książki w USA – dla tamtejszych nastolatków byłoby to źródło wiedzy o niezbyt odległej przeszłości ich kraju. Chyba jednak nie należy się tego spodziewać…

Ogromne wrażenie na Astrid Lindgren zrobiła wówczas segregacja rasowa – widać to w opisie wizyty Kati w slamsach Nowego Orleanu i jej podróży autobusem przez Wirginię. Tymczasem w obecnej Ameryce ta książka mogłaby zostać uznana za rasistowską ! Znajdziemy w niej na przykład taką opinię (z którą zresztą trudno się nie zgodzić 😉 ) Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Jakież to politycznie niepoprawne (mimo całej czułości w tym zawartej) !!!

Zdanie twierdzące: „Kolorowy” należy mówić o Amerykanach, którzy nie są biali, to absolutna obraza, by Murzyna nazwać Murzynem ! zaopatrzone zostało w następujący przypis: Powieść niniejszą autorka pisała w 1950 roku. Nazwa „Murzyn” i „kolorowy” w odniesieniu do Afroamerykanów miały wtedy inny charakter niż dzisiaj. Być może oddano w ten sposób politycznej poprawności, co jej się należy, ale niewiele wytłumaczono naszemu czwarto- czy piątoklasiście. W obfitości przypisów wyjaśniających, kim były takie zapomniane już, a przywoływane w tej książce postaci jak Esther Williams, Myrna Loy czy Betty Davis, zabrakło informacji o tym, kiedy i w jakich okolicznościach zniesiono w USA segregację rasową.

(Tu następował fragment dotyczący tego, jakie książki Astrid Lindgren ciągle czekają na polskie wydanie, a na pewno byłyby bardziej strawne do czytania – ale stracił on sens, bo wkrótce potem pojawiło się Wydawnictwo Zakamarki i wydało wszystkie pozycje o których tak marzyłam. Zostawiam więc tylko puentę 🙂 )

Dlaczego zdecydowano o wydaniu akurat tych książek, nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczonych ? Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety 😦

Astrid Lindgren „Kati w Ameryce”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Wpis z 19 października 2007 roku:

Po powrocie z Ameryki Kati rozpoczyna nowy etap życia. Nie jest już panienką pod opieką ciotki, tylko młodą samodzielną kobietą z własnym mieszkaniem – pracującą i zarabiającą. Odrzuciła oświadczyny Jana, który chciał jak najszybciej zamieszkać w jej mieszkaniu, bo nie chciała wślizgnąć się w to małżeństwo tylko z rozpędu. Poprosiła go o odłożenie rozmowy o ślubie o rok, ale przez rok może się wiele zdarzyć.

Jak sama mówi – mam dwadzieścia dwa lata i do tej pory chodziłam na smyczy mojej ciotki. Nigdy nie próbowałam, jak to jest radzić sobie samej. Życie było pełne praktycznych szczegółów, których nie opanowałam w najmniejszym stopniu.(…) Nie mogłam prosto z ramion Ciotki powędrować w ramiona Jana, kiedy wreszcie miałam okazje stanąć na własnych nogach. Zamiast zamążpójścia wybiera zamieszkanie z koleżanką z pracy. Razem remontują mieszkanie, razem wygrywają w totolotka i razem wyruszają na wycieczkę objazdową po Włoszech.

Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. To takie sympatyczne i wesołe babskie czytadło. Wydaje mi się jednak, ze wydawnictwo znów pomyliło się określając przedział wiekowy czytelników tej książki – moim zadaniem jest ona raczej dla dorosłych. Trudno mi wyobrazić sobie dziesięciolatkę (że o dziesięciolatku nie wspomnę) którą zainteresować by mogły perypetie uczuciowe dwóch szwedzkich stenografistek szukających we Włoszech miłości swojego życia.

Wszystko to w dodatku w realiach lat pięćdziesiątych, a od tego czasu sporo się zmieniło – także w sferze obyczajowości. Każda kobieta powinna kiedyś móc urządzić własny dom, niezależnie od tego, czy wychodzi za mąż, czy nie. Jej wrodzona skłonność do obszywania ręczników i kupowania małych ogniotrwałych form, i rozlepiania ozdobnych taśm na półkach powinna zostać zaspokojona bez względu na jej stan cywilny. Tego rodzaju pragnienie może zwieść dziewczynę, która po wszystkich tych męskich zabiegach sądzi, ze jest zakochana w jakimś takim nieszczęściu będącym mężczyzną. Byle jakim mężczyzną, który pozwoli jej zaspokoić chęć meblowania, a jednocześnie da jej tytuł „pani”, to ostatnie, rzecz jasna, jest szczególnie ważne. – czy to są rozważania mogące trafić do dziesięciolatków z początków XXI wieku ?

Inaczej niż część amerykańska, ta książka nie próbuje opisywać kraju i zaglądać mu pod podszewkę. To tylko miła love story, a Włochy w niej… Włochy są jak z pocztówki – piękne, romantyczne i ograniczone do najbardziej znanych atrakcji turystycznych.

Reasumując – bardzo fajna książka, ale raczej dla Mam i starszych sióstr nastolatków 😉 Wydawnictwu pozostała do wydania jeszcze jedna książka o Kati i przyznam, że z ciekawością czekam na Paryż widziany jej oczami.

Astrid Lindgren „Kati we Włoszech”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2007

Wpis z 4 grudnia 2008 roku:

Przeczytałam  „Kati w Ameryce”, przeczytałam  „Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” 😉  I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury 😦 

Paryż, którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie. Rozważania na tematy małżeńskie ciut anachroniczne 😉 i raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej dziwny.

Astrid Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej – chyba nie miała okazji sama tego doświadczyć.

Reasumując – „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dla nieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać 😉

Astrid Lindgren „Kati w Paryżu”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Tajemniczy skrót – IBBY

Tajemniczy skrót – IBBY

Jella Lepman zmarła w 1970 roku, ale oba dzieła jej życia – Międzynarodowa Biblioteka Dziecięca i IBBY działają nadal. Głównymi celami, jakie stawia przed sobą stowarzyszenie, są promocja książki dziecięcej jako medium służącego międzynarodowemu zrozumieniu oraz działania na rzecz powszechnego dostępu dzieci do książek na najwyższym poziomie literackim i artystycznym. – napisałam w maju 2015 roku w tekście dla Magazynu „Kontakt”, w którym wyjaśniałam, co znaczą te tajemnicze cztery litery.

Cały tekst znajdziecie tutaj – zapraszam do lektury !!!