Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie Serce

Wpis z 16 listopada 2012 roku:

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000

Południowa łąka

Południowa łąka

Wpis z 8 listopada 2010 roku

Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska.Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii, córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich, żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do zabawy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości… Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” – bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo częściej niż teraz.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

…Szwecja była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.

Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (a wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.

Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Najmłodszej, która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).

Mimo że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w „Południowej łące” brakuje nadziei. I chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje, bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.

Astrid Lindgren „Południowa łąka i inne opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009

Kati w Ameryce

Kati w Ameryce

a potem we Włoszech i w Paryżu – cykl Astrid Lindgren należący niestety do tej części jej twórczości, która nie wytrzymała próby czasu. Ponieważ jednak wstawiam na półki nowego Małego Pokoju jej książki, znajdzie się tu miejsce także dla nich.

Wpis z 8 maja 2007 roku:

Jest rok 1950. Kati, dwudziestolatka ze Sztokholmu, zafascynowana opowieściami swojego przyjaciela Jana, który wrócił niedawno z Ameryki postanawia zobaczyć ten niezwykły kraj na własne oczy. Wychowująca ją po śmierci rodziców Ciotka początkowo nie chce w ogóle słyszeć o takim pomyśle. Kapituluje wreszcie wobec determinacji dziewczyny, ale… postanawia towarzyszyć siostrzenicy w tak niebezpiecznej wyprawie. Ta książka mogłaby właściwie nosić tytuł „Podróże z moją ciotką” 😉 Zwiedzają Nowy Jork, Waszyngton, Nowy Orlean i Chicago, przejeżdżając przez Stany z góry na dół i z powrotem, podobnie jak dwa lata wcześniej sama Astrid Lindgren. Poznają Amerykanów różnych ras, zamożności i pochodzenia (także emigrantów z ich ojczystej Szwecji). Obie ta podróż zmienia – i entuzjastyczną Kati, i sceptyczną Vilhelminę. Obie w innym świetle zaczynają widzieć zarówno Amerykę, jak i Szwecję.

Dlaczego zaliczyłam „Kati w Ameryce” do książek „kontrowersyjnych” ?

Bo nie do końca rozumiem dla kogo jest przeznaczona, ani w ogóle – po co ją teraz wydano. Opisuje ona Amerykę, której już nie ma, za punkt odniesienia przyjmując Szwecję, której również już nie ma. Trochę przypomina mi to późniejszą o 30 lat książkę Teresy Hołówki „Delicje ciotki Dee” – tam porównywano amerykański Middwest z lat osiemdziesiątych z siermiężną rzeczywistością PRL. Czytając teraz „Delicje” widzę, jak bardzo od tego czasu zamerykanizowało się nasze życie. Mogę to zauważyć, bo znam ówczesną Polskę z autopsji 😉

Kati w Ameryce”, zdaniem wydawnictwa, przeznaczona jest dla czytelników od 10 lat. Czy na pewno ? Co zrozumieją z tamtych amerykańsko – szwedzkich realiów dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak 60 lat temu wyglądało życie ich dziadków w Polsce ? Myślałam przez chwilę, że większy sens miałoby wydanie tej książki w USA – dla tamtejszych nastolatków byłoby to źródło wiedzy o niezbyt odległej przeszłości ich kraju. Chyba jednak nie należy się tego spodziewać…

Ogromne wrażenie na Astrid Lindgren zrobiła wówczas segregacja rasowa – widać to w opisie wizyty Kati w slamsach Nowego Orleanu i jej podróży autobusem przez Wirginię. Tymczasem w obecnej Ameryce ta książka mogłaby zostać uznana za rasistowską ! Znajdziemy w niej na przykład taką opinię (z którą zresztą trudno się nie zgodzić 😉 ) Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Jakież to politycznie niepoprawne (mimo całej czułości w tym zawartej) !!!

Zdanie twierdzące: „Kolorowy” należy mówić o Amerykanach, którzy nie są biali, to absolutna obraza, by Murzyna nazwać Murzynem ! zaopatrzone zostało w następujący przypis: Powieść niniejszą autorka pisała w 1950 roku. Nazwa „Murzyn” i „kolorowy” w odniesieniu do Afroamerykanów miały wtedy inny charakter niż dzisiaj. Być może oddano w ten sposób politycznej poprawności, co jej się należy, ale niewiele wytłumaczono naszemu czwarto- czy piątoklasiście. W obfitości przypisów wyjaśniających, kim były takie zapomniane już, a przywoływane w tej książce postaci jak Esther Williams, Myrna Loy czy Betty Davis, zabrakło informacji o tym, kiedy i w jakich okolicznościach zniesiono w USA segregację rasową.

(Tu następował fragment dotyczący tego, jakie książki Astrid Lindgren ciągle czekają na polskie wydanie, a na pewno byłyby bardziej strawne do czytania – ale stracił on sens, bo wkrótce potem pojawiło się Wydawnictwo Zakamarki i wydało wszystkie pozycje o których tak marzyłam. Zostawiam więc tylko puentę 🙂 )

Dlaczego zdecydowano o wydaniu akurat tych książek, nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczonych ? Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety 😦

Astrid Lindgren „Kati w Ameryce”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Wpis z 19 października 2007 roku:

Po powrocie z Ameryki Kati rozpoczyna nowy etap życia. Nie jest już panienką pod opieką ciotki, tylko młodą samodzielną kobietą z własnym mieszkaniem – pracującą i zarabiającą. Odrzuciła oświadczyny Jana, który chciał jak najszybciej zamieszkać w jej mieszkaniu, bo nie chciała wślizgnąć się w to małżeństwo tylko z rozpędu. Poprosiła go o odłożenie rozmowy o ślubie o rok, ale przez rok może się wiele zdarzyć.

Jak sama mówi – mam dwadzieścia dwa lata i do tej pory chodziłam na smyczy mojej ciotki. Nigdy nie próbowałam, jak to jest radzić sobie samej. Życie było pełne praktycznych szczegółów, których nie opanowałam w najmniejszym stopniu.(…) Nie mogłam prosto z ramion Ciotki powędrować w ramiona Jana, kiedy wreszcie miałam okazje stanąć na własnych nogach. Zamiast zamążpójścia wybiera zamieszkanie z koleżanką z pracy. Razem remontują mieszkanie, razem wygrywają w totolotka i razem wyruszają na wycieczkę objazdową po Włoszech.

Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. To takie sympatyczne i wesołe babskie czytadło. Wydaje mi się jednak, ze wydawnictwo znów pomyliło się określając przedział wiekowy czytelników tej książki – moim zadaniem jest ona raczej dla dorosłych. Trudno mi wyobrazić sobie dziesięciolatkę (że o dziesięciolatku nie wspomnę) którą zainteresować by mogły perypetie uczuciowe dwóch szwedzkich stenografistek szukających we Włoszech miłości swojego życia.

Wszystko to w dodatku w realiach lat pięćdziesiątych, a od tego czasu sporo się zmieniło – także w sferze obyczajowości. Każda kobieta powinna kiedyś móc urządzić własny dom, niezależnie od tego, czy wychodzi za mąż, czy nie. Jej wrodzona skłonność do obszywania ręczników i kupowania małych ogniotrwałych form, i rozlepiania ozdobnych taśm na półkach powinna zostać zaspokojona bez względu na jej stan cywilny. Tego rodzaju pragnienie może zwieść dziewczynę, która po wszystkich tych męskich zabiegach sądzi, ze jest zakochana w jakimś takim nieszczęściu będącym mężczyzną. Byle jakim mężczyzną, który pozwoli jej zaspokoić chęć meblowania, a jednocześnie da jej tytuł „pani”, to ostatnie, rzecz jasna, jest szczególnie ważne. – czy to są rozważania mogące trafić do dziesięciolatków z początków XXI wieku ?

Inaczej niż część amerykańska, ta książka nie próbuje opisywać kraju i zaglądać mu pod podszewkę. To tylko miła love story, a Włochy w niej… Włochy są jak z pocztówki – piękne, romantyczne i ograniczone do najbardziej znanych atrakcji turystycznych.

Reasumując – bardzo fajna książka, ale raczej dla Mam i starszych sióstr nastolatków 😉 Wydawnictwu pozostała do wydania jeszcze jedna książka o Kati i przyznam, że z ciekawością czekam na Paryż widziany jej oczami.

Astrid Lindgren „Kati we Włoszech”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2007

Wpis z 4 grudnia 2008 roku:

Przeczytałam  „Kati w Ameryce”, przeczytałam  „Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” 😉  I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury 😦 

Paryż, którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie. Rozważania na tematy małżeńskie ciut anachroniczne 😉 i raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej dziwny.

Astrid Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej – chyba nie miała okazji sama tego doświadczyć.

Reasumując – „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dla nieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać 😉

Astrid Lindgren „Kati w Paryżu”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Tajemniczy skrót – IBBY

Tajemniczy skrót – IBBY

Jella Lepman zmarła w 1970 roku, ale oba dzieła jej życia – Międzynarodowa Biblioteka Dziecięca i IBBY działają nadal. Głównymi celami, jakie stawia przed sobą stowarzyszenie, są promocja książki dziecięcej jako medium służącego międzynarodowemu zrozumieniu oraz działania na rzecz powszechnego dostępu dzieci do książek na najwyższym poziomie literackim i artystycznym. – napisałam w maju 2015 roku w tekście dla Magazynu „Kontakt”, w którym wyjaśniałam, co znaczą te tajemnicze cztery litery.

Cały tekst znajdziecie tutaj – zapraszam do lektury !!!

Ulica Awanturników

Ulica Awanturników

Pomyślałam, że lepiej będzie umieścić książki Astrid Lindgren z serii o Lotcie i jej rodzeństwie – Jonasie i Mii Marii razem w jednym wpisie. Teraz już można przeczytać je wszystkie, ale kiedy moje córki były małe, co jakiś czas ukazywała się kolejna, przyjmowana przez nas z radością, część. Najmłodsza z córek była naszą rodzinną Lottą – to skojarzenie narzucało się nie tylko z powodu jej charakteru, ale też dlatego, że jej ukochaną przytulanką był misiowaty prosiaczek o imieniu Nisiek 🙂

W 2008 roku wybraliśmy się całą rodziną do Szwecji. Odwiedziliśmy wtedy Vimmerby, gdzie dzieciństwo spędziła Astrid Lindgren i gdzie mieści się „Świat Astrid Lindgren”. Stamtąd pochodzi to zdjęcie zrobione na ulicy Awanturników, na werandzie domu cioci Berg.

Od lewej córki: Środkowa, Najstarsza, Najmłodsza i oczywiście Nisiek 🙂

Wpis z 24 maja 2006 roku:

Rodzina Nymanów mieszka w żółtym domu przy ulicy Garncarzy. Kiedyś było to miejsce ciche i spokojne, ale, odkąd urodzili się Jonas, Mia Maria i Lotta, zmieniło się w ulicę Awanturników. Błogi spokój skończył się z chwilą, gdy Jonas stał się na tyle duży, by walić grzechotką w brzeg łóżka w niedzielne ranki, kiedy tatuś chciał jeszcze pospać. Mimo że cała trójka robi sporo zamieszania, wydaje się, że dorosłym to wcale nie przeszkadza. Bohaterowie tej książki rosną otoczeni miłością i życzliwą akceptacją wszystkich dookoła – rodziców, dziadków i sąsiadów. Jak sami opowiadają, ciocia Berg (sąsiadka, którą odwiedzają, przełażąc przez płot) cieszy się z ich wizyt nawet dwa razy – Najpierw, kiedy przyszliśmy, a potem, kiedy wychodziliśmy 😉

Mali Nymanowie to normalne rodzeństwo, które bawi się i kłóci na zmianę. Jak to często bywa przy trójce dzieci, role są podzielone: najstarszy Jonas (jedyny chłopiec, co też jest nie bez znaczenia) zawsze rządzi młodszymi siostrami (a przynajmniej usiłuje 😉 ), środkowa Mia Maria jest najmniej wyrazista, trochę wycofana i zdominowana przez skrajną dwójkę, zaś najmłodsza Lotta – z jednej strony wykorzystywana przez starszych i systematycznie robiona przez nich w bambuko (jak podczas zabawy w piratów), z drugiej jednak – wcale nie taka bezradna, w dodatku nadrabiająca sprytem, przedsiębiorczością i uporem (a jest uparta jak stary kozioł). Zupełnie jak moja Najmłodsza, która na ogół świetnie sobie radzi, a w najtrudniejszych momentach krzyczy: Mama, ONE MNIE TRAKTUJĄ !!! Dla niewtajemniczonych – traktowanie jest w naszym domu synonimem maltretowania przez starsze siostry 😉

Czytając dzieciom coraz dłuższe książki nieuchronnie dochodzimy do chwili, kiedy pozycje dające się przeczytać jednorazowo od deski do deski stają się zbyt krótkie i zbyt dziecinne. Przychodzi wtedy czas na książki na kilka wieczorów i tu „Dzieci” sprawdzają się znakomicie. Każdy rozdział opowiada oddzielną historię – bez problemu można przerwać lekturę i wrócić do niej następnego dnia. Spośród wszystkich książek Astrid Lindgren – ta skierowana jest do najmłodszych czytelników. Życie na ulicy Awanturników, takie spokojne i zwyczajne będzie zrozumiałe dla każdego malucha.

„Dzieci z ulicy Awanturników” to książka dużo mniej znana od swojej drugiej części czyli „Lotty z ulicy Awanturników”. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale spotkałam sporo dzieci, które, znając i lubiąc „Lottę”, nigdy nie czytały pierwszego tomu. Zdarza się, że w bibliotekach też mają tylko drugą część tego cyklu.

„Lotta z ulicy Awanturników” opowiada historię trochę już starszej bo pięcioletniej Lotty, która narozrabiała (a może po prostu był to jeden z jej echowych dni ?) i w przypływie buntu wyprowadziła się z domu. Urządziła sobie mieszkanko na strychu u sąsiadki i świetnie się tam bawiła we własne gospodarstwo. Dopiero, kiedy zapadł zmrok, okazało się, że jednak zdecydowanie najbezpieczniejszym i najprzytulniejszym miejscem na świecie jest jej własne łóżeczko.

Kiedy czasem zdarzało mi się nazwać naszą Najmłodszą – Lottą (bo nie tylko ja widzę ogromne podobieństwo między nimi), ta nadymała się i mówiła: Nie jestem Lotta, bo ona ma Niśka. Ostatnio udało mi się znaleźć odpowiednią przytulankę – taką miśkową świnkę, która wyczerpuje wszelkie znamiona bycia Niśkiem.  Najmłodsza dostała ją na niedawne imieniny i od tego czasu mamy w domu stuprocentową Lottę. Możecie się do mnie zwracać – Pani Nymanowa 😉 )

Astrid Lindgren „Dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994 (wyd. pierwsze)

Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”, przekł.: Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1997 (wyd. pierwsze)

Wpis z 8 listopada 2007 roku:

Moja Najmłodsza – jak już pisałam wcześniej – jest kolejną emanacją Lotty z ulicy Awanturników . Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Po pierwsze – jest uparta jak stary kozioł i jeśli czegoś chce, to nie ma dla niej przeszkód nie do pokonania. Zupełnie jak Lotta. Po drugie – ma Niśka, który jest jej ukochaną zabawką. Zupełnie jak Lotta. Nisiek jeździ z nami wszędzie, ostatnio żeglował po Mazurach. Nawet w nocy się nie rozstają.

Nasz Nisiek jest nieco bardziej wyględny od oryginału, który był dziełem rąk Mamy Nymanowej, ale równie mocno kochany. Niedawno udał się z Najmłodszą do szkoły i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że innym dzieciom hasło Nisiek nic nie mowi. Nie znają Niśka. Nie znają Lotty. Nic nie wiedzą o ulicy Awanturników. Jak to jest możliwe ???

Nasza pierwszoklasistka przyniosła właśnie pierwsze zaproszenie na urodziny do koleżanki z klasy. Nie mamy problemu z prezentem, bo ukazała się nowa książka o rodzinie Nymanów z ulicy Garncarzy (zwanej również ulicą Awanturników) – „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”W sam raz na wieczorek zapoznawczy z Lottą 😉

Lotta kończy pięć lat i bardzo chce dostać na urodziny prawdziwy rower. Musi przecież udowodnić wszystkim, że umie na nim jeździć – szczególnie Jonasowi i Mii Marii, którzy uważają, że jest na to za mała. Bo przecież umie – po kryjomu. Ponieważ jednak roweru nie dostała, postanawia zwędzić na trochę stary rower, który widziała w szopie u cioci Berg…

Słucham ? Uważacie, że to się nie może dobrze skończyć ? A jednak może – w końcu napisała to Astrid Lindgren. U niej wszystko zawsze dobrze się kończyło.

Po obejrzeniu tej książki Najmłodsza stwierdziła, że Nymanowie z całą pewnością mieszkają po sąsiedzku  Peterem i Leną. Rzeczywiście – ilustracje w tych książkach są bardzo podobne, ukazujące wszystko ze specyficznej perspektywy, niemal z lotu ptaka. I te domki takie podobne… I ulica… I meble…

A uważny oglądacz może spotkać tam samą Astrid Lindgren sportretowana przez Ilon Wikland pod postacią…

figę z makiem – poszukajcie sami 😉

Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Wpis z 17 grudnia 2008 roku:

Ze mną to jest dziwnie. Ja tyle umiem. Skombinować choinkę i różne inne rzeczy. Tak, naprawdę umiem wszystko. (…) Chociaż oczywiście – dodała Lotta – nie umiem zjeżdżać slalomem !

Czy mogę powiedzieć o tej książce coś, czego nie powiedziałam o poprzednich ? Chyba niewiele. Może tylko to, że jest to książka bardzo zimowa, trochę świąteczna, a swoją atmosferą przypomina ostatni rozdział z „Dzieci z ulicy Awanturników”.

Są w niej wszyscy, którzy tam być powinni, a więc: rodzice Lotty, i Jonas, i Mia Maria, i ciocia Berg, i jej piesek Skotty, i Nisiek (który znajduje się w poważnych tarapatach). Jest też parę innych osób i oczywiście Lotta. Bez niej nie było by tej książki.

Bez niej i bez ilustracji Ilon Wikland – uroczych jak zawsze. Szwedzka zima, która nam podarowała, choć trochę wynagradza to, co mamy za oknem. Spójrzcie na te obrazki i porównajcie. Czy tak wygląda zima ???

Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 19 kwietnia 2009 roku:

– Teraz jestem zła – powiedziała Lotta. – Żebyście wiedzieli ! (...)

Może nie snuła się całe przedpołudnie, czekając na nich ? I może nie obiecali, że Lotta i Mia Maria, i Jonas przebiorą się za czarownice wielkanocne i w trójkę odwiedzą wszystkich mieszkańców ulicy Awanturników, żeby im zaśpiewać i dostać cukierki, tak jak zawsze w Wielki Czwartek ?

Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” to książka wielkanocnie przedświąteczna 😉 Pojawiają się tam szwedzkie zwyczaje wielkanocne -przebieranki w Wielki Czwartek, słodycze od wielkanocnego zajączka w Wielką Sobotę.

Właśnie z tymi słodyczami jest problem, bo sklep ze słodyczami na ulicy Awanturników właśnie przestał istnieć. Jak powiedział Lotcie jego właściciel – Grek Vasilis: Wy w tym kraju jecie za mało cukierków. Tylko w sobotę ! Z tego się nie da utrzymać. Nie ma sklepu i Tatuś (jak się okazuje – zastepujący wielkanocnego zajączka) nie ma gdzie kupić słodyczy. Lotta nie byłaby jednak Lottą, gdyby nie znalazła rozwiązanie tego problemu 😉

Moja Najmłodsza zgłosiła reklamację po jej przeczytaniu:  dlaczego nie ma w niej w ogóle Niśka ? Gdyby Astrid Lingren jeszcze żyła, pewnie napisałaby do niej list z prośbą o uzupełnienie tego braku 😉

Czytałyśmy tę książkę z pewnym smutkiem, mimo że wcale smutna nie jest. Nie może nam być jednak wesoło ze świadomością, że to już ostatnia historia o Lotcie. Koniec. Finito. The end 😦

Mimo wszystko jednak cieszę się, że nieocenione „Zakamarki” pojawiły się na naszym rynku w samą porę i wydały wszystkie te książeczki zanim ostatnia z moich córek zdążyła z nich definitywnie wyrosnąć. Chwała im za to i cześć !!!

I jeszcze małe podsumowanie 🙂

Spotykam się dość często z pytaniem o kolejność, w jakiej należy czytać książki tego cyklu. Odpowiedź jest prosta – wystarczy uważnie przyjrzeć się ilustracjom Ilon Wikland.

W  „Dzieciach z ulicy Awanturników”  Lotta to jeszcze trzy czy czteroletni maluszek z pulchnymi nóżkami. W „Lotcie z ulicy Awanturników” i  „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze” wyraźnie podrosła i jest zbuntowaną pięciolatką. W  „Pewnie, ze Lotta umie prawie wszystko” – to już całkiem spora panna, która dzielnie pomaga Mamie i Cioci Berg. A w ostatniej – „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” jeszcze urosła i wyleciał jej pierwszy ząb !

Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

Na koniec, już w 2019 roku dodam, że pierwsze dwa tomy ukazały się razem jako „Przygody dzieci z ulicy Awanturników„, natomiast trzy ostatnie historie wyszły w jednym tomie pod tytułem „Lotta. Trzy opowiadania”

Astrid Lindgren „Przygody dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Maria Olszewska, Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Astrid Lindgren „Lotta. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013

Dzieci z wyspy Saltkrakan

Dzieci z wyspy Saltkrakan

Wpis z 20 kwietnia 2006 roku:

… czyli dla mnie (i dla moich córek też) – „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. W późniejszych wydaniach zmieniono tytuł na dosłowne tłumaczenie tego, który nadała tej książce Astrid Lindgren (edit: czyli na „My na wyspie Saltkrakan” a w 2018 zmieniono go jeszcze raz, zupełnie nie wiem po co). Nie mogę się do niego przyzwyczaić i dlatego mój kompletnie zaczytany egzemplarz oddałam do introligatora, choć zapewne taniej byłoby kupić nowy z nowym tytułem 😉

W naszym ulubionym „Atramentowym sercu”  Mo tak mówi do swojej córki Meggie: „Jeśli weźmiesz w podróż książkę (…) wydarzy się coś dziwnego: książka zacznie gromadzić twoje wspomnienia. Potem wystarczy ją otworzyć i znów będziesz tam, gdzie ją czytałaś. Ledwie przeczytasz pierwsze słowa, wrócą do ciebie obrazy, zapachy, smak lodów, które wówczas jadłaś…” * . Mo wiedział, co mówi – znał się w końcu na książkach jak nikt inny. Tak właśnie jest i w tym przypadku – czytając o małej szwedzkiej wysepce na Bałtyku, w jakiś przedziwny sposób wracam do Krówki w Borach Tucholskich. Przyjeżdżaliśmy tam z rodzicami przez 10 kolejnych lat, znałam tam każdą ścieżkę i każdy krzak. Tam pierwszy raz czytałam tę książkę, tam na brzegu jeziora wyobrażałam sobie nadmorskie życie jej bohaterów. Krówka to było moje miejsce, mój prywatny synonim słowa wakacje.

Takim miejscem dla Melkersonów ze Sztokholmu stała się maleńka wysepka Saltkrakan, mimo że płynęli tam pełni obaw. Melker Melkerson, samotny ojciec czwórki dzieci, będący równocześnie największym w tej rodzinie dzieckiem, z typową dla siebie impulsywnością wynajął dom na wakacje kierując się tylko tym, że spodobała mu się nazwa wyspy. Ta powitała ich deszczem, a dom, od lat wynajmowany tylko na lato, był zapuszczony i budził wiele obaw. Początek był trudny, ale potem już było tylko lepiej.

Każde z Melkersonów znalazło na Saltrakan coś dla siebie: Melker – nieograniczone pole do popisu w tak lubianych przez niego męskich zajęciach (choć z reguły źle się to dla niego kończyło 😉 ), Malin – spokój i romantyczne piękno przyrody, Johan i Niklas – towarzystwo do szalonych przygód, a najmłodszy Pelle – ukochane zwierzęta. Wszyscy razem – serdeczność i przyjaźń wyspiarskiej rodziny Grankvistów.

„My na wyspie Saltkrakan” nie jest sielanką jak „Dzieci z Bullerbyn”. Obok momentów nieodparcie śmiesznych (ach, ta szalona noc świętojańska 😉 ) są też chwile bardzo smutne – tak smutne, że nadal łamie mi się głos, kiedy je czytam. W tej książce (zgodnie z tytułem jednego z rozdziałów) smutek i radość razem wędrują, ale wszystko zawsze kończy się dobrze. Jest to przecież książka dla dzieci, choć na pewno dla nieco starszych niż czytelnicy Bullerbyn.

Saltkrakan to były zawsze wakacje moich marzeń. Morze, las, cisza, spokój i mało ludzi i ta nieograniczona swoboda – po prostu arkadia. Szukam od lat takiego miejsca dla nas i nie mogę znaleźć. Cień tej atmosfery poczułam niedawno na Borholmie, ale to był tylko jej cień. Szukam więc dalej, może kiedyś znajdę …

Astrid Lindgren „Dzieci z wyspy Saltkrakan”, przekł. Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2018

Astrid Lindgren „My na wyspie Saltkrakan”, przekł. Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2006

Astrid Lindgren „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”, przekł. Maria Olszańska, ilustr. Zbigniew Łoskot, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1972

Ja też chcę mieć rodzeństwo

Ja też chcę mieć rodzeństwo

Wpis z 23 marca 2006 roku:

Kiedy urodziłam córkę Środkową, pierwszą moja myślą na widok trzyletniej Najstarszej było: Ona chyba urosła. Nie było mnie w domu tylko jeden dzień – kontrast z noworodkiem sprawił, że wydała mi się dużo większa niż rano. Od tego dnia zawsze już miała być większa i starsza, choć nadal przecież miała tylko trzy lata.

Przepoczwarzenie się jedynaka w starszego brata (lub siostrę) to jedno z najtrudniejszych zadań jakie czekają pierworodnego w dzieciństwie. Narodziny drugiego dziecka, na które rodzice czekają z radością – dla niego oznaczają rewolucję i wywrócenie do góry nogami całego świata. Nawet jeśli początkowo cieszy go perspektywa posiadania rodzeństwa, nie jest w stanie wyobrazić sobie i bezboleśnie zaakceptować wszystkich zmian. Przychodzi mu to tym trudniej, im dłużej był jedynakiem.

Staraliśmy się przygotować do tego Najstarszą jak najlepiej – często rozmawialiśmy z nią o Maluszku, który na razie jest w brzuszku mamusi, ale niedługo wyjdzie stamtąd i będzie spał w łóżeczku i jeździł wózkiem. Oglądałyśmy zdjęcia z czasu, kiedy to ona była w brzuszku i późniejsze, kiedy już się urodziła i była malutka. Po wielu tygodniach takich rozmów, na parę dni przed narodzinami Środkowej Najstarsza zaskoczyła mnie pytaniem: Mamusiu, czy kiedy będą święta i przyjdzie do nas Święty Mikołaj, to Maluszek jeszcze z nami będzie ? Nie umiała mi powiedzieć, co miało by się z nim stać – chyba po prostu zbyt wiele mówiliśmy o tym, że się urodzi, a zbyt mało o tym, że będzie już zawsze.

Peterowi, bohaterowi książki “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, również rodzi się siostrzyczka – Lena. Peter wprawdzie chciał mieć rodzeństwo, ale Lena, która nie umie ani mówić, ani chodzić, potrafi tylko krzyczeć, nie jest tym, o czym marzył. W dodatku wydaje się, że rodzice kochają ją bardziej niż Petera. W tej sytuacji lepiej chyba byłoby ją sprzedać i kupić rower. Tylko czy ktoś ją kupi ?

Ta książka bardzo nam pomogła w tym pierwszym okresie. Słuchając o złości i żalu Petera, Najstarsza zaczęła rozumieć własną złość i żal, a mnie łatwiej było z nią o tym rozmawiać. Nie spotkałam drugiej książki, która w tak prosty i zrozumiały dla kilkulatka sposób opowiadałaby o tych problemach. Autorka doskonale rozumie małego Petera i nie oczekuje od czytelników surowego potępienia dla jego niegrzecznych zachowań – nawet wtedy, gdy tłucze on dzbanuszek czy uderza malutką siostrzyczkę. Opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej zrozumiałym, co przychodzi i z czego się wyrasta.

Nie jest to książka tylko dla jedynaków spodziewających się rodzeństwa. Bardzo lubiły ją również moje młodsze córki w wieku 3-5 lat, mimo, że problem ich bezpośrednio nie dotyczył.

Astrid Lindgren “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: “Nasza Księgarnia”, Warszawa 1992

P.S. My czytałyśmy książkę wydaną przez Naszą Księgarnię, a po latach wznowiło ją wydawnictwo „Zakamarki”. Wydało ono także drugą książkę Astrid Lindgren o Peterze i Lenie – „Ja też chcę chodzić do szkoły”. Można też kupić obie te historie w jednym tomie

Astrid Lindgren “Peter i Lena. Dwa opowiadania”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2017

Ronja córka zbójnika

Ronja córka zbójnika

Wpis z 25 marca 2006 roku:

Nie znałam Ronji w dzieciństwie, bo kiedy ja byłam dzieckiem, jej nie było jeszcze na świecie. Gdy ukazał się polski przekład tej książki, byłam już studentką. Pamiętam jednak dokładnie pierwsze z nią spotkanie. Było lato, żeglowaliśmy po Mazurach i wieczorami słuchaliśmy przez radio audycji dla dzieci, w której ktoś (chyba Krzysztof Gosztyła, ale nie jestem pewna) czytał właśnie tę książkę. Robił to wspaniale. Nie było z nami na łódce dzieci, a jednak nie opuściliśmy żadnego odcinka.

Czytałam ją potem kilkakrotnie moim córkom i zawsze chętnie wracałam z nimi do Lasu Mattisa, jego bujnej przyrody i mieszkańców – rozmaitych zwierząt oraz fantastycznych stworzeń – zabawnych, głupiutkich Pupiszonków, groźnych, pięknych Wietrzydeł, ponurych Szaruchów i tajemniczych Mgłowców.

Historia przyjaźni Ronji i Birka – dwójki dzieci samotnych w świecie dorosłych, na pierwszy rzut oka zdaje się być dziecięcą wersją Romea i Julii. Ich ojcowie są hersztami zwalczających się zbójnickich band i zamieszkują dwie części zamku, oddzielone Diabelską Czeluścią – przepaścią równie głęboką jak nienawiść, która od pokoleń łączy rody Mattisa i Borki. W tej opowieści nie ma uczuć letnich i obojętności – namiętności kipią i miotają bohaterami od miłości do nienawiści. Również okoliczności przyrody – albo budzą zachwyt taki, że trzeba krzyczeć z radości, albo przerażają śmiertelnie.

Dziecko czytające tę książkę pierwszy raz znajdzie w niej trochę scen rodzajowych z życia rozbójników oraz przygody dwójki swoich rówieśników, którzy próbują samodzielnego życie w lesie. Znajdzie też ich przyjaźń – trudną, bo wbrew dorosłym, ale tak silną, że doprowadza do pogodzenia rodów zwaśnionych od pokoleń.

Dla mnie „Ronja córka zbójnika” jest jednak przede wszystkim opowieścią o rodzicach i córce – ich miłości, wzajemnych relacjach oraz o bolesnym procesie dorastania, które polega na odchodzeniu od rodziców i wyborze własnej drogi w życiu.

Mattis, pozornie silny i szorstki, jest bezradny wobec swojej miłości do Ronji od chwili jej narodzin. Kocha ją porywczo i histerycznie. Zachwyca sie wszystkim, co mała robi i panicznie boi się o nią. Ronja dorastając odkrywa stopniowo, że jej ojciec nie jest ideałem, ale nie przeszkadza jej to kochać go ponad wszystko. Jej przyjaźń z Birkiem to dla Mattisa zdrada największa z możliwych i dużo czasu musi upłynąć, żeby to zrozumiał i zaakceptował. Lojalność wobec ojców jest jedyną rzeczą silniejszą od przyjaźni dzieci i stanowi jedyny powód, który może ich rozdzielić. Aby nie musieć dokonywać takich wyborów, decydują się na życie w lesie.

Bardzo lubię w tej książce postać Matki Ronji, mimo że pozostaje w tle. Lovis jest dla mnie uosobieniem siły i mądrości prawdziwej kobiety. Córkę rodzi śpiewając, nigdy nie załamuje rąk i potrafi znaleźć wyjście z każdego problemu. Jej miłość do Ronji (w przeciwieństwie do histerycznej miłości Mattisa) jest mądra i spokojna, jak ona sama. Zawsze wie, czego jej bliscy potrzebują – kiedy trzeba zostawić ich w spokoju, kiedy pomóc, a kiedy – przytulić i zaśpiewać Pieśń Wilków. Mimo że w tej historii kobiety występują w zdecydowanej mniejszości, to one właśnie organizują i porządkują świat. Widać wyraźnie, że bez nich cały ten tłum mężczyzn nie poradziłby sobie, nie przetrwałby nawet jednej zimy. Choć wydają się silni i robią mnóstwo zamieszania, w rzeczywistości są słabi i bezradni wobec normalnego biegu życia i jego nieuchronnego końca.

Astrid Lindgren znana jest powszechnie jako autorka beztroskich powieści dla młodszych dzieci – „Dzieci z Bullerbyn” czy „Pippi Pończoszanki”. Dlatego spotykam sie czasem z propozycjami, aby i „Ronję” czytać kilkulatkom. Tymczasem taki maluch będzie w stanie zrozumieć tylko niewielką część jej treści, może za to się przestraszyć (Środkowa, która przysłuchiwała się, kiedy czytałam Najstarszej, bardzo bała się Wietrzydeł). Jest to trochę tak, jakby zlizywać z tortu samą polewę – smakuje, ale pełnię smaku poczuje się dopiero jedząc całość. Nie warto się spieszyć – lepiej poczekać z lekturą tej książki do wieku, w którym można już ją przeczytać samodzielnie i przeżyć do końca.

Astrid Lindgren “Ronja córka zbójnika”, przekł. Anna Węgleńska, ilustr. Ilon Wikland, wyd. Nasza Księgarnia 1985 (I. Wyd)

Mirabelka

Mirabelka

Mam problem z tą książką i przez długi czas nie wiedziałam, jak się zabrać do napisania o niej , bo podoba mi się i złości równocześnie, mniej więcej w jednakowym stopniu. Jest w niej pewien dysonans, który powoduje, że nie bardzo potrafię określić, do kogo jest adresowana. Ten dysonans wywołany jest przez splot dwóch wątków.

Pierwszy z nich – znakomity, interesujący i można powiedzieć, że w polskiej literaturze dla młodego czytelnika pionierski – to wątek żydowski. O tym, jak dotychczas przedstawiano tę kwestię, tak pisała Małgorzata Wójcik – Dudek: Żydowskiemu bohaterowi zwykle odmawia się prawa do kontekstu. Zostaje umieszczony w getcie i czytelnik poznaje go jedynie przez pryzmat sytuacji ekstremalnej. A przecież zawsze było jakieś „przed”, a czasem również – „po”.*

„Mirabelka” to pierwsza polska książka dla niedorosłego czytelnika (uwierzcie mi, wiem, co piszę – sprawdziłam to naprawdę dokładnie), która umieszcza swoich żydowskich bohaterów w szerokim kontekście tradycji, religii, kultury, miejsca w którym żyli czyli warszawskiego Muranowa i ich normalnego życia w czasach przed Zagładą. Oni nie musieli przeprowadzać się do getta – to getto utworzono tam, gdzie mieszkali. Nalewki, przy której stała kamienica Friedmana to ulica topiczna, która jest pierwszym skojarzeniem, kiedy myślimy o żydowskiej Warszawie, ale praktycznie nie istnieje w świadomości dzisiejszych mieszkańców miasta.

Bohaterów tej historii poznajemy na długo przed wojną, która zmiotła cały ich świat. Towarzyszymy im w codziennym życiu, radościach, troskach, świętach, uczestniczymy w ślubie pod hupą i weselu Dorki i Chaima, witamy narodziny małego Noama.

Jest w „Mirabelce” czas Zagłady, którą przeżyje tylko Noam, wyprowadzony z getta przez Irenę Sendlerową, ale jest też życie po niej aż do czasów współczesnych, o którym autor pisze już opierając się na własnych wspomnieniach. Na gruzach Muranowa powstają nowe domy, wprowadzają się do nich nowi lokatorzy, rodzą się dzieci. Nie ma już Nalewek, jest ulica Nowotki (jej mieszkańcy mówią, że mieszkają na Nowotkach), a ocalony z Zagłady Noam, który teraz ma na imię Maciej, poślubi mieszkającą tam Dorotkę, której rodzice byli budowniczymi nowego Muranowa. Cezary Harasimowicz opisuje życie w PRL z jego trudnymi momentami jak marzec 1968 czy stan wojenny, ale też z sentymentem przywołuje takie szczegóły jak sklepy, które się w muranowskich blokach mieściły, bar „Pokusa”, pierwsze Maluchy i teksty piosenek.

Ta warstwa książki podoba mi się bardzo, problem mam za to z drugą czyli z wątkiem tytułowej mirabelki. To drzewko stanowi zawiązanie i klamrę akcji, jego obecność jest uzasadniona, ale wydaje mi się, że niepotrzebne było uczynienie z niej narratorki całej książki. Myślę, że wystarczyłoby gdyby tytułowa mirabelka była milczącą towarzyszką wszystkich opisywanych tu wydarzeń. A tak zamiast Wszechwiedzącego (ale przezroczystego dla czytelnika) Narratora mamy wszechwiedzące drzewo, które w dodatku czuje się w obowiązku, żeby za każdym razem wyjaśnić źródła swojej wiedzy. To zinfantylizowało przekaz całości, a poza tym zmuszało autora do (często nieco karkołomnych) zabiegów mających na celu uzasadnienie tego, że mirabelka wie o rzeczach i sprawach, o których wiedzieć nie powinna, skoro jest zakorzeniona na podwórku, a one dotyczą miejsc od niego odległych.

Odnalazłam w tej książce (a autor potwierdził to w posłowiu) inspiracje twórczością Hanny Krall, ale u niej to wszystko jest mniej dopowiedziane i tak jest zdecydowanie lepiej.

„Mirabelka” otrzymała wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2018, jest także laureatką innych nagród. Została też nominowana do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii „literatura dla dzieci” i uważam, że bardzo na tę nagrodę zasługuje. To książka warszawska jak mało która – tak mocno osadzona w topografii i historii miasta. Mam nadzieję, że jury nagrody to zauważy i doceni !!!

Cezary Harasimowicz „Mirabelka” ilustr.: Marta Kurczewska, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2018

* Małgorzata Wójcik – Dudek „W(y)czytać Zagładę. Praktyki postpamięci w polskiej literaturze XXI wieku dla dzieci i młodzieży”, Katowice 2016 s. 292

Mama Gęś

Mama Gęś

Książka nominowana w kategorii PRZEKŁAD w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018

Wpis z 30 stycznia 2019 roku:

Hen, z dalekich stron do dzieci

Mama Gęś na skrzydłach leci,

by snuć dziwne historyjki,

znane w świecie od stuleci…

Małgorzata Strzałkowska jest absolutną i niekwestionowaną mistrzynią języka – jak widać, nie tyko polskiego. Pamiętam sprzed wielu lat jej zwariowane „Wierszyki łamiące języki”, a niedawno zachwycałam się tym, jak w „Spacerkiem przez rok” fantastycznie ubrała w rymy nie tylko charakterystyki poszczególnych miesięcy, ale także wyjaśniła pochodzenie ich nazw. W swojej najnowszej książce równie mistrzowsko przyswoiła językowi polskiemu tradycyjne angielskie nonsensowne wierszyki, znane od kilkuset lat jako opowieści Mamy Gęsi.

Użyłam słowa przyswoiła, bo nie są to zwykłe tłumaczenia. Bardziej chodziło w nich o oddanie sensu i humoru, niż o dosłowność.

Ale nie tylko przetłumaczyła !!! Wykonała także ogromną pracę, aby wyjaśnić i opisać ich pochodzenie, sens i konteksty kulturowe, które im towarzyszą. Na tych wierszykach wychowały się pokolenia angielskich dzieci – w tym wielu znanych pisarzy, a ich echa znajdujemy w czytanej także dziś klasyce literatury angielskojęzycznej. Na nich ukształtował się tak zwany angielski humor, z nich wyrósł nie tylko Monty Phyton…

„Mama Gęś” to książka niejako podwójna 😉 Składają się na nią wierszyki, które podobać się będą czytelnikom (słuchaczom) w wieku 0+ czyli po prostu wszystkim (a im wcześniej zaczniemy dziecko poić tym humorem, tym IMO dla niego lepiej) oraz interesujące raczej dla nieco starszych noty na ich temat. Jak napisał w nocie na okładce profesor Grzegorz LeszczyńskiAutorka z pasją Sherlocka Holmesa tropiła fakty, zbierała ciekawostki, słuchała anegdot przekazywanych z ust do ust, czytała prastare księgi i wyblakłe rękopisy. Wszystko po to, by z tych wierszy wydobyć ich sens i skrywany głęboko klimat minionego czasu, a przede wszystkim – by poprowadzić czytelnika krętymi ścieżkami literackich zagadek.

Ilustracje Adama Pękalskiego znakomicie wpisują się w nastrój tej książki. Podobnie jak w „Dawniej czyli drzewiej” tej samej pary autorskiej, z niezwykłą erudycją towarzyszą tekstowi. Żadna postać na nich przedstawiona nie jest ubrana w sposób przypadkowy, a przedmioty, które im towarzyszą, także są dokładnie przemyślane i osadzone w kontekście. Kreska ilustratora nie infantylizuje tekstu. Razem tworzą całość, która może podobać się czytelnikom niezależnie od wieku.

A na wątpliwość profesora Leszczyńskiego: nie wiadomo, co bardziej fascynuje: lektura wierszy czy śledzenie efektów detektywistycznych prac tłumaczki, odpowiem:

jeśli o mnie chodzi – i to, i to bardziej 🙂

Małgorzata Strzałkowska „Mama Gęś” ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2018