Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce

Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce

Rzadko piszę tutaj o książkach, które są adresowane do dorosłych. Wyjątek robię dla tych, które tematycznie wiążą się z literaturą dla dzieci i młodzieży, a „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego od wielu lat są lekturą szkolną. Pisałam już o nich w 2014 roku, ale wtedy skupiałam się bardziej na ekranizacji, która właśnie pojawiła się w kinach i wywołała we mnie silną potrzebę dyskusji tamtą wersją historii Alka, Rudego i Zośki.

Teraz w podobny stan wprawiła mnie publikacja Kornelii Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, która ukazała się nakładem Krytyki Politycznej. Zdecydowałam się napisać ten tekst, bo w dyskusjach o niej umyka to, co jest dla mnie najważniejsze – ahistoryczność myślenia i dość nonszalancki stosunek do źródeł historycznych.

„Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce” to publikacja, na którą składa się pięć esejów, z których, jak możemy przeczytać we wstępie do niej, każdy stanowi odrębną całość, choć rozdziały czwarty i piąty są ze sobą powiązane ściślej niż trzy pozostałe. Nie trzeba jednak czytać ich w ustalonej kolejności. (s.12) Jednak wbrew tytułowi i zamieszaniu, jakie wywołała, w mniejszym stopniu opowiadają one o Tadeuszu Zawadzkim i Janie Bytnarze, a w większym – o Kornelii Sobczak. Nie znalazłam informacji o tym, ile ma lat, ale na podstawie biogramu i zdjęcia można domniemywać, że urodziła się co najmniej pół wieku po wydarzeniach opisywanych w „Kamieniach na szaniec”. W jednym z wywiadów mówi o sobie: Aleksander Kamiński, „Kamienie na szaniec” oraz ich bohaterowie byli i są dla mnie bardzo ważni, bliscy. Ta książka miała na mnie ogromny wpływ, jej lektura skłoniła mnie, żeby zapisać się do harcerstwa. Cały mój krytyczny namysł bierze się z tej miłości, która powoduje potrzebę szczerego przedyskutowania tej książki, przyjrzenia się temu, co w niej jest.


Paradoksalnie – można powiedzieć, że jej eseje to swoisty sukces Aleksandra Kamińskiego. Niewiele jest książek, które po tylu latach budzą w swoich czytelnikach takie emocje, potrzebę stawiania pytań i w ogóle – rozmawiania o nich. Zastrzegam – nie mam problemu z pytaniami, jakie Kornelia Sobczak stawia, natomiast mam go z odpowiedziami, które… No właśnie, trudno powiedzieć, że je znajduje, bo wszystkie jej eseje zbudowane są w taki sposób, że zadaje pytania, podaje możliwe wyjaśnienia, które jej jednak nie zadowalają. Ponawia więc pytania, mnoży wątpliwości i krąży wokół odpowiedzi, które chciałaby znaleźć. To, że nie znajduje dla nich potwierdzenia, nie przeszkadza jej jednak w ich udzieleniu.


Eseje, które składają się na tę książkę noszą tytuły: O miłości, O przyjaźni, O dziewczynach, O Polsce, O polityce. Najszerszym echem odbił się ten pierwszy, w którym Kornelia Sobczak analizuje relację między tytułowymi bohaterami czyli szuka odpowiedzi na pytanie „Byli czy nie byli? (gejami)”, które kilkanaście lat temu po raz pierwszy (chyba) postawiła w książce „Festung Warschau” Elżbieta Janicka. Szukając jej, Sobczak analizuje spisane kilka tygodni po akcji pod Arsenałem wspomnienia Zośki oraz tekst „Kamieni na szaniec”, które Aleksander Kamiński napisał na ich podstawie. Korzysta tu z edycji powojennej, a więc trzeciej jego wersji, po dwóch wydaniach okupacyjnych. Pierwsze, z lipca 1943 roku, było opowieścią tylko o nieżyjących już Alku i Rudym (występujących pod zmienionymi pseudonimami Wojtek i Czarny). Zośka pojawia się tam kilka razy na drugim planie jako Stach. Kamiński bardzo pilnował się, żeby nie zdradzić zbyt wielu tajemnic konspiracji i jak najmniej pisać o tych, którzy jeszcze żyli. Z tej przyczyny podał też bardzo niewiele szczegółów organizacyjnych samego odbicia Rudego. Po śmierci Zośki pod Sieczychami w sierpniu 1943 roku dopisał kolejne rozdziały i zmienił tekst wcześniejszy tak, aby szerzej wprowadzić tam Zośkę (w tej wersji – Staśkę).

„Kamienie na szaniec” na których wychowały się kolejne pokolenia i które nadal omawiane są w szkole podstawowej, to wersja tekstu, która ukazała się w 1956 roku i była potem wielokrotnie wznawiana. Wtedy po raz pierwszy wszyscy bohaterowie wystąpili pod swoimi autentycznymi nazwiskami i pseudonimami.

Szukając prawdy o relacji Zośki i Rudego Kornelia Sobczak nie dysponowała żadnym źródłami pochodzącymi od nich obu, a więc z czasu, kiedy żył Rudy. Nie zachowały się żadne ich listy, ani inne zapiski ich dotyczące. Zośka napisał swoją relację kilka tygodni po śmierci Rudego i Alka w celach, rzec można terapeutycznych. Namówił go do tego ojciec zaniepokojony jego stanem psychicznym. Poza tym Sobczak przywołuje w tym eseju relacje podkomendnych Zośki: Danuty Rossman i Stanisława Nowakowskiego spisane wiele lat po zakończeniu wojny oraz wydaną w 1983 roku autobiograficzną nowelę Jerzego Narbutta ”Fenomen: Zośka”. Co do tego ostatniego pisze co prawda: Nie udało mi się ustalić, w jakich okolicznościach poznał Tadeusza Zawadzkiego i na czym polegały ich kontakty (s.48), ale nie przeszkadza jej to w traktowaniu najzupełniej poważnie wszystkiego, co napisał. Podobnie jak biografii Rudego napisanej w końcu lat osiemdziesiątych przez harcmistrza Janusza Krężela* (urodzonego w 1936 roku, który w ogóle Rudego nie znał) w oparciu o materiały przekazane mu przez matkę Rudego. Mimo że jej zdaniem jest okropnie egzaltowana (s.50), cytuje ją na równi z relacjami świadków. Ponieważ jednak z tych wszystkich „źródeł” nie wynika prosta odpowiedź na pytanie „Byli czy nie byli?”, Kornelia Sobczak sięga w tym eseju po ostateczny argument, a jest nim jej osobisty gaydar, na który powołuje się trzykrotnie (s.40, 43 i 64). No cóż – przyznam, że z takim narzędziem badawczym spotykam się pierwszy raz, więc nie bardzo wiem, jak to rozumieć.

W cytowanym już tu wywiadzie powiedziała: Nawet, jeżeli przyjmiemy, że Rudy i Zośka byli homoseksualnymi mężczyznami, jest bardzo mało prawdopodobne, by zdawali sobie z tego sprawę. Jeszcze mniej prawdopodobne, by byli w stanie to sobie zakomunikować. I niekoniecznie mieliby zresztą taką potrzebę, bo homospołeczna rama przyjaźni dawała im dużo możliwości do bycia razem. Tej konkluzji nie znajdziemy w książce, ale skoro tak, to nasuwa się pytanie – po co w ogóle całe te rozważania rozpisane na 60 stron ???

Pozostałe problemy, jakie Kornelia Sobczak ma z „Kamieniami na szaniec” dotyczą głównie tego, czego Kamiński nie napisał, a czego jej tam brakuje – przede wszystkim dziewcząt oraz krytycznego spojrzenia na II RP, a szczególnie na problem antysemityzmu. Bardzo trudno jest polemizować ze zarzutami dotyczącymi tego, czego w książce nie ma. Warto jednak pamiętać o tym, że miała być ona wydana w podziemiu, co wymuszało jej niewielki rozmiar, ułatwiający zarówno druk, jak i późniejszy kolportaż. Autor skupiał się na swoich bohaterach i ich losach, ich poświęceniu, odwadze i służbie. Pisał dla czytelników, dla których realia okupacji były codziennością, więc niewiele miejsca poświęcał tłu wydarzeń. Nie opisywał szczegółów życia ani po jednej, ani po drugiej stronie dzielącego Warszawę muru. Równocześnie – jako redaktor naczelny „Biuletynu informacyjnego” zamieszczał tam informacje o wydarzeniach w getcie. Dzięki jego wsparciu Maria Kann mogła napisać broszurę „Na oczach świata” – wydane następnie w podziemiu unikalne świadectwo Zagłady i Powstania w Getcie.

Przypomnę – tekst „Kamieni na szaniec”, do którego się odwołuje się Kornelia Sobczak, został opracowany przez Kamińskiego w 1956 roku. Od opisywanych tam wydarzeń minęło 13 lat i był to czas w Polsce bardzo trudny. Tuż po ukazaniu się drugiego podziemnego wydania książki wybuchło Powstanie Warszawskie. Harcerski batalion „Zośka” (w składzie którego walczyła kompania „Rudy”, do której należał pluton „Alek”) poniósł w nim straty sięgające 70% stanu. Warszawa została niemal kompletnie zniszczona. Po zakończeniu wojny część z tych, którzy przeżyli, pozostała na Zachodzie (m.in. jeden z bohaterów „Kamieni na szaniec” Henryk Ostrowski „Heniek”), a tych, którzy byli w Polsce, spotykały represje ze strony aparatu bezpieczeństwa (m.in. jednego z uczestników Akcji pod Arsenałem Jana Rodowicza „Anodę”).

Aleksander Kamiński przez całe Powstanie wydawał (już jawnie) „Biuletyn Informacyjny”, a po wojnie rozpoczął pracę naukową na Uniwersytecie Łódzkim i włączył się w organizowanie harcerstwa. Nie trwało to jednak długo. Z ZHP został usunięty w 1949 roku, z uczelni – w następnym, a w kolejnym – jego książki znalazły się na liście zakazanych w bibliotekach. Nie został aresztowany, ale cały czas pozostawał pod obserwacją UB. Dopiero rok 1956 umożliwił mu powrót do pracy naukowej i harcerstwa. Wtedy też mogły się w końcu ukazać „Kamienie na szaniec”. Na stronie tytułowej widnieje jeszcze Stalinogród – książka została wydrukowana w ostatnim miesiącu, w którym Katowice tak się nazywały. W przedmowie autor zapowiedział kolejną – zawierająca dalsze losy opisywanego zespołu młodzieży i rzeczywiście – „Zośka i Parasol” ukazała się w następnym roku.

Obie te książki Kamiński adresował do czytelników żyjących w PRL, a nie do tych hipotetycznych, którzy być może sięgną po nie za 50 lat w zupełnie innej rzeczywistości. Wtedy, po wszystkim, co się wydarzyło przez te 13 lat, problemy II RP przestały być już aktualne i raczej nikogo nie interesowało ich rozliczanie. Szczególnie że w poprzednich latach robiła to z upodobaniem komunistyczna propaganda. Po Zagładzie słowa: antysemityzm i getto nabrały innego ciężaru gatunkowego, trudno więc dziwić się np. Annie Zawadzkiej, że po latach nader oględnie pisała o getcie ławkowym na Politechnice i roli, jaką w tej sprawie odegrał ich ojciec.

Esej O polityce poświęcony jest domniemanej licealnej przynależności Rudego do ONR. To domniemanie oparte jest wyłącznie na dwóch powojennych relacjach, w których jego nazwisko pojawia się w tym kontekście. Pierwsza to spisane w 1989 roku wspomnienia Gustawa Potworowskiego, szefa Grup Szkolnych ONR. Druga – kolegi z klasy Rudego, Kazimierza Sułkowskiego – zamieszczona została w wydanej w 1992 roku biografii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego autorstwa Wiesława Budzyńskiego. Kornelia Sobczak pisze w przypisie: Problem w tym, że nie znamy dobrze okoliczności pozyskania tej relacji przez Budzyńskiego od Sułkowskiego. Czy była to relacja ustna, pisemna, a może parafraza relacji ustnej? Budzyński tego nie wyjaśnia, pisze tylko we wstępie do książki, że zbierał informacje na temat Baczyńskiego od 1979 roku.(s.319) Nie było jednak problemem, żeby na tych dwóch świadectwach stworzonych pół wieku po wydarzeniach, których dotyczą, zbudować całą narrację.

Esej O Polsce opowiada o przedwojennym antysemityzmie w Polsce i getcie ławkowym na uczelniach. Z „Kamieniami na szaniec” łączy się to wyłącznie osobą profesora Józefa Zawadzkiego, rektora Politechniki Warszawskiej. To właśnie on podpisał zarządzenie wprowadzające na tej uczelni getto ławkowe. Zośka chodził wtedy do liceum. Kornelia Sobczak zadaje w związku z tym pytania z gatunku: co by było, gdyby…

Co by było, gdyby wojna nie wybuchła, a Zośka i Rudy zaczęli studia na Politechnice, gdzie ojciec Zośki wprowadził getto ławkowe? Czy włączyliby się w bicie Żydów ?

Z różnych odpowiedzi, które nasuwają mi się w tym momencie, najodpowiedniejsza wydaje mi się ta:

gdyby wojna nie wybuchła we wrześniu 1939 roku, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Być może nie byłoby Akcji pod Arsenałem, a Aleksander Kamiński nie napisałby „Kamieni na szaniec”.

Wtedy Kornelia Sobczak musiałaby swoją książkę poświęcić komuś innemu.

Na okładce „Zośki i Rudego” możemy przeczytać takie słowa: z antropologiczną biegłością dekonstruuje wszystkie przeinaczenia, idealizacje i uproszczenia, które od samego początku towarzyszyły utworowi Kamińskiego, a przez które zatracono prawdę o przeszłości. Kornelia Sobczak tę prawdę przywraca.

Moim zdaniem: nie – nie przywraca. Jedyną prawdą, do jakiej możemy dojść, jest ta, że nie wiemy.

I już się nie raczej nie dowiemy. No, chyba że pojawią się jakieś nieznane źródła z epoki, co oczywiście nie jest niemożliwe, choć bardzo mało prawdopodobne.

Kornelia Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2026

*tak to nazwisko jest odmieniane w książce – moim zdaniem powinno być: Krężla

Kim jest ślimak Sam ?

Kim jest ślimak Sam ?

Po serii archeologicznych wykopalisk blogowych sprzed lat przypomnę dziś ostatnią z książek, które stanęły na półkach Małego Pokoju w poprzedniej jego lokalizacji.

Wpis z 18 marca 2019 roku:

Po raz kolejny możemy przekonać się, jak silną nasza cechą narodową jest przekora. Im bardziej Polakom czegoś się zabrania, tym odwrotniejszy ma to skutek 😉

Dzięki akcji pewnego kuratorium, które ze zgrozą odkryło ją w bibliotece jednej ze szkół, książka „Kim jest ślimak Sam ?” po czterech latach od pierwszego wydania wzbudziła takie zainteresowanie, że wydawnictwo zdecydowało się na dodruk. Nie wiem, jaki był jej wcześniejszy nakład i poziom sprzedaży, ale jedyny egzemplarz dostępny w bibliotekach na warszawskim Bemowie (ponad 100 tysięcy mieszkańców) został wypożyczony 8 razy, ja byłam dziewiąta. Nie można więc powiedzieć, że dotychczas czytelnicy wyrywali sobie tę książkę z rąk. Wiadomo jednak nie od dziś, że nie ma lepszej reklamy niż mały skandal, ale czy na pewno o to chodziło władzom oświatowym ?

Kim więc jest ślimak Sam ?

Sam jest (co zapewne nie będzie dla nikogo niespodzianką 😉 ) ślimakiem i jako taki jest hermafrodytą (co jest cechą części ślimaczych gatunków). O tym, że coś może być z nim nie tak, dowiaduje się pierwszego dnia szkoły, kiedy nauczycielka każe się klasie podzielić na dziewczynki i chłopców…

Nie wiem, czy to ten problem z jednoznaczną identyfikacją Sama (Samuel czy Samanta ???) spowodował, że książka stała się obiektem takich kontrowersji, czy też chodzi bardziej o ten przegląd… jak to się teraz ładnie nazywa… nieheteronormatywnych sytuacji występujących w przyrodzie ?

Miałam tę książkę w ręku tuż po tym, jak się ukazała, a teraz wróciłam do niej, przyciągnięta zamieszaniem, które wywołała. Zadałam sobie dwa pytania: czy jest to książka w jakiś sposób szkodliwa i czy poleciłabym ją do czytania swoim i nieswoim dzieciom.

Moja odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: nie. Ta książka nie jest szkodliwa, ale według mnie żadna książka samojedna nie może mieć destrukcyjnego wpływu na czytelnika. Wbrew obawom wyrażanym przez osoby, które raczej jej w ręku nie miały, nikt nie zmieni orientacji seksualnej po jej przeczytaniu 😉

Czy poleciłabym ją ? Też nie, bo moim zdaniem jest ona po prostu kiepsko napisana. To jest częsty problem z książkami, które powstały, bo autor uważał, że ma misję przekazania czytelnikom czegoś jego zdaniem ważnego. W tym przypadku – dla przekazania garści ciekawostek przyrodniczych stworzono kompletnie wydumaną sytuację, w którą wstawiono zbiór zwierzęcych bohaterów pasujących do tezy. Bardzo niewiele dzieje się w tej książce, choć wydawać by się mogło, że nagromadzono tam wydarzenia, które powinny być dla bohatera dużym stresem – pierwszy dzień w szkole, silna burza i zniszczenia w lesie. Nawet ślimak powinien w związku z tym odczuwać jakieś emocje, a tu kompletnie ich nie czujemy. Najpierw Sam dowiaduje się, ze jego hermafrodytyzm jest dziwny (choć przecież w jego gatunku jest to norma). Potem wędruje przez las, poznaje kilka nieheteronormatywnych par i przyjmuje do wiadomości, że w przyrodzie różnie bywa. I już – koniec, finito, the end.

Jak czytelnik może wczuć się w ową niedookreśloną identyfikację płciową bohatera, skoro autorzy konsekwentnie piszą o nim w rodzaju męskim ? A przecież język polski ma na taką okoliczność rodzaj nijaki ! Marta Kisiel w swoim cyklu książek zaczynającym się od „Dożywocia” wspaniale udowodniła, że postać literacka może znakomicie funkcjonować w takim rodzaju, a nawet mówić o sobie w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

Mimo, że książkę o Samie napisała osoba fachowa, z doktoratem z biologii w Cambridge, ja moim okiem laika widzę w niej pewien biologiczno – logiczny zgrzyt. Sam mówi: Każdy ślimak może być albo chłopcem, albo dziewczynką. Trzeba się zdecydować. Ale ja… Ja jeszcze nie wiem, czy wolę być Samuelem czy Samantą. Nauczycielka kwituje to stwierdzeniem, że gdy Sam już podejmie decyzję, powie nam, jeśli będzie chciał. Tymczasem prawdziwy ślimak, jeśli jest hermafrodytą (bo nie wszystkie gatunki są), nie musi wcale wybierać. Po prostu jest obojniakiem i jak taki znakomicie może się rozmnażać. I to jak !!!

Książka o zwyczajach seksualnych ślimaków zdecydowanie nie byłaby dla dzieci i zapewne wywołałaby skandal nieco większy niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie… 😉

Maria Pawłowska, Jakub Szamałek „Kim jest ślimak Sam ?”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2015