Powiem Julce

Powiem Julce

„Powiem Julce” to była prawie ostatnia książka Krystyny Siesickiej – pisarki, na której twórczości się wychowałam. Nie pierwszy raz sięgnęła w niej do swoich wspomnień wojennych, choć akurat o tym szczególnym okresie wcześniej nie pisała.

„Powiem Julce” zostało wyróżnione w konkursie Książka Roku IBBY 2008.

Wpis z 4 stycznia 2009 roku:

Dwór w Pastuszkach nie był duży. Parterowy, położony na niewielkim wzniesieniu, bielił się widoczny między drzewami, trochę soplicowski, trochę serbinowski, jeśli coś ci to mówi, Julko. Z ganku wchodziło się do sporego holu i dopiero tu, za brązowymi, wysokimi drzwiami zaczynały się trochę mroczne korytarze prowadzące do środka domu. Dlaczego przypominam sobie to wszystko ? No, bo tak było, po prostu, a teraz po dworze nie ma śladu.

„Powiem Julce” to najnowsza książka Krystyny Siesickiej, o której sama autorka tak pisze na okładce: Nie wiem, jakimi słowami zaprosić Was do przeczytania tej książki. Może w ogóle tego nie zrobię, wdzięczna każdemu, kto bez specjalnego zaproszenia uda się na spotkanie z Julką, Zośką i Teresą. „Powiem Julce” jest opowieścią o pierwszej miłości, którą każda z nich przeżywa inaczej…

Teresa, Karol i Zośka… Pierwsza miłość, opisana w tej książce, była taka… nie do końca udana, ale stała się początkiem wspaniałej dziewczęcej (a później kobiecej) przyjaźni na całe życie. Ta miłość to tylko pretekst, aby powrócić pamięcią do tamtych miejsc i tamtego czasu.

Czas to był szczególny – koniec okupacji niemieckiej, kilka jesiennych i zimowych miesięcy między upadkiem Powstania Warszawskiego a początkiem ofensywy w styczniu. Był to czas, kiedy na prawym brzegu Wisły już tworzyła się nowa rzeczywistość, natomiast brzeg lewy zamarł w oczekiwaniu na to, co nadejdzie. Czas zawieszenia, niepewności, strachu…

Autorka wraca w tej książce do własnych wspomnień, bo to właśnie ona mając 16 lat jechała z Pruszkowa do Auschwitz transportem, który musiał poczekać w polu, bo tego dnia obóz nie przyjmował. To właśnie ją i 16 innych kobiet zabrał stamtąd dziedzic pobliskiego dworu Jarosław Tymowski. Dał im schronienie, otoczył opieką, aby we dworze przeczekały ten trudny czas. *

Jest też „Powiem Julce” opowieścią o dworze w Pastuszkach (…). I o ludziach o których warto pamiętać.

Nie tylko po tym dworze nie pozostał ślad. Z krajobrazu polskiego zniknęły wtedy niemal wszystkie dwory – splądrowane, rozgrabione, często spalone, a w najlepszym razie przejęte na szkoły czy mieszkania. Dwory były nie tylko instytucją, filarem, na którym opierała się struktura społeczna wsi – były też po prostu domami rodzinnymi. Od pokoleń ludzie mieszkali tam, kochali się, rodziły się dzieci, umierali. Domy te były wypełnione przedmiotami gromadzonymi przez lata, które oprócz wartości materialnej, widocznej dla każdego, miały też inną, bezcenną – sentymentalną.

„Powiem Julce” to requiem dla świata, którego już nie ma, a który skończył się właśnie wtedy.


Na twórczości Krystyny Siesickiej wychowała się cała żeńska część mojego pokolenia (i parę roczników starszych, że o młodszych nie wspomnę). „Zapałka na zakręcie”, „Jezioro Osobliwości”, „Beethoven i dżinsy”, „Czas Abrahama” czy „Przez dziurkę od klucza” to książki, które można nazwać naszym przeżyciem pokoleniowym.

Ja zaczęłam od „Jeziora Osobliwości”. O ile dobrze pamiętam – najpierw widziałam film, a potem dowiedziałam się od koleżanek, że jest też książka, która w dodatku zupełnie inaczej się kończy. Sięgnęłam po nią i tak się zaczęło. Ostatnią, którą czytałam będąc w wieku targetu tych książek, była „Moja droga Aleksandro”.

Potem przez wiele lat uważałam się za zbyt dorosłą na takie lektury (choć czasem zdarzało mi się wracać do kilku ulubionych). Zainteresowałam się nimi dopiero niedawno – z myślą o moich córkach i ze zdziwieniem odkryłam, że przez ten czas Krystyna Siesicka napisała wiele książek. Jeszcze większe zdziwienie odczułam, kiedy po nie sięgnęłam. Te, które czytałam jako nastolatka, to były proste historie, najczęściej dotyczące pierwszej miłości, mocno osadzone w wielkomiejskich (warszawskich) realiach tamtych czasów. Ten okres w twórczości Krystyny Siesickiej można nazwać matczynym. Jej dzieci, a ma ich pięcioro, były wtedy w wieku jej czytelników i nawet jeśli (co zawsze podkreśla) nie pisała o nich, to sprawy nastolatków były jej codziennością.

Książki z okresu babciowo – prabaciowego (stan aktualny: trzynaścioro wnuków i siedmioro prawnuków ) najczęściej dzieją się w małych miasteczkach, w starych domach, umeblowanych równie starymi meblami, w których pija się herbatę w porcelanowych filiżankach. Wśród bohaterów pierwszoplanowych, obok nastolatków, pojawiają się ludzie starsi, a same historie są… najkrócej mówiąc.. pokręcone 😉 Często przenikają się w nich plany realne i fikcyjne, czasem trudno się zorientować, co jest powieścią właściwą, a co – powieścią w powieści.

Krystyna Siesicka opisuje w nich świat widziany z perspektywy osoby starszej. To w literaturze młodzieżowej rzadko spotykany punkt widzenia. We współczesnym świecie, zdominowanym przez kult młodości i pogoń za nowoczesnością, to również zbyt często pomijany punkt widzenia.

Krystyna Siesicka „Powiem Julce”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2008

korzystałam z artykułu Aliny Gutek „Miła starsza pani to nie ja”, „Zwierciadło” 12/2008 – niestety nie można go przeczytać w internecie 😦

Przybysz

Przybysz

Update 20.05.2021 – jest już kolejne wznowienie „Przybysza” !!!

Wczoraj był Światowy Dzień Uchodźcy i z tej okazji przerwę na chwilę cykl o historii najnowszej, aby przypomnieć wpis z 4 lipca 2015 roku. „Przybysz” to nie jest książka o uchodźcach, pokazuje szerzej problem wszystkich, którzy z rozmaitych przyczyn opuścili swoje domy i ojczyzny, aby zacząć życie zupełnie gdzie indziej.

Okładka, która przypomina starą, oprawiona w skórę książkę, na niej zdjęcie w sepii. Na wyklejce sześćdziesiąt twarzy – jak ze zdjęć paszportowych. Ludzie wszystkich ras patrzą smutno, bez uśmiechu, niepewni swojej przyszłości. Dalej rozpoczyna się rozpisana na wiele obrazków opowieść o imigracji, o przyczynach dla których ludzie opuszczają miejsca swojego urodzenia i o problemach, jakie mają z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości.

„Przybysz” to książka uniwersalna, zrozumiała dla czytelnika w niemal każdym wieku, niezależnie od tego w jakim kraju, na jakim kontynencie żyje, jakim językiem i jakim alfabetem posługuje się na co dzień. To książka bez kolorów i słów, bo jedyne, jakie się w niej znajdują, to tytuł oraz końcowe podziękowania autora i tzw. blurby na ostatniej okładce.

Nie wiemy, kim jest jej bohater, jak się nazywa i jakiej jest narodowości, ale to nie jest ważne. Poznajemy go w dniu, w którym rozstaje się z żoną i córeczką, wsiada na statek i udaje się do świata całkiem obcego i odmiennego od tego, który zna. Żyją tam ludzie mówiący innym językiem i wszystko jest inne – domy, ulice, jedzenie, zwierzęta… Jego wiedza i doświadczenie życiowe przywiezione ze starego świata są tu kompletnie nieprzydatne. Nawet tak prosta wydawałoby się praca jak rozklejanie ogłoszeń, okazuje się trudna, kiedy nie zna się tamtejszego alfabetu i nie wie, gdzie jest góra, a gdzie dół tekstu. A jednak dzięki życzliwości innych ludzi udaje mu się stworzyć sobie nowe lepsze życie i sprowadzić do siebie rodzinę.

Special thanks go to Diego the parrot for inspiring most of the creatures in this book – napisał autor w moim, angielskim wydaniu tej książki, ale patrząc na zwierzęta na jej kartach zrozumiemy, że papuga była ich dość odległą inspiracją i można je określić jako nie tylko z twarzy podobne zupełnie do nikogo 😉

Tanowi udało się stworzyć świat, w którym każdy z czytelników niezależnie od tego, skąd pochodzi i gdzie mieszka, poczuje się obco i zrozumie, jak czuł się tam bohater tej opowieści. My, czytając (oglądając) pomyślimy zapewne przede wszystkim o naszych licznych rodakach emigrujących do Ameryki Północnej, ale Shaun Tan urodził się w Australii. Jego ojciec był pochodzenia malezyjsko – chińskiego, a matka – angielsko – irlandzkiego.

Język obrazów jest uniwersalny, nie wymaga umiejętności czytania, choć oczywiście im człowiek starszy i bardziej oczytany, tym więcej kontekstów kulturowych może w tej książce wyłapać. Skojarzy np. opowieści ludzi, napotkanych przez bohatera i domyśli się, skąd mogą pochodzić, ale nie jest to do zrozumienia całej historii niezbędne.

W Polsce „Przybysza” wydało dwukrotnie (edit: a nawet trzykrotnie !) wydawnictwo „Kultura gniewu”, niestety nakład jest już wyczerpany. Dostępne są jednak inne edycje, a bariera językowa w tym wypadku nie występuje . Mój „The Arrival” przybył do mnie niedawno z USA (Dziękuję, Ewa !!! :-), bo poprzedniego oddałam w prezencie, a potem przekonałam się, że już za późno na odkupienie go. Widziałam też egzemplarz przywieziony z Czech i tam ma on tytuł „Nowy świat”

„Przybysz” bywa uznawany za najważniejszą książkę dla młodzieży, jaka ukazała się w XXI wieku, ale nie jest ona adresowana jedynie do młodego czytelnika. Jej niezwykła na poły baśniowa atmosfera wciąga na długo i nie pozwala o niej zapomnieć.

Shaun Tan (scenariusz i rysunki) „Przybysz”, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2013

Galop ’44

Galop ’44

Wpis z 6 września 2014 roku:

„Galop ’44” to pierwsza napisana po 1989 roku (a więc w czasach, kiedy już można o tych wydarzeniach pisać swobodnie, nie obawiając się ingerencji cenzury) i adresowana do młodzieży powieść, której akcja toczy się podczas Powstania Warszawskiego. I nadal jedyna.

Sięgnęłam po nią z wielkimi nadziejami i z równie wielkimi obawami – natury dwojakiej…

Po pierwsze – bałam się tego, że nieznana mi z wczesniejszych publikacji pani Monika Kowaleczko – Szumowska  może zbyt (jak na moją  skrzywioną historycznie odporność) nonszalancko podejść do faktów i realiów.

Nie tak dawno zdarzyło mi się trafić przypadkiem na całkiem współczesna książkę z gatunku: babskie czytadło, której autorka niestety postanowiła część akcji umieścić w czasie Powstania. Jej bohaterowie wędrowali sobie rypcium pypcium w te i z powrotem z Elektoralnej na Kruczą, tak jakby przejście przez Aleje Jerozolimskie nie stanowiło w tych dniach najmniejszego problemu. I wcale nie był to najbardziej okazały kwiatek, jaki w tej książce znalazłam 😦

Tymczasem wierność faktom i realiom jest, że tak powiem, najmocniejszą stroną „Galopu ’44”. Jej autorka tak napisała w Podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki: Pragnę podkreślić, że zdecydowana większość przygód bohaterów „Galopu 44”, nawet te najbardziej nieprawdopodobne, to autentyczne wydarzenia odszukane w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego Jest to źródło niezwykłych powstańczych historii. Wiele postaci występujących w powieści jest inspirowanych sylwetkami prawdziwych powstańców. W książce pojawia się wiele postaci autentycznych i (ku mojej niekłamanej radości 😉 ) znajdują się one w miejscach i czasie, w których rzeczywiście mogły być.

A w dodatku, zupełnie przypadkiem, właśnie problemy komunikacyjne między Śródmieściem Północnym i Południowym oraz okupiona ogromnym wysiłkiem i wieloma ofiarami budowa barykady i rowu umożliwiającego przejście Alej Jerozolimskich jest jedną z osi akcji tej książki.

Moja druga obawa związana była z pomysłem autorki, aby bohaterami  uczynić współczesnych nastolatków przeniesionych w czasie. Takie zabiegi są zawsze ryzykowne i najeżone pułapkami, ale udało jej się wyjść z nich obronną ręką.

Dwaj bracia, dwa światy, jedno powstanie.

Pojawienie się w powstańczej Warszawie chłopców żyjących w niej współcześnie jest zabiegiem, który pomaga nastoletniemu czytelnikowi umieścić wydarzenia znane z historii w miejscach, które mija codziennie.

Wojtek i Mikołaj są co prawda nastolatkami na wskroś dwudziestopierwszowiecznymi, pojawiają się w Powstaniu w dżinsach i ze słuchawkami od Ipadów w uszach, ale równocześnie dysponują wiedzą historyczną, która pozwoliła im odnaleźć się w tamtych realiach. Mimo że doskonale zdają sobie sprawę nie tylko z tego, jak wszystko się skończy, ale czasami też jakie będą dalsze losy spotkanych ludzi, rozumieją, że nie mogą próbować zmienić historii. A kiedy podejmują takie nieśmiałe próby, przekonują się szybko, że to jest niemożliwe.

Czytałam o ich wędrówkach między oddalonymi o 70 lat sierpniami i skóra cierpła mi na myśl o tym, że może to wywołać szturm kolejnych amatorów podróży w czasie na replikę kanału w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na szczęście jest tam zaznaczone wyraźnie, że nie każdy i nie zawsze może tamtędy przejść.

Wojtek i Mikołaj zostali wybrani do tego zadania, żeby zachować żywą pamięć wtedy, kiedy już zabraknie świadków tych wydarzeń – „Galop ’44” służy właśnie jej przekazaniu. Mam nadzieję, że dzięki tej książce ich rówieśnicy zobaczą w uczestnikach Powstania Warszawskiego nie tylko szare postaci z dawnych kronik filmowych, ale autentycznych ludzi. I że pomoże im ona zrozumieć, o co i dlaczego oni wtedy walczyli…

P.S. Już po napisaniu tej recenzji przeprowadziłam wywiad z panią Moniką Kowaleczko-Szumowską, nie tylko o tej książce. Znajdziecie go —>>> tutaj

Monika Kowaleczko – Szumowska „Galop ’44” , wyd.: Egmont, Warszawa 2013

Książka została wznowiona w 2022 roku przez Wydawnictwo Harperkids z nową okładką, ale ja wolę tę poprzednią – bardziej osadzoną w Muzeum Powstania Warszawskiego

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Wpis z 15 maja 2017 roku:

Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom – trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.

Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.

Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce. Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, które być może będą chciały zadać.

Historii dzieci z Aleppo towarzyszą przepiękne ilustracje Marianny Sztymy. Są poważne, nie infantylne i funkcjonują trochę obok tekstu. Jednak kiedy obejrzymy je uważnie, okaże się, że opowiadają pewną historię, która się w tekście książki zawiera.

Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. Najważniejsi są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.

„Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal…

Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, powiedziała na spotkaniu promującym książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać oraz że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze…

Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Ela Sanela

Ela Sanela

W ostatnią sobotę, podczas Warszawskich Targów Książki ogłoszono wyniki V Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren organizowanego przez Fundację ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. To jedyny taki konkurs w Polsce – odbywa się co trzy lata i biorą w nim udział utwory jeszcze nie opublikowane, napisane zarówno przez debiutantów, jak i autorów z uznanym dorobkiem. Prace oznaczone są godłem, nazwiska autorów jurorzy poznają dopiero po uzgodnieniu werdyktu.

Wyniki tegorocznej edycji można znaleźć tutaj, a ja pomyślałam, że jest to dobra okazja, żeby przypomnieć książki nagrodzone w tym konkursie wcześniej.

Wpis z 13 czerwca 2011 roku:

Tytuł tej książki brzmi trochę jak dziecięca rymowanka – dokuczanka, coś jak: Jurek, ogórek, kiełbasa i sznurek. Na okładce – kolorowy pasiasty kot, jakby zrobiony na drutach. Na pierwszy rzut oka trudno jest podejrzewać, że mamy do czynienia z pierwszą, ukazującą się po polsku książką, która dotyka tematu wojny na Bałkanach.

Dla nastolatków, do których jest adresowana, ta wojna to temat równie odległy jak II Wojna Światowa. Kiedy trwała, nie było ich jeszcze na świecie, albo byli zbyt mali, żeby do ich świadomości dotarły koszmarne wiadomości dochodzące z Bałkanów. Minęło kilkanaście lat, świat zaczął powoli zapominać o Sarajewie i Srebrenicy, ale teraz znów sobie przypomina, bo dopiero teraz udało się aresztować i postawić przed sądem Ratko Mladica.

„Ela – Sanela” nie jest książką o wojnie, która trwa. Opowiada natomiast o tym, jak wojna bezlitośnie plącze ludzkie losy i jak trudno je potem rozplątać.

Ela ma prawie 13 lat, właśnie rozpoczęła naukę w pierwszej klasie gimnazjum w małym miasteczku gdzieś na południu Polski. Mieszka w starym domu na obrzeżach tego miasteczka z osobą, którą nazywa Babcią i którą kocha jak Babcię, ale doskonale wie, że nie jest jej prawdziwą krewną. Od dawna już nie pyta o swoich rodziców. Chodzi do szkoły, czyta książki, bierze udział w próbach spektaklu według „Małego księcia”…

Sanela Hasani urodzona 13 listopada 1993 roku w Bośni – tyle wiedziała o niej Babcia, kiedy zabierała ją niespełna roczną z ośrodka dla uchodźców. Teraz, po dwunastu latach udało się wreszcie odnaleźć kogoś z jej rodziny i Ela nagle dowiedziała się, że ma siostrę, która mieszka w Londynie. Podczas ucieczki z Sarajewa zaginęli gdzieś ich rodzice i brat, ale dziewczynki mają też dziadków w Sarajewie i kuzynki w Niemczech.. Jak wychowana przez Babcię na katoliczkę dziewczynka odnajdzie się w muzułmańskiej rodzinie ?

„Ela – Sanela” to książka niezwykła… Niespieszna – trochę jak życie w małym miasteczku. Zanim dowiemy się, kim naprawdę jest Ela, musimy spędzić trochę czasu w jej świecie, poznać ją. A kiedy już ja poznamy, przychodzi czas na pożegnanie. Nie wiemy, jak dalej potoczą się jej losy, możemy mieć tylko nadzieję, że teraz już na pewno wszystko będzie dobrze.

A kot ? Ten z okładki ? Ten kot jest bardzo ważną postacią w tej książce, ale, jak to często z kotami bywa, zupełnie odrębną, tajemniczą i zaskakującą.

Katarzyna Pranić „Ela – Sanela”, wyd.: Wydawnictwo Piotra Marciszczuka STENTOR, Warszawa 2011

Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie Serce

Wpis z 16 listopada 2012 roku:

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000