Książka wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020
Choć różnimy się od siebie, / to jest przecież bez znaczenia. / Każdy inny, wszyscy równi. / Jeden uśmiech świat odmienia.
Wpis poniekąd okolicznościowy, bo wczoraj były imieniny Barbary (także tej tytułowej), a w Mikołajki, które, jak wszyscy wiedzą, wypadają jutro, w przedszkolu jej imienia odbyło się spotkanie z patronką, na którym śpiewano tę piosenkę (której w wykonaniu Chóru Dziecięcego MILLE VOCI można posłuchać na stronie wydawnictwa czyli —–>>> tutaj ).
„Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki” to książka dla przedszkolaków i o przedszkolu, choć jest ono trochę nietypowe. Chodzą do niego nie tylko dzieci ludzkie, ale także dzieci – zwierzaki, dzieci – ptaki i (choć to może wydawać się niemożliwe) wszystkie one znakomicie się tam dogadują, mimo że przecież nie wszystkie mówią 😉 Poza tym jest tam tak, jak w normalnych przedszkolach, które jej czytelnicy znają z autopsji, więc na pewno poczują tam się swojsko i odnajdą wiele ze swoich własnych doświadczeń.
Niezależnie od gatunku, do którego należą, wszystkie przedszkolaki są tam jednakowo ważne i nawzajem uczą się dostrzegać i szanować swoje potrzeby. Bo jak napisała w swoim przesłaniu założycielka i patronka tego przedszkola:
Wszystkie dzieci są ważne. Te z dziupli, te z gniazd, te z domów i te z chaszczy.
Wszystkie dzieci powinny rozwijać skrzydła. Nawet jeśli nie są ptakami.
Wszystkie dzieci zasługują na przytulanie. Także jeże i żółwie.
Wszystkie dzieci mają mieć pełne brzuszki. I pełne serca.
Wszystkie dzieci są równe. Nieważne, na której gałęzi akurat siedzą.
„Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki” to książka, które raczej nie da się przeczytać na jeden raz. Jest podzielona na 22 rozdziały i ma wstążeczkę – zakładkę w nieprzypadkowo orzechowym kolorze. Dzięki niej nie będzie problemu ze znalezieniem miejsca, w którym przerwaliśmy lekturę. A po jej skończeniu, można zaznaczyć nią ulubiony fragment, do którego będziemy chcieli wrócić – na przykład cytowane powyżej Przesłanie Barbary Wiewiórki do dawnych, obecnych i przyszłych przedszkolaków. Bo warto do niego wracać, żeby nie zapomnieć.
P.S. „Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki” zostało nominowane w kategorii literackiej konkursu Książka Roku 2020 Polskiej Sekcji IBBY – trzymam kciuki !!!
Rafał Witek „Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki”, ilustr.: Aleksandra Fabia, wyd.: Bajka, Warszawa 2020
oraz kolejne tomy tego cyklu i inne książki autorstwa Marty Kisiel.
Nigdy nie lubiłam ani fantasy, ani horrorów, ani wszelakich paranormalności – zarówno w literaturze, jak i w filmach. No, nie moja bajka zupełnie. Wyjątek od tej reguły robię wyłącznie dla twórczości Marty Kisiel.
Nie pamiętam już, jak to się stało, że w moje ręce trafiło jej „Dożywocie”. Zachwycił mnie w tej książce przede wszystkim rozmach autorki, jej nieokiełznana wyobraźnia i zwariowane poczucie humoru. No i stało się – zakochałam się w Lichu, uroczym, naiwnym, bezgranicznie dobrym (ale nie przesłodzonym) Anielątku, które w dodatku mówi o sobie cały czas w rodzaju nijakim.
Postuluję to już nie pierwszy raz – Marcie Kisiel zdecydowanie należy się jakaś nagroda (a może nawet odznaczenie ?) za twórczy wkład w polszczyznę. Konkretnie za to, że udowodniła fantastyczną giętkość naszego języka oraz że rodzaj nijaki wcale nie jest taki nijaki i można go stosować także w pierwszej osobie liczby pojedynczej.
Nie będę się tu siliła na streszczanie Wam, o co chodzi w całym odjechanym, zwariowanym, a równocześnie ciepłym i przytulnym uniwersum Lichotki, bo mija się to z celem i jest po prostu bez sensu. To trzeba przeczytać, pomału wchodząc w ten świat i (podobnie jak bohater „Dożywocia” – Konrad) stopniowo dowiadując się, kim są dożywotnicy, których odziedziczył w spadku razem z domem. A potem albo się ich polubi, albo nie. Tertium non datur 😉
Po „Dożywociu” wiedziałam już, że na pewno sięgnę po następne książki tej autorki. Kiedy zaczynałam czytać „Nomen omen”, oczekiwałam kontynuacji znanej mi już historii i dopiero będąc gdzieś w 1/3 akcji, zorientowałam się, że nie mam co czekać na tamtych bohaterów. Zdążyłam się jednak już wciągnąć w tę nową opowieść – dużo mroczniejszą niż poprzednia, klimatem zbliżoną do horroru, ale wciągającą i w dodatku bardzo interesująco osadzoną w historii Wrocławia. W ten sposób definitywnie wsiąkłam w oba cykle książek Marty Kisiel. Pierwszy, zapoczątkowany „Dożywociem” uzupełniły potem „Siła niższa”, „Szaławiła” i „Oczy uroczne”. Na cykl wrocławski składają się (na razie !) „Nomen omen”, „Toń” i „Płacz”. Świat, który stworzyła w nich Autorka jest zdecydowanie postmodernistyczny. Wymieszane są w nim motywy znane od dawien dawna, choć może nie zawsze występujące w tych samych tradycjach i mitologiach, ale często funkcjonują tu zupełnie na opak, że wspomnę tylko (pardon my french 😉 ) upierdliwego i przemądrzałego anioła.
O ile uwielbiam oba te cykle i generalnie wszystko, co Marta Kisiel pisze dla dorosłych, to równocześnie mam spory problem z jej twórczością dla czytelników niedorosłych czyli z cyklem „Małe Licho”, który, można powiedzieć, wypączkował z uniwersum „Dożywocia”.
Kiedy zaczęłam czytać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” weszłam w opisywaną tam rzeczywistość jak w masło, jakbym znowu usiadła w w wygodnym i wysiedzianym fotelu u starych znajomych, z którymi niejeden wieczór przegadałam, bo są tam wszyscy – i Konrad, i Turu, i Licho, i Tsadkiel, i wszystkie różowe króliki, Zmora, Krakers i… no, po prostu wszyscy. I ja ich doskonale znam !!! Wiem, skąd się wzięli i dlaczego są tacy… jacy są. Nie wiem natomiast, co z tego wszystkiego zrozumie dziecko, które się z nimi spotyka po raz pierwszy ???
Na potrzeby tego wpisu przeczytałam tę książkę jeszcze raz, ale starając się nie pamiętać tego, co wiem. Chciałam spojrzeć na tę historię okiem świeżego czytelnika. No cóż – łatwo nie było i szczerze mówiąc, nie udało mi się to wcale, więc nadal nie wiem. Pytałam o to osób, które wypróbowały te książki na materiale żywym i niedorosłym, ale odpowiedzi nadal nie znalazłam. Wygląda jednak na to, że dają się oni ponieść wartkiemu tempu akcji i po prostu przyjmują tę rzeczywistość, jako coś normalnego, nie analizując jej szczególnie. I może dobrze, bo jakby się zaczęli zastanawiać nad tym, skąd się wziął na tym świecie Bożydar Antoni Niekiełłek… No cóż, ja też mam z tym pewien problem 😉 Już kwestia seksu z widmem prowadzi moją (dorosłą przecież !) wyobraźnię w rejony dość grząskie, ale tego, jak w jego wyniku poczęte zostało całkowicie realne, choć nie do końca zwyczajne dziecko, nie podejmuję się wyjaśniać osobie w żadnym wieku.
Ten temat w książkach o Małym Lichu na szczęście nie występuje, więc niedorosłych czytelników te rozważania ominą. Znajdą tam natomiast piękną opowieść o miłości i akceptacji, na którą zasługuje absolutnie każdy. I jeszcze, nieco zapomnianego już obecnie, „Króla elfów” Goethego, który dzięki tej historii nabrał nowego blasku. W dodatku wszystko to jest fantastycznie napisane !!!
Parafrazując znane powiedzenie o aktorach i czytaniu – myślę, że Marta Kisiel potrafiłaby napisać książkę telefoniczną tak, że byłaby to pasjonująca lektura.
Oraz bestseller.
Marta Kisiel „Małe Licho i tajemnica Niebożątka”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2018
Marta Kisiel „Małe Licho i anioł z kamienia”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2019 – Książka Roku IBBY 2019 w kategorii literackiej za książkę dla dzieci
oraz zapowiedź na 2 września 2020 roku – „Małe Licho i lato z diabłem” 🙂 (edit: które zostało zostało nominowane w kategorii literackiej konkursu Książka Roku 2020 Polskiej Sekcji IBBY – trzymam kciuki !!!)
oraz „Małe Licho i babskie sprawki”, które było nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: tekst i zostało NAGRODZONE !!!
Pomysł tej serii jest genialny w swojej prostocie – książeczki zawierają piosenki znane powszechnie i śpiewane dzieciom od pokoleń. Zilustrowały je znakomite ilustratorki – przede wszystkim Agnieszka Żelewska.
Z tymi książeczkami można robić różne rzeczy. Można śpiewać – dziecku i razem z dzieckiem. Jeśli ktoś się nie czuje wystarczająco mocny wokalnie – może czytać. Można też je po prostu oglądać z dzieckiem – ilustracje dostarczają wielu tematów do rozmów.
Pierwszą pozycją z tej serii, która wpadła w nasze ręce był „Jedzie pociąg”. Podobnie jak niedawno w „Rzepce” – zachwyciła mnie dbałość o szczegóły i szczególiki. Ach, te łączki z kwiatkami, jabłonka z owocami, dziecko w nosiłkach, papuga w klatce, piłeczka dziecka w wagonie i krzywa szyja gęgającej gęsi (prawda, że widać to gęganie ???), kotek, piesek (i to co robi pod semaforem 😉 )… Z każdym oglądaniem zauważam kolejny smaczek.
Z pozostałych szczególnie upodobałam sobie „Ptaszka z Łobzowa”. Nie wiem – czy bardziej z sentymentu do Krakowa (pięknie narysowanego przez Agnieszkę Żelewską) czy dlatego, że zawsze lubilam tę piosenkę. Fascynowały mnie w niej słowa Asa Tadarasa – wydawały mi się takie tajemnicze, czarodziejskie, trochę jak zaklęcie.
Książeczki z tej serii znakomicie nadają się na pierwsze lektury dla maluchów – mają sztywne kartki, piękne ilustracje do oglądania, a ich teksty – do czytania i śpiewania – nie znudzą się długo. Piosenki znane od pokoleń zostaną z naszymi dziećmi na całe życie i (mam taką nadzieję !) przejdą na następne pokolenia.
„Gdzieżeś Ty bywał czarny baranie ?”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004 – wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2003
„Jadą, jadą misie”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004
„Jedzie pociąg z daleka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004 – wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004
„Krakowiaczek jeden”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004
„Miała baba koguta”, ilustr.: Joanna Jung, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004
„Ptaszek z Łobzowa”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004
„Przybieżeli do Betlejem”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004
„Stary niedwiedź”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004
Gdyby ktoś tamtej nocy spojrzał w dół z samolotu, zobaczyłby na ziemi czarną plamę w kształcie serca. To awaria elektrowni pogrążyła w ciemności całe miasto, a wraz z nim okoliczne miasteczka, wsie i domy rozsypane wśród pól. Kawałek świata nagle zmienił się nie do poznania…
Żyjemy w świecie pozbawionym ciemności, boimy się jej i staramy się ją rozświetlić. Nawet w miejscach odległych od ludzkich siedzib trudno jest zobaczyć gwiazdy na niebie, bo zagłusza je łuna bijąca od ziemi, ale jesteśmy do tego stanu tak przyzwyczajeni, że nie zauważamy tego. Rzadko patrzymy w nocy w niebo, bo po co, skoro i tak niczego na nim nie widać ?
Pogasły lampy, latarnie, podświetlane reklamy, sygnalizacja świetlna i neony nad witrynami sklepów. Znieruchomiały ruchome schody, windy stanęły pomiędzy piętrami. Z cichym pyknięciem wyłączyły się komputery, telewizory zgasły w pół słowa, umilkło radio, elektryczne czajniki nie zdążyły zagotować wody, pralki zatrzymały się w połowie wirowania, a lodówki zaczęły się rozmrażać. Na pozbawionym prądu obszarze zapanowała cisza i ciemność…
Trwająca jedną noc awaria elektrowni, która pogrąża okolicę w ciemności, pozwala zauważyć jak wiele tracimy przez jej brak. Nie widzimy nie tylko gwiazd, ale także zwierząt, które żyją obok nas, ale chowają się tam, gdzie nie dociera światło.
Kiedy czytałam tę książkę przypomniały mi się dawne czasy moich pierwszych obozów harcerskich, pierwsze nocne warty w ciemnym lesie i to, jak trudno było zrozumieć, że w ciemności lepiej widzi się bez światła. Kiedy zapalamy latarkę, widzimy bardzo dobrze tylko to, co ona oświetla, natomiast wszystko, co znajduje się poza strumieniem światła, ginie w ciemności jeszcze ciemniejszej. Kiedy zgasimy światło i poczekamy chwilę, aż oczy przyzwyczają się do nowych warunków, okaże się, że możemy zobaczyć dużo więcej – na przykład zwierzęta, które na co dzień kryją się przed nami i nawet nie wiemy, że są tak blisko.
„Awaria elektrowni” została wyróżniona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku IBBY, natomiast (ku mojemu zdziwieniu i żalowi) w kategorii graficznej zdaniem jury nie zasłużyła nawet na nominację. Nie dyskutuję z werdyktami jurorów w takich sytuacjach, bo wiem, że ich rola jest niebywale trudna – nie sposób jest porównywać rzeczy nieporównywalnych 😉 Myślę jednak, że warto jest docenić nie tylko tych ilustratorów, którzy starają się wnieść do tego świata coś nowego, ale także tych, którzy sięgają do tradycji i robią to znakomicie. My, dorośli czytelnicy książek dla niedorosłych, widzieliśmy w swoim życiu dużo więcej niż ich dziecięcy adresaci i to, co nam może wydać się zachowawcze i mało odkrywcze, dla nich może być odmienne od tego, co już znają.
Opowieść Tiny Oziewicz o ciemności, która trwała jedną noc, zamknięta jest w książce, która cała – od okładki przez wyklejki i całostronicowe ilustracje Rity Kaczmarskiej – utrzymana jest w ciemnych, nocnych barwach. Świat pozbawiony sztucznego oświetlenia okazuje się być fascynujący i pełen niespodzianek.
Tina Oziewicz „Awaria elektrowni”, ilustr.: Rita Kaczmarska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019
Wpis z 13 lipca 2007 roku. Przypominam go, bo wczoraj obchodziliśmy Światowy Dzień Kundelka 🙂
Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki, od razu przypomniałam sobie weekend, który spędziłyśmy w Krakowie ze Środkową z moich córek przed dwoma laty. Pojechałyśmy tylko we dwie – to miał być czas tylko dla niej, spędzony tak, jak chciała. Odpuściłam więc sobie cały program turystyczny, szczególnie że najważniejsze zabytki zaliczyłyśmy przy okazji poprzedniej bytności w Krakowie. Wtedy, we trzy z Najstarszą wędrowałyśmy śladami babci Brygidy z książki Doroty Terakowskiej.
Tym
razem nasz plan składał się z trzech punktów:
* spotkanie z pewną moją internetową znajomą, równie jak ja zakręconą na punkcie książek;
*
jazda na rolkach nad Wisłą, bo poprzednim razem bardzo żałowałyśmy,
że tyle tam pięknych asfaltowych dróżek, a my niestety na
piechotę 😦 ;
* karmienie gołębi na Rynku czyli ulubione krakowskie zajęcie mojej córki (edit: wtedy to było jeszcze legalne 😉 ).
Wszystko udało się nadzwyczajnie – spędziłyśmy niezapomniane popołudnie Beą i jej rodziną (pozdrawiamy wszystkich !!! 🙂 ). Rolkowanie z widokiem na Wawel w piękne niedzielne przedpołudnie też było fantastycznym przeżyciem, a przy okazji, zupełnie nieoczekiwanie natknęłyśmy się na ten oto pomnik (zdjęcie z Wikipedii – nie mogę znaleźć naszego).
Przypomniałam sobie (przypadkiem zobaczoną kiedyś w telewizji) informację o jego odsłonięciu. Niewiele mogłam jednak powiedzieć Środkowej o tym piesku – tylko to, że niezmordowanie czekał na swojego zmarłego nagle pana w miejscu, z którego zabrała go karetka pogotowia. Dzięki książce Barbary Gawryluk, urokliwie zilustrowanej przez Iwonę Całą, wiemy już dużo więcej.
Kraków jest miastem obfitującym w legendy, a ta narodziła się niemal na naszych oczach.Dżok czekał przy rondzie na powrót swojego pana blisko rok i chyba nie było wtedy w tym mieście osoby, która by o nim nie słyszała. Nie dawał się złapać i odwieźć do schroniska, nie chciał stamtąd odejść z nikim. Zaufał dopiero starszej pani, która go przez ten czas dokarmiała i która zadbała dla niego o schronienie przed mrozem. Kiedy stracił już widać nadzieję na powrót pana Nikodema, uznał ją za swoją nową panią.
„Dżok” to
książka niewesoła. Poszyta jest ( jakże przecież typową dla
Krakowa ) melancholią, ale znajdziemy w niej też dużo ciepła.
Nieszczęścia, które spadały na Dżoka, zostają niedopowiedziane,
bo patrzymy na nie niejako z jego punktu widzenia. Za to ludzie,
których piesek spotkał na swojej drodze są bez wyjątku dobrzy i
życzliwi.
Historia
Dżoka, jak to w legendach bywa, nie ma ani początku, ani końca. Nie
wiemy, co przeżył, zanim trafił do schroniska, skąd zabrał go
pan Nikodem. Nie wiemy też, gdzie podziewał się po tym, jak uciekł
na widok karetki, która znów miała zabrać bliską mu
osobę. Przybył
nie wiadomo skąd i odszedł nie wiadomo dokąd, ale pozostanie na
zawsze symbolem wiernej miłości, jaką psy potrafią obdarzyć
ludzi w zamian za okazane im serce.
Barbara Gawryluk „DŻOK legenda o psiej wierności”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2007
Wpis z 27 kwietnia 2007 roku i ostatnia książka Wydawnictwa FRO9 😦
Wiosna – pierwsze litery z wiolonczeli i ze snu…
… śpiewa Elżbieta Adamiak słowami Andrzeja Poniedzielskiego. W moim ogrodzie kwitną żółte forsycje. Kwitnie też żółto krzew, który przywykłam nazywać różą japońską, a okazuje się, że chyba wcale nią nie jest. Kwitną żółte mlecze – ku radości Najmłodszej z córek, która nie może już doczekać się dmuchawców i ku utrapieniu sąsiadów – posiadaczy wypielęgnowanych trawników. W moim ogrodzie wiosna weszła w fazę żółtą. I w ten oto sposób, drogą kolejnych skojarzeń – od wiosennej piosenki przez żółte kwiatki w moim ogródku doszłam do „Żółtej zasypianki” 😉
Mała Asia próbuje zasnąć. Ale jak tu zasnąć, kiedy na jej kołderce wśród żółtych kaczeńców baraszkują żółte kurczaczki i turlają się żółte słoneczka ? Mama opowiada jej bajkę na dobranoc… Jaką ? Asia nie ma wątpliwości – oczywiście żółtą. Ta bajka jest jak sen, a we śnie wszystko może się zdarzyć. Nawet to, że opowieść o żółtej wyspie, na którą żółtym balonem przyleciał pan z żółtą papugą, będzie mieć zupełnie nieoczekiwaną, czerwoną puentę.
O uroku tej książki decydują w jednakowym stopniu: tekst Anny Onichimowskiej oraz kaligrafia i ilustracje Krystyny Lipki – Sztarbałło. Ilustracje niezwykle urokliwe, w rozmaitych odcieniach żółci, z konturami zaznaczonymi delikatną czarną kreską.
„Żółta zasypianka” to trzecia z czterech książek wydanych przez Wydawnictwo FRO9 – po ”Leonie i kotce” i ”Rynnie”. Od jakiegoś czasu nic o nim nie słychać, a ich strona internetowa nie otwiera się 😦 Szkoda by było, gdyby przestało istnieć, bo wszystkie ich książki był piękne i niezwykle starannie wydane.
Wyróżnienie
graficzne w konkursie Książka
Roku IBBY 2005
Kiedy moje (obecnie już pełnoletnie) córki były małe – a więc w sumie nie tak dawno, zaledwie kilkanaście lat temu – rynek książki dziecięcej w Polsce wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Patrząc na obecną klęskę urodzaju pięknych książek, która powoduje, że trudno jest wybrać i nie da się przeczytać wszystkiego, co jest tego warte, aż trudno uwierzyć, że wtedy każda dobrze napisana i zilustrowana oraz ładnie wydana pozycja była na wagę złota.
Wtedy, w początku XXI wieku, rzec można na gruzach dawnego porządku i wydawnictw rodem z PRL, powstawały nowe, małe oficyny, zakładane przez ludzi, których nazwałabym szczególnymi maniakami książek. Niektóre z nich istnieją do dziś, niektóre nawet przestały być małe, ale były też takie, które nie przetrwały. Dwóch z nich nie mogę odżałować – jednym było Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, które wydało między innymi „Wierzbową 13”, a drugim – Wydawnictwo FRO9. Jego nakładem ukazały się tylko cztery pozycje i wszystkie były zachwycające. Dziś przypomnę pierwszą z nich, o której pisałam 25 września 2006 roku:
Ta książka to czysta poezja, choć napisana jest prozą. Każdy, kto chodził do szkoły wie, że najgorsza rzecz, jaką można zrobić z poezją, to zacząć zastanawiać się co autor chciał przez to powiedzieć 😉 . Dlatego „Leona i kotki” nie należy analizować. Trzeba usiąść z dzieckiem w spokoju i dać się unieść jej nastrojowi, budowanemu w równym stopniu przez tekst Grażyny Ruszewskiej i ilustracje Piotra Fąfrowicza. Nie znam drugiej książki dla kilkulatka, przy lekturze której ogarniałby mnie taki spokój i która tak wyciszałaby Najmłodszą z moich córek.
Książki „z obrazkami” dzielą się na takie, które składają się z efektu pracy pisarza i ozdabiających go ilustracji oraz te, w których ilustracje i tekst dopełniają się, tworząc nierozdzielną całość. Ta należy do tych drugich – nie istniałaby bez ilustracji Piotra Fąfrowicza. Są one odmienne od dominującej obecnie quasi-disnejowskiej stylistyki obrazków dla dzieci – niedopowiedziane, pozostawiające pole dla wyobraźni oglądającego.
Historyjka o kocie, który niechętnie przyjął pojawienie się w jego domu kotki – znajdy, jest urzekającą w swojej prostocie opowieścią o rodzącej się przyjaźni (a nawet miłości). Jest to też opowieść o tym, że zmiany, które nieuchronnie przynosi życie, wcale nie muszą być zmianami na gorsze. Sześcioletnia Marysia, której recenzję zamieszczono na stronie wydawnictwa, znalazła w niej jeszcze coś: To przecież bajka o mnie ! Jak urodziła mi się siostrzyczka, to jej nie chciałam, a potem sie okazało, że żyć bez siebie nie możemy ! Może Wy odkryjecie w niej jeszcze coś innego ?
Wiem, że dzieci nieprzyzwyczajone do takiej poetyki początkowo podchodzą do „Leona i kotki” nieufnie. Nie znam jednak żadnego, którego by ta książka nie uwiodła. A jakie piękne sny ma się po niej… Takie poetyckie… 🙂
Wyróżnienie literackie i graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004
Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens
Grażyna Ruszewska „Leon i kotka czyli jak rozumieć mowę zegara”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: „FRO9”, Łódź 2004
Edit: nakładem tego samego wydawnictwa ukazała się jeszcze jedna książka tej spółki autorskiej – „Wielkie zmiany w dużym lesie”. Składają się na nią trzy historie, ale nie urzekły nas tak bardzo jak „Leon i kotka”. Chyba Najmłodsza była już na nią za duża…
Grażyna Ruszewska publikuje obecnie jako Grażyna Lutosławska 🙂
„Franciszka” przyszła do mnie trochę jak wiersz. – powiedziała Anna Piwkowska w rozmowie z Jerzym Illgiem (Nowe książki 3/2015) – Pojawiła się dziewczynka i domagała się, żebym napisała o niej opowieść. Jest to oczywiście w dużym stopniu proza autobiograficzna, bo mówi o trzynastolatce, która pisze swój pierwszy wiersz i odkrywa pierwsze poetki. Odkrywa, że w poezji jest magia i że doskonałym sposobem na kontaktowanie się ze światem, na tłumaczenie sobie rozmaitych rzeczy, a także może na pocieszenie w trudnych chwilach jest właśnie poezja.
„Franciszka” to książka tyleż urzekająca, co kontrowersyjna – szczególnie w świetle tytułu Książki Roku IBBY, którym została uhonorowana. To książka która albo zachwyci swoją niezwykłą atmosferą, wciągnie i uwiedzie albo… solidnie zdenerwuje 😉
Ja należę raczej do tych pierwszych, mimo że czytając zauważałam także rzeczy, które mogły razić bardziej zdystansowanego czytelnika. Choćby sztuczność sytuacji, która niejako zawiązuje akcję – naprawdę trudno uwierzyć, że oczytana i bywająca w teatrze trzynastolatka, uczennica niezłego gimnazjum, może nie wiedzieć, że także kobiety piszą wiersze ! Nie słyszała nigdy o Marii Konopnickiej, nie czytano jej w dzieciństwie wierszy Wandy Chotomskiej ? Jest tam jeszcze trochę takich mniejszych zgrzytów, z których mnie najbardziej uderzało to, że wszyscy bez wyjątku (także rówieśnicy) zwracają się do bohaterki jej pełnym imieniem i to zawsze w wołaczu. No i taki być może drobiazg, że Babsko mieszka zdecydowanie na Bielanach, a cały czas mówi się o tym miejscu Żoliborz 😉
Mimo wszystko nie żałuję jednak, że sięgnęłam po tę książkę, o której Joanna Olech napisała, że jest o szlachetnych odmieńcach. Jako nastolatka byłam inna niż Franciszka, ale znalazłam w niej prawdę o tym, co się czuje i jak widzi świat w tym wieku – kiedy jest się pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Kiedy oglądam swoje zdjęcia z tego czasu, nie widzę tam siebie, tylko dziewczynkę, którą kiedyś byłam, a którą teraz nie do końca rozumiem i nie zawsze lubię.
Franciszka nie chciała być Franciszką. W zależności od nastroju – mniej lub bardziej. Owszem, chciała być Anią z Zielonego Wzgórza, Rebeką de Winter albo Scarlett O’Harą. Ale tego dnia, kiedy pogotowie zabrało mamę do szpitala, Franciszka czuła, że nie chce być ani Anią, ani Rebeką, ani Scarlett. Po prostu najbardziej ze wszystkiego na świecie nie chciała być Franciszką.
W tej rozmowie z Jerzym Illgiem Anna Piwkowska powiedziała jeszcze: Franciszka zadaje sobie to najważniejsze pytanie trzynastolatki: kim ostatecznie jestem ? (…) To powieść dedykowana moim rodzicom, bo bardzo dużo jest tam ze mnie trzynastoletniej. A z drugiej strony są tam oczywiście moje uczennice, które zaczynają pisać swoje pierwsze poezje i czasem do mnie z nimi przychodzą. Anna Piwkowska jest nauczycielką polskiego w jednym z warszawskich społecznych gimnazjów i tę szkołę można bez trudu rozpoznać na kartach książki. Autorka podzieliła się z Franciszką także Nieborowem – miejscem, w którym dorastała, które wywarło na nią ogromny wpływ i które kocha. Tę miłość czuje się na kartkach tej książki.
Kiedy (…) Franciszka po raz pierwszy zobaczyła biały pałac z dwiema wysokimi, zielonymi wieżami i czerwony dach kryty gontem, ośnieżony podjazd i dwa kamienne lwy strzegące wejścia do pałacu, poczuła ten sam dreszcz, który towarzyszył jej, gdy spotykała którąś ze swoich kolejnych poetek. Dobrze znała ten dreszcz. Oto znów w jej życiu miało nastąpić wyjątkowe spotkanie. Bo kiedy Franciszka rozejrzała się po ogromnym holu, spojrzała na biało-czarną posadzkę i dębowy stół, kiedy weszła na drugie piętro pałacową klatką schodową do gościnnego pokoju i wyjrzała na ośnieżony park przez trzy okna wychodzące na trzy strony świata, wiedziała, ze ona również pokocha to miejsce…
Zapewne nie trafiłabym na „Franciszkę”, gdyby nie zeszłoroczna nagroda Polskiej Sekcji IBBY, bo dość trudno ją spotkać na półkach księgarni. A nawet gdybym trafiła, to pewnie zniechęciłby mnie do niej krzykliwy (żeby nie powiedzieć – oczowalisty 😉 ) kolor okładki, kojarzący się z używanymi często markerami do podkreślania. Po przeczytaniu uznałam, że i okładka , i ilustracje, które także łączą czarną kreską z markerowymi maziajami, nie pasują do atmosfery tej książki. Trudno mi sobie wyobrazić Franciszkę używającą takich pisaków. Zmieniłam jednak trochę zdanie, kiedy w jednej z recenzji znalazłam taką opinię nastolatki: Po „Franciszkę” sięgnęłam z powodu okładki. Jej jaskrawy kolor szybko przyciągnął moją uwagę, jak się okazało na dłużej. Czyli że to działa właśnie na tych, do których adresowana jest ta książka.
Mam nadzieję, że nastolatki, które sięgną po „Franciszkę” poszukają potem wierszy samej Anny Piwkowskiej, do których ja także wróciłam po wielu latach, a potem trafią być może na jej wspaniałą, wydaną w tym roku książkę „Achmatowa, czyli Rosja”.
I właśnie za tę Achmatową jestem najbardziej wdzięczna Franciszce…
Anna Piwkowska „Franciszka” (seria: małe zeszyty), ilustr.: Emilka Bojańczyk, wyd.: Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2014
Anna Piwkowska „Achmatowa, czyli Rosja” (Biblioteka „Więzi”, tom 308), wyd.: Więź, Kraków 2015
Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?
„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.
Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…
Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.
Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.
Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…
Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂
Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012
Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.
Wpis z 9 lipca 2007 roku:
Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.
Na
śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola
ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem.
Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe
wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy
samochodu dostawczego.
Czytałam
tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie
nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami
spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości
życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co
stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?
Czy
moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy
pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na
świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?–
zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy
zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali
znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego
? W
pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie
przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie
będzie im już towarzyszyła Mama.
Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.
Jakiś czas temu napisałam o innej książce: Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…
Kiedy
ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z
córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna
scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza
wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było
już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy
się kochać…
Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania. Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy. „Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…
Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.
Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002
Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014