Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej

Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS w kategorii ilustracji

oraz nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

oraz wpisana na listę White Ravens 2022 !!!

Ta książka powstała z pragnienia, by ocalić od zapomnienia baśnie ludowe łączące Matkę Boską z przyrodą. Wydaje mi się, że niewiele dzieci je zna, choć niegdyś były tak popularne jak dziś opowieści Marvela.

Gdy byłam mała, opiekowała się mną niania mojej mamy, Cecylia Kot, wiejska kobieta z Podkarpacia. Uosobienie miłości. I to ona przekazała mi niektóre z tych legend. Śpiewała mi je, opowiadała wierszem. Te proste bajki z jednej strony tłumaczyły, skąd się wzięło to czy tamto, kolor piórek kanarka, drżenie listków osiki, a z drugiej – włączały przyrodę do sfery sacrum, czyniły z niej element historii zbawienia – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej” to książka zbudowana trochę jak kalendarz roku maryjnego. Zaczyna się i kończy w zimie, i jest to zima pełna śniegu, a zaczyna się i kończy zdaniem: na całym świecie nie ma dwóch takich samych śnieżynek 🙂 Potem wśród różnych historii znajdujemy ułożone chronologicznie takie, które wyjaśniają pochodzenie i zwyczaje kolejnych świąt związanych z Najświętszą Marią Panną. A mamy ich sporo – że wymienię tylko Matki Boskiej Gromnicznej, Jagodnej, Zielnej czy Siewnej.

Kiedy wzięłam „Maryjki” pierwszy raz do ręki, przypomniała mi się opowiadana mi przez Mamę, która znała ją z dzieciństwa od swojej Matki Chrzestnej, historia o tym, jak Matka Boska uczyła Jezuska tańczyć. Pamiętam ją jak przez mgłę, a Mamy, żeby mi ją przypomniała, już nie ma. Nie znalazłam jej w tym zbiorze, może zresztą Ciocia Miłka sama ją wymyśliła, ale była bardzo podobna w duchu do tych, które spisała Justyna Bednarek. Jest w nich coś ujmującego – obraz Matki Boskiej jako z jednej strony osoby nieskończenie dobrej dla wszystkich istot, z drugiej – takiej zwyczajnej ludzkiej mamy, kochającej i troszczącej się o synka nawet wtedy, kiedy był on już dorosłym mężczyzną. W dodatku funkcjonującej w naszych polskich (a więc doskonale znanych tym, którzy je opowiadali, i tym, którzy słuchali) realiach geograficzno – klimatycznych. Efektem tego połączenia jest Maryja gotująca dla syna i jego uczniów pierogi z jagodami, rozmawiająca ze skowronkami i wilkami i chowająca się przed żołnierzami Heroda w leszczynach.

To zaadoptowanie do znanych realiów, takie oswojenie Matki Boskie jest zjawiskiem występującym na całym świecie. Wystarczy wspomnieć chociażby afrykańskie rzeźby ludowe, na których Święta Rodzina ma rysy rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Opowieściom o Maryi towarzyszą w tej książce ilustracje Marianny Oklejak inspirowane polską sztuką ludową. Ten nurt jest w jej twórczości obecny od dawna, a pierwszą jego emanacją były wydane w 2015 roku autorskie „Cuda wianki” nagrodzone tytułem Książki Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY oraz ich kontynuacja – „Cuda niewidy”. We wstępie do pierwszej z nich Marianna Oklejak napisała: Ta książka powstała z zachwytu. Polską kulturę ludową poznaję od kilkunastu lat i nie mogę się wciąż nadziwić jej różnorodności. Żywa muzyka, niezwykła harmonia kolorów, świetne kroje ubrań, piękne ornamenty – wszystko to, co od wieków szczerze płynie z serca, a nie z potrzeby rynku, ma nadal wielką moc. (…) Ten świat istnieje nie gdzieś daleko – za górami, za lasami lub zamknięty jedynie w skansenach – lecz blisko, za miedzą, i wcale nie jest oderwany od naszego „dzisiaj”. Jego język jest wciąż aktualny. Od nas zależy, czy będzie trwać, rozwijać i wypełniać znaczeniem.

Ten zachwyt ilustratorki trwa nadal, a jego wyrazem były zeszłoroczne ilustracje do nominowanej w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii Od A do Z książki „O kolędach. Gawęda” oraz tegoroczne „Maryjki”. Jestem przekonana, że za tym się nie skończy i bardzo czekam na to, co będzie dalej 🙂

Justyna Bednarek „Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Już, już !

Już, już !

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst

oraz: wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY , nominowana w konkursie Literacka Podróż Hestii i do Nagrody imienia Ferdynanda Wspaniałego

oraz laureatka Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego (popularnie zwanej Koziołkiem) – i to podwójna, bo otrzymała także Nagrodę Czytelników !!!

Wiosną 2019 roku na portalu Gazeta.pl przeczytałam wstrząsającą rozmowę Anny Kaliny z mamą dziesięcioletniej Zosi, dziewczynki, która trafiła na odwyk. Poraziła mnie siła uzależnienia behawioralnego, gdzie nawet w kochającej i uważnej rodzinie możliwa jest utrata czujności rodziców i wycofanie dziecka w świat gier. Wiedziałam, że muszę o tym napisać, ta historia stała się moim koszmarem we śnie i na jawie, przede wszystkim dlatego, że sama jestem mamą, a zagrożenie nigdzie się nie czai, tylko żyje sobie po pańsku pod każdym dachem. Opowieść o Zosi stała się luźną inspiracją. Tuż po ukończeniu powieści wybuchła epidemia koronawirusa, nastał czas powszechnej izolacji i nagle ogromna część codziennego życia przeniosła się do internetu – napisała w posłowiu Autorka.

Ja także jestem mamą i przy lekturze tej książki nie raz towarzyszyła mi myśl, jak bardzo cieszę się, że moje córki są już dorosłe. W czasach, kiedy one dorastały, zagrożenia, które obecnie czyhają na dzieci w internecie, dopiero raczkowały. Początkowo mieliśmy w ogóle tylko jeden komputer w domu, potem przez jakiś czas miały jeden na spółkę, a pierwszego laptopa Najstarsza z córek dostała na osiemnaste urodziny. Podobnie późno, jak na obecne standardy, stawały się posiadaczkami telefonów komórkowych, a poza tym były one nieporównywalnie słabiej wyposażone w gry i aplikacje. Dlatego, kiedy w odpowiedzi na wezwanie na obiad czy wyjście z pokoju w innej sprawie, słyszałam od którejś z nich tytułowe Już, już ! mogłam być prawie pewna, że albo się zaczytała w papierowej książce, albo najzwyczajniej w świecie gada z kimś przez telefon.

Oczywiście to się z czasem zmieniało, ale na szczęście w ich życiu był czas i na zajęcia dodatkowe, i na normalne życie towarzyskie z rówieśnikami, i na lekcje informatyki w szkole, na których dowiedziały się o wielu zagrożeniach zanim było za późno na ich uświadomienie.

Lula, bohaterka tej książki, ma dziewięć lat. Jest uzdolniona plastycznie, świetnie się uczy, chodzi na zajęcia sportowe, pamięta o obowiązkach domowych i odrabianiu lekcji – po prostu dziecko marzeń. Wszystko to jednak zmienia się, kiedy jej starsza siostra dostaje na urodziny laptopa. Wtedy jej stary komputer zostaje przeniesiony do pokoju Luli, żeby mogła z niego korzystać na potrzeby zadań szkolnych. Początkowo tak jest, dziewczynka przestrzega ustalonych z rodzicami reguł, ale potem (wzorem niemal wszystkich koleżanek z klasy) zaczyna grać w (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) grę Kryształowy zamek, stworzoną i dystrybuowaną w sieci przez (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) firmę o znaczącej nazwie Devil’s Media. I pomału zaczyna ją ten wirtualny świat wciągać…

Akcja tej książki to zaledwie parę jesiennych miesięcy, a Lula zdoła w tym czasie przejść wszystkie fazy uzależnienia. Zapytacie – jak to możliwe, że rodzice tego w porę nie zauważyli ? Niestety – może tak się zdarzyć. Tata Luli pracuje za granicą i w domu bywa od czasu do czasu. Bardzo się wtedy stara nadrobić zaległości rodzinne, ale przecież tak się nie da. Na co dzień Mama jest sama z trójką dzieci, psem, domem i pracą. Przyzwyczaiła się do tego, że w przeciwieństwie do starszej siostry i brata, najmłodsza z rodzeństwa nie sprawiała jeszcze kłopotów. Początkowo bagatelizowała więc różne (nazwijmy to) wybryki córki, przyjmowała przeprosiny i zapewnienia, że to się nie powtórzy, a potem było już za późno.

„Już, już !” to książka, o której jedna z jurorek Plebiscytu Blogerów Lokomotywa powiedziała, że powinna mieć na okładce apel do rodziców, aby koniecznie przeczytali ją razem z dzieckiem !!! Dorośli mogą w niej znaleźć wiele tematów do zastanowienia się i rachunku sumienia. Nie tylko rodzice, ale także nauczyciele, którzy niespodziewanie dla siebie musieli się zmierzyć z nauczaniem zdalnym. Ja mogłam się tylko (gorzko) zaśmiać, kiedy słyszałam o dzieciach robiących komputerowe prezentacje o rozmaitych dyscyplinach sportu… w ramach lekcji wychowania fizycznego lub oglądające na tych lekcjach filmy o szkodliwości zbyt długiego siedzenia przed ekranem, ale nie wiem, jak bym się znalazła w tej rzeczywistości, gdybym miała dzieci w wieku szkolnym.

„Już, już !” to bardzo dobrze skonstruowana i napisana opowieść. Rodzina Luli jest zupełnie zwyczajna, ale opisana bardzo prawdziwie – relacje między rodzeństwem, ojciec, który w czasie krótkich urlopów w domu aż za bardzo stara się nadrobić czas swojej nieobecności, babcia nie nadążająca za światem swoich wnuków i pies. Tak, wątek psa (a szczególnie ostatnia scena) wyjątkowo mnie poruszył. Poznajemy ich wszystkich pod koniec lata, na początku roku szkolnego i na razie wszystko jest porządku. Katarzyna Wasilkowska z aptekarską dokładnością, niemal jakby odmierzając je kroplomierzem, wprowadza w świat Luli niewielkie, początkowo wręcz niewidoczne gołym okiem zmiany i problemy. Długo jest tak, że kibicujemy jej i mamy nadzieję, że uda jej się (może nawet kosztem niewielkiego kłamstwa, ale jednak) wybrnąć z nich i że wszystko wróci do normy. W okolicach Bożego Narodzenia już jest na to za późno, choć (tu mały spoiler) zakończenie pozostawia jednak nadzieję dla niej i dla całej rodziny.

Zaczęłam od tego, co Autorka napisała w posłowiu, więc zakończę jej słowami otwierającymi tę książkę:

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się bez poważnej przyczyny. Nie było żadnego wypadku, nikt nie wygrał miliona w lotto ani nikt nie umarł. Nie spadł też meteoryt, nie przeprowadzono się do nawiedzonego domu, ani nie ujawniono mrocznego sekretu sprzed lat. Nie odkryto ani jednych tajemniczych drzwi.

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się naprawdę.

Katarzyna Wasilkowska „Już, już !” (seria: To lubię), ilustr.: Robert Konrad, wyd.: Literatura, Łódź 2021

Logopedyczne prztyczki

Logopedyczne prztyczki

Książka wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Ćwierć wieku temu, kiedy moje starsze córki był jeszcze małe (Najmłodszej z nich jeszcze nawet nie było w planach), a ja dopiero zaczynałam swoja dorosłą przygodę z literaturą dla dzieci, istniało w Warszawie wydawnictwo Plac Słoneczny 4. Istniało niezbyt długo, ale należało do ekskluzywnego grona małych wydawnictw, które rozpoczęły w Polsce tak zwaną lilipucią rewolucję i doprowadziły do odrodzenia się w naszym kraju rynku książek dla niedorosłych czytelników po zapaści początku lat dziewięćdziesiątych.

Wspominam je, bo to właśnie ono wydało nasze ukochane „Wierszyki łamiące języki” Małgorzaty Strzałkowskiej zilustrowane fantastycznie przez Elżbietę Wasiuczyńską. Był to nasz pierwszy kontakt z twórczością obu Pań, ale zdecydowanie nie ostatni. Obie mają już swoje własne pokaźne półki w Małym Pokoju z Książkami. Zapraszam —>>>> tutaj do Małgorzaty Strzałkowskiej, a —>>> tutaj do Elżbiety Wasiuczyńskiej – są tam jeszcze dwa ich wspólne tytuły 🙂

Z wierszyków zawartych w tym zbiorze najbardziej utkwił mi w pamięci ten muszce spod Łopuszki, a pochodzące stamtąd wezwanie Ruszże móżdżkiem a nie różdżką ! okazało się mieć zastosowanie wszechstronne 🙂

Kiedy Wydawnictwo Plac Słoneczny 4 przestało istnieć, „Wierszyki łamiące języki” ukazały się nakładem Wydawnictwa Media Rodzina i tym razem zilustrowała je kolażami sama Autorka.

Ta książka przypomniała mi się teraz z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jakiś czas temu dowiedziałam się o tym, że inne wydawnictwo wydało niedawno zbiór wierszy innej, nieżyjącej już poetki i opatrzyło go tym samym tytułem. Na list otwarty, w którym Małgorzata Strzałkowska zaprotestowała przeciw takim praktykom, odpowiedziało: Naszą intencją nie było wykorzystanie „czyjegoś pomysłu”, ale nawiązanie do istniejącego od wielu lat w języku polskim połączenia wyrazowego: „wierszyki łamiące języki”.

Nie ulega wątpliwości, że wiele powiedzeń, haseł reklamowych, tytułów audycji czy filmów z czasem wchodzi do współczesnej polszczyzny i żyje własnym życiem. Warto przytoczyć takie połączenia wyrazowe, jak: dialogi na cztery nogi, powtórka z rozrywki, biegam, bo lubię, mieć jasność w temacie, z pewną taką nieśmiałością… Przeglądając strony internetowe oraz analizując liczne publikacje opatrzone tytułem „Wierszyki łamiące języki” (zawierające rymowanki ćwiczące wymowę), uznaliśmy, że po 24 latach to połączenie wyrazowe funkcjonuje na prawach związku frazeologicznego i jego użycie nie narusza praw autorskich Pani Małgorzaty Strzałkowskiej. Tytuł ten potraktowaliśmy jako synonim określenia „rymowanki do ćwiczeń wymowy” – chcieliśmy też, by określał on rodzaj publikacji, tak jak: „Baśnie i legendy”, „Atlas zwierząt”, „Opowieści biblijne”, „Łamigłówki”.

No cóż – mimo, że od pierwszego wydania tych wierszy minęło już tyle czasu, dla mnie (i myślę, że nie tylko dla mnie) ten tytuł nierozerwalnie wiąże się z nazwiskiem Małgorzaty Strzałkowskiej. Podobnie mam z paroma innymi tytułami, często starszymi od tego.

Powód drugi natomiast jest taki, że właśnie ukazały się bardzo podobne do nich „Logopedyczne prztyczki”. Tym razem zilustrował je Piotr Rychel i zrobił to równie brawurowo jak przed laty Elżbieta Wasiuczyńska. Nie mogło być inaczej, bo te wierszyki nie tylko łamią języki – one je wyginają, pętlą i supłają w węzły bez mała gordyjskie.

Jest ich w tym zbiorze równo pięćdziesiąt i stanowią właśnie tyle absurdalnych asumptów do fantastycznej zabawy dla małych i dużych. Przyda się to każdemu niezależnie od wieku – także tym z dobrą dykcją. Spotkacie tam i gang wikingów, i Anastazego Długaśnego z Wierzchosławiczek, i dzierzby w wierzbach, i trzyszcza Teofila, że o czyżyku ze strzyżykiem nie wspomnę. W takim towarzystwie nie sposób się nudzić !!!

A mnie po tej lekturze przyszło do głowy, że Małgorzata Strzałkowska jest jedyną poetką, która potrafiłaby znaleźć w wierszu miejsce dla mojego ulubionego zamku Tropsztyn, który znajduje się w miejscowości Wytrzyszczka. Mam nadzieję, ze kiedyś to nastąpi.

(Edit: moje marzenie spełniło się szybciej, niż mogłam to sobie wyobrazić !!! Jeszcze tego samego dnia otrzymałam od pani Małgorzaty Strzałkowskiej taki wiersz:

W lasach Wytrzyszczki w pobliżu Czchowa
uroczy zamek Tropsztyn się chowa.
Uroczy zamek Tropsztyn w Wytrzyszczce
brzmi szeleszcząco oraz prześlicznie,
a więc zobaczyć go nie omieszkam,
po czym w Tropsztynie sobie zamieszkam
i z wieży zamku będę wrzeszczała:
– W zamku w Wytrzyszczce mieszka M. Strzała!

To jest dowodem na to, że nie ma rzeczy, osoby ani miejsca, o których pani Małgorzata nie byłaby w stanie stworzyć wiersza 🙂 )

P.S. Wydawnictwo dodaje do tej książki trzy piękne zakładki – oto jedna z nich 😉

Małgorzata Strzałkowska „Logopedyczne prztyczki” ilustr.: Piotr Rychel, Wyd.: Bajka, Warszawa 2021

Kocur mruży ślepia złote

Kocur mruży ślepia złote

Wpis z 5 kwietnia 2009 roku:

Książka nagrodzona tytułem „Najpiękniejsza książka roku” w 2008 r. i wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2008 roku

Tytuł sugeruje, że jest to książka o kocie, pobieżny rzut oka na okładkę – również. Jednak już przyjrzawszy się jej dokładniej, zauważymy, że znajdujący się tam czarny właściciel uszu i ogona raczej kotem nie jest. A kiedy ją w końcu przeczytamy i obejrzymy, okaże się, że jest zupełnie o czym innym.

O czym ?

Może o kolorach… ?

Przypomniało mi się, że, kiedy byłam mała, bazując na własnych doświadczeniach malarskich uznałam, że biel to brak koloru – tak jak biała kartka zanim się zacznie malować. Czerń natomiast to wszystkie kolory wymieszane razem, co przydarzało się nieraz, jeśli malowałam ze zbyt wielkim zapałem. Bardzo byłam zdziwiona, kiedy później dowiedziałam się, że z fizycznego punktu widzenia jest dokładnie odwrotnie 😉

Trochę podobnie jest w tej książce, ale interpretacja fizyczno – optyczna jest tylko jedną z wielu możliwości. Przy odrobinie fantazji można ją odczytać nawet jako mini traktat teologiczny 😉 Ale to już pozostawię Waszej wyobraźni…

„Kocur mruży ślepia złote” to autorska książka Marii Ekier, którą dotychczas znaliśmy jedynie jako znakomitą ilustratorkę. Nie powstała by ona gdyby nie wydawnictwo „Hokus Pokus” w osobie Marty Lipczyńskiej, która tak mi o tym opowiadała:

Bardzo się cieszę, że w ogóle udało mi się namówić panią Marię do tej książki. Kocham jej ilustracje, ale dotychczas zawsze uzupełniały one cudzy tekst. Miałam wrażenie, że zaistniałyby pełniej, gdyby stworzyła książkę autorską. Powstała śliczna rymowanka, która świetnie wpada w ucho i po prostu płynie przez całą książkę. Niby prosta, ale finezyjna i dająca się odczytywać na różnych poziomach. A ilustracje są po prostu piękne. Jestem przekonana, że obcowanie od najmłodszych lat z taką ilustracją, która jest dziełem sztuki, kształtuje gust od najmłodszych lat i zaprocentuje w przyszłości.

Maria Ekier (tekst i ilustracje) „Kocur mruży ślepia złote”, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2008

Świat Mundka

Świat Mundka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst

oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY i nominowana w pierwszej edycji konkursu Literacka Podróż HESTII !!!

Z badań nad czytelnictwem dzieci i młodzieży, które od lat prowadzi dr Zofia Zasacka wynika wyraźnie, że spora część tych dzieci, które w początkach szkoły podstawowej czytały książki, przestaje to robić w wieku około 13 lat (czyli do niedawna na progu gimnazjum). Dlaczego tak się dzieje ? Przyczyn jest kilka: jedną z nich jest to, że w tym wieku dzieci osiągają większą samodzielność w wybieraniu sposobów spędzania czasu, większą rolę w ich życiu zaczynają tez odgrywać media społecznościowe, więc, można powiedzieć, że mają inne, bardziej atrakcyjne zajęcia 😉 Poza tym mają oni już za sobą parę lat szkoły, która skutecznie przekonuje ich przy pomocy lektur szkolnych, że czytanie jest czynnością nudną. Wreszcie – last but not least – wkraczają w wiek dojrzewania. To czas wielu rozterek, trudnych pytań stawianych samemu sobie i poszukiwania odpowiedzi na nie. Niestety, tych odpowiedzi współcześni nastolatkowie raczej nie znajdą w literaturze do nich adresowanej.

Próbowałam wśród książek wydanych w ostatnim czasie znaleźć takie, które opowiadałyby o problemach dorastania w sposób interesujący dla nastolatków i na ogół były to pozycje tłumaczone z języków obcych. Realia życia opisywane w nich nie zawsze odpowiadały polskim, choć te problemy są uniwersalne. Z wielką radością odkryłam „Świat Mundka” – książkę z historią dziejącą się współcześnie na polskiej prowincji, w której ani bohaterowie, ani tym bardziej dialogi między nimi nie szeleszczą papierem.

Masz trzynaście lat, a za sobą kilka potyczek przy domowym stole ? To może znasz Mundka, który chce rysować komiksy, ale jego ojciec nie widzi w tym przyszłości ? Może jest w twojej klasie jakaś Inga, która trzyma marzenia w tekturowym pudle na dnie szafy ? Albo łysi bliźniacy o imionach wielkich twórców, którzy chcą robić małe rzeczy ? Oddaję ci „Świat Mundka”, bo pewnie trochę przypomina twój – napisała Autorka na ostatniej okładce tej książki.

W „Świecie Mundka”, trochę wbrew tytułowi mamy dwoje głównych bohaterów. Jest to więc nie tylko świat Mundka, ale także Ingi, ich historie są oddzielne, choć czasami się krzyżują, bo chodzą oni do tej samej klasy. W takiej sytuacji można się spodziewać wątku miłosnego, ale mimo że obydwoje czują coś do siebie, cała opowieść nie jest o tym.

Nie jest to też, jak w przypadku młodzieżowych powieści obyczajowych bywa najczęściej, historia rozgrywająca się w grupie rówieśniczej z rodzicami gdzieś w odległym tle. W tym wieku dom rodzinny stanowi jeszcze centrum świata młodego człowieka, a rodzice mają na jego życie ogromny wpływ. Pokazanie tego jest wielkim plusem „Świata Mundka”, bo właściwie każdy z bohaterów, także drugoplanowych nie ma ze swoimi rodzicami łatwo.

Czytałam tę książkę dwa razy i za drugim razem zobaczyłam w niej przed wszystkim opowieść o dorosłych. Trudno się oczywiście spodziewać, że jej nastoletni czytelnicy będą potrafili spojrzeć z takiej perspektywy, ale może warto, żeby sięgnęli po nią także ich rodzice ? Choćby po to, żeby potem nie mówili swoim dzieciom takich rzeczy:

– Weź ty zrób coś pożytecznego, chłopie – zrzędził ojciec przekopując widelcem jajecznicę na talerzu. – Smarujesz i smarujesz… Jeszcze nie spotkałem takiego, który by wyżył ze smarowania głupot. Nic wam nie zadają ?

Ta wypowiedź to taka kwintesencja częstego stosunku rodziców do dzieci. Jest w niej zarówno pogardliwe deprecjonowanie tego, co jest pasją syna (czyli rysowanie komiksów, do czego chłopak ma wyraźny, choć konsekwentnie niedostrzegany przez ojca talent), jak też sprowadzanie jego aktywności życiowej tylko do szkoły (dodajmy, że rzecz dzieje się w czasie wakacji). Jest też przekonanie, że to ojciec wie najlepiej, jaka powinna być przyszłość jego dziecka. Oczywiście – taka, w której powtórzyłoby ono życiową drogę swoich rodziców, z tym że powinno zrobić to lepiej, bo słuchając ich rad, nie popełniłoby błędów, które oni zrobili.

Ta wypowiedź pokazuje też, jak bardzo ów ojciec zamknięty jest w wizji świata, w którym on sam żyje. Tymczasem (podobno) ponad połowa obecnych nastolatków będzie pracować w zawodach, których jeszcze nie ma. Ojciec Mundka nie wie też, że z tego smarowania głupot można obecnie całkiem dobrze żyć, a storyboardziści i motion designerzy, jeśli tylko są dobrzy w swoim fachu, zarabiają lepiej od niego 😉

To jest niestety problem, który pogłębia się w miarę tego, jak coraz szybciej zmienia się nasza rzeczywistość. Zawsze było tak, że dzieci wychowywało się do świata, w którym żyli ich rodzice, a nie do tego, w którym one same potem żyły. Obecni nastolatkowie, w tym także bohaterowie tej książki to roczniki z pierwszej dekady XXI wieku, nie pamiętający świata bez internetu. Ich rodzice urodzili się u schyłku PRL-u, dorastali w czasie transformacji ustrojowej, a wychowywani byli przez rodziców, którzy całe życie przeżyli w słusznie minionym systemie. Każde z tych pokoleń stawało wobec wyzwań nieznanych poprzednikom. Tak będzie także z następnymi, a świat będzie się zmieniał coraz szybciej

Katalog rodzicielskich win wobec dzieci jest w tej książce naprawdę szeroki – od zwykłej bezradności, przez przemoc fizyczną i psychiczną po obojętność, a przyczyn często należy szukać w ich dzieciństwie. Warto się przejrzeć w tym zwierciadle, choć byłabym niesprawiedliwa, gdybym pozostawiła Was z przekonaniem, że nie ma tam fajnych dorosłych. Są, ale raczej w wieku emerytalnym – przede wszystkim ciotka Mundka i jej przyjaciółka (oraz ich cudowne dialogi 😉 ), a także (ukazująca pod koniec zaskakujące oblicze) dyrektor jego szkoły. To z jej ust Mundek usłyszy słowa, które powinien usłyszeć każdy nastolatek: Nie przyjmuj do wiadomości, że twój cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Nikt, Raj-mun-dzie, nikt nie ma pojęcia, co jest dla ciebie możliwe, a co nie.

Świat Mundka, świat Ingi, świat Kazika i innych zależy przede wszystkim od nich, a nas dorosłych rolą jest im tego nie popsuć…

Katarzyna Wasilkowska „Świat Mundka”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

O kolędach. Gawęda

O kolędach. Gawęda

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Nie doceniłam Emilii Kiereś – stwierdzam to z ogromnym zadowoleniem, a nawet z radością 😉

Zainteresowałam się tą książką ze względu na ilustracje Marianny Oklejak, ale poza tym spodziewałam się, że będzie to coś w rodzaju świątecznego śpiewnika jakich wiele już widziałam – czyli teksty kolęd, nuty oraz krótki tekst informujący o historii każdej z nich. Tymczasem „O kolędach. Gawęda” okazała się publikacją nie tylko piękną wizualnie (co mnie absolutnie nie zaskoczyło), ale także zaskakująco interesującą 😉

Gdybym Was zapytała, o czym zwykle śpiewamy pod choinką, odparlibyście na pewno, że o narodzinach Jezusa. To prawda – większość kolęd mówi właśnie o tym. Ale na ile różnych sposobów ! Czy zauważyliście kiedyś, że każda kolęda ma inny nastrój, a betlejemska stajenka bywa opisywana z bardzo różnych punktów widzenia ? Zwykle nie zwracamy na to uwagi, bo przecież kolęd się nie czyta – tylko się je śpiewa. A kiedy śpiewamy, nie zastanawiamy się nad każdym słowem.

Ta książka służy właśnie temu, żebyśmy się nad nimi zastanowili. Oprócz nut, chwytów gitarowych i tekstów kolęd, zawierających także zwrotki obecnie już zapomniane, znajdziemy w niej również wyjaśnienie słów, które w nich występują, a które mogą być dla współczesnych czytelników nie do końca zrozumiałe. Opowieść, którą Emilia Kiereś snuje wokół tych dwudziestu kolęd, nie jest wykładem, a właśnie gawędą dotykającą wielu związanych z nimi tematów. Znajdziemy więc tam nie tylko wyjaśnienie tego, o czym każda z kolęd opowiada, z odwołaniem zarówno do realiów Palestyny z czasów narodzin Jezusa, jak też tego, w jaki sposób odbiły się w niej czasy, w których powstała. Znajdziemy również historię kolędowania oraz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia w Polsce przez wieki, z nawiązaniami do tego, co w tej tradycji pozostało jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, łączą z tekstami pieśni i z ilustracjami Marianny Oklejak jak w najstaranniej utkanej materii. „O kolędach. Gawęda” nie jest książką do przeczytania na jeden raz. Podobnie jak kolędy, które przecież towarzyszą nam nie tylko wigilijny wieczór, ale śpiewa się je w kościołach do 2 lutego, ona także może być lekturą na niejeden świąteczny i poświąteczny wieczór.

Jest to także (druga już w tym roku!) książka osadzająca te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście, który coraz bardziej zagłuszany jest przez donośne pohukiwanie Uzurpatora, nazywającego siebie Świętym Mikołajem. Tymczasem żaden prezent wyjęty spod choinki nie może się równać z magią tej jednej w roku chwili, kiedy wszyscy stoimy wokół stołu, na którym leży opłatek, a jedna z córek czyta W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz… (oraz z tym momentem o północy, kiedy w ciemnym kościele nagle zapalają się światła, rozlegają organy i śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje !).

I takich wzruszeń życzę wszystkim także w tym trudnym i dość smutnym roku !

Emilia Kiereś „O kolędach. Gawęda”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki

Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki

Choć różnimy się od siebie, / to jest przecież bez znaczenia. / Każdy inny, wszyscy równi. / Jeden uśmiech świat odmienia.

Wpis poniekąd okolicznościowy, bo wczoraj były imieniny Barbary (także tej tytułowej), a w Mikołajki, które, jak wszyscy wiedzą, wypadają jutro, w przedszkolu jej imienia odbyło się spotkanie z patronką, na którym śpiewano tę piosenkę (której w wykonaniu Chóru Dziecięcego MILLE VOCI można posłuchać na stronie wydawnictwa czyli —–>>> tutaj ).

„Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki” to książka dla przedszkolaków i o przedszkolu, choć jest ono trochę nietypowe. Chodzą do niego nie tylko dzieci ludzkie, ale także dzieci – zwierzaki, dzieci – ptaki i (choć to może wydawać się niemożliwe) wszystkie one znakomicie się tam dogadują, mimo że przecież nie wszystkie mówią 😉 Poza tym jest tam tak, jak w normalnych przedszkolach, które jej czytelnicy znają z autopsji, więc na pewno poczują tam się swojsko i odnajdą wiele ze swoich własnych doświadczeń.

Niezależnie od gatunku, do którego należą, wszystkie przedszkolaki są tam jednakowo ważne i nawzajem uczą się dostrzegać i szanować swoje potrzeby. Bo jak napisała w swoim przesłaniu założycielka i patronka tego przedszkola:

Wszystkie dzieci są ważne. Te z dziupli, te z gniazd, te z domów i te z chaszczy.

Wszystkie dzieci powinny rozwijać skrzydła. Nawet jeśli nie są ptakami.

Wszystkie dzieci zasługują na przytulanie. Także jeże i żółwie.

Wszystkie dzieci mają mieć pełne brzuszki. I pełne serca.

Wszystkie dzieci są równe. Nieważne, na której gałęzi akurat siedzą.

„Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki” to książka, które raczej nie da się przeczytać na jeden raz. Jest podzielona na 22 rozdziały i ma wstążeczkę – zakładkę w nieprzypadkowo orzechowym kolorze. Dzięki niej nie będzie problemu ze znalezieniem miejsca, w którym przerwaliśmy lekturę. A po jej skończeniu, można zaznaczyć nią ulubiony fragment, do którego będziemy chcieli wrócić – na przykład cytowane powyżej Przesłanie Barbary Wiewiórki do dawnych, obecnych i przyszłych przedszkolaków. Bo warto do niego wracać, żeby nie zapomnieć.

P.S. „Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki” zostało nominowane w kategorii literackiej konkursu Książka Roku 2020 Polskiej Sekcji IBBY – trzymam kciuki !!!

Rafał Witek „Przedszkole imienia Barbary Wiewiórki”, ilustr.: Aleksandra Fabia, wyd.: Bajka, Warszawa 2020

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

oraz kolejne tomy tego cyklu i inne książki autorstwa Marty Kisiel.

Nigdy nie lubiłam ani fantasy, ani horrorów, ani wszelakich paranormalności – zarówno w literaturze, jak i w filmach. No, nie moja bajka zupełnie. Wyjątek od tej reguły robię wyłącznie dla twórczości Marty Kisiel.

Nie pamiętam już, jak to się stało, że w moje ręce trafiło jej „Dożywocie”. Zachwycił mnie w tej książce przede wszystkim rozmach autorki, jej nieokiełznana wyobraźnia i zwariowane poczucie humoru. No i stało się – zakochałam się w Lichu, uroczym, naiwnym, bezgranicznie dobrym (ale nie przesłodzonym) Anielątku, które w dodatku mówi o sobie cały czas w rodzaju nijakim.

Postuluję to już nie pierwszy raz – Marcie Kisiel zdecydowanie należy się jakaś nagroda (a może nawet odznaczenie ?) za twórczy wkład w polszczyznę. Konkretnie za to, że udowodniła fantastyczną giętkość naszego języka oraz że rodzaj nijaki wcale nie jest taki nijaki i można go stosować także w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

Nie będę się tu siliła na streszczanie Wam, o co chodzi w całym odjechanym, zwariowanym, a równocześnie ciepłym i przytulnym uniwersum Lichotki, bo mija się to z celem i jest po prostu bez sensu. To trzeba przeczytać, pomału wchodząc w ten świat i (podobnie jak bohater „Dożywocia” – Konrad) stopniowo dowiadując się, kim są dożywotnicy, których odziedziczył w spadku razem z domem. A potem albo się ich polubi, albo nie. Tertium non datur 😉

Po „Dożywociu” wiedziałam już, że na pewno sięgnę po następne książki tej autorki. Kiedy zaczynałam czytać „Nomen omen”, oczekiwałam kontynuacji znanej mi już historii i dopiero będąc gdzieś w 1/3 akcji, zorientowałam się, że nie mam co czekać na tamtych bohaterów. Zdążyłam się jednak już wciągnąć w tę nową opowieść – dużo mroczniejszą niż poprzednia, klimatem zbliżoną do horroru, ale wciągającą i w dodatku bardzo interesująco osadzoną w historii Wrocławia. W ten sposób definitywnie wsiąkłam w oba cykle książek Marty Kisiel. Pierwszy, zapoczątkowany „Dożywociem” uzupełniły potem „Siła niższa”, „Szaławiła” i „Oczy uroczne”. Na cykl wrocławski składają się (na razie !) „Nomen omen”, „Toń” i „Płacz”. Świat, który stworzyła w nich Autorka jest zdecydowanie postmodernistyczny. Wymieszane są w nim motywy znane od dawien dawna, choć może nie zawsze występujące w tych samych tradycjach i mitologiach, ale często funkcjonują tu zupełnie na opak, że wspomnę tylko (pardon my french 😉 ) upierdliwego i przemądrzałego anioła.

O ile uwielbiam oba te cykle i generalnie wszystko, co Marta Kisiel pisze dla dorosłych, to równocześnie mam spory problem z jej twórczością dla czytelników niedorosłych czyli z cyklem „Małe Licho”, który, można powiedzieć, wypączkował z uniwersum „Dożywocia”.

Kiedy zaczęłam czytać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” weszłam w opisywaną tam rzeczywistość jak w masło, jakbym znowu usiadła w w wygodnym i wysiedzianym fotelu u starych znajomych, z którymi niejeden wieczór przegadałam, bo są tam wszyscy – i Konrad, i Turu, i Licho, i Tsadkiel, i wszystkie różowe króliki, Zmora, Krakers i… no, po prostu wszyscy. I ja ich doskonale znam !!! Wiem, skąd się wzięli i dlaczego są tacy… jacy są. Nie wiem natomiast, co z tego wszystkiego zrozumie dziecko, które się z nimi spotyka po raz pierwszy ???

Na potrzeby tego wpisu przeczytałam tę książkę jeszcze raz, ale starając się nie pamiętać tego, co wiem. Chciałam spojrzeć na tę historię okiem świeżego czytelnika. No cóż – łatwo nie było i szczerze mówiąc, nie udało mi się to wcale, więc nadal nie wiem. Pytałam o to osób, które wypróbowały te książki na materiale żywym i niedorosłym, ale odpowiedzi nadal nie znalazłam. Wygląda jednak na to, że dają się oni ponieść wartkiemu tempu akcji i po prostu przyjmują tę rzeczywistość, jako coś normalnego, nie analizując jej szczególnie. I może dobrze, bo jakby się zaczęli zastanawiać nad tym, skąd się wziął na tym świecie Bożydar Antoni Niekiełłek… No cóż, ja też mam z tym pewien problem 😉 Już kwestia seksu z widmem prowadzi moją (dorosłą przecież !) wyobraźnię w rejony dość grząskie, ale tego, jak w jego wyniku poczęte zostało całkowicie realne, choć nie do końca zwyczajne dziecko, nie podejmuję się wyjaśniać osobie w żadnym wieku.

Ten temat w książkach o Małym Lichu na szczęście nie występuje, więc niedorosłych czytelników te rozważania ominą. Znajdą tam natomiast piękną opowieść o miłości i akceptacji, na którą zasługuje absolutnie każdy. I jeszcze, nieco zapomnianego już obecnie, „Króla elfów” Goethego, który dzięki tej historii nabrał nowego blasku. W dodatku wszystko to jest fantastycznie napisane !!!

Parafrazując znane powiedzenie o aktorach i czytaniu – myślę, że Marta Kisiel potrafiłaby napisać książkę telefoniczną tak, że byłaby to pasjonująca lektura.

Oraz bestseller.

Marta Kisiel „Małe Licho i tajemnica Niebożątka”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2018

Marta Kisiel „Małe Licho i anioł z kamienia”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2019 – Książka Roku IBBY 2019 w kategorii literackiej za książkę dla dzieci

oraz zapowiedź na 2 września 2020 roku – „Małe Licho i lato z diabłem” 🙂 (edit: które zostało zostało nominowane w kategorii literackiej konkursu Książka Roku 2020 Polskiej Sekcji IBBY – trzymam kciuki !!!)

oraz „Małe Licho i babskie sprawki”, które było nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: tekst i zostało NAGRODZONE !!!

Jedzie pociąg z daleka

Jedzie pociąg z daleka

i inne książeczki z piosenkowej serii Wydawnictwa Muchomor. Wpis z 16 czerwca 2008 roku, ale niektóre z nich są nadal do kupienia.

Wspominałam już o nich przy okazji  „Rzepki” Tuwima z ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak , ale uważam, że warte są odrębnej wzmianki.

Pomysł tej serii jest genialny w swojej prostocie – książeczki zawierają piosenki znane powszechnie i śpiewane dzieciom od pokoleń. Zilustrowały je znakomite ilustratorki – przede wszystkim Agnieszka Żelewska.

Z tymi książeczkami można robić różne rzeczy. Można śpiewać – dziecku i razem z dzieckiem. Jeśli ktoś się nie czuje wystarczająco mocny wokalnie – może czytać. Można też je po prostu oglądać z dzieckiem – ilustracje dostarczają wielu tematów do rozmów.

Pierwszą pozycją z tej serii, która wpadła w nasze ręce był „Jedzie pociąg”. Podobnie jak niedawno w „Rzepce” – zachwyciła mnie dbałość o szczegóły i szczególiki. Ach, te łączki z kwiatkami, jabłonka z owocami, dziecko w nosiłkach, papuga w klatce, piłeczka dziecka w wagonie i krzywa szyja gęgającej gęsi (prawda, że widać to gęganie ???), kotek, piesek (i to co robi pod semaforem 😉 )… Z każdym oglądaniem zauważam kolejny smaczek.

Z pozostałych szczególnie upodobałam sobie „Ptaszka z Łobzowa”. Nie wiem – czy bardziej z sentymentu do Krakowa (pięknie narysowanego przez Agnieszkę Żelewską) czy dlatego, że zawsze lubilam tę piosenkę. Fascynowały mnie w niej słowa Asa Tadarasa – wydawały mi się takie tajemnicze, czarodziejskie, trochę jak zaklęcie.

Książeczki z tej serii znakomicie nadają się na pierwsze lektury dla maluchów – mają sztywne kartki, piękne ilustracje do oglądania, a ich teksty – do czytania i śpiewania – nie znudzą się długo. Piosenki znane od pokoleń zostaną z naszymi dziećmi na całe życie i (mam taką nadzieję !) przejdą na następne pokolenia.

Gdzieżeś Ty bywał czarny baranie ?”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004  – wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2003

Jadą, jadą misie”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

„Jedzie pociąg z daleka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004 –  wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004

„Krakowiaczek jeden”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Miała baba koguta”, ilustr.: Joanna Jung, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Ptaszek z Łobzowa”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

„Przybieżeli do Betlejem”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

„Stary niedwiedź”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Awaria elektrowni

Awaria elektrowni

Edit 8.10.2020: „Awaria elektrowni” została wpisana na listę White Ravens 2020 !!!

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii Od A do Z

Gdyby ktoś tamtej nocy spojrzał w dół z samolotu, zobaczyłby na ziemi czarną plamę w kształcie serca. To awaria elektrowni pogrążyła w ciemności całe miasto, a wraz z nim okoliczne miasteczka, wsie i domy rozsypane wśród pól. Kawałek świata nagle zmienił się nie do poznania…

Żyjemy w świecie pozbawionym ciemności, boimy się jej i staramy się ją rozświetlić. Nawet w miejscach odległych od ludzkich siedzib trudno jest zobaczyć gwiazdy na niebie, bo zagłusza je łuna bijąca od ziemi, ale jesteśmy do tego stanu tak przyzwyczajeni, że nie zauważamy tego. Rzadko patrzymy w nocy w niebo, bo po co, skoro i tak niczego na nim nie widać ?

Pogasły lampy, latarnie, podświetlane reklamy, sygnalizacja świetlna i neony nad witrynami sklepów. Znieruchomiały ruchome schody, windy stanęły pomiędzy piętrami. Z cichym pyknięciem wyłączyły się komputery, telewizory zgasły w pół słowa, umilkło radio, elektryczne czajniki nie zdążyły zagotować wody, pralki zatrzymały się w połowie wirowania, a lodówki zaczęły się rozmrażać. Na pozbawionym prądu obszarze zapanowała cisza i ciemność…

Trwająca jedną noc awaria elektrowni, która pogrąża okolicę w ciemności, pozwala zauważyć jak wiele tracimy przez jej brak. Nie widzimy nie tylko gwiazd, ale także zwierząt, które żyją obok nas, ale chowają się tam, gdzie nie dociera światło.

Kiedy czytałam tę książkę przypomniały mi się dawne czasy moich pierwszych obozów harcerskich, pierwsze nocne warty w ciemnym lesie i to, jak trudno było zrozumieć, że w ciemności lepiej widzi się bez światła. Kiedy zapalamy latarkę, widzimy bardzo dobrze tylko to, co ona oświetla, natomiast wszystko, co znajduje się poza strumieniem światła, ginie w ciemności jeszcze ciemniejszej. Kiedy zgasimy światło i poczekamy chwilę, aż oczy przyzwyczają się do nowych warunków, okaże się, że możemy zobaczyć dużo więcej – na przykład zwierzęta, które na co dzień kryją się przed nami i nawet nie wiemy, że są tak blisko.

„Awaria elektrowni” została wyróżniona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku IBBY, natomiast (ku mojemu zdziwieniu i żalowi) w kategorii graficznej zdaniem jury nie zasłużyła nawet na nominację. Nie dyskutuję z werdyktami jurorów w takich sytuacjach, bo wiem, że ich rola jest niebywale trudna – nie sposób jest porównywać rzeczy nieporównywalnych 😉 Myślę jednak, że warto jest docenić nie tylko tych ilustratorów, którzy starają się wnieść do tego świata coś nowego, ale także tych, którzy sięgają do tradycji i robią to znakomicie. My, dorośli czytelnicy książek dla niedorosłych, widzieliśmy w swoim życiu dużo więcej niż ich dziecięcy adresaci i to, co nam może wydać się zachowawcze i mało odkrywcze, dla nich może być odmienne od tego, co już znają.

Opowieść Tiny Oziewicz o ciemności, która trwała jedną noc, zamknięta jest w książce, która cała – od okładki przez wyklejki i całostronicowe ilustracje Rity Kaczmarskiej – utrzymana jest w ciemnych, nocnych barwach. Świat pozbawiony sztucznego oświetlenia okazuje się być fascynujący i pełen niespodzianek.

Tina Oziewicz „Awaria elektrowni”, ilustr.: Rita Kaczmarska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019