Wysiedleni

Wysiedleni

Nazywam się Kazia Łobodziec. Urodziłam się na przedmieściu Gródka Jagiellońskiego w województwie lwowskim. Moja mama zajmuje się rolą i domem, a tata jest kolejarzem. Obok nas mieszkają nie tylko Polacy, ale również Ukraińcy, Żydzi, a niedaleko Niemcy. Wspólnie obchodzimy święta z prawosławnymi i grekokatolikami. Mamy szczęście, świętując podwójnie, ponieważ święta z powodu odmiennego kalendarza wypadają w różnym czasie.

„Wysiedleni” to trzecia książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali, która ukazała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”. W każdej z nich autorka sięgnęła do wydarzeń, które pozostają na uboczu pamięci zbiorowej o tych czasach. „Bezsenność Jutki” była pierwszą książką dla młodych czytelników, która opowiadała o getcie łódzkim, a „Syberyjskie przygody Chmurki” – o losach dzieci – zesłańców syberyjskich. „Wysiedleni” to opowieść dziewczynki, która przed wojną i w czasie okupacji mieszkała niedaleko Lwowa (teraz powiedzielibyśmy, że na Kresach, ale wtedy to był niemal środek Polski), a potem razem z całą rodziną została wysiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane.

W pierwszej części Kazia opowiada o życiu przed wojną, wypełnionym zabawami z rówieśnikami na polach, łąkach i nad rzeką oraz świętami – raz własnymi, a kiedy indziej sąsiadów innego wyznania. To bezproblemowe, choć proste i niezbyt zamożne życie w otoczeniu przyjaznych ludzi przypomina trochę Bullerbyn – szczególnie, że podobnie jak najnowszemu wydaniu książki Astrid Lindgren, także tej towarzyszą ilustracje Magdaleny Kozieł – Nowak.

A potem przyszła wojna. Na Polskę napadli Niemcy i Rosjanie. Rzeka, łąki, rechot żab były tak samo piękne jak wcześniej, ale coś się w ludziach zmieniło. Całe wspólne życie, może nie do końca doskonałe, jak to między sąsiadami, ale wspólne, bo wszyscy byliśmy obywatelami państwa polskiego, rozsypało się…

Druga część „Wysiedlonych” to czas wojny i okupacji. Kazia dużo miejsca w swojej opowieści poświęca eksterminacji Żydów oraz problemom polsko – ukraińskim (na szczęście to nie był Wołyń i w jej miejscowości nie działy się rzeczy tak straszne, jak tam, choć sytuacja była napięta), natomiast ani jednym słowem nie odnosi się do dwóch lat okupacji sowieckiej. Aż zwątpiłam we własną wiedzę historyczną i sprawdziłam, czy na pewno Gródek Jagieloński znalazł się w strefie sowieckiej i zdecydowanie tak było. Szkoda, że nie ma o tym wzmianki w książce, bo nadal tak jest, że w pamięci zbiorowej okupantem byli przede wszystkim Niemcy. W opowieści Kazi żołnierze sowieccy pojawiają się dopiero pod koniec wojny, kiedy przez te tereny przechodzi front. A potem, mimo że wojna w zasadzie skończyła się, nadal nie było bezpiecznie – na polach leżały niewybuchy i jeden z kolegów dziewczynki zginął, bawiąc się nimi.

Czekała nas jeszcze kolejna straszna zmiana. Zmiana nie do wyobrażenia. Mieliśmy opuścić swoje domy, pola, pastwiska i łąki. Zostawić pielęgnowane od pokoleń ogrody, sady, spakować się do kilku skrzyń, zabrać zwierzęta i wynieść się na ziemie zachodnie, do Niemiec, gdzie jeszcze mieszkali Niemcy. Granice państw przesunęły się, a wraz z nimi musieli przesunąć się ludzie. Tacy przesunięci ludzie nazywali się repatriantami, przesiedleńcami, wysiedlonymi. Ale kiedy patrzyłam na swoich zrozpaczonych rodziców, którzy musieli zostawić nowy dom, babcię, która zostawiała na cmentarzu dziadka Michała i swoich przodków, i siostry, które były Ukrainkami, to wydawało mi się, że wcale nie przesunięci, tylko wyrwani z korzeniami, wypędzeni.

W dodatku jechali gdzieś, gdzie nie wiadomo, co zastaną. Czuli się jak pył, co nic nie znaczy, bez wpływu na swoje życie. Wyrwani byli i Polacy, i Niemcy ze Śląska, którzy podobno też się pakowali, tylko w mniejsze walizki, i Ukraińcy z okolic Przemyśla, co mieli zamieszkać w zostawianych przez nas domach.

Rodzina Kazi, która ze względu na narodziny jej najmłodszej siostrzyczki Czesi wyjechała ostatnim transportem, znalazła się wraz z dotychczasowymi sąsiadami z Czerlańskiego przedmieścia Gródka we wsi Bremberg, która teraz nazywała się Żarek. Dom, w którym zamieszkali, był opuszczony, ale w wielu gospodarstwach nadal mieszkały niewysiedlone jeszcze rodziny niemieckie, najczęściej same kobiety z dziećmi. Przez jakiś czas dotychczasowi i nowi właściciele musieli mieszkać razem w tych samych domach i stopniowo nawiązały się między nimi więzi. Poznawali nawzajem swoje języki, Niemcy uczyli Polaków posługiwania się maszynami rolniczymi, których ci nie znali, opieki nad ulami, których zabrać nie mogli czy korzystania z nieznanych roślin, rosnących w ogródkach (na przykład rabarbaru).

Trudno mi dyskutować z tym sielskim obrazem początków życia w nowym miejscu ludzi boleśnie doświadczonych wojną i wyrwanych ze swojego dotychczasowego świata oraz ich przyjacielskiego współżycia z przedstawicielami narodu, który był za tę wojnę odpowiedzialny – mogło i tak być, choć wydaje mi się, że dalece nie zawsze. Niewątpliwą zaletą „Wysiedlonych” jest to, że w ogóle porusza temat powojennego przesuwania całych rzesz Bogu ducha winnych ludzi tylko dlatego, że gdzieś tam ustalono inny przebieg granic ich państw.

Smutną puentą tej całej historii była kończąca ją wzmianka, że po trzydziestu latach życia w Żarku, jego mieszkańcy znów zostali wysiedleni, bo ich wieś znalazła się na terenach zalanych podczas tworzenia zalewu na Nysie Szalonej. I znów musieli wszystko zaczynać od nowa, choć tym razem bliżej…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Wysiedleni” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2018

Oblicze Pana

Oblicze Pana

Wpis z 30 listopada 2009 roku:

Trochę jak Pan Samochodzik, tylko bardziej dla dorosłych – powiedziała Najstarsza (edit: wówczas szesnastoletnia), która w naszym domu wygrała wyścig do tej lektury. Podobną opinię wygłosił później mój Mąż (dorzucając jeszcze coś o skojarzeniach z „Poszukiwaczami Zaginionej Arki”).

I coś w tym rzeczywiście jest…

Znów (jak w „Kacprze Ryxie i Królu Przeklętym” ) wracamy do ponurego dnia 13 marca 1314 roku, kiedy to w Paryżu na wyspie Cite na wprost katedry Notre Dame zapłonął stos, na którym zginęli: Jakub de Molay, ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy oraz Geoffroy de Charnay, prowincjał Normandii. Był to koniec tego, do niedawna potężnego zakonu, ale nie spełnił on nadziei króla Francji Filipa Pięknego i papieża Klemensa. Ogromne skarby templariuszy rozpłynęły się jakby w powietrzu, podobnie jak relikwie, które podobno były w posiadaniu Zakonu Rycerzy Świątyni. Na tych relikwiach szczególnie zależało wrogom zakonu. Zwłaszcza na jednej – o niezwykłej mocy, tak silnej, że sprowadziła iście starotestamentowy słup ognia, który pochłonął cały oddział wojsk królewskich…

Sto lat później owe relikwie bardzo przydałyby się Krzyżakom w wojnie z Jagiełłą…

Kolejne pięćset lat później, u schyłku Trzeciej Rzeszy, na ich trop trafia Hauptsturmfuhrer Helmut von Baysen i widzi w nich szansę na odwrócenie losów wojny…

Jeszcze kilkadziesiąt lat później (a z naszej perspektywy czasowej – za pół roku, bo w czerwcu 2010 r.), na Plantach w Krakowie zamordowany zostanie jego syn Ernest von Baysen. Zupełnie przypadkowo w sprawę wplącze się jego daleki krewny, z polskiej linii tej pruskiej rodziny – Tomasz Bażyński

Tomasz Bażyński, podobnie jak jego imiennik zwany Panem Samochodzikiem, jest historykiem sztuki i jeździ mocno specyficznym samochodem. Na tym jednak podobieństwa między oboma panami się kończą. Pan Samochodzik był (teraz tak to widzę) dość niesympatycznym, zadufanym w sobie przemądrzalcem. W tzw. realu chyba mocno denerwującym i w dodatku kompletnie aseksualnym (jak na bohatera grzecznych książek dla młodzieży przystało 😉 )

Tomasz Bażyński wcale nie jest przemądrzały. Ani aseksualny 😉 Na pozór trochę życiowy nieudacznik, w sytuacjach trudnych potrafi zachować zimą krew. Inteligentny, wykształcony i kulturalny spadkobierca pięknej tradycji rodu Bażyńskich i rodzinnej willi na krakowskim Salwatorze. Poza tym obu bohaterów różnią wyraźnie poglądy polityczne. Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta, ale Pan Samochodzik był dumnym posiadaczem legitymacji ORMO i czynił z niej użytek na łamach którejś z książek.

Wszyscy troje (czyli Najstarsza, Mąż i ja) przeczytaliśmy „Oblicze Pana”z wielką przyjemnością, wręcz jednym tchem. Prawie jak kiedyś Pana Samochodzika. To tak miła odmiana po rozczarowaniu, jakim był dla nas serial „Czas honoru” (edit: a konkretnie pierwsza seria, potem już było trochę lepiej). Oglądałam go (do niedawna, potem przestałam w ogóle 😉 ) z narastającą irytacją. Bardzo złościła mnie nonszalancja z jaką jego twórcy podchodzą do realiów czasów, w którym umieścili akcję. Zdarzyło mi się jednak słyszeć, że się czepiam, bo to w końcu fikcja i najważniejsze, żeby było ciekawie dla widza. A widowni się podoba i serial ma tzw. oglądalność.

No cóż – fikcja fikcją, a realia historyczne – realiami. Mariusz Wollny po raz kolejny udowadnia, że można stworzyć fikcyjną historię, która z jednej strony będzie pasjonująca dla czytelnika, a z drugiej – nie będzie się kłócić z faktami.

Trzeba tylko chcieć. I umieć.

A Mariusz Wollny umie. I chce 🙂

Mariusz Wollny „Oblicze Pana”, wyd.: Otwarte, Kraków 2009

Kacper Ryx

Kacper Ryx

Pora przypomnieć jeden z naszych ulubionych cykli książkowych. Trochę zazdroszczę tym, którzy go nie znają, że mają tyle znakomitej lektury przed sobą 🙂

Wpis z 2 stycznia 2008 roku:

Książką roku 2007 w naszym domu jest niewątpliwie „Kacper Ryx”. Nieoficjalny plebiscyt wygrał w cuglach, aż trzema głosami – Najstarszej z córek, mojego Męża i moim. Córki Środkowa i Najmłodsza miały w nim swoje własne typy, ale one po prostu są jeszcze za małe na tę lekturę 😉 To książka dla młodzieży interesującej się historią i dla dorosłych o podobnych zainteresowaniach.

W dniu Trzech Króli Roku Pańskiego 1550 pod bramą krakowskiego kościoła św. Ducha znaleziono niemowlę płci męskiej. Na pamiątkę owego dnia postanowiono nazwać go Kacper Rex, ale (skutkiem omyłki pisarza parafialnego) ostatecznie nosi nazwisko Ryx…

W roku 1569 ów Kacper Ryx jest już studentem Akademii Krakowskiej, a ponadto wykazuje się niezwykłą inteligencją i talentem do rozwikływania rozmaitych zagadkowych spraw. Owemu talentowi zawdzięcza swe miano Inwestygatora Jego Królewskiej Mości

Król Zygmunt August, Jan Kochanowski, Mikołaj Rej, Mikołaj Sęp – Sarzyński, Łukasz Górnicki, Jan Zamojski (że o Panu Twardowskim nie wspomnę) to tylko najbardziej znane nazwiska z plejady postaci historycznych przewijających się przez karty tej książki. Poza tym całe tłumy mniej lub bardziej bezimiennych mieszkańców ówczesnego Krakowa. „Kacper Ryx” to książka, która mogłaby mieć podtytuł „Życie codzienne w Krakowie za czasów Zygmunta Augusta”. Znaleźć tam można dosłownie wszystko – od wyglądu lochów w Ratuszu przez opis operacji okulistycznej, aż po zawody strzeleckie Bractwa Kurkowego. A także: kulisy zawarcia unii lubelskiej, przejmujący opis egzekucji na Rynku, trochę wiedzy o zależnościach miedzy radą miejską, rektorem Akademii a dworem królewskim, początki poczty, próbę wyjaśnienia, co stało się z panem Twardowskim… Rzec można – dla każdego coś miłego 😉 Mój mąż z wielką przyjemnością czytał sobie o ówczesnej broni – zarówno białej, jak i palnej, a na mnie duże wrażenie zrobił opis szalonej podróży Kacpra rozstawnymi końmi do Lublina. Najstarsza, zapytana o to, co jej się w tej książce podobało najbardziej, odpowiedziała: to, że to wszystko mogło się wydarzyć naprawdę.

Wiedza jej autora, Mariusza Wollnego o Krakowie jest wręcz onieśmielająca. Chętnie pospacerowałabym po tym mieście z takim cicerone 😉 Wydaje się, że nie ma tam domu, którego historii by nie znał i legendy, której by nie wykorzystał. Wszystko to opisane tak realistycznie, że niemal czujemy smród unoszący się nad ulicami, po których wędrujemy z Kacprem 😉

Na okładce napisano: takiej historii nie znajdziecie w podręcznikach. Przypomniało mi to pewne ćwiczenia w czasie studiów, podczas których prawie cała nasza grupa wykazała się dużą wiedzą pozapodręcznikową (ku sporemu zaskoczeniu prowadzącego zajęcia) – bodaj na temat masonerii. Wyjątek stanowiła pewna stypendystka z USA, która nie brała udziału w naszych popisach elokwencji, a po zajęciach zapytała z podziwem graniczącym z przerażeniem: Skąd Wy to wszystko wiedzieliście ? Odpowiedzieliśmy zgodnie: Z Pana Samochodzika oczywiście !” 😉

„Kacper Ryx” to książka zanurzona w realiach  renesansowych, ale równocześnie bardzo współczesna w tempie narracji. Jej bohater wpada z jednych perypetii w drugie, z trudem znajdując czas na sen, a wszystko to w czasie, który powinien spędzać na wykładach. Okazuje się, że choć właściwie wszystko się od tamtych czasów zmieniło, to jedno zdaje się być ponadczasowe – ilość czasu, który studenci poświęcają na naukę 😉

Mariusz Wollny „Kacper Ryx”, wyd.: Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2007

Wpis z 6 maja 2009 roku:

To nie jest książka dla dzieci !!! (piszę o tym, bo ostatnio na jednym z forów pojawiły się wątpliwości)

O pierwszym tomie tego cyklu czyli  ”Kacprze Ryxie” napisałam, że jest to książka dla młodzieży zainteresowanej historią i dla dorosłych o podobnych zainteresowaniach. Uściślając: od gimnazjum wzwyż. Dla osób oczytanych i z wiedzą historyczną wykraczającą poza program szkolny..

Opinię tę podtrzymuję również jeśli chodzi o „Kacpra Ryxa i króla przeklętego”, bo jest to książka zaglądająca w jeszcze mroczniejsze zakątki szesnastowiecznego Krakowa. W tym tomie w ogóle wszystkiego jest jakby więcej – postaci historycznych, z którymi styka się Kacper, tajemnic, spisków, dziwnych spraw, okrucieństwa, strachu, śmierci. Trudno się zresztą temu dziwić.

Kacper Ryx jest Investygatorem Królewskim, a tytuł ten pochodzi od łacińskiego słowa investigo, co znaczy: śledzić, tropić, badać, poszukiwać. Jest więc kimś w rodzaju detektywa, śledczego. Przestępstw raczej nie popełniają (i tu się nic specjalnie nie zmieniło od XVI wieku) ludzie mili, grzeczni i dobrze wychowani.

Akcja tej części rozgrywa się w latach 1572 – 1574 i obejmuje okres bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta, elekcję Henryka Walezego i krótki czas jego panowania w Polsce. Interegnum to czas zawieszenia, rozprężenia, bezhołowia, bo śmierć króla powodowała wygaśnięcie wszystkich dotychczasowych urzędów i przywilejów.

Kraków w tej książce to miejsce mało sympatyczne. Zupełnie nie przypomina tego miasta, które znamy teraz. Pełen ludzi – miejscowych i przyjezdnych, Polaków, Litwinów, Francuzów przybyłych z królem, Szkotów, Holendrów (i innych nacji, które w Rzeczpospolitej znajdowały schronienie przed prześladowaniami religijnymi we własnych krajach)… Zatłoczony, brudny i niebezpieczny.

No i jeszcze ten dwór królewski, francuskie otoczenie króla… Co tam się działo ! Nie – to zdecydowanie nie jest książka dla dzieci 😉

Ale za to jaka ciekawa ! A zostało jeszcze kilka niezakończonych spraw, co bardzo dobrze rokuje trzeciemu tomowi cyklu :-)))

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król przeklęty”, wyd.: Otwarte, Kraków 2008

Wpis z 5 marca 2012 roku:

Spieszę donieść, że ukazał się czwarty tom cyklu o Kacprze Ryxie, Inwestygatorze czterech kolejnych władców Rzeczpospolitej. Po „Kacprze Ryxie” i „Kacprze Ryxie i królu przeklętym” w zeszły roku moglismy przeczytać „Kacpra Ryxa i tyrana nienawistnego”, a kilka tygodni temu do księgarni dotarł „Kacper Ryx i król alchemików”

W posłowiu autor sumituje się nieco przed czytelnikami za tom trzeci – rzekomo niedopracowany i pisany na kolanie. Jeśli tak wygląda książka niedopracowana, to wolę się nie zastanawiać, na czym pisze większość publikujących obecnie autorów ! Mój Mąż, po przeczytaniu tego tomu, powiedział, że robi on wrażenie jakby pan Wollny pozazdrościł Sienkiewiczowi. Rzeczywiście – po pierwszych dwóch, w których Kacper z rzadka opuszczał Kraków, nie wypuszczając się poza granice Korony, tym razem autor zafundował mu przyspieszony, praktyczny kurs geografii Kresów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i nie tylko, rzucając nim od Pskowa po Krym.

„Kacper Ryx i król alchemików” jest czwartym i zarazem (zgodnie z pierwotnym założeniem) ostatnim tomem cyklu. Jego bohater urodził się w roku 1550 i przyszło mu żyć pod panowaniem czterech kolejnych królów w burzliwych dla Rzeczpospolitej czasach. Każdy z tomów cyklu obejmuje panowanie innego z władców – od Zygmunta Augusta przez Henryka Walezego, Stefana Batorego do Zygmunta III Wazy. W chwili wstępowanie na tron jego następcy – Władysława IV – Kacper miałby 82 lata. To wiek jak na owe czasy matuzalemowy i na pewno nieodpowiedni do pełnienia funkcji Inwestygatora. Mariusz Wollny konsekwentnie podomykał wszystkie wątki i nieodwołalnie zakończył tetralogię o Kacprze Ryxie, ale równocześnie…

… pozostawił sobie furtkę do rozpoczęcia kolejnego cyklu. I nie mogę się już doczekać, kiedy z niej skorzysta 😉

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i tyran nienawistny”, wyd.: Otwarte, Kraków 2011

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król alchemików”, wyd.: Otwarte, Kraków 2012

Rzeczywiście – doczekałam się 🙂 W następnych latach okazał się trzytomowy cykl „Krwawa Jutrznia” nazywany też „Kronikami Dymitriad”. Jest to historia syna Kacpra Ryxa – po uszlachceniu ojca nosi on miano Kacpra Turopońskiego. Ten cykl stanowi całość, tomy trzeba czytać po kolei i warto jest mieć od razu wszystkie, żeby nie robić sobie przerw w lekturze 😉 Podobnie jak w cyklu pierwotnym, są to książki fascynujące, trzymające w napięciu, świetnie napisane i znakomicie osadzone w realiach. To osadzenie sprawia, że są równocześnie dość brutalne i ociekające krwią, ale trudno się dziwić, bo takie były wydarzenia w nich opisywane .

Ukazało się także pięć opowiadań o Kacprze Ryxie seniorze. Wydarzenia w nich opisywane mieszczą się gdzieś pomiędzy tomami zasadniczego cyklu, ale to już jest lektura dla szczególnych maniaków tematyki, którzy po przeczytaniu pozostałych nie mogą się rozstać z bohaterem, epoką i Krakowem 😉

Wszystkie książki Mariusza Wollnego, a także wiele innych gadżetów z epoki można nabyć w Składzie Towarów u Kacpra Ryxa – w Krakowie tuż obok Kościoła Mariackiego albo przez internet 🙂

Jestem miasto. Warszawa

Jestem miasto. Warszawa

Wpis z 1 grudnia 2012 roku:

Mam, tak samo jak Ty // Miasto moje, a w nim: // Najpiękniejszy mój świat, // Najpiękniejsze dni…

Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.

Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.

Po przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto. Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.

Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.

Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !

Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.

Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.

Ale dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.

I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014

Kamienie na szaniec

Kamienie na szaniec

Dziś na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach odbędzie się pogrzeb kapitana harcmistrza Ryszarda Białousa „Jerzego”. 27 lat po śmierci dowódca batalionu harcerskiego „Zośka” spocznie wreszcie wśród swoich żołnierzy. Jego krzyż harcerski na urnie z prochami zrobił na mnie duże wrażenie.

Od książek Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec” i „Zośka i Parasol” zaczęło się moje zainteresowanie historią, Szarymi Szeregami, Powstaniem Warszawskim. Były dla mnie ogromnie ważne, mam do nich bardzo osobisty stosunek i dlatego 2 kwietnia 2014 roku, po obejrzeniu ekranizacji pierwszej z nich, napisałam taki nietypowy jak na tematykę tego bloga wpis:

Tym razem nie będzie o książce tylko o filmie – tak przy okazji, bo „Kamienie na szaniec” ukazały się właśnie z filmową okładką i zdjęciami z filmu w środku.

Podobno statystycznym widzem amerykańskiego kina klasy B jest nastoletni afroamerykański analfabeta z wielkomiejskiego slamsu. Natomiast odbiorcą, do którego adresowane są polskie filmy historyczne i adaptacje dzieł naszej literatury jest zapewne przeciętny gimnazjalista doprowadzony do kina przez szkołę. Zdaję więc sobie doskonale sprawę, że, jako córka harcerza Szarych Szeregów i środkowe ogniowo w trzypokoleniowym łańcuchu harcerek w naszej rodzinie, a w dodatku absolwentka studiów historycznych, nie jestem targetem „Kamieni na szaniec”. Nie dla mnie kręcono ten film. Ponieważ jednak w grupie docelowej mieści się przynajmniej jedna z moich córek – pozwolę sobie spojrzeć na ten film oczyma Matki Targetu 🙂

Z różnych stron dobiegają mnie głosy, że film może nie jest wybitny, ale jest wystarczająco dobry, bo robi wrażenie na młodzieży i jest ilustracją słów Jana Stanisława Jankowskiego Delegata Rządu na Kraj, które stały się mottem Muzeum Powstania Warszawskiego: Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać. Czyli program minimum został zrealizowany – ale ja się zastanawiam, dlaczego tylko tyle ?

A poza tym – dlaczego film noszący tytuł książki Aleksandra Kamińskiego, która wywarła wpływ na kilka pokoleń Polaków i opowiadający o wydarzeniach i postaciach autentycznych, co sugerują choćby użyte tam ich imiona i nazwiska, pokazuje nam kogoś zupełnie innego ??? O takim drobiazgu jak to, że Kamiński pisał o trzech przyjaciołach nie wspominając…

Dlaczego jego twórcy uznali, że statystyczny gimnazjalista (w skrócie: SG) nie jest w stanie zrozumieć przekazu głębszego niż komiksowy, a żeby go poruszyć wystarczy zaserwować mu sceny tortur, które dorównają najbardziej krwawym grom komputerowym ? Dlaczego uznali, że aby zrozumiał i polubił bohaterów, trzeba ich sprowadzić do poziomu współczesnych nastolatków ? Gimnazjaliści, z którymi mam do czynienia, potrafią myśleć – trzeba im tylko dać szansę.

Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach. o niezapomnianych czasach 1939-1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy.

Posłuchajcie opowiadania o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia, których czyny i rozmach wycisnęły piętno na stolicy oraz rozeszły się echem po kraju, którzy w życie wcielić potrafili dwa wspaniałe ideały: BRATERSTWO i SŁUŻBĘ – tymi słowami rozpoczął „Kamienie na szaniec” Aleksander Kamiński.

Bohaterowie Kamińskiego – Alek, Rudy i Zośka należeli do elity intelektualnej swojego pokolenia. Skończyli jedną z najlepszych szkół średnich w Polsce i przed samą wojną zdali tzw. dużą maturę czyli osiągnęli wykształcenie jakie zdobywała wtedy mniejsza ilość osób niż obecnie szczyci się dyplomem wyższej uczelni. Wszyscy trzej czasie okupacji studiowali na tajnych kompletach, a poza tym czytali, myśleli, dyskutowali. Nie tylko o strzelaniu.

Marcel Sabat i Tomasz Ziętek mają po 25 lat – czyli że są od swoich bohaterów ciut starsi. Mirosław Konarowski i Cezary Morawski byli w tym samym wieku, gdy grali Zośkę i Rudego w filmie „Akcja pod Arsenałem”. Dlaczego więc patrząc na tych ostatnich widzę młodych mężczyzn, a w „Kamieniach na szaniec” trudno mi uwierzyć, że mają więcej niż 17 lat ? Notabene – kiedy tamten film wszedł na ekrany, ja sama byłam w wieku obecnych gimnazjalistów. Jego bohaterowie imponowali mi i czułam, że dorosnąć do nich nie będzie mi łatwo.

Myślę, że jest to problem, który dotyczy obecnych filmów historycznych, nie tylko polskich. Bierze się wnętrza i kostiumy z epoki, wymyśla się wydarzenia quasi-historyczne i wstawia w to bohaterów, którzy zachowują się i myślą całkiem współcześnie. Nieważne, czy mamy do czynienia z rzymskim gladiatorem, rycerzem krzyżowym, angielskim lordem z czasów wiktoriańskich czy harcerzem Szarych Szeregów. Jaki płynie z tego przekaz dla statystycznego widza (czy to amerykańskiego, czy polskiego) ? Otóż taki, że jedyny postęp jakiego dokonała ludzkość na przestrzeni wieków to postęp techniczny, a w sferze etyki, moralności i stosunków międzyludzkich (a także podejścia do kwestii inicjacji seksualnej 😉 ) nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń.

Alek, Rudy i Zośka byli harcerzami. Wychowankami przedwojennej „Pomarańczarni” i członkami konspiracyjnych Szarych Szeregów – jedynej w państwach okupowanych konspiracyjnej organizacji wychowawczej, co zostało umieszczone w napisach kończących film. Szkoda tylko, że to w żaden sposób nie wynika z zachowania jego bohaterów wcześniej – pomijając przedziwną scenę przysięgi AK, na której potrzeby ubierają się wszyscy w mundurki jak spod igły. Po trzech latach okupacji !!! Ta scena jest absurdalna z wielu powodów – tak absurdalna, że trudno z nią nawet dyskutować. Rozumiem jednak, że te mundurki były po to, aby wbić naszemu SG do głowy, to że film opowiada o harcerzach. Szkoda tylko, że w tym celu nie stworzono jakichś scen odwołujących się np. do przedwojennych obozów. Byłoby prościej i zgodnie z realiami.

W materiałach promocyjnych filmu jest napisane: Film nie jest tradycyjną adaptacją, ale autorskim, współczesnym komentarzem do literackiej opowieści, czym jak rozumiem jego twórcy bronią się przed podobnymi zarzutami. Uważam jednak, że o autorskim komentarzu i dyskusji z literacką wizją Kamińskiego można by mówić w sytuacji, gdy bohaterowie nazywaliby się np. Maryśka i Blondyn, a film nosiłby inny tytuł. Tylko że wtedy nie miał by on zagwarantowanej widowni tak długo, jak długo „Kamienie na szaniec” będą lekturą szkolną. Choć przyznam, że odczuwam pewną złośliwą satysfakcję na myśl o tym, że za czas jakiś, kiedy umilkną już echa burzy, którą film wywołał, jacyś leniwi gimnazjaliści, którym nie będzie się chciało czytać książki i ograniczą się do obejrzenia filmu, polegną na teście ze znajomości lektury 😉

I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc, // i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło. // Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką. // Czy to była kula, synku, czy to serce pękło ?

Gdyby film nie udawał, że jest ekranizacją, to być może zachwyciłaby mnie scena końcowa, w której na odległość strzału stają przed sobą dwaj młodzi, zakochani chłopcy, których dzieli tylko to, że jeden jest Polakiem, a drugi Niemcem. Piękna scena o antywojennej wymowie – szkoda tylko, że dla jej konceptu odebrano Zośce jego bohaterską śmierć w walce.

Zastanawiam się, którego z bohaterów autorzy filmu skrzywdzili najbardziej ? Lista jest długa, a wybór trudny. Czy Alka, który z równorzędnego bohatera stał się częścią tła ? Czy Zośkę, w którym nijak nie można zobaczyć tego charyzmatycznego, ujmującego i odpowiedzialnego przywódcy, o którym mówią ci, którzy go znali ? Czy Orszę ukazanego jako człowiek niepewny, wręcz strachliwy ? Czy może wreszcie majora Kiwerskiego, dowódcę Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej, o którym pada sugestia, że przez trzy dni chował się przed Orszą i Zośką udając, ze jest w Krakowie, aby uniknąć podjęcia decyzji o akcji ? A może Heńka, którego konsultant historyczny filmu profesor Grzegorz Nowik nazwał skrzywdzonym bohaterem „Kamieni na szaniec” i między innymi z tego powodu wycofał swoje nazwisko z napisów ?

W moim poczuciu najbardziej skrzywdzone zostały tam domy Rudego i Zośki – domy, które ich ukształtowały i wspierały, domy przesiąknięte patriotyzmem i poczuciem służby, ich głęboko zaangażowani w konspirację rodzice i siostry harcerki. A szczególnie profesor Józef Zawadzki, wspierający Szare Szeregi w ich działaniach wychowawczych także po śmierci Zośki jako przewodniczący Rady Wychowawczej – tu pokazany jako człowiek wręcz tchórzliwy i uwikłany w jakiś konflikt z synem. Rozumiem, że SG łatwiej jest zrozumieć bohatera skłóconego z rodzicami niż gotowego umrzeć za ojczyznę, ale chyba jednak nie o tym jest ten film ?

Smutno mi, gdy pomyślę, że kiedy nasz SG zobaczy ten film ponownie za lat kilkanaście, kiedy nie będzie już gimnazjalistą i (mam nadzieję !) będzie mądrzejszy niż teraz, to nie znajdzie w nim nic więcej niż za pierwszym razem. Bo niestety nic więcej tam nie ma…

Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014

P.S. Film „Akcja pod Arsenałem” jest na YouTube, warto go obejrzeć.

Rutka

Rutka

Wpis z 19 stycznia 2017 roku:

Z „Rutką” było tak:

najpierw przeczytałam gdzieś (a może usłyszałam ?), że wyszła książka nawiązująca do historii łódzkiego getta. Dotychczas ten temat poruszała tylko „Bezsenność Jutki”, a jest i fascynujący, i mało znany, więc zaczęłam jej szukać.

Nabyłam, zaczęłam czytać i… bardzo mi nie szło. Spodziewałam się chyba czegoś kompletnie innego i jakoś nie wciągnęła mnie. Nawet nie pamiętam, kiedy porzuciłam jej lekturę. Przypomniałam sobie o niej dopiero, gdy pakując książki przed remontem doszłam do przyłóżkowego stosika i odkryłam ją na samym jego spodzie.

Jakiś czas potem okazało się, że „Rutka” została „Książką Roku IBBY” !!! Chyba jeszcze nigdy żaden werdykt mnie tak nie zaskoczył. Kompletnie nie rozumiałam, co jury w niej zobaczyło, ale postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę.

Nie było łatwo ją znaleźć, bo nie wszystkie nasze książki doczekały się już swoich półek, część nadal jest w kartonach, a Rutka wyraźnie chowała się przede mną. Wreszcie udało się.

Przeczytałam.

I zrozumiałam, czym zachwyciła jurorów IBBY.

„Rutka” to książka niezwykła, wymykająca się gatunkom. Można ją przeczytać kompletnie obok kontekstu historycznego – wtedy będzie czymś w rodzaju onirycznej, choć nieco zwariowanej baśni o samotnej dziewczynce i jej niewidzialnej przyjaciółce – i dopiero z posłowia dowiedzieć się, co autorka miała na myśli.

Bałuty to stara dzielnica Łodzi o długiej i trudnej tradycji – w czasie wojny było tu getto. Niektóre ulice, całe kwartały przetrwały w niezmienionym stanie do dziś.

Jako dziecko lubiłam dotykać ręką murów tamtejszych kamienic – zdawało mi się, że czuję, jak oddychają. Zaglądałam w okna domów i zastanawiałam się, kto w nich wcześniej mieszkał. Jakie dzieci się tu bawiły, czyje stopy biegały po „kocich łbach” bałuckich uliczek ? Wyobrażałam sobie całe rodziny, razem z ich sąsiadami i domowymi zwierzątkami.

Mimo tak wyraźnego umocowania w czasie i przestrzeni trudno nazwać „Rutkę” książką o getcie, wojnie, czy Holokauście. Nie znajdziemy tam ani realiów ówczesnego życia, nie usłyszymy określenia Wielka Szpera, nie dowiemy, kim był Biały Pan. Także ilustracje Mariusz Andryszczyka nie przywołują przeszłości, kreują atmosferę baśni.

O czym więc jest ?

O pamięci ? Czy też może raczej o jej braku – czyli o zapomnieniu ? Pokazuje Łodź (ale przecież nie tylko o nią tu chodzi, to może być każde inne miasto i miejscowość) jako palimpsest, w którym kolejne pokolenia pozostawiają po sobie kolejne warstwy, łatwe do odkrycia, jeśli się trochę poskrobie.

Bo każde miejsce ma do opowiedzenia własną historię. Wystarczy tylko przyłożyć ucho i słuchać…

Joanna Fabicka „Rutka”, ilustr.: Mariusz Andryszczyk, wyd.: Agora, Warszawa 2016

Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens

Kotka Brygidy

Kotka Brygidy

„Kotka Brygidy” po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku, a niedawno wydało ją po raz drugi Wydawnictwo Muchomor. Lubiłam jej starą okładkę, ale nowa podoba mi się także, bo jest na niej uchwycone to, co było sednem świata bohaterki tej książki.

W tym wydaniu wydawnictwo określiło wiek czytelników na „13+” – moim zdaniem słusznie.

Przypominam to, co napisałam o „Kotce Brygidy” 19 kwietnia 2007 roku:

Dziś mija kolejna rocznica wybuchu powstania w Getcie warszawskim.

Na forum fanów Małgorzaty Musierowicz (edit: obecnie jest to forum ESD) toczyła się niedawno burzliwa dyskusja na temat opisanego w „Kalamburce” gestu Ignacego Borejki, który słuchając w 1968 roku telewizyjnego przemówienia Gomułki, rzucił w telewizor półmiskiem z pierogami bezpowrotnie niszcząc i jedno, i drugie. Spór dotyczył kwestii: czy miało to głębszy sens jako wyraz niezgody na wylewający się z ekranu antysemityzm, czy też był to li i jedynie akt bezmyślnego wandalizmu, wręcz wyczyn chuligański – jakże zaskakujący w wykonaniu człowieka kulturalnego i wykazującego się dotychczas stoickim charakterem?

W tym samym czasie natknęłam się na interesujący artykuł o Zofii Kossak w „Wysokich Obcasach”, a następnego dnia miałam okazję obejrzeć „Dworzec Gdański” – poruszający dokument o marcowych emigrantach. Czytam też systematycznie blog osoby używającej nicka Żydóweczka (edit: niestety ten blog już od dłuższego czasu nie istnieje). Wszystko to razem dostarczyło mi sporo materiału do przemyśleń nad złożonością i poplątaniem spraw polsko – żydowskich, a „Kotka Brygidy” wpasowała się w tę tematykę znakomicie.

 Jeden jest Bóg – mówiła Mama.

Ale Helena wiedziała swoje. Tam na Pradze, gdzie mieszkała, Bogów było trzech. I do wszystkich trzech modliła się co wieczór, zmieniając trochę modlitwę, której nauczyła jej Stańcia: „Panie Boże z kościoła, panie Boże z cerkwi, panie Boże z synagogi, Ojcze Nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje…”

Dzieciństwo Heleny upłynęło między kościołem św. Floriana a praską cerkwią i synagogą. Jej świat przykryty był kloszem troskliwości dorosłych, ograniczony do domu i podwórka. Nawet wojna toczyła się gdzieś na jego obrzeżach i pozornie nie dotykała jej bezpośrednio. Pozornie – bo w rzeczywistości pomału wszystko się zmieniało. Pierwszą nowością była wizyta wujka Eryka, zawsze przysyłającego jej z Berlina czekoladki, teraz w mundurze SS. Potem pojawiły się opaski, które nie wiadomo dlaczego musieli nosić wszyscy znajomi Żydzi – także ci, którzy stali się Żydami przez wojnę. Wkrótce wszyscy oni odeszli przez most Kierbedzia do getta, aby następnie powracać już pojedynczo i po jakimś czasie znikać. Helena przyjmowała to wszystko jak coś zwykłego, co po prostu się dzieje. Patrzyła i zapamiętywała – tak jak nakazał jej ojciec, kiedy pokazywał jej getto przez okno tramwaju.

„Kotka Brygidy” nie opowiada o Holokauście, próbuje natomiast opowiedzieć o postawach Polaków wobec niego. W książkach na których się wychowałam (np. w „Sprawie Honoru” Marii Kann) podział był prosty – szlachetni, odważni i wielcy duchem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” oraz ludzie mali, tchórze i szmalcownicy. W „Kotce Brygidy” właściwie nie ma postaci jednoznacznych i prostych motywacji. Najłatwiej jest zrozumieć prostą Stańcię – uosobienie tzw. antysemityzmu ludowego. Ona nie zastanawia się nad tym, co się dzieje – dla niej Żydzi to Żydzi i już. Pozornie ich los jest jej obojętny (A tam,wrócą. Nie po to robią im getto, żeby mieli wrócić.), ale dla swoich Żydów gotowa jest narazić siebie i swoich bliskich, bo przecież nasza Róża to Róża, a nie żadna Żydówka. Motywacje rodziców Heleny są dużo bardziej skomplikowane, a im więcej o nich wiemy, tym mniej rozumiemy. Coraz więcej pytań i żadnych odpowiedzi.

Wbrew temu, co sugeruje okładka i dziecięca bohaterka, „Kotka Brygidy” nie jest książką dla dzieci i na pewno nie powinna być pierwszą książką o Holokauście przeczytaną w życiu. Jej zrozumienie wymaga już pewnej wiedzy o historii i naturze ludzkiej.

Na tym świecie nie ma zbyt wielu aniołów. Chodzą po nim ludzie z krwi i kości, z ludzkimi słabościami i ograniczeniami. O tym, jak zachowają się wobec wyzwań ostatecznych, wiadomo dopiero wtedy, kiedy Historia już ich postawi przed taką próbą. My możemy być jedynie wdzięczni losowi, ze oszczędził nam podobnych doświadczeń i mieć nadzieję, że tak już zostanie.

Wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2007

Joanna Rudniańska „Kotka Brygidy”, wyd.: Pierwsze, Lasek 2007

Joanna Rudniańska „Kotka Brygidy”, ilustr.: Ewa Mędrek,  wyd.: Muchomor, Warszawa 2018

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

22 lipca do data, która na osobom wychowanym w PRL kojarzy się z PKWN, świętem, które wtedy obchodzono oraz czekoladami dawniej E. Wedel. Ale dwa lata wcześniej – 22 lipca 1942 roku w getcie warszawskim rozpoczęła się tzw. Wielka Akcja. W ciągu dwóch miesięcy do komór gazowych w Treblince wywieziono ponad 250 tysięcy osób.

Dziś o 18 z Umschlagplatz rusza Marsz Pamięci.

Wpis z 17 lutego 2015 roku:

Udało mi się niedawno odwiedzić wreszcie warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pierwsza wizyta pozwala jedynie na ogólną orientację w tym, co można tam zobaczyć, bo tysiąca lat obecności Żydów na ziemiach polskich nie da się ogarnąć w kilka godzin.

Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie i postanowieniem, że wrócę niebawem i to nie raz, aby spokojnie pooglądać poszczególne galerie. Tym, co zostało mi w pamięci najmocniej, było oczywiście bajeczne, starannie zrekonstruowane sklepienie synagogi w Gwóźdźcu. Zwróciłam też uwagę, na znajdujący się w gablocie obok yad, który przypomniał mi „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej oraz na pocztówki, które doktor Korczak ofiarowywał swoim wychowankom jako pamiątki i nagrody. W Domu Sierot jeszcze na Krochmalnej, w spokojnym przedwojennym czasie…

Wyszłam z tego muzeum z jeszcze jednym postanowieniem – że opiszę tutaj „Ostatnie przedstawienie panny Esterki”

GETTO WARSZAWSKIE. Przy południowym murze, tam, gdzie dziś mieści się teatr Lalka, stał niegdyś stary, czteropiętrowy gmach. Podczas II wojny światowej służył on jako siedziba Domu Sierot, który w tych mrocznych czasach dawał schronienie aż dwustu podopiecznym dr. Korczaka.

O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców: Pan Doktor i jedna z jego wychowanek, dwunastoletnia Genia…

„Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to książka, na którą składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią Geni. Dziewczynka opowiada o życiu w Domu Sierot, o innych dzieciach, o ich zajęciach, skarbach, radościach i smutkach. Nie mówi o tym, co działo się poza murami Domu, w getcie – Korczak i jego współpracownicy wkładali wiele wysiłku w to, aby odizolować dzieci od wszystkich koszmarów tam się rozgrywających.

Ilustracje Gabrieli Cichowskiej, niezwykłe kolaże zdjęć, rysunków, gazet, kartek z kalendarza utrzymane są w tonacji szaroburej, bo w takim pozbawionym barw świecie żyli wówczas bohaterowie tej książki. Jedynym żywszym akcentem były przysłane zza muru i troskliwie przez nich podlewane pelargonie.

A tytułowa panna Esterka ?

Estera Winogronówna była wychowawczynią w Domu Sierot, a przed wojną studiowała na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Uzdolniona tanecznie, marzyła o balecie, a w Domu opiekowała się zespołem tanecznym i organizowała rozmaite wydarzenia teatralne. Niepokaźna, szczupła, małego wzrostu, bardzo mizernej twarzy , w ogromnych okularach w rogowej oprawie, miała bardzo bujne włosy spadające na ramiona, była zawsze zamyślona i smutna – tak ją zapamiętali przyjaciele, których cytuje Joanna Olczak – Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii”.

Ona właśnie zaproponowała, aby dzieci wystawiły „Pocztę” Rabindranatha Tagore i była duszą tego przedstawienia. Korczak zgodził się na ten wybór: Może to właśnie ta bajka zdoła nadać temu życiu jakiś sens i przygotować dzieci, do tej długiej, dalekiej i niebezpiecznej podróży…

Przedstawienie, na które zaproszono wielu gości z zewnątrz, odbyło się 18 lipca 1942 roku, a główną rolę, umierającego hinduskiego chłopca Amala zagrał Abramek. Na zaproszeniu znalazły się słowa poety Władysława Szlengela:

Coś więcej niż tekst – bo nastrój;

Coś więcej niż emocja – bo przeżycie;

Coś więcej niż aktorzy – bo dzieci...

22 lipca rozpoczęła się w getcie wielka akcja likwidacyjna.

5 sierpnia Aniol Śmierci zapukał do drzwi Domu Sierot.

Panny Esterki nie było wtedy z dziećmi – kilka dni wcześniej aresztowano ją w ulicznej łapance i zabrano na Umschlagplatz. Doktorowi Korczakowi nie udało się wywalczyć jej zwolnienia. W swoim pamiętniku zapisał: Dała nam „Pocztę” na to chwilowe pożegnanie. Jeśli nie wróciła tu i teraz, to spotkamy się później gdzie indziej. Mam pewność, że innym przez ten czas służyć będzie tak, jak dobro dawała i przynosiła pożytek.

Adam Jaromir (tekst), Gabriela Cichowska (ilustr.) „Ostatnie przedstawienie panny Esterki. Opowieść z getta warszawskiego”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

Mówcie mi Bezprym

Mówcie mi Bezprym

Wpis z 5 września 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Bohater tej książki był pierworodnym synem pierwszego polskiego króla, jednak nie wspomina o nim żaden z kronikarzy najwcześniejszych dziejów Polski – ani Gall Anonim, ani Wincenty Kadłubek, ani Jan Długosz. Nie wiadomo, jak miał właściwie na imię, nie ma pewności, kim była jego matka, a przede wszystkim – nie jest jasne, dlaczego został przez ojca pozbawiony następstwa tronu. Jeszcze w XIX wieku wątpliwości historyków budziło nawet jego istnienie. Dziś już tak nie jest, ale właściwie każdy fakt z jego życia może być rozmaicie, często sprzecznie interpretowany. 

Wystarczy zajrzeć do Wikipedii (tak, wiem, że nie jest to poważna publikacja, ale może to zrobić każdy, kto czyta moją recenzję) aby się o tym przekonać. Jeśli wspomina się o nim w szkole, to tylko w kontekście krótkiego okresu (1031 – 1032), kiedy odebrał władzę młodszemu bratu i rządził Polską. Podobno wykazał się przy tym niezwykła okrutnością – ale nawet i to nie jest pewne.

Grażyna Bąkiewicz opisuje czasy wcześniejsze, gdy Bezprym był dopiero dorastającym chłopcem. Rozpoczyna swoją opowieść jesienią 999 roku a kończy w roku 1002. Był to czas szczególny i dla Polski, i dla Europy – przełom tysiącleci, zjazd gnieźnieński, wielkie plany cesarza Ottona III, które przerwała jego śmierć. Autorka oparła się na śladach po Bezprymie, które zachowały się w kronikach niemieckich i wypełniła przestrzeń między nimi swoimi wyobrażeniami. „Mówcie mi Bezprym” to książka, która mocno skojarzyła mi się w twórczością Elżbiety Cherezińskiej, a szczególnie z „Grą w kości”, bo dotyczy tych samych wydarzeń.

Bezprym, którego poznajemy w tej książce, jest księciem (choć jego następstwo tronu nie jest pewne), ale jest też zwykłym nastolatkiem, chłopcem, który nie zna swojej matki, a o miłość ojca musi rywalizować z przyrodnim rodzeństwem. Jest najstarszy i to on towarzyszy Bolesławowi w powitaniu Ottona III w Polsce i w późniejszej podróży do Akwizgranu. Potem ojciec wysyła go z cesarskim orszakiem do Rzymu, powierzając mu ważną misję, które jednak okaże się zbyt trudna dla chłopca. Autorka starannie oddała realia historyczne czasów, w których rozgrywały się te wydarzenia, nie zdecydowała się jednak na stylizację języka, którym mówią jej bohaterowie. To zdecydowanie ułatwi lekturę współczesnym czytelnikom, choć mnie czasem zgrzytało w uchu, kiedy książę mówił „O kurczę !” 😉

Kiedy byłam w wieku adresatów serii „A to historia”, w ramach której ukazała się ta książka, jedną z moich ukochanych lektur była „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej – opowieść o Jadwidze Andegaweńskiej, początkach jej panowania w Polsce, koronacji na króla Polski i wydarzeniach, które doprowadziły do jej ślubu z Jagiełłą. Po latach, kiedy byłam już na studiach uświadomiłam sobie, że moja wiedza o tym okresie pochodzi przede wszystkim stamtąd i tylko w niewielkim stopniu została poszerzona w toku edukacji 😉 Myślę, ze czytelnicy Grażyny Bąkiewicz też dobrze zapamiętają jak wyglądał zjazd gnieźnieński, o czym marzył młody cesarz i dlaczego Bolesław Chrobry koronował się dopiero 25 lat później, a korona przeznaczona dla niego znalazła się na Węgrzech. A jeśli kiedyś zobaczą posąg „śmiejącej się Polki” z katedry w Naumburgu, przypomną sobie być może, że małżeństwo siostry Bezpryma Regelindy z synem margrabiego Miśni też było efektem zjazdu gnieźnieńskiego. Tego nie da żaden podręcznik ani lekcja historii w szkole !

By Linsengericht – Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

Książka została wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2016 🙂

Grażyna Bąkiewicz „Mówcie mi Bezprym” (seria: A to historia !), ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Literatura, Łódź 2016

Darowane kreski

Darowane kreski

Aktualizacja z 22 stycznia 2020 roku – „Darowane kreski” zostały wznowione przez Wydawnictwo Literatura w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci” !!!

Dziś przypominam wpis z samego początku Małego Pokoju ( z 2 maja 2006 roku). To była jedna z ukochanych książek Najstarszej z moich córek i, jak sądzę, jedna z tych, które doprowadziły ją do studiów historycznych 🙂

Bardzo lubię słuchać opowiadań starszych o tym, co było dawniej – lubiłam to odkąd pamiętam i miałam tej przyjemności zawsze pod dostatkiem. Szczególnie miło wspominam te momenty, kiedy Tata wyjeżdżał i zostawałyśmy w domu w babskim gronie – we trzy z Mamą i Babcią. Bywało wtedy tak, że poobiednia herbatka przeciągała się aż do kolacji okraszana wspominkami 😉 Lubiłam słuchać o dzieciństwie Babci, które zahaczało jeszcze o końcówkę XIX wieku i o przedwojennym i okupacyjnym dzieciństwie moich rodziców. Z tego lubienia wzięło się zapewne moje późniejsze studiowanie historii, a ulubionymi źródłami historycznymi były dla mnie zawsze wspomnienia i prasa, bo były one najbliższe normalnemu życiu. Nie zajmuję się historią zawodowo, ale nadal z przyjemnością czytam taką literaturę, szczególnie gdy opowiada o zwykłym życiu zwykłych ludzi.

Darowane kreski” to książka, którą czyta się tak, jak opowieść babci lub cioci snutą wieczorem zamiast bajki na dobranoc.

Dzieciństwo Joanny Papuzińskiej przypadło na czas okupacji i trudne lata tużpowojenne. Autorka urodziła się w 1939 r. i nie pamięta, jak było przed wojną. Dla niej jej okupacyjny dom – dom z nieobecnym, bo ukrywającym się Tatą; dom z mnóstwem tajemnic, których musiały dochować także małe dzieci; dom, który dawał schronienie wszystkim, którzy tego potrzebowali – był domem normalnym. Jej powojenna rodzina – nietypowa nawet na tamte nietypowe czasy, bo bez Mamy, ale za to z Tatą, Babcią i Ciocią oraz licznym rodzeństwem o różnych stopniach pokrewieństwa – też była normalna, bo własna. Muszę jednak powiedzieć, że jeszcze gdy chodziłam do szkoły, postanowiłam sobie, że kiedy będę już duża i będę miała, tak jak ojciec, własną maszynę do pisania, wtedy opiszę dokładnie cały nasz dom. Żeby już nikt się nie dziwił: „Taak ? To tak jest u ciebie ?” lecz żeby każdy mógł sobie wziąć książkę i spokojnie przeczytać o tym. Teraz od dawna mam już maszynę, więc wypada dotrzymać postanowienia.

Oczywiście w jej dzieciństwie były też chwile trudne i tragiczne – aresztowanie Mamy i późniejsza samotna wędrówka po zaprzyjaźnionych domach, popowstaniowa niepewność co do losów Taty, powojenne niedostatki. Nie trzeba by się specjalnie starać, żeby to wszystko opowiedzieć w sposób smutny i martyrologiczny, a jednak „Darowane kreski” są książką wesołą. Czy sprawił to zawadiacki duch obowiązujący w jej rodzinie czy też to, że mimo wszystko cały czas otoczona była troskliwością starszych – trudno powiedzieć.

Udało się zachować w tych wspomnieniach perspektywę małej Joasi z tamtych czasów mimo, że duża Joanna teraz zapewne opowiedziałaby o tych sprawach inaczej. Nie znajdziemy tam żadnych niepotrzebnych dzieciom szczegółów, żadnych dat, ani nazwisk, które nie mają dla nich żadnego znaczenia. Nie dowiemy sie nawet, kto z licznej gromady rodzeństwa autorki był jej rodzonym bratem i siostrą – to również było bez znaczenia, byli po prostu rodziną. My, dorośli czytelnicy możemy się tylko domyślać, jaka to doniosła uroczystość odbywała się w odbudowanym gmachu Politechniki – tak doniosła, że uświęciły ją ognie sztuczne, pierwszy raz widziane przez małą Joasię.

Co było ważne ? Tramwaj widoczny nocą przez dziurkę w rolecie, jabłko zostawione przez św. Mikołaja w ostatnie wojenne Boże Narodzenie – całe dla niej (na co dzień jabłuszko było tylko dla najmłodszego braciszka, starszej Joasi przysługiwał wyłącznie duży ogryzek), a później po wojnie: zabawki na choinkę, klejone z mozołem przez cały grudzień, słodycze, kupowane na spółkę z przyjaciółkami w sklepiku koło szkoły i mur okalający Filtry, po którym chodziły wracając do domu po lekcjach  oraz wiele innych rzeczy, często niezauważanych przez dorosłych.

Nasz dom pełen był książek i piosenek. I z jednych i z drugich płynęły słowa, a ja słuchałam i z tego wszystkiego sama zaczynałam bawić się w słowa. Bo słowa, to były takie dobre zabawki, które zawsze miało się ze sobą i do ich noszenia niepotrzebne były ani kieszenie, ani żadne torebki. Słowa można było rozbierać i ubierać jak lalki, ustawiać i przestawiać jak klocki i tworzyć z nich różne budowle.

Czy można się dziwić, że w takim domu wyrosła znakomita pisarka ?

P.S. Potem tę samą (choć kończącą się nieco wcześniej) historię Joanna Papuzińska opowiedziała w „Asiuni” w wersji dla młodszych dzieci.

Joanna Papuzińska „Darowane kreski”, wyd.: „Literatura” Łódź 2002