Stracony rok

Stracony rok

„Stracony rok” to druga wydana po polsku powieść Katherine Marsh. W poprzedniej czyli „Chłopcu znikąd”, która zwyciężyła w kategorii: tekst Plebiscytu LOKOMOTYWA, autorka łączyła dwa wątki i dwa plany czasowe – współczesny, z akcją związaną z początkiem kryzysu uchodźczego w Europie i historyczny, nawiązujący do problematyki Holokaustu. Pisząc „Stracony rok” zastosowała podobny zabieg. Tu też mamy dwa plany czasowe, ale wątki trzy…

Leonia, New Jersey, Stany Zjednoczone 2020

Trwa pandemia, trzynastolatek Matthew coraz trudniej znosi zamknięcie w domu razem z mamą i prababcią, z powodu której nie może się w ogóle spotykać z kolegami, nawet z zachowaniem dystansu, bo mama obawiała się nawet najmniejszego ryzyka kontaktu z wirusem. Zdalne lekcje, samotność w ogródku, a w dodatku mama odebrała mu konsolę do gier, bo grał prawie bez przerwy. Obiecała, że odda, ale warunkiem jest to, że Matthew zajmie się najpierw uporządkowaniem pudeł z rzeczami prababci…

Kijów, Ukraina, Związek Radziecki 1932

Mila ma dwanaście lat i jest córką wysoko postawionego działacza partii komunistycznej. Żyje, jak na sowieckie realia, w dobrobycie – mają wygodne mieszkanie, służącą, która po śmierci mamy dziewczynki prowadzi dom i zajmuje się nią. Nie brakuje jej jedzenia i słodyczy, mogą zaopatrywać się w specjalnych sklepach i Mila nawet nie wie, że całkiem niedaleko ludzie umierają z głodu. Wierzy we wszystko, co mówi jej tata, aż do dnia, kiedy ktoś podrzucił im pod drzwi pustą kopertę. To znaczy – niezupełnie pustą, bo były w niej wszy. Od tego wszystko się zaczęło…

Brooklyn, Nowy Jork, Stany Zjednoczone 1932

Helen, nazywana w domu Jeleną, urodziła się w Ameryce, ale jej rodzina pochodzi z Ukrainy. Jej tatko ciężko pracuje, aby ich utrzymać, a w dodatku od ich krewnych w Związku Radzieckim zaczynają przychodzić bardzo niepokojące wiadomości…

Co łączy Nadię, prababcię Matthew, z Milą i Helen ? Jaką tajemnicę skrywa od niemal dziewięćdziesięciu lat i dlaczego dotychczas jej nie wyjawiła ?

Katherine Marsh sięgnęła w tej powieści do historii własnej rodziny. Jak napisała w posłowiu: Przez całe moje dzieciństwo w latach osiemdziesiątych z zagranicy przychodziły listy – niebieskie koperty poczty lotniczej z niebiesko-różowymi brzeżkami i pieczątką AVIA, rosyjskim słowem oznaczającym „powietrze”. Przed epoką internetu i gdy telefony międzynarodowe były strasznie drogie, te listy stanowiły jedyny kontakt mojej babci z rodziną – dwiema siostrami i bratem – którą pozostawiła w Ukrainie, gdy wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych w 1928 roku…

„Stracony rok” to powieść, która nie wiąże się wprost z obecną wojną, ale jednak zaliczam ją do kategorii: wokół wojny w Ukrainie. Hołodomor jest wydarzeniem, bez którego nie można zrozumieć nie tylko relacji ukraińsko – rosyjskich, ale w ogóle Ukrainy.

Jest czymś, co z trudem mieści się w głowie – i to, że można było zagłodzić trzy miliony ludzi w najżyźniejszej części Europy, i to, że znaleźli się ludzie, którzy to przeprowadzili (i nie mam tu na myśli tylko przedstawicieli najwyższych władz), ale także to, że można było utrzymać to w tajemnicy przed światem. Częścią opisanej w tej książce historii jest także właśnie zaprzeczanie temu co się zdarzyło i starania wielu osób (między innymi Garetha Jonesa, który był bohaterem filmu Agnieszki Holland „Obywatel Jones”), aby prawda dotarła do opinii publicznej na całym świecie.

Zastanawiam się nad tytułem tej książki. „Stracony rok” to ma być czas pandemii, zamknięcia w domach i odłożenia na później wielu spraw ? Dla Matthew ten czas nie był stracony. Odkrył, że mimo wszystko ma w sobie siłę, a także to, jak ważna w życiu jest pamięć i prawda. I że nigdy nie jest na nią za późno…

Katherine Marsh „Stracony rok”, przekł.: Sara Monasterska, Anna Klingofer- Szostakowska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2024

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

czyli wydanie rozszerzone tytułu, który 11 lat wcześniej ukazał się w okładce niebieskiej .

Czym, poza kolorem okładek, różnią się te dwa książki ? W wersji żółtej przybyło pięć wysp oraz wstęp o tytule „Isolario. Zmutowane myszy, milczące kanarki, nieznane wyspy”. Autorka rozpoczyna go następująco:

W pewien letni dzień roku 2009, dwa tygodnie po tym, jak w mogunckiej drukarni upewniłam się, że praca nad „Atlasem wysp odległych” – a w każdym razie nad jego pierwszym wydaniem – dobiegła końca, zauważyłam w bibliotece książkę o intrygującym tytule „Isolario”. Zajrzałam do środka i ze zdumieniem odkryłam, że gatunek, który, jak mi się wydawało, stworzyłam i zapoczątkowałam swoim atlasem, istnieje już od dawna: była to bowiem jedna z podręcznych encyklopedii wysp, zwanych po włosku właśnie isolario. Powstawały one w XV i XVI wieku zwłaszcza w Republice Weneckiej – ważnym ośrodku żeglugi morskiej, ale także wczesnego drukarstwa – i dotyczyły wyłącznie wysp: bliskich i dalekich, znanych i nowo odkrywanych, legendarnych i dziwnych, które przybliżano za pomocą map, widoków wybrzeża oraz opisów historycznych i literackich, w tym informacji o położeniu, wielkości, ewentualnych mieliznach i możliwościach lądowania.

Nie zdając sobie z tego sprawy, ożywiłam ten już niemal zapomniany, a przecież wspaniały gatunek literacki, sytuujący się gdzieś pomiędzy atlasem a dziennikiem podróży…

Kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, nie bez racji nazywano go przecież pierwotnie Theatrum orbis terrarum – „teatrem świata”…

„Atlas wysp odległych” to jedna z tych książek, które pozornie wyglądają jakby były przeznaczone dla dzieci (bo przecież mają dużo obrazków), ale są zdecydowanie dla dorosłych. Jakiś czas temu popełniłam na ich temat artykuł, który ukazał się w piśmie Kontakt. Joanna Rzyska z wydawnictwa „Dwie Siostry” powiedziała mi wtedy: Ciągle spotykamy się z pomyłkami – jednak ten stereotyp działa. Książka z obrazkami ? W wydawnictwie dziecięcym ? To na pewno dla dzieci. Zdarzyło nam się, że bibliotekarze proponowali nam poprowadzenie warsztatów dla dzieci na temat „Atlasu wysp odległych”, bo skoro poprzednio wydałyśmy „Mapy” i one są dla dzieci, to „Atlas” zapewne też.

Pięćdziesiąt (pięć) wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę…

Judith Schalansky wykorzystała formę atlasu geograficznego, żeby opowiadając historie o niemal nikomu nieznanych wyspach stworzyć parabolę świata, zastanowić się nad człowiekiem i nad tym, co wnosi on do miejsca, w którym żyje.

Bo wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, kontynenty zaś jedynie bardzo wielkimi wyspami…

„Atlas Wysp Odległych” to pięćdziesiąt pięć opowieści – przypowieści o odległych (przynajmniej z naszej perspektywy), odludnych i niegościnnych skrawkach lądu, z których wyraźnie wynika, że zdecydowanie lepiej jest im bez ludzi. Poprzedza je fascynującym wstęp – esej autorki. Zatytułowany jest „Raj jest wyspą. Piekło też” i opowiada o sensie i bezsensie podróży, iluzji odkrywania świata na jego antypodach oraz o tym, że mapy przy całym swoim obiektywizmie wcale nie oferują odbicia rzeczywistości, lecz jedynie jej śmiałą interpretację.

Odległe wyspy są nieosiągalne w dwojakim sensie. Trudno do nich dotrzeć, trudno do nich przybić (o ile jest to w ogóle możliwe) i nawet, gdy próby kończą się powodzeniem, wytęskniony kraj okazuje się – jakby nie było tego wiadomo wcześniej – pustynny i nieprzydatny.

Dla badaczy każda wyspa jest świętem, prawdziwym laboratorium natury; przedmiotów badań nie trzeba tutaj mozolnie wyszukiwać, rzeczywistość jest uchwytna i policzalna przynajmniej dopóty, dopóki fauna i flora nie zostaną zniszczone przez napływowe zwierzęta albo ludność nie wymrze na skutek przywleczonych chorób.

Na skraju niekończącej się kuli ziemskiej nie ma żadnego dziewiczego, rajskiego ogrodu. A przybywający z daleka ludzie sami stają się potworami, które z takim trudem przepędzili z map, gdy dokonywali odkryć.

Wyspa Samotności, Thule, Possesion, Napuka, Wyspa Zwodnicza czy Amsterdam…

Spośród pięćdziesięciu wysp wymienionych w tej książce znałam wcześniej (w sensie: wiedziałam, że istnieją i jeszcze coś więcej) tylko dwie – Św. Helenę i Wyspę Wielkanocną. Z zaskoczeniem odkryłam także trzecią, której nazwa brzmiała znajomo – Tristan da Cunha. Przypomniał mi się wiersz Mariana Hemara, pierwszy raz przeczytany niemal 30 lat temu w Londynie – podobnie jak wszystkie napisane na emigracji przesiąknięty bolesną tęsknotą do Polski. Poświęcony jest on wydarzeniu, które Judith Schalansky tylko zaznaczyła na osi czasu historii tej wyspy – ewakuacji jej całej, niezbyt licznej ludności z powodu wybuchu wulkanu w latach 1961 – 1963 i ich późniejszemu powrotowi do niewielkiej, skalistej ojczyzny. Podobnie jak dla urodzonej w nieistniejącym już NRD autorki „Atlasu”, także dla Hemara, tytułowa egzotyczna wyspa, której nazwę znał wcześniej ze znaczka pocztowego w klaserze, jest tylko pretekstem – do opowieści o jego własnych smutkach i tęsknotach.

Pamiętam znaczek pocztowy, // Duży błękitny prostokąt, // Kosztował dziesięć centów. // Marzyłem – którędy – dokąd // Droga na taką wyspę ? // Jaka ona szczęśliwa, // Że tak się pięknie nazywa, // Że tak się dźwięcznie nazywa – // „Tristan da Cunha” – jak gdyby // Dźwiękła harfa eolska. // Nie tak zwyczajnie jak u nas – // Galicja… czy Lwów… czy Polska…

W nowym, żółtym wydaniu przybyło jeszcze pięć wysp – Gough, Sentinel Północny, Agalega, Nukulaelae i Midway. Myślę, że nie tylko ja znałam ze słyszenia wyłącznie tę ostatnią, choć spodziewałam się przy jej okazji historii bardziej wojennej, a mniej… Zresztą, przeczytajcie sami. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Sentinelu Północnym. Nie przypuszczałam, że nadal jest na Ziemi wyspa, której ludność konsekwentnie (i skutecznie) broni się przed kontaktem ze światem zewnętrznym. Wyspa, o której mieszkańcach nic nie wiadomo – ani o tym, ilu ich jest, ani jak żyją, ani jakim językiem ze sobą rozmawiają. A opisana przez Judith Schalansky historia misjonarza Johna A. Chau brzmi, jakby wydarzyła się w czasach filmu „Misja”, a nie w roku 2018. Może więc jednak jest tam ten ostatni na kuli ziemskiej dziewiczy rajski ogród ?

Mam nadzieję, że mieszkańcy tej wyspy nie będą więcej niepokojeni przez przedstawicieli zewnętrznych cywilizacji, bo nigdy jeszcze to się dobrze dla wyspiarzy nie skończyło. Ta książka pokazuje to dobitnie.

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt pięć wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2024
Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013

BAPU opowieść o dobrym maharadży

BAPU opowieść o dobrym maharadży

Długo czekałam na tę książkę, ale doczekałam się wreszcie. Jakoś tak mam ze wszystkimi niemal tytułami tej serii, że po ich przeczytaniu, zaraz przychodzi mi do głowy pomysł na kolejny temat. Niestety – w wojnach wywołanych przez dorosłych, dzieciom przydarza się wiele…

Dziesięć lat temu ukazały „Syberyjskie przygody Chmurki” i napisałam wtedy, że aż prosi się ona o uzupełnienie następną – o dziecku, które opuściło Rosję z Armią Andersa, a następnie trafiło do Indii adoptowane przez maharadżę Jam Saheba Digvijay Sinhji. To taka piękna historia – brzmi jak bajka, a jednak wydarzyła się naprawdę… Historia Chmurki długo pozostawała jedyną w tej serii opisującą losy dziecka – zesłańca, dopiero w 2022 roku ukazał się „Jurek Poleszuk. Tułaczka przez pół świata” Andrzeja Perepeczko. Jej bohater opuścił nieludzką ziemię z Armią Andersa, ale dalsze jego drogi prowadziły przez Persję do Afryki.

Bardzo czekałam na to, że powstanie wreszcie książka o Dobrym Maharadży. Uważam, że powinniśmy pamiętać nie tylko o tym, co w naszych dziejach było smutne, o krzywdach i martyrologii, ale także o tych sytuacjach, kiedy spotkaliśmy się z dobrem, kiedy ktoś nam pomógł. Ta historia jest właśnie o takim Człowieku, który korzystając ze swoich ogromnych możliwości pomógł potrzebującym tej pomocy.

Można powiedzieć, że zrobił to dwa razy. Pierwszy – kiedy sprowadził dzieci do Nawanagaru i stworzył im warunki do życia, nauki i odzyskania sił po koszmarnych przejściach, a drugi – po zakończeniu wojny, kiedy adoptował wszystkie niepełnoletnie sieroty, aby władza komunistyczna nie mogła ich zmusić do przyjazdu do Polski.

Mam też do tej historii stosunek osobisty, bo wśród Polaków, którzy trafili do Indii pod opiekę maharadży Jam Sabeha Digvijay Sinhji, była siostra mojego dziadka ze swoim synem, który potem był moim bardzo kochanym wujkiem. Po wojnie znaleźli się w Londynie i niewiele było okazji, żeby z nimi o ich wojennych przeżyciach porozmawiać, posłuchać wspomnień… Udało mi się to raz, byłam już studentką, ale bardziej umiałam wtedy pytać ciocię o jej życie na zesłaniu oraz o to późniejsze w Anglii niż o Indie. Jedyne, co od niej wtedy usłyszałam, to historia o tym, że wyhaftowała tam bluzeczkę dla córki maharadży, a on z wdzięczności dał jej pracę przy dzieciach…

Zrozumiałam to później, kiedy dowiedziałam się, że współprowadziła ośrodek w Panchgani, do którego trafiały dzieci chore na gruźlicę. Jej syn był na szczęście zdrowy i nie mógł tam mieszkać. Został więc umieszczony w szkole z internatem, a czesne za naukę jego i kilku innych polskich chłopców także opłacał maharadża. Jeszcze później oglądałam film dokumentalny o ośrodku w Balachadi, w którym pojawiła się także jego córka – księżniczka Hershad. Pokazała swoje zdjęcie w stroju krakowskim uszytym i wyhaftowanym dla niej przez polskiej kobiety. Myślę, że jakaś jego część była dziełem cioci Walerii.

zdjęcie pochodzi z książki „Druga ojczyzna. Polskie tułacze dzieci w Indiach” Anuradhy Bhattacharjee, która powstała na podstawie pracy doktorskiej autorki

O tym, że pani Monika Kowaleczko-Szumowska pracuje nad filmem polskich dzieciach w Indiach wiedziałam już od jakiegoś czasu. Kiedy rozmawiałam z nią o jej książkach i filmie o Powstaniu Warszawskiem, powiedziała mi, że bardzo chciałaby zrealizować jeszcze jeden. I tak, po „Fajnej frajnie” opartej na wspomnieniach osób, które w czasie Powstania były dziećmi, powstał film „Maharaja’s Children. Brave Bunch in India”. Punktem wyjścia były wspomnienia Wiesława Stypuły, jednego z ostatnich dzieci maharadży, który niestety zmarł w maju tego roku. Historię Wiesia opowiada także interaktywny dokument czyli tak zwany webdoc dostępny —>>> tutaj i przeznaczony dla użytkowników od lat 10.

A teraz wreszcie ukazała się książka „BAPU opowieść o dobrym maharadży”.

Bardzo ucieszyłam się, odnajdując w opowiedzianej tam historii także ślady po naszych rodzinnych wspomnieniach. Co prawda tematem tej książki jest przede wszystkim ośrodek w Balachadi, do którego trafiła większość polskich sierot. Jest tam jednak wzmianka o sanatorium w odległym o tysiąc kilometrów Panchgani, a księżniczka Hershad także tu wspomina swój krakowski strój, który dostała od nich w prezencie 🙂

Monika Kowaleczko-Szumowska nie ograniczyła się tylko do historii pobytu polskich dzieci w Indiach, bo nie można by jej zrozumieć nie wiedząc o tym, jak tam się znaleźli i jakie były ich losy na nieludzkiej ziemi. Pisze o tym bardzo oględnie, ale mimo wszystko są to opisy przejmujące. Również maharadżę i jego rodzinę poznajemy wcześniej, zanim jeszcze zaczęła się wojna.

Jest w tej książce także wątek współczesny, bo historię sprzed 80 lat poznajemy dzięki Kopal i Nehal, indyjskim dziewczynkom, które dowiadują się o niej spędzając z rodziną wakacje w Balachadi. Kiedy czytałam ją pierwszy raz, wydał mi się trochę sztuczny (a nawet zbędny), ale kiedy w końcowej scenie dziewczynki wzięły udział w spotkaniu po wielu latach rodzonych dzieci Maharadży z ich polskimi siostrami i braćmi, zrozumiałam czemu miało to służyć. Obecność współczesnych dzieci stanowi pomost między przeszłością a teraźniejszością.

Ta historia niesie nadzieję, że w najgorszych chwilach naszego życia, pozostawieni na łasce losu i historii, możemy liczyć na drugiego człowieka. Ten człowiek, mimo że mówi w innym języku, wyznaje inną religię czy ubiera się inaczej, przyjdzie nam z pomocą.

A jeśli my zobaczymy kogoś, kto potrzebuje pomocy, nie oglądajmy się na innych. Pomagajmy tak wytrwale, jak dobry maharadża pomagał polskim dzieciom.

Niech jego dobro nas inspiruje.

Monika Kowaleczko-Szumowska „BAPU opowieść o dobrym maharadży” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci”), ilustr.: Marcin Minor, wyd.: Literatura, Łódź 2024

Anuradha Bhattacharjee „Druga ojczyzna. Polskie dzieci tułacze w Indiach”, przekł.: Krzysztof Mazurek, wyd.: Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014

Bromba i polityka

Bromba i polityka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: tekst !!!

Brombę, która jest na tych zdjęciach zrobiła Kasia z firmy Budka. Jeśli chcielibyście taką samą (albo większą) albo coś innego, co da się wyszydełkować, zajrzyjcie —>>> tutaj.

Drodzy Czytelnicy !

Rozważałem, czy nie nadać tej książeczce tytułu „Pożegnanie z Brombą”, ponieważ nie wydaje mi się, aby Bromba zanotowała jeszcze jakieś inne przygody i obserwacje niż zawarte w tym tomiku, ale pomyśleliśmy sobie (i ja, i Bromba), że zabrzmiałoby to zbyt patetycznie – napisał Autor we wstępie.

No cóż… Bromba ma już swoje lata. Nie wiem dokładnie, jak płynie czas w Naszej Okolicy, w której żyje sobie wraz z innymi bohaterami tej (i nie tylko tej) książki, ale na nasze ma dokładnie pół wieku i tyle właśnie liczy sobie moja z nią (i nimi) znajomość. Najpierw, w 1974 roku powstał spektakl telewizyjny „Bromba i inni”. A może to był nawet cykl spektakli ? Jego formuła polegała na tym, że pan Wieńczysław Gliński siedział sobie w fotelu i czytał, a od czasu do czasu towarzyszyły temu ilustracje Macieja Wojtyszki (być może – animowane). W porównaniu z tym, co jest dzisiejszą normą programów dla dzieci, było to bardzo skromne i nieśpieszne, ale pamiętam je doskonale. Od tamtych czasów pozostaję wielbicielką Zwierzątka Mojej Mamy – ze wszystkich bohaterów tego imaginarium lubię je najbardziej. Innych oczywiście także, ale tylko bardziej, bez naj 😉

W następnym roku ukazała się książka pod tym samym tytułem. Pamiętam, że Mama kupiła mi ją na wakacjach we Władysławowie i czytałam ją na plaży. Teraz, po latach jest tak, jak mówił Mo w „Atramentowym sercu” – są w niej zgromadzone wspomnienia miejsc, w których pierwszy raz ją czytałam i wracają do mnie za każdym razem, kiedy po nią sięgam. Nie robię tego często, ale Bromba, Pciuch, Gluś, Fikander z Malwinką i inni mieszkańcy Naszej Okolicy po prostu ze mną są. I Zwierzątko Mojej Mamy oczywiście też 🙂

Zastanawiam się, co takiego jest w tym ich świecie, że tak bardzo go polubiłam ? Doszłam do wniosku, że chodzi o to coś, co nazwałabym niewysilonym absurdem 😉 Jest on tam po prostu czymś naturalnym. Po latach, kiedy poczytałam sobie o paradoksach związanych z podróżami w czasie, doceniłam historię Pciucha i to, jak zostały one tam rozwiązane. Bardzo lubię też koncepty imion Glisanda i Viceversów dzikich. Natomiast Psztymuclem, zupełnie bez związku z książkowym pierwowzorem, zwykłyśmy z moimi córkami nazywać ostatni naleśnik – taki z resztki ciasta, który nie wypełnia już całej patelni i ma za każdym razem inny kształt 😉

Maciej Wojtyszko powrócił do tych bohaterów jeszcze kilka razy. Byli w komiksie „Trzynaste piórko Eufemii” i kryminale „Tajemnica szyfru Marabuta”, ale mimo że byłam wtedy jeszcze w odpowiednim wieku, nie polubiłam tych książek tak bardzo jak pierwszej. Oryginalne historie zostały wznowione w tomie „Bromba i inni (po latach także)”, uzupełnione o informacje o tym, jak bohaterowie radzili sobie w czasie, który upłynął od pierwszego wydania. Były też tomy „Bromba i filozofia” oraz „Bromba i psychologia”, a teraz mamy „Brombę i politykę”.

W tej najnowszej nie znajdziemy (na szczęście !) odwołań do bieżącej polityki w naszym kraju (choć jakby się przyjrzeć uważniej niektórym ilustracjom…), jest to raczej propedeutyka politologii w niektórych historiach z Naszej Okolicy. Zgodnie z definicją, którą możemy znaleźć w kończącym tę książkę Spisie dość ważnych pojęć politycznych, które Bromba i przyjaciele próbowali jakoś wyjaśnić, polityka to: działania zmierzające do zapewnienia władzy określonym osobom oraz grupom społecznym Najsmutniejsze jest to, że brak polityki to też polityka… (a dalej już mamy odwołanie do pewnej historii z tej książki). W tym spisie znajdziemy także definicje (z odwołaniami) takich pojęć jak: fakty, emocje, manipulacje, światopogląd, wizerunek czy wolność. Po prostu wszystko, co jest w polityce ważne od A(utorytetu) do Z(arządzania). Jest tam również Niezbędnik polityka, zawierający wszystkie zwroty, których używanie także bardzo pomaga – od Ja panu (pani) nie przerywałem do Trochę kultury proszę 😉

Czytałam „Brombę i politykę”, kiedy się ukazała, a wróciłam do niej niedawno, mając na świeżo kampanię wyborczą w wyborach samorządowych w mojej małej podwarszawskiej gminie. Przeprowadziliśmy się tu już po poprzednich wyborach, więc pierwszy raz miałam okazję poobserwować, jak to wygląda w takiej kameralnej społeczności. Przekonałam się naocznie, że emocje, które mogą zostać rozpętane wokół wyborów i tematów związanych z władzą, wcale nie są małe. I że absolutnie WSZYSTKO może obrazić czyjeś uczucia, WSZYSTKO może stać się powodem kłótni i WSZYSTKO może być przedstawione w sposób dokładnie odwrotny, niż jest to w rzeczywistości.

Myślę, że czytając historie zawarte w „Brombie i polityce” każdy (niezależnie od wieku) znajdzie w nich coś, z czym się zetknął osobiście. I odwrotnie. Bo, jak napisał Tomasz Mann w „Czarodziejskiej górze”: Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką.

P.S. A wiecie, że ta moja Bromba z Budki ma prawdziwą torbę, do której można coś schować ? Nie wiem co, ale można. To taka zupełnie apolityczna uwaga na koniec 😉

Maciej Wojtyszko (tekst & ilustr.) „Bromba i polityka”, wyd.: Ezop, Warszawa 2023

Każdy może być święty, czyli nawet ŁOBUZY idą do nieba

Każdy może być święty, czyli nawet ŁOBUZY idą do nieba

Książka nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA 2024 !!!

Ta książka jest spełnieniem naszych marzeń – napisała w posłowiu do niej Justyna Bednarek. Najpierw Ani Salamon, bo wszystko zaczęło się od jej szydełkowych portretów. Potem moich i Natalii Galuchowskiej, naszej wydawczyni. Wszystkie trzy zapragnęłyśmy stworzyć książkę o ludziach, którzy nie bali się sięgnąć po aureolę, a teraz życzliwie zerkają na nas z góry, pomagając w codziennych kłopotach.

Chciałyśmy pokazać, że choć zostali wyniesieni na ołtarze, to nie byli nieomylni. I że dobra siła, którą po sobie pozostawili, wciąż może napędzać świat.

O tym, że to będzie bardzo dobra książka wiedziałam od razu, od momentu, kiedy zobaczyłam jej pierwszą zapowiedź. Ten święty na okładce, który wyglądał jak Supermen !!! I od razu zagrała mi w głowie „Arka Noego” sprzed lat 😉

Już dzięki „Maryjkom” wiedziałam, że Justyna Bednarek umie (a nie jest to obecnie częste !) pisać na tematy religijne bez egzaltacji, ale dotykając tego, co najważniejsze. Tutaj też potrafiła znaleźć takie słowa, żeby opowiedzieć o Świętych jak o zwykłych ludziach – z ich słabościami i błędami, które popełnili i pomimo których potrafili znaleźć w sobie siłę do czynów wielkich. Jak napisała we wstępie: w ocenie człowieka nie jest ważne to, jak nisko upadnie, ale to, jak wysoko potrafi wzlecieć. Nie trzeba być idealnym, żeby zostać świętym.

Wiedziałam też, że Anna Salamon potrafi tworzyć wspaniałe rzeczy z włóczki i że nie ma takiej rzeczy, której nie potrafiłaby wydziergać. Jednak dopiero na wystawie w warszawskim Muzeum Archidiecezji zobaczyłam te ilustracje trójwymiarowo – to są jedyne w swoim rodzaju włóczkowe płaskorzeźby. Jeśli jeszcze zdążycie – można je tam oglądać do 19 maja. A jeśli nie zdążycie, to… mam nadzieję, że ta wystawa znajdzie jeszcze gdzieś swoje miejsce.

Justyna Bednarek uczyniła narratorami opowieści o swoich świętych bohaterach rozmaite czy też rozmaitych… i tu mi brakuje wspólnego mianownika dla nich, tak są różni. Wysłuchujemy tam nie tylko ptaków i zwierząt, ale także przedmiotów takich jak koronkowa serwetka czy pogrzebacz. Jest też opowieść drogi – czy droga to też przedmiot ? Natomiast wiatr to już zdecydowanie żywioł, a też snuje nam swoją opowieść. Tylko raz Autorka zdecydowała, że pojawi się tam osobiście – żeby przedstawić swoje spojrzenie na historię świętego Jana Ewangelisty.

W zapowiedziach określa się tę książkę często jako: znakomity prezent z okazji Pierwszej Komunii św. i ja sama już ją w tym charakterze ofiarowałam, szczególnie, że chodziło o imienniczkę jednej z przedstawionych tu świętych. Nie ograniczałabym się jednak tylko do tego. To jest książka na wszystkie okazje – i dla czytelników trochę młodszych, i dla trochę starszych.

Justyna Bednarek mówi: Pisząc tę książkę, czerpałam między innymi z Pisma Świętego, z Apokryfów Nowego Testamentu i Złotej Legendy. Nie wszystko jest wiedzą historyczną, znajdziecie tu trochę legend, a trochę mojej wyobraźni. Ale to, co najważniejsze, jest prawdziwe: ludzka miłość i staranie, żeby zmieniać świat wokół siebie na lepsze.

Anna Salamon dodaje: Święci pokazują mi, że w drogę do świętości mogę ruszyć tak, jak stoję, z tym, co mam, i nigdy nie będę w niej sama.

Spróbujmy, może i my znajdziemy w sobie impuls, aby w tę drogę ruszyć…

Dziękuję Wydawnictwu Świetlik za egzemplarz recenzencki tej książki !

Justyna Bednarek (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Każdy może być święty, czyli nawet łobuzy idą do nieba”, wyd.: Świetlik, Białystok 2024

Pokręcone życie dżdżownicy

Pokręcone życie dżdżownicy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z !!!

Lokomotywową nominację uzasadnialiśmy następująco:

Żartobliwy traktat naukowy czy pełna dramatyzmu opowieść o poszukiwaniu sensu i samoakceptacji?

Błyskotliwy picturebook Noemi Vola wychodzi od Darwina, ale w cudowny sposób zawodzi oczekiwania i prowadzi czytelnika w rejony pełne już nie skrzętnie zbieranych faktów o życiu dżdżownic, ale domysłów i niedookreśleń co do ich miejsca w porządku świata, do stron pełnych tragikomicznych prób i monotonnych powtórzeń...

Tak właśnie jest z tą książką – na pierwszy rzut oka wydaje się pasować bardziej do kategorii: fakt, bo zaczyna się od takich zwyczajnych informacji o dżdżownicach jako gatunku oraz o tym, że ZDECYDOWANIE nie są one gąsienicami 😉

Od samego początku widzimy jednak, że nie będzie to typowa publikacja przyrodnicza, a potem robi się coraz bardziej zaskakująco…

O co w niej właściwie chodzi ? Odpowiedź na to pytanie nie jest ani prosta, ani oczywista…

Może o to, żeby czytelnik postawił sobie pytania – o siebie samego ? O sens swojego bycia tym, kim jest ? O to, kim mógłby być, gdyby nie był sobą ? I wreszcie o to, po co to wszystko ?

A może tak naprawdę ta książka jest tylko po to, żeby jej czytelnicy dowiedzieli się, jak się zachować podczas burzy ? 😉

P.S. Kiedy zobaczyłam dżdżownice w roli numerków na początku rozdziałów, przypomniałam sobie opowieść Małgorzaty Musierowicz o tym, jak uczyła swojego młodszego brata Stanisława Barańczaka liter układając je patykiem z dżdżownic właśnie. Mają więc one swoje miejsce także w historii literatury 😉

Noemi Vola „Pokręcone życie dżdżownicy”, przekł.: Justyna Kukian, wyd.: Debit, Katowice 2022

Ferment w mieście

Ferment w mieście

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: obraz

oraz nominowana do Nagrody m. st. Warszawy w kategorii: literatura dziecięca (tekst i ilustracje) !!!

Gdyby ktoś zapytał mnie, z jakiego rodzaju jedzenia najtrudniej byłoby mi zrezygnować, odpowiedź byłaby natychmiastowa: z owoców ! No i może z jajek na twardo 😉 Mój rok bardzo wyraźnie dzieli się na sezony owocowe.

Już nie mogę doczekać się truskawek – takich prosto z pola i kupowanych w ilościach łubiankowych. Kupowanych codziennie, aż do momentu, kiedy zaczną się czereśnie, bo wtedy już truskawki mogą przestać dla mnie istnieć. Czereśnie są zdecydowanie moimi ulubionymi owocami. Kiedy już się skończą, z pewnym żalem przerzucam się na śliwki i inne owoce z dużymi pestkami – morele, nektarynki czy brzoskwinie. One oznaczają nieuchronne nadejście jesieni i początek jabłek, które niepodzielnie panują aż do wiosny. Inne owoce sezonowe oczywiście też się gdzieś w tle pojawiają, ale to są, można powiedzieć, pierwszoplanowi aktorzy owocowej części mojej diety.

We wszystkich miejscach, w których mieszkałam, najserdeczniejsze związki łączyły mnie z obsługą pobliskiego warzywniaka, która lepiej ode mnie pamiętała, które jabłka mi ostatnio smakowały 😉 Dlatego „Ferment w mieście” znakomicie trafił w mój gust czytelniczy, łącząc owoce z równie przeze mnie lubianym absurdalnym humorem.

Nominując tę książkę w kategorii: obraz Plebiscytu Lokomotywa uzasadniałyśmy to następująco: Owocowa energia od okładki po ostatnią stronę rozsadza strony i wybucha skrzącym się humorem i absurdem! Dynamiczne ilustracje Marty Ignerskiej, narysowane i nachlapane, buzują radością i energią. Kolory wirują w oczach, a bohaterowie – ożywione owoce – porywają nas w swój świat, sprawiając, że wracamy z tej podróży naszprycowani witaminami i radością. Marty, autorki, przerzucają się pomysłami, skojarzeniami, odniesieniami do naszych czasów i życia – pozwalając czytelnikom zdzierać kolejne warstwy. Jest drapieżnie, buntowniczo, absurdalnie. Chce się krzyknąć: róbmy ferment!

„Ferment w mieście” to kolejna, po charcich i syjamskich wyliczankach, książka autorstwa szefowej Wydawnictwa Hokus-Pokus. Podobnie jak o tamtych, o tej tez można powiedzieć, że powstała właściwie po nic 😉 Nie uczy, nie edukuje… i to właśnie jest w niej najfajniejsze. Jest dla czytelników, w każdym wieku. Jeśli tylko pozwolą sobie oni na kompletnie beztroską zabawę i dadzą się ponieść fantazji – kto wie, dokąd ich to zaprowadzi ?

Posłuchajcie, jak fajnie bawiłyśmy się tym tekstem w gronie jurorek Plebiscytu Lokomotywa przy okazji zeszłorocznego Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci 🙂

Marta Lipczyńska-Gil (tekst) & Marta Ignerska (ilustr.) „Ferment w mieście”, wyd.: Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2023

Hajda. Beskid bez kitu

Hajda. Beskid bez kitu

Książka nagrodzona w konkursie „Książka Roku 2023” Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej (książka dla starszych) oraz wyróżniona w kategorii graficznej: książka obrazkowa / autorska !!!

Książka nagrodzona Nagrodą m. st. Warszawy w kategorii: literatura dziecięca (tekst i ilustracje) !!!

Oraz nominowana do Nagrody Literacka Podróż Hestii i wpisana na listę White Ravens 2025 !!!

Trzeci tom serii „Beskid bez kitu”, a zarazem czwarta z historii, które się na niego składają. (poprzednie opisałam —>>> tutaj ).

Oraz czwarta, ostatnia opisana w nim pora roku – wiosna.

„Hajda” to część, która ukazała się jako ostatnia, ale chronologicznie, biorąc pod uwagę czas akcji, jest druga. Nie wiem, czy to tylko moje skrzywienie historyczne, ale gdybym miała teraz zachęcać do lektury tego cyklu kogoś, kto go nie zna, zaproponowałabym właśnie taką kolejność – od zimy, przez wiosnę do lata i jesieni. Od czasów przedwojennych do współczesności. Myślę, że tak będzie najłatwiej zrozumieć te miejsca i to, co w nich zostało z przeszłości.

Ludzie w dolinie otoczonej wzgórzami rodzili się i umierali odcięci od reszty świata, ale to oddzielenie nie sprawiało im przykrości, obowiązki i święta gęsto wypełniały im czas. W gęstych i niedostępnych lasach mieszkały zwierzęta i biesy, które czasem dla żartu odwiedzały ludzkie osady, ale wystarczyło postawić kamienny krzyż czy kapliczkę i komunikat był dla nich jasny – nie przekraczały wyznaczonej granicy. Niestety świat pęczniał i grzmiał, i w końcu postanowił przyjść zza lasów do doliny. Przyszedł z wyciągniętą ręką, ale nie w geście powitania, tylko jak złodziej, po żywność, zwierzęta, a czasem nawet życie. Przyniósł wojnę, płacz i pogardę. Na wiele lat w dolinie zapanował strach…

Od wydarzeń opisanych tomie „Beskid bez kitu. Zima” minęło jakieś dwadzieścia lat i znów wracamy do tej samej wsi i tych samych rodzin tam mieszkających. To samo miejsce, ale zupełnie inny świat, przez który przetoczyła się, zakończona jakieś dwa lata temu wojna. Spotykamy znane z poprzedniej części, dorosłe już bohaterki – Nastkę oraz Teklę, która została nauczycielką. Trzecia z nich, Paraska wyjechała przed wojną do Ameryki, przysyła rodzinie listy i pieniądze. Chłopiec, którego widzimy na okładce to Kola, syn Nastki, a tytułowy Hajda to jego pies.

Dlaczego Kola nazwał swojego szczeniaczka akurat tak ? Tego już musicie dowiedzieć się z książki 😉

Kiedy wojna się skończyła i ludzie za górami i lasami świętowali jej odejście, mieszkańcy doliny nieśmiało zaczęli naprawiać zniszczone gospodarstwa. Okazało się jednak, że ta zawierucha, choć okrutna i długa, była jedynie wstępem do tego, co nastało później. Zwykłe reguły wojen, chociaż okrutne, są jednak przejrzyste. Zazwyczaj wiedziano, kim jest wróg i jaki nosi mundur. Teraz jednak było inaczej. Po tej wojnie ludzie, którzy nie wyrównali porachunków, zostali na miejscu. Przychodzili do wsi z różnych stron, mówili różnymi językami, kradli, oszukiwali, trudno było odróżnić człowieka od diabła. Jedni nosili mundury, inni wyglądali jak sąsiedzi. Jedni przychodzili nocą, inni za dnia – i szukali tych, którzy byli przed nimi.

Żadne krzyże i kapliczki nie mogły ich odstraszyć. Demonstrowali siłę jedni przed drugimi i walczyli ze sobą nad głowami mieszkańców. (…) Mimo zakończenia wojny spokój nie przyszedł. (…) Strach przybierał na sile i świat na zawsze przestał być mały i przytulny, Teraz już nikt, nawet dziecko, nie przestraszyłby się zwyczajnego diabła hasającego po beskidzkich łąkach. Ludzie okazali się od niego gorsi.

Temat tego, co działo się zaraz po wojnie w Bieszczadach i Beskidach, był dotąd właściwie nieobecny w literaturze dla młodszych czytelników. Pojawiał się z rzadka w książkach z czasów mojego dzieciństwa, ale wtedy widzieliśmy te wydarzenia raczej oczami żołnierzy walczących pod dowództwem generała Świerczewskiego z (jak to się wówczas określało) bandami UPA. Ludność miejscowa właściwie w tej narracji nie istniała. Dopiero Maria Strzelecka pokazała ten świat z perspektywy tych, którzy tam mieli swoje domy rodzinne i groby przodków.

Przeżywamy z nimi ostatnią wiosnę roku (jak podejrzewam) 1947, w której coroczny niepowstrzymany wybuch życia, pozimowe odrodzenie przyrody przytłumione są atmosferą schyłkowości. Wieś, do niedawna pełna życia, wyludniła się, a ci, którzy w niej jeszcze zostali, wiedzą, że będą zmuszeni do opuszczenia doliny, w której żyli od pokoleń, do pozostawienia nie tylko domów i ziemi, ale całego dobrze znanego im świata.

Autorka zadedykowała tę książkę: Dla wszystkich dzieci, które musiały opuścić swoich przyjaciół, oraz dla zwierząt, które zostały. Początkowo rozumiałam tę dedykację wyłącznie w kontekście historii Koli i Hajdy, która bardzo mnie poruszyła i skojarzyła się z gdyńskim pomnikiem poświęconym pamięci mieszkańców wysiedlonych stamtąd na początku okupacji.

Potem pomyślałam, że Hajda nie był jedynym zwierzęciem, które Autorka miała na myśli. We wszystkich częściach jej cyklu równorzędnymi bohaterami są zwierzęta żyjące dziko. Mają swoje przygody, swoje problemy, swoje uczucia i radości. Ich świat rządzi się własnymi bezlitosnymi prawami, a ścieżki, którymi wędrują, tylko czasem przecinają z ludzkimi.

Życie w górach nadal bardzo mocno związane jest z rytmem natury. Każda pora roku ma tam swoją specyfikę, swój nastrój, a Maria Strzelecka potrafi to niezwykle plastycznie opisać. To nie są oleodrukowe opisy przyrody, które się przeskakiwało czytając lektury szkolne 😉 Tu nie tylko widzimy to, co rośnie, ale także słyszymy wiatr czy deszcz i czujemy zapachy ziemi i roślin. Po prostu – jesteśmy tam.

Wydawnictwo Libra PL sprzedaje wszystkie tomy razem w ozdobnym pudełku – warto je mieć, bo dopiero razem tworzą klucz do zrozumienia Beskidów.

Maria Strzelecka „Hajda. Beskid bez kitu”, wyd.: Libra, Rzeszów 2023

Gadu – gadu do poduchy

Gadu – gadu do poduchy

Kwiaty tulą senne płatki, // szumią senne drzewa, // kot przeciąga się leniwie, // senny motyl ziewa…

„Gadu-gadu do poduchy” to zbiór wierszy, które znakomicie nadają się do tego, aby ich czytanie stało się przedsennym rytuałem. Doświadczeniem większości znanych mi rodziców jest problem z tym, jak zakończyć dzień z (często) przebodźcowanym dzieckiem i uśpić je o takiej porze, żeby oni sami jeszcze chwilę wieczornego oddechu złapali. Bardzo pomagają w tym właśnie jakieś stałe rytuały – jak w „Całusie na dobranoc”: książeczka, kocyk, przytulanka, mleczko 😉 Jakaś książeczka, która zawsze kończy wieczorne czytanie, albo kołysanka, albo coś innego, co przyniesie uspokojenie i wyciszenie, niezbędne do tego, żeby spokojnie zasnąć.

Szepczą cicho senne gwiazdy, // noc już świat otula, // księżyc toczy się po niebie // jak złocista kula…

Wiersze zawarte w tym zbiorze opowiadają o zasypianiu i o snach. Jak to w snach bywa – wszystko się może w nich wydarzyć. Nie dziwi więc to, że możemy w nich spotkać smoka, Babę Jagę, misie i aniołki, a nawet zwariowane kręciołki 😉 Są też oczywiście barany, bo jakie to byłoby zasypianie bez ich liczenia ?

Spokojną, oniryczną atmosferę tych wierszy tworzą także ilustracje Agnieszki Żelewskiej. Sny po nich są na pewno równie piękne. Spróbujcie !!!

Pomalutku, po cichutku // w senny świat wchodzimy… // Cicho… Cicho… Sen nadchodzi… // Cicho… Cicho… Śpimy…

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Małgorzata Strzałkowska „Gadu – gadu do poduchy”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Bajka, Warszawa 2024

Nie może być ! Czyli jak to jest, że coś jest

Nie może być ! Czyli jak to jest, że coś jest

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: fakt !!!

W Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA mamy kategorię: fakt, w której chcemy zauważyć i docenić najciekawsze książki z sektora non-fiction. Ukazuje się ich bardzo dużo i wybór tych, które zdecydujemy się nominować, naprawdę nie jest łatwy. Szukamy takich, które nie tylko zajmują się ciekawym, oryginalnym tematem, ale także pokazują go tak, żeby zainteresować nim niedorosłych czytelników. Spośród dziesięciu tegorocznych nominacji vox populi głosujących internautów wybrał tytuł wydawać by się mogło – trochę niedzisiejszy, sięgający do czasów bardzo odległych.

Ale przecież nad tym JAK TO JEST, ŻE COŚ JEST warto się zastanawiać także dziś !

Bohaterowie tej książki: Tales, Anaksymander, Heraklit, Pitagoras, Parmenides i Demokryt to zaledwie sześciu spośród wielu ludzi, którzy, nie tylko w czasach starożytnych, umiłowali mądrość.

Czyli filozofowali.

Czyli próbowali zrozumieć istotę rzeczy.

Przez wieki, które upłynęły od czasów, kiedy żyli, nasza wiedza o tym, jak funkcjonuje świat bardzo się rozwinęła. Czy to jednak znaczy, że wiedząc – rozumiemy wszystko ? Czy znamy odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania ? Czy nie musimy już sobie stawiać kolejnych ?

Wokół przygody z myśleniem roztacza się zaskakująco szeroki horyzont. A jego linia przesuwa się stale, odsłaniając przed pytającym wciąż nowe subtelne widoki.

Wystarczy zacząć, a wtedy… To się właśnie nazywa FILOZOFIA. – możemy przeczytać na okładce tej książki. Dominika Stadnicka-Strzembosz i Marcin Strzembosz stworzyli wspólnie bardzo ciekawą zachętę to filozofowania. Spróbujcie !!!

Dominika Stadnicka-Strzembosz (tekst) & Marcin Strzembosz (ilustr.) „Nie może być ! Czyli jak to jest, że coś jest”, wyd.: Muchomor, Warszawa 2023