W krainie snów

W krainie snów

Książka nagrodzona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY oraz nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA 2024 !!!

„W krainie snów” to druga (po „Stanie splątania”) powieść Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel adresowana do młodzieży. Pierwsza zrobiła na mnie duże wrażenie, więc teraz przystępowałam do lektury z pewnymi obawami – czy sprosta oczekiwaniom rozbudzonym przez poprzednią ?

Sprostała !!!

Jest zupełnie inna (bo o czym innym), ale równie dobra. Czyta się znakomicie. Co jest w niej moim zdaniem najważniejsze – Roksana Jędrzejewska-Wróbel znowu pokazuje dorastanie jako niełatwy proces, w którym chodzi o coś więcej niż tylko o kwestie związane z seksualnością. Ten temat, mam wrażenie, zdominował w ostatnich latach literaturę dla starszej młodzieży, a tutaj nie jest najważniejszy. Życie składa się także z innych rzeczy.

Budzą mnie wrzaski. Otwieram oczy u w pierwszej chwili zupełnie nie wiem, gdzie się znajduję. W pokoju jest ciemno, ale przez pionowe rolety przenika światło. Siadam na łóżku. Jest wysokie i moje stopy nie dosięgają do ziemi, dyndają nad kremową wykładziną, jakbym miała sześć lat. Odsłaniam roletę i ostry błękit bije mnie po oczach, miesza się z turkusem pościeli. Na niebie ani jednej chmurki, tylko ten oślepiający blask. (…)

W końcu widzę, kto tak się wydziera. To zielone papugi. Wyleciały właśnie całą bandą spomiędzy liści palmy, która sterczy jak gigantyczna miotła po drugiej stronie ulicy. Jej pióropusz odcina się ostrym konturem od tego wszechogarniającego błękitu, który zalewa wszystko, jakby był wymieszany ze słońcem. Na podjeździe naprzeciwko, przed niskim żółtym domem stoi duży samochód.(…)

Po drutach wysokiego napięcia biegnie szara wiewiórka. Dopiero wtedy do mnie dociera, że naprawdę jestem w Kalifornii.

Wydawać by się mogło, że perspektywa spędzenia całych wakacji w Kalifornii to dla szesnastolatki z Polski coś fantastycznego. Mimo to Matylda nie była zachwycona, kiedy dowiedziała się, że zamiast pobytu z przyjaciółką w domku nad kaszubskim jeziorem czeka ją lot samolotem do Los Angeles i dwa miesiące w towarzystwie nigdy wcześniej niespotkanych przyjaciół mamy. Taka już jest, że nie lubi niespodzianek i woli sobie wszystko wcześniej zaplanować – odwrotnie niż jej mama. Jednak jak się ma szesnaście lat, to jest się skazanym na pomysły rodziców, nawet te najgłupsze. Poza tym jednak – Kalifornia to Kalifornia. Kto by nie chciał tam pojechać, zobaczyć wszystkich tych miejsc znanych z filmów i zdjęć?

Roksana Jędrzejewska-Wróbel pomału, ale konsekwentnie dekonstruuje mit beztroskiego życia w tytułowej krainie snów. Matylda, a wraz z nią czytelnicy tej książki, przekonują się, że z bliska ten świat wygląda zupełnie inaczej – trawa na zielonych trawnikach jest sztuczna, piękne rośliny bywają trujące, a jak się skręci w niewłaściwą ulicę, można niechcący trafić na kamping dla kloszardów. Słonce świeci cały dzień, upał jest nie od wytrzymania, trzeba zakrywać głowę i smarować się kremami przeciwsłonecznymi, ale za to zdjęcia wychodzą piękne i zbierają masę lajków na Instagramie.

Podobnie jest z ludźmi, z którymi Matylda ma spędzić te wakacje. Mieszkający w pięknym otoczeniu przyjaciele mamy chyba nie są tam szczęśliwi, a jej własna mama… też jest osobą, z którą najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jest drobną, atrakcyjną blondynką, podobną do Marylin Monroe, więc pokazanie się z nią na instagramowym profilu to nie obciach. Za to codzienność z nią to zupełnie inna bajka.

Instagram i media społecznościowe zajmują w tej historii bardzo dużo miejsca. Każdy rozdział poprzedzony jest stroną, na której co prawda nie ma zdjęcia, ale jest jego opis – coś jak audiodeskrypcja dla osób niewidzących. Te zdjęcia to sceny opisane potem, a my możemy sami zorientować się, na ile prawdziwy obraz pokazują. Jednak nie tylko samo to zdjęcie jest ważne – z każdym kolejnym widzimy, jak przybywa pod nimi lajków, a Matylda zauważa ze zdziwieniem: Jestem zaskoczona liczbą serduszek, które znalazły się pod moimi ostatnimi zdjęciami. To bardzo przyjemne. Do tej pory nie byłam fanką mediów społecznościowych. Teraz myślę, że to dlatego, że nie za bardzo miałam co tam wrzucać.

Matylda jest zadowolona, że wreszcie może się czymś pochwalić przed znajomymi, którzy wciąż wstawiają zdjęcia z zagranicznych wakacji. Latałam tylko, jak byłam całkiem mała, i w podstawówce, ale wtedy nie miałam jeszcze Instagrama, więc bez sensu. Skoro nikt tego nie wiedział, to jakby się nie wydarzyło. Prawie wszyscy ludzie z mojego liceum ciągle jeżdżą z rodzicami za granicę. (…) Zawsze jak oglądałam ich zdjęcia, to mnie to wkurzało, a teraz ich rozumiem. Jeśli człowiek jest w jakimś fajnym miejscu, to chce się tym podzielić z innymi. Bez tego nie wiadomo, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko się śni.

Na tych stronach poprzedzających kolejne rozdziały ważne są także piosenki, które stanowią tło dźwiękowe zdjęć Matyldy. Ich wybór nie jest przypadkowy, a tytuły tych piosenek stanowią tytuły rozdziałów. Na końcu książki znajduje się kod QR, który przenosi nas do playlisty na Spotifay’u. Można ją także tam znaleźć pod tytułem książki.

Każde wakacje jednak kiedyś się kończą i trzeba wrócić do codzienności. Już w Kalifornii do Matyldy zaczyna docierać, że jej mama jest nie tylko niedojrzałą życiowo i wciąż niepozbieraną po rozwodzie Śpiącą Królewną wiecznie marzącą o królewiczu, ale że ma ona także pewien poważny problem. Problem, który przerasta siły nastolatki, a z którym nie ma się do kogo zwrócić. Czy naprawdę obowiązkiem córki jest opiekowanie się nią? Jakim psychicznym kosztem? Czy ma prawo jednak zawalczyć o siebie i swoją przyszłość?

Z tymi znakami zapytania muszę Was zostawić, bo nie chcę zdradzać tego, o co w tej historii chodzi. Jeśli jednak ktoś chce się dowiedzieć i nie boi się spoilerów – zapraszam pod zdjęcie.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „W krainie snów”, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzencki tej książki !

Mama każdy dzień kończy dwiema butelkami wina, a zaczyna pić już przy obiedzie. Sama nie wiem, co o tym sądzić. Trochę się martwię, ale może niepotrzebnie. To przecież tylko wino, a nie wódka. Mnóstwo osób pije wino do posiłku.

Te dwie butelki wina to już czas po ich powrocie z Kalifornii, kiedy mama musi pogodzić się z rozczarowaniem tym, że nic nie wyszło z planów ułożenia sobie tam życia z poznanym przez internet (i dzięki kalifornijskim przyjaciołom) mężczyzną. Już wcześniej można było zauważyć rozmaite sygnały, świadczące o jej postępującym uzależnieniu, jednak Matylda traktowała je jak coś normalnego, do czego była od zawsze przyzwyczajona. Roksana Jędrzejewska-Wróbel subtelnie, ale precyzyjnie opisuje te wszystkie momenty, które powinny zaniepokoić, ale są ignorowane, bo przecież każdy ma się prawo czasem napić. Opisuje życie z alkoholikiem, który nie chce przyjąć do wiadomości, że nim jest, wypiera to i ukrywa. Podobnie otoczenie – choć w tym przypadku trudno jest o nim mówić. Matylda jest z tym wszystkim sama, ojciec z nimi nie mieszka, babcia nie żyje, a jedyni znajomi, z którymi mama utrzymuje kontakt, mieszkają za oceanem.

Właśnie ta jej samotność boli mnie tutaj najbardziej. Ojciec, który po rozwodzie ogranicza się do opłacania byłej żonie i córce mieszkania na luksusowym osiedlu, ale równocześnie pozostawia ją samą ze wszystkim problemami, z których sobie zdawał sprawę. W chwili rozwodu Matylda miała dwanaście lat!

W telefonie zaufania, do którego zadzwoniła już po tym, jak znalazła mamę nieprzytomną na podłodze, poradzono jej, żeby znalazła sobie wspierającego dorosłego, ale ojciec nie chce albo nie potrafi udźwignąć tej roli. Na szczęście dla jego córki, chce jej w tym pomóc jego nowa partnerka.

Oddałabym wszystkie wakacyjne widoki, łącznie z Wielkim Kanionem, żeby tylko mama była taka jak dawniej, ale to niemożliwe, bo ona nigdy nie była inna i to właśnie jest najgorsze. Czuję się, jakbym nie mogła się wybudzić z jakiegoś koszmaru. Nie chcę, tak bardzo nie chcę myśleć o tym, że mama piła wcześniej? Czy dlatego tata odszedł? I dlaczego mnie nie zabrał? Bałam się go o to zapytać, bałam się usłyszeć, że nie byłam dla niego tak ważna, żeby mnie ochronić.

Chciałoby się dla nich wszystkich happy endu, ale rozsądek podpowiada, że nie bardzo można na niego liczyć.

Chociaż kto wie… ?

Dziennik Rut

Dziennik Rut

Mam na imię Rut. Bez h na końcu. I bez a. Po prostu RUT. Mówią na mnie Rutka lub Rucia. Czasem Rucisława. Zdarza się, że mama mówi do mnie Ryszard. Zupełnie nie wiem, skąd jej się to wzięło. W domu nas, dzieci, jest pięcioro. Mieszka z nami jeszcze pies – Hamsa. No i rodzice – mama i ojczym. Przydają się, kiedy jestem głodna lub nie mam czystych ubrań. Albo kiedy jest mi smutno i chcę się do kogoś przytulić.

Rut ma jakieś dwanaście, może trzynaście lat. Chodzi do szkoły, ma bliską sercu przyjaciółkę, mniej i bardziej lubiane koleżanki oraz jednego kolegę, z którym szczególnie dobrze jej się rozmawia. Bierze udział w zajęciach kółka teatralnego, czasem ma problemy z ocenami, ale ogólnie radzi sobie z nauką. Normalnie, jak inne dziewczynki w jej wieku.

Żyje w patchworkowej rodzinie, jest środkowa z piątki rodzeństwa. Czasem się kłócą z siostrami i braćmi, a czasem fajnie dogadują. Jej tata mieszka w innym mieście, więc rozmawiają na skypie. Mama i ojczym starają się ogarniać wszystko, ale przy tylu dzieciach w domu, różnie z tym bywa. Zwyczajnie, jak w każdej rodzinie.

Jedynym, co odróżnia Rut od jej rówieśników, jest to, że jest Żydówką (a dokładniej: Polką i Żydówką) i jej rodzina żyje według reguł religii żydowskiej. Jedzą zgodnie z zasadami koszerności. W piątek po zachodzie słońca zasiadają do wieczerzy szabatowej i do sobotniego wieczora nie używają telefonów, ani komputerów. Obchodzą tradycyjne święta żydowskie: Rosz ha-Szana, Jom Kippur, Sukot (że wymienię tylko te które wypadają na początku polskiego roku szkolnego 😉 ) i inne. Nie dotyczą ich natomiast najbardziej u nas uroczyste: Boże Narodzenie i Wielkanoc – chyba że przypadkiem Chanuka i Pesach wypadną w tym samym terminie.

Co z tego wynika ? Na przykład to, że nie pójdzie ze znajomymi do McDonald’sa, bo to, co mogłaby tam zjeść, jest niekoszerne. Że czasem nie ma jej w szkole z powodu świąt i potem musi nadrabiać zaległości, natomiast wtedy, kiedy wszyscy siadają do wieczerzy wigilijnej, u niej w domu jest to normalny wieczór. Za to zna alfabet hebrajski i umie czytać książki, w których wszystko jest z innej strony, niż w tych wydanych po polsku.

Miriam (Maria) Synger, która prowadzi na Instagramie profil @jestem_zydowka , pisząc tę książkę wzorowała się na własnej rodzinie. Swoje wpisy na IG adresuje do dorosłych – opowiada tam o swoim codziennym życiu i o tym, jak w nim łączy bycie religijną Żydówką, wielodzietną (i patchworkową) Matką Polką, feministką i patriotką. Opisuje zwyczaje, tradycje i pojęcia związane z judaizmem, wyjaśnia wątpliwości, odpowiada na pytania. Wydała też książkę pod tytułem „Jestem Żydówką”, która podobnie jak „Dziennik Rut” jest zapisem jednego roku szkolnego – bo w takim rytmie żyje większość rodzin w Polsce, niezależnie od tego, czy posługują się kalendarzem gregoriańskim czy żydowskim.

Miriam Synger pochodzi z rodziny, która na drogę asymilacji weszła pięć pokoleń wcześniej i ponad sto lat temu. Jej historię opisała babcia Miriam – Joanna Olczak-Ronikier w swoich książkach „W ogrodzie pamięci” i „Wtedy”, a zasług dla kultury polskiej kolejnych jej przedstawicieli nie sposób przecenić. Prapradziadkami Miriam byli Janina i Jakub Mortkowiczowie, twórcy księgarni i wydawnictwa, które publikowało największych polskich pisarzy, m.in. Żeromskiego. Janina Mortkowiczowa była także tłumaczką – polscy czytelnicy zawdzięczają jej na przykład „Chłopców z Placu Broni”. Sto lat później ich praprawnuczka i prapraprawnuki (nie wyrzekając się polskości przecież !) żyją zgodnie z zasadami religii, od której oni odeszli. Życie pisze naprawdę niespodziewane scenariusze…

Z dużym zainteresowaniem śledzę profil Miriam Synger na Instagramie, przeczytałam także jej pierwszą książkę dla dorosłych. Obserwuję życie jej i jej rodziny, w tak wielu aspektach regulowane przez religijne nakazy i zakazy. Zastanawiam się czasem, jak to będzie wyglądało w następnych pokoleniach ? Dla niej samej była to decyzja, którą podjęła już jako osoba dorosła. Co wybiorą jej dzieci ?

Rozumiem, że obie te książki oraz profil na IG mają przede wszystkim zapoznawać ich otoczenie z zasadami, którymi się kierują i bardzo dobrze tę rolę spełniają. Obraz ich życia rodzinnego nie jest cukierkowy, bo przy tylu dzieciach z nawet najpoważniejsze tradycje mogą się skończyć… różnie 😉 Brakuje mi tam jednak niekiedy odrobiny… nie wiem… może wątpliwości ? Buntu dzieci, które czasem chcą czegoś, co ich rówieśnicy mogą, a one nie ? Lub choćby odrobiny żalu, że ich te cheesburgery czy wypad z kolegami do kina w sobotę omijają… Bo mimo wszystko trudno mi uwierzyć, że to się nie zdarza.

„Dziennik Rut” to książka, którą mogę określić jako przełomową, ponieważ po raz pierwszy od zakończenia wojny mamy w polskiej literaturze dla niedorosłych bohaterów żydowskich – kompletnie poza kontekstem Zagłady. Ten temat w ogóle tam się nie pojawia. Minęło 80 lat, dzieci Miriam Synger są w jej rodzinie trzecim pokoleniem urodzonym po wojnie. Ich prababcia była wtedy dzieckiem. Dla nich są to wydarzenia niemal tak odległe, jak niewola egipska czy inne zdarzenia z odległej przeszłości, które upamiętniają kolejne obchodzone przez nich święta. Są i Żydami, i Polakami. I są tu u siebie.

A jak się dobrze rozejrzeć, to może się okazać, że osób o takich korzeniach jest dookoła więcej, mimo że one same uważają, że to nieprawda i że to jest głupie… 😉

Miriam (Maria) Synger „Dziennik Rut” ilustr.: Tadeusz Marek, wyd.: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2024

Miriam (Maria) Synger „Jestem Żydówką. Pamiętnik religijnej feministki patriotki wielodzietnej matki Polki” , wyd.: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2023

P.S. A jak już przeczytacie, to koniecznie zajrzyjcie jeszcze do stopki redakcyjnej, z której dowiecie się, ile osób było zaangażowanych w wydanie tej książki i co konkretnie każda z tych osób robiła. Bardzo ciekawa i pouczająca lektura 🙂

Kończy się czas

Kończy się czas

Książka nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA 2024 !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2024

„Kończy się czas” to piąta powieść dla młodzieży tej autorki, która ukazała się po polsku, a wśród nich – czwarta verse novel. Na skrzydełku okładki możemy przeczytać, pochodzącą z recenzji w „Die Zeit” opinię: Sarah Crossan kolejny raz udowadnia, że jest mistrzynią tworzenia wielkich opowieści za pomocą niewielu słów. To prawda – autorka ponownie mierzy się tu z bardzo trudnym i ważnym tematem. I znowu robi to w sposób przejmujący.

Kara śmierci.

Czyli temat z naszej perspektywy odległy, bo w Polsce zniesiono ją w 1998 roku, a ostatni wyrok wykonano 10 lat wcześniej. Od lat nie obowiązuje ona też w żadnym kraju europejskim (poza Białorusią). Są na świecie kraje, których prawo ją dopuszcza, ale wprowadziły moratorium na jej wykonywanie. Nadal są jednak takie, w których się ją wykonuje. Także (po latach moratorium) w niektórych stanach USA.

Joe ma siedemnaście lat i od dziesięciu nie widział swojego starszego brata. Kiedy miał siedem lat, w ich domu zadzwonił telefon i okazało się, że Ed został aresztowany pod zarzutem zabójstwa policjanta w Teksasie.

Teksas jest jednym z tych stanów, w którym wykonuje się karę śmierci.

Joe ma siedemnaście lat i jedzie do Teksasu, aby zobaczyć swojego brata po raz ostatni, bo wyznaczono już termin egzekucji. Jedzie sam. Mama zniknęła z jego życia wiele lat temu, siostra pracuje, a ciotka uważa, że powinni zapomnieć o Edzie…

Tu kończą mi się słowa, którymi mogłabym opisać tę książkę…

Cała ta historia sprawia mi ból. Jest w niej przejmująca samotność i bezradność dzieciaka, który stanął wobec wyzwania, wydawać by się mogło, ponad siły. Ale sprostał mu, tylko jak teraz będzie wyglądało jego życie ?

Jest w tej powieści także głęboki cień, jaki kara śmierci i wszystko co wiąże się z jej wykonaniem rzuca na ludzi, którzy są z tym związani. W miejscowości Wakeling, in the middle of nowhere w Teksasie wszyscy są albo pracownikami więzienia (lub ich rodzinami), albo krewnymi więźniów Wakeling Farm, wszyscy są jakoś nią skażeni.

„Kończy się czas” to nie tylko poruszający protest song przeciwko karze śmierci – to także opowieść o dorastaniu, miłości i wybaczeniu. Książka, którą czyta się (jak na jej ilość stron) szybko, ale potem długo nie można przestać o niej myśleć.

P.S. Wszystkie książki tej autorki znajdziecie —>>> tutaj

Sarah Crossan „Kończy się czas” przekł.: Małgorzata Glassenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2024

Między ziemią a niebem

Między ziemią a niebem

Książka nominowana przeze mnie w Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA 2024

oraz nagrodzona w tegorocznym Konkursie Literackim „Planeta Izabelin” !!!

a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2024

Jeśli ktoś myśli, że rekonstruuję mity słowiańskie – grubo się myli. Jeśli sądzi, że zmyślam wszystko, każde słowo – myli się również – napisała Autorka we wstępie do tej książki.

Mit jest jak kłoda – piastunka, jak stare, dawno już powalone drzewo, ne którym wyrastają nowe, młode drzewka. Możemy sobie wyobrażać, jak to drzewo wyglądało, kiedy jeszcze żyło i rosło. Ale nie możemy tego zobaczyć. Dotyczy to zwłaszcza mitów słowiańskich. Bardzo mało wiemy, zapisków mamy tyle co nic – ot, kilka wzmianek w kronikach. Troszkę można odczytać z obrzędów, pieśni, opowieści i baśni pozbieranych po wsiach. Trochę z języków. Trochę z wierzeń, przesądów oraz ludowej magii i medycyny. Ale to wszystko okruszki, z których próbujemy złożyć obraz wielkiego, rozłożystego drzewa z jego najlepszych czasów…

„Między ziemią a niebem” to trzecia książka napisana przez Katarzynę Jackowską-Enemuo i druga z nich, którą zilustrowała Nika Jaworowska-Duchlińska. Nie można jednak powiedzieć, że jest to drugi tom – raczej kolejny 😉 A kolejność, w której będziemy je czytać, zależy tylko od nas.

W „Między światem a zaświatem” Autorka dotykała spraw ostatecznych. Tutaj natomiast opowiada nam o istocie świata – tego, w którym żyjemy, a który nie zawsze rozumiemy, mimo że wydaje nam się, że jesteśmy bardzo mądrzy. O żywiołach, które nim rządzą i nad którymi ludzie chcieliby panować, ale nie bardzo im to wychodzi.

Ziemia, woda, ogień, wiatr, światła na niebie – to wszystko otacza nas i towarzyszy nam od zawsze. Dawniej ludzie uważali te elementy za żywe i mieli z nimi swoje szczególne więzi. Nie chodzi tylko o wiarę w bogów ognia, słońca lub wody. Chodzi także – albo nawet przede wszystkim – o pełną szacunku bliskość.

Nieodmiennie zachwyca mnie język, którym pisze Katarzyna Jackowska–Enemuo, bo jest w nim niezwykła melodyjność, coś co niesie nas, kiedy czytamy. Ponieważ miałam kiedyś przyjemność słuchania jej opowiadającej i akompaniującej sobie na akordeonie, to podczas lektury cały czas słyszałam w głowie jej głos. Pożałowałam nawet, że nie ukazała się ona w formie audiobooka, ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że wtedy nie mielibyśmy okazji zobaczyć ilustracji Niki Jaworowskiej – Duchlińskiej, a bez nich te historie byłyby uboższe…

Cóż, zawsze w życiu jest coś za coś, ale jeśli przytrafiłaby się Wam okazja posłuchania Autorki, nie rezygnujcie z niej, bo to jest rzecz niezapomniana !!!

Podobnie jak w „W między światem a zaświatem” tutaj także oprócz pięknych baśni znajdziemy także uzupełnienie dla dociekliwych. Na końcu jest także słowniczek wyrazów niecodziennych. Ja sama co prawda znalazłam tam wiele słów, które dla mnie są zdecydowanie codzienne, mam jednak nadzieję, że wzbogacą wokabularzyk innych czytelników 😉

We wstępie Autorka napisała jeszcze:

Piszę książki po to między innymi, by każdy człowiek – duży i mały – wiedział, że wolno nam zmyślać i wymyślać. Że wolno nam opowiadać swoje historie. Albo stare opowieści po swojemu. Że wolno nam zmieniać – bo wszystko wokół się zmienia. Lecz że przy tym dobrze jest poczytać, poszukać, sprawdzić, jak było kiedyś tu i tam. To wspaniała przygoda, która poszukiwaczowi zawsze bardzo dużo daje.

Opowiadamy sobie siebie i świat, żeby próbować zrozumieć i żeby się z tym światem, ze sobą samym w świecie spotkać. Na tysiąc, milion sposobów, jeszcze raz i jeszcze – wciąż od nowa. I to jest bardzo piękne. Opowiadajcie i wy.

A ja mogę się tylko przyłączyć do tego wezwania 🙂

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między ziemią a niebem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2024

Hip, hip, kura !

Hip, hip, kura !

Książka nominowana i NAGRODZONA w kategorii: tekst Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA

oraz nagrodzona Nagrodą ŻÓŁTEJ CIŻEMKI a także wpisana na Pokonkursową Listę-Bis Polskiej Sekcji IBBY !!!


Hip, hip kura !” to trzecia część cyklu, na który składają się także „Kury z grubej rury”, „O kurza twarz !” i najnowsza „Piąta kura u wozu”.

Justyna Bednarek twórczo wykorzystuje w ich tytułach związki frazeologiczne, które funkcjonują w codziennym języku i czyni w taki sposób, że ma to uzasadnienie w akcji książek. Sformułowania z grubej rury używamy, kiedy chcemy podkreślić dosadność i bezceremonialność czyjejś wypowiedzi. Bardzo ono pasuje do zachowań bohaterek tego cyklu, ale równocześnie są one naprawdę z grubej rury, bo w takiej właśnie spędziły pierwszy czas po wykluciu pod opieką… nie, wcale nie kury, to by było zbyt oczywiste 😉

A potem Augusta, Belka, Hildegarda i Żaneta zamieszkały razem z sympatyczną rodziną Ogórków (ludzką rodziną, nie roślinną 😉 ) przy ulicy o wspaniałej nazwie Cudne Manowce (tak, naprawdę jest taka ulica !) i wtedy dopiero zaczęło się dziać… Szczególnie, że we wszystkim maczał od czasu do czasu palce także Niewidzialny Reżyser.

Nominując „Hip, hip kura !” w kategorii: tekst Plebiscytu Lokomotywa uzasadniłyśmy to następująco: Justyna Bednarek nikogo nie oszczędza. Rzuca czytelników na pastwę czterech kur (rasy brahma) i ogórków! Pardon, Ogórków! Rzeczone warzywa to rodzina złożona z pięciu osób, w życie których wkracza boskiej klasy smartfon. Elektroniczny szpieg rozgryza czułe punkty towarzystwa i gra na nich po mistrzowsku. Na pomoc przychodzą czujne kokoszki, ratują przed lekkomyślnością i niebezpieczeństwami sieci. Temat wciągającego świata cyfrowego opisany lekko i zabawnie, bez nadmiernego dydaktyzmu, Autorka umacnia śmiechem, na deser podając nawiązania do klasyków literatury polskiej i światowej. O tym, że dobrze z tą nominacją trafiłyśmy, najlepiej świadczy wynik głosowania internautów.

Pisząc o całym cyklu nie można nie wspomnieć roli, jaką w jego powstaniu odegrała Nika Jaworowska – Duchlińska. Jej ilustracje znakomicie współgrają z humorem Justyny Bednarek, a nawet, można powiedzieć, że go podkręcają. Postaci kur, które wyszły spod jej ręki, są nie tylko równie charkterne jak w tekście, ale także łatwe do odróżnienia.

Właśnie ukazała się „Piąta kura u wozu”. Wbrew mylącemu tytułowi jest to część czwarta tego cyklu, a ja jestem bardzo ciekawa, jak będzie zatytułowany tom piąty ?

I kolejne oczywiście też 😉

Justyna Bednarek „Kury z grubej rury”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Słowne młode, Warszawa 2022

Justyna Bednarek „O kurza twarz !”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Świetlik, Białystok 2023

Justyna Bednarek „Hip, hip kura !”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Świetlik, Białystok 2023

Justyna Bednarek „Piąta kura u wozu”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Świetlik, Białystok 2024

Zu dę daś ?

Zu dę daś ?

Książka w wersji oryginalnej wpisana została na listę White Ravens Internationale Jugendbibliothek w Monachium.

Polskie wydanie było nominowane w kategorii: przekład Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA oraz zostało wpisane na listę honorową IBBY i na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2022

Przyznajcie się, kto z was nigdy nie przyglądał się maleńkim owadom i nie zastanawiał, o czym one ze sobą rozmawiają ? Po jakiemu ? Pani Carson Ellis podsłuchiwała je na tyle długo, że nauczyła się ich języka. Owady przez nią podsłuchane posługiwały się angielską wersją owadziego języka, którą trzeba było przetłumaczyć na wersję polską. Pomagał mi w tym pewien żuczek, który czasami chodzi mi po ekranie komputera, pytając „Zu dę daś?”. I jak byście mu na to pytanie odpowiedzieli ? – napisał na ostatniej okładce tłumacz tej książki Michał Rusinek.


Kiedy ukazało się jej polskie wydanie, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że MUSI się ona znaleźć w gronie naszych lokomotywowych nominacji w kategorii: przekład. Mieliśmy już tam książkę przetmitniętą na gwarę wielkopolską, więc stworzony na potrzeby tej publikacji polski język owadzi też się w niej znakomicie mieścił.

„Zu dę daś ?” (czyli w oryginale „Du Iz Tak?”) to wyzwanie nie tylko dla tłumacza, ale także dla czytelników – dla obu stron tego czytelniczego procesu to także świetna zabawa !!! Choć w pierwszym momencie może się to wydawać kompletnie niezrozumiałe, to jednak przy pewniej dozie umysłowej otwartości, spostrzegawczości i wyobraźni można bez problemu domyślić się, o czym rozmawiają owadzi bohaterowie. Z tekstu Krzysztofa Rybaka w „Kulturze Liberalnej” dowiedziałam się, że istnieje też (można tak powiedzieć) przekład tekstu oryginalnego na angielski. Jest on udostępniany tłumaczom, którzy podejmują się stworzenia kolejnych owadzich języków narodowych. Bez tego, jak się domyślam, można by się obawiać w kolejnych wersjach językowych czegoś, co nazwałabym efektem głuchego telefonu. Jak napisał tam Krzysztof Rybak: Sam fakt istnienia tekstu nie jest tajemnicą, ale jego treść jest ściśle tajna, co stanowi o determinacji w utrzymaniu języka owadziego jako obowiązującego.


Jeśli ktoś nie ma jednak ochoty na lingwistyczne zagadki, może potraktować znajdujące się tam dialogi tak, jak normalnie ignorujemy bzyczenie muchy czy komara i poprzestać na ilustracjach. Dzieje się na nich bardzo wiele, a historia, której początkiem i końcem jest nieśmiałe wychynięcie z ziemi małych zielonych listków, okazuje się być opowieścią o niepowstrzymanej cykliczności natury. Owadzi bohaterowie obserwują to, co się potem z tymi listkami dzieje, z zachwytem i fascynacją bardzo podobnymi do naszych ludzkich.
Przecież bardzo często zdarza nam się pochylać nad czymś, co niepodziewanie wyrosło i pytać Zu Dę Daś? – tylko w naszym języku…

Carson Ellis (test & ilustr.) „Zu dę daś ?”, przekł.: Michał Rusinek, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2022

Stracony rok

Stracony rok

„Stracony rok” to druga wydana po polsku powieść Katherine Marsh. W poprzedniej czyli „Chłopcu znikąd”, która zwyciężyła w kategorii: tekst Plebiscytu LOKOMOTYWA, autorka łączyła dwa wątki i dwa plany czasowe – współczesny, z akcją związaną z początkiem kryzysu uchodźczego w Europie i historyczny, nawiązujący do problematyki Holokaustu. Pisząc „Stracony rok” zastosowała podobny zabieg. Tu też mamy dwa plany czasowe, ale wątki trzy…

Leonia, New Jersey, Stany Zjednoczone 2020

Trwa pandemia, trzynastolatek Matthew coraz trudniej znosi zamknięcie w domu razem z mamą i prababcią, z powodu której nie może się w ogóle spotykać z kolegami, nawet z zachowaniem dystansu, bo mama obawiała się nawet najmniejszego ryzyka kontaktu z wirusem. Zdalne lekcje, samotność w ogródku, a w dodatku mama odebrała mu konsolę do gier, bo grał prawie bez przerwy. Obiecała, że odda, ale warunkiem jest to, że Matthew zajmie się najpierw uporządkowaniem pudeł z rzeczami prababci…

Kijów, Ukraina, Związek Radziecki 1932

Mila ma dwanaście lat i jest córką wysoko postawionego działacza partii komunistycznej. Żyje, jak na sowieckie realia, w dobrobycie – mają wygodne mieszkanie, służącą, która po śmierci mamy dziewczynki prowadzi dom i zajmuje się nią. Nie brakuje jej jedzenia i słodyczy, mogą zaopatrywać się w specjalnych sklepach i Mila nawet nie wie, że całkiem niedaleko ludzie umierają z głodu. Wierzy we wszystko, co mówi jej tata, aż do dnia, kiedy ktoś podrzucił im pod drzwi pustą kopertę. To znaczy – niezupełnie pustą, bo były w niej wszy. Od tego wszystko się zaczęło…

Brooklyn, Nowy Jork, Stany Zjednoczone 1932

Helen, nazywana w domu Jeleną, urodziła się w Ameryce, ale jej rodzina pochodzi z Ukrainy. Jej tatko ciężko pracuje, aby ich utrzymać, a w dodatku od ich krewnych w Związku Radzieckim zaczynają przychodzić bardzo niepokojące wiadomości…

Co łączy Nadię, prababcię Matthew, z Milą i Helen ? Jaką tajemnicę skrywa od niemal dziewięćdziesięciu lat i dlaczego dotychczas jej nie wyjawiła ?

Katherine Marsh sięgnęła w tej powieści do historii własnej rodziny. Jak napisała w posłowiu: Przez całe moje dzieciństwo w latach osiemdziesiątych z zagranicy przychodziły listy – niebieskie koperty poczty lotniczej z niebiesko-różowymi brzeżkami i pieczątką AVIA, rosyjskim słowem oznaczającym „powietrze”. Przed epoką internetu i gdy telefony międzynarodowe były strasznie drogie, te listy stanowiły jedyny kontakt mojej babci z rodziną – dwiema siostrami i bratem – którą pozostawiła w Ukrainie, gdy wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych w 1928 roku…

„Stracony rok” to powieść, która nie wiąże się wprost z obecną wojną, ale jednak zaliczam ją do kategorii: wokół wojny w Ukrainie. Hołodomor jest wydarzeniem, bez którego nie można zrozumieć nie tylko relacji ukraińsko – rosyjskich, ale w ogóle Ukrainy.

Jest czymś, co z trudem mieści się w głowie – i to, że można było zagłodzić trzy miliony ludzi w najżyźniejszej części Europy, i to, że znaleźli się ludzie, którzy to przeprowadzili (i nie mam tu na myśli tylko przedstawicieli najwyższych władz), ale także to, że można było utrzymać to w tajemnicy przed światem. Częścią opisanej w tej książce historii jest także właśnie zaprzeczanie temu co się zdarzyło i starania wielu osób (między innymi Garetha Jonesa, który był bohaterem filmu Agnieszki Holland „Obywatel Jones”), aby prawda dotarła do opinii publicznej na całym świecie.

Zastanawiam się nad tytułem tej książki. „Stracony rok” to ma być czas pandemii, zamknięcia w domach i odłożenia na później wielu spraw ? Dla Matthew ten czas nie był stracony. Odkrył, że mimo wszystko ma w sobie siłę, a także to, jak ważna w życiu jest pamięć i prawda. I że nigdy nie jest na nią za późno…

Katherine Marsh „Stracony rok”, przekł.: Sara Monasterska, Anna Klingofer- Szostakowska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2024

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

czyli wydanie rozszerzone tytułu, który 11 lat wcześniej ukazał się w okładce niebieskiej .

Czym, poza kolorem okładek, różnią się te dwa książki ? W wersji żółtej przybyło pięć wysp oraz wstęp o tytule „Isolario. Zmutowane myszy, milczące kanarki, nieznane wyspy”. Autorka rozpoczyna go następująco:

W pewien letni dzień roku 2009, dwa tygodnie po tym, jak w mogunckiej drukarni upewniłam się, że praca nad „Atlasem wysp odległych” – a w każdym razie nad jego pierwszym wydaniem – dobiegła końca, zauważyłam w bibliotece książkę o intrygującym tytule „Isolario”. Zajrzałam do środka i ze zdumieniem odkryłam, że gatunek, który, jak mi się wydawało, stworzyłam i zapoczątkowałam swoim atlasem, istnieje już od dawna: była to bowiem jedna z podręcznych encyklopedii wysp, zwanych po włosku właśnie isolario. Powstawały one w XV i XVI wieku zwłaszcza w Republice Weneckiej – ważnym ośrodku żeglugi morskiej, ale także wczesnego drukarstwa – i dotyczyły wyłącznie wysp: bliskich i dalekich, znanych i nowo odkrywanych, legendarnych i dziwnych, które przybliżano za pomocą map, widoków wybrzeża oraz opisów historycznych i literackich, w tym informacji o położeniu, wielkości, ewentualnych mieliznach i możliwościach lądowania.

Nie zdając sobie z tego sprawy, ożywiłam ten już niemal zapomniany, a przecież wspaniały gatunek literacki, sytuujący się gdzieś pomiędzy atlasem a dziennikiem podróży…

Kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, nie bez racji nazywano go przecież pierwotnie Theatrum orbis terrarum – „teatrem świata”…

„Atlas wysp odległych” to jedna z tych książek, które pozornie wyglądają jakby były przeznaczone dla dzieci (bo przecież mają dużo obrazków), ale są zdecydowanie dla dorosłych. Jakiś czas temu popełniłam na ich temat artykuł, który ukazał się w piśmie Kontakt. Joanna Rzyska z wydawnictwa „Dwie Siostry” powiedziała mi wtedy: Ciągle spotykamy się z pomyłkami – jednak ten stereotyp działa. Książka z obrazkami ? W wydawnictwie dziecięcym ? To na pewno dla dzieci. Zdarzyło nam się, że bibliotekarze proponowali nam poprowadzenie warsztatów dla dzieci na temat „Atlasu wysp odległych”, bo skoro poprzednio wydałyśmy „Mapy” i one są dla dzieci, to „Atlas” zapewne też.

Pięćdziesiąt (pięć) wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę…

Judith Schalansky wykorzystała formę atlasu geograficznego, żeby opowiadając historie o niemal nikomu nieznanych wyspach stworzyć parabolę świata, zastanowić się nad człowiekiem i nad tym, co wnosi on do miejsca, w którym żyje.

Bo wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, kontynenty zaś jedynie bardzo wielkimi wyspami…

„Atlas Wysp Odległych” to pięćdziesiąt pięć opowieści – przypowieści o odległych (przynajmniej z naszej perspektywy), odludnych i niegościnnych skrawkach lądu, z których wyraźnie wynika, że zdecydowanie lepiej jest im bez ludzi. Poprzedza je fascynującym wstęp – esej autorki. Zatytułowany jest „Raj jest wyspą. Piekło też” i opowiada o sensie i bezsensie podróży, iluzji odkrywania świata na jego antypodach oraz o tym, że mapy przy całym swoim obiektywizmie wcale nie oferują odbicia rzeczywistości, lecz jedynie jej śmiałą interpretację.

Odległe wyspy są nieosiągalne w dwojakim sensie. Trudno do nich dotrzeć, trudno do nich przybić (o ile jest to w ogóle możliwe) i nawet, gdy próby kończą się powodzeniem, wytęskniony kraj okazuje się – jakby nie było tego wiadomo wcześniej – pustynny i nieprzydatny.

Dla badaczy każda wyspa jest świętem, prawdziwym laboratorium natury; przedmiotów badań nie trzeba tutaj mozolnie wyszukiwać, rzeczywistość jest uchwytna i policzalna przynajmniej dopóty, dopóki fauna i flora nie zostaną zniszczone przez napływowe zwierzęta albo ludność nie wymrze na skutek przywleczonych chorób.

Na skraju niekończącej się kuli ziemskiej nie ma żadnego dziewiczego, rajskiego ogrodu. A przybywający z daleka ludzie sami stają się potworami, które z takim trudem przepędzili z map, gdy dokonywali odkryć.

Wyspa Samotności, Thule, Possesion, Napuka, Wyspa Zwodnicza czy Amsterdam…

Spośród pięćdziesięciu wysp wymienionych w tej książce znałam wcześniej (w sensie: wiedziałam, że istnieją i jeszcze coś więcej) tylko dwie – Św. Helenę i Wyspę Wielkanocną. Z zaskoczeniem odkryłam także trzecią, której nazwa brzmiała znajomo – Tristan da Cunha. Przypomniał mi się wiersz Mariana Hemara, pierwszy raz przeczytany niemal 30 lat temu w Londynie – podobnie jak wszystkie napisane na emigracji przesiąknięty bolesną tęsknotą do Polski. Poświęcony jest on wydarzeniu, które Judith Schalansky tylko zaznaczyła na osi czasu historii tej wyspy – ewakuacji jej całej, niezbyt licznej ludności z powodu wybuchu wulkanu w latach 1961 – 1963 i ich późniejszemu powrotowi do niewielkiej, skalistej ojczyzny. Podobnie jak dla urodzonej w nieistniejącym już NRD autorki „Atlasu”, także dla Hemara, tytułowa egzotyczna wyspa, której nazwę znał wcześniej ze znaczka pocztowego w klaserze, jest tylko pretekstem – do opowieści o jego własnych smutkach i tęsknotach.

Pamiętam znaczek pocztowy, // Duży błękitny prostokąt, // Kosztował dziesięć centów. // Marzyłem – którędy – dokąd // Droga na taką wyspę ? // Jaka ona szczęśliwa, // Że tak się pięknie nazywa, // Że tak się dźwięcznie nazywa – // „Tristan da Cunha” – jak gdyby // Dźwiękła harfa eolska. // Nie tak zwyczajnie jak u nas – // Galicja… czy Lwów… czy Polska…

W nowym, żółtym wydaniu przybyło jeszcze pięć wysp – Gough, Sentinel Północny, Agalega, Nukulaelae i Midway. Myślę, że nie tylko ja znałam ze słyszenia wyłącznie tę ostatnią, choć spodziewałam się przy jej okazji historii bardziej wojennej, a mniej… Zresztą, przeczytajcie sami. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Sentinelu Północnym. Nie przypuszczałam, że nadal jest na Ziemi wyspa, której ludność konsekwentnie (i skutecznie) broni się przed kontaktem ze światem zewnętrznym. Wyspa, o której mieszkańcach nic nie wiadomo – ani o tym, ilu ich jest, ani jak żyją, ani jakim językiem ze sobą rozmawiają. A opisana przez Judith Schalansky historia misjonarza Johna A. Chau brzmi, jakby wydarzyła się w czasach filmu „Misja”, a nie w roku 2018. Może więc jednak jest tam ten ostatni na kuli ziemskiej dziewiczy rajski ogród ?

Mam nadzieję, że mieszkańcy tej wyspy nie będą więcej niepokojeni przez przedstawicieli zewnętrznych cywilizacji, bo nigdy jeszcze to się dobrze dla wyspiarzy nie skończyło. Ta książka pokazuje to dobitnie.

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt pięć wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2024
Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013

BAPU opowieść o dobrym maharadży

BAPU opowieść o dobrym maharadży

Długo czekałam na tę książkę, ale doczekałam się wreszcie. Jakoś tak mam ze wszystkimi niemal tytułami tej serii, że po ich przeczytaniu, zaraz przychodzi mi do głowy pomysł na kolejny temat. Niestety – w wojnach wywołanych przez dorosłych, dzieciom przydarza się wiele…

Dziesięć lat temu ukazały „Syberyjskie przygody Chmurki” i napisałam wtedy, że aż prosi się ona o uzupełnienie następną – o dziecku, które opuściło Rosję z Armią Andersa, a następnie trafiło do Indii adoptowane przez maharadżę Jam Saheba Digvijay Sinhji. To taka piękna historia – brzmi jak bajka, a jednak wydarzyła się naprawdę… Historia Chmurki długo pozostawała jedyną w tej serii opisującą losy dziecka – zesłańca, dopiero w 2022 roku ukazał się „Jurek Poleszuk. Tułaczka przez pół świata” Andrzeja Perepeczko. Jej bohater opuścił nieludzką ziemię z Armią Andersa, ale dalsze jego drogi prowadziły przez Persję do Afryki.

Bardzo czekałam na to, że powstanie wreszcie książka o Dobrym Maharadży. Uważam, że powinniśmy pamiętać nie tylko o tym, co w naszych dziejach było smutne, o krzywdach i martyrologii, ale także o tych sytuacjach, kiedy spotkaliśmy się z dobrem, kiedy ktoś nam pomógł. Ta historia jest właśnie o takim Człowieku, który korzystając ze swoich ogromnych możliwości pomógł potrzebującym tej pomocy.

Można powiedzieć, że zrobił to dwa razy. Pierwszy – kiedy sprowadził dzieci do Nawanagaru i stworzył im warunki do życia, nauki i odzyskania sił po koszmarnych przejściach, a drugi – po zakończeniu wojny, kiedy adoptował wszystkie niepełnoletnie sieroty, aby władza komunistyczna nie mogła ich zmusić do przyjazdu do Polski.

Mam też do tej historii stosunek osobisty, bo wśród Polaków, którzy trafili do Indii pod opiekę maharadży Jam Sabeha Digvijay Sinhji, była siostra mojego dziadka ze swoim synem, który potem był moim bardzo kochanym wujkiem. Po wojnie znaleźli się w Londynie i niewiele było okazji, żeby z nimi o ich wojennych przeżyciach porozmawiać, posłuchać wspomnień… Udało mi się to raz, byłam już studentką, ale bardziej umiałam wtedy pytać ciocię o jej życie na zesłaniu oraz o to późniejsze w Anglii niż o Indie. Jedyne, co od niej wtedy usłyszałam, to historia o tym, że wyhaftowała tam bluzeczkę dla córki maharadży, a on z wdzięczności dał jej pracę przy dzieciach…

Zrozumiałam to później, kiedy dowiedziałam się, że współprowadziła ośrodek w Panchgani, do którego trafiały dzieci chore na gruźlicę. Jej syn był na szczęście zdrowy i nie mógł tam mieszkać. Został więc umieszczony w szkole z internatem, a czesne za naukę jego i kilku innych polskich chłopców także opłacał maharadża. Jeszcze później oglądałam film dokumentalny o ośrodku w Balachadi, w którym pojawiła się także jego córka – księżniczka Hershad. Pokazała swoje zdjęcie w stroju krakowskim uszytym i wyhaftowanym dla niej przez polskiej kobiety. Myślę, że jakaś jego część była dziełem cioci Walerii.

zdjęcie pochodzi z książki „Druga ojczyzna. Polskie tułacze dzieci w Indiach” Anuradhy Bhattacharjee, która powstała na podstawie pracy doktorskiej autorki

O tym, że pani Monika Kowaleczko-Szumowska pracuje nad filmem polskich dzieciach w Indiach wiedziałam już od jakiegoś czasu. Kiedy rozmawiałam z nią o jej książkach i filmie o Powstaniu Warszawskiem, powiedziała mi, że bardzo chciałaby zrealizować jeszcze jeden. I tak, po „Fajnej frajnie” opartej na wspomnieniach osób, które w czasie Powstania były dziećmi, powstał film „Maharaja’s Children. Brave Bunch in India”. Punktem wyjścia były wspomnienia Wiesława Stypuły, jednego z ostatnich dzieci maharadży, który niestety zmarł w maju tego roku. Historię Wiesia opowiada także interaktywny dokument czyli tak zwany webdoc dostępny —>>> tutaj i przeznaczony dla użytkowników od lat 10.

A teraz wreszcie ukazała się książka „BAPU opowieść o dobrym maharadży”.

Bardzo ucieszyłam się, odnajdując w opowiedzianej tam historii także ślady po naszych rodzinnych wspomnieniach. Co prawda tematem tej książki jest przede wszystkim ośrodek w Balachadi, do którego trafiła większość polskich sierot. Jest tam jednak wzmianka o sanatorium w odległym o tysiąc kilometrów Panchgani, a księżniczka Hershad także tu wspomina swój krakowski strój, który dostała od nich w prezencie 🙂

Monika Kowaleczko-Szumowska nie ograniczyła się tylko do historii pobytu polskich dzieci w Indiach, bo nie można by jej zrozumieć nie wiedząc o tym, jak tam się znaleźli i jakie były ich losy na nieludzkiej ziemi. Pisze o tym bardzo oględnie, ale mimo wszystko są to opisy przejmujące. Również maharadżę i jego rodzinę poznajemy wcześniej, zanim jeszcze zaczęła się wojna.

Jest w tej książce także wątek współczesny, bo historię sprzed 80 lat poznajemy dzięki Kopal i Nehal, indyjskim dziewczynkom, które dowiadują się o niej spędzając z rodziną wakacje w Balachadi. Kiedy czytałam ją pierwszy raz, wydał mi się trochę sztuczny (a nawet zbędny), ale kiedy w końcowej scenie dziewczynki wzięły udział w spotkaniu po wielu latach rodzonych dzieci Maharadży z ich polskimi siostrami i braćmi, zrozumiałam czemu miało to służyć. Obecność współczesnych dzieci stanowi pomost między przeszłością a teraźniejszością.

Ta historia niesie nadzieję, że w najgorszych chwilach naszego życia, pozostawieni na łasce losu i historii, możemy liczyć na drugiego człowieka. Ten człowiek, mimo że mówi w innym języku, wyznaje inną religię czy ubiera się inaczej, przyjdzie nam z pomocą.

A jeśli my zobaczymy kogoś, kto potrzebuje pomocy, nie oglądajmy się na innych. Pomagajmy tak wytrwale, jak dobry maharadża pomagał polskim dzieciom.

Niech jego dobro nas inspiruje.

Monika Kowaleczko-Szumowska „BAPU opowieść o dobrym maharadży” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci”), ilustr.: Marcin Minor, wyd.: Literatura, Łódź 2024

Anuradha Bhattacharjee „Druga ojczyzna. Polskie dzieci tułacze w Indiach”, przekł.: Krzysztof Mazurek, wyd.: Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014

Bromba i polityka

Bromba i polityka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: tekst !!!

Brombę, która jest na tych zdjęciach zrobiła Kasia z firmy Budka. Jeśli chcielibyście taką samą (albo większą) albo coś innego, co da się wyszydełkować, zajrzyjcie —>>> tutaj.

Drodzy Czytelnicy !

Rozważałem, czy nie nadać tej książeczce tytułu „Pożegnanie z Brombą”, ponieważ nie wydaje mi się, aby Bromba zanotowała jeszcze jakieś inne przygody i obserwacje niż zawarte w tym tomiku, ale pomyśleliśmy sobie (i ja, i Bromba), że zabrzmiałoby to zbyt patetycznie – napisał Autor we wstępie.

No cóż… Bromba ma już swoje lata. Nie wiem dokładnie, jak płynie czas w Naszej Okolicy, w której żyje sobie wraz z innymi bohaterami tej (i nie tylko tej) książki, ale na nasze ma dokładnie pół wieku i tyle właśnie liczy sobie moja z nią (i nimi) znajomość. Najpierw, w 1974 roku powstał spektakl telewizyjny „Bromba i inni”. A może to był nawet cykl spektakli ? Jego formuła polegała na tym, że pan Wieńczysław Gliński siedział sobie w fotelu i czytał, a od czasu do czasu towarzyszyły temu ilustracje Macieja Wojtyszki (być może – animowane). W porównaniu z tym, co jest dzisiejszą normą programów dla dzieci, było to bardzo skromne i nieśpieszne, ale pamiętam je doskonale. Od tamtych czasów pozostaję wielbicielką Zwierzątka Mojej Mamy – ze wszystkich bohaterów tego imaginarium lubię je najbardziej. Innych oczywiście także, ale tylko bardziej, bez naj 😉

W następnym roku ukazała się książka pod tym samym tytułem. Pamiętam, że Mama kupiła mi ją na wakacjach we Władysławowie i czytałam ją na plaży. Teraz, po latach jest tak, jak mówił Mo w „Atramentowym sercu” – są w niej zgromadzone wspomnienia miejsc, w których pierwszy raz ją czytałam i wracają do mnie za każdym razem, kiedy po nią sięgam. Nie robię tego często, ale Bromba, Pciuch, Gluś, Fikander z Malwinką i inni mieszkańcy Naszej Okolicy po prostu ze mną są. I Zwierzątko Mojej Mamy oczywiście też 🙂

Zastanawiam się, co takiego jest w tym ich świecie, że tak bardzo go polubiłam ? Doszłam do wniosku, że chodzi o to coś, co nazwałabym niewysilonym absurdem 😉 Jest on tam po prostu czymś naturalnym. Po latach, kiedy poczytałam sobie o paradoksach związanych z podróżami w czasie, doceniłam historię Pciucha i to, jak zostały one tam rozwiązane. Bardzo lubię też koncepty imion Glisanda i Viceversów dzikich. Natomiast Psztymuclem, zupełnie bez związku z książkowym pierwowzorem, zwykłyśmy z moimi córkami nazywać ostatni naleśnik – taki z resztki ciasta, który nie wypełnia już całej patelni i ma za każdym razem inny kształt 😉

Maciej Wojtyszko powrócił do tych bohaterów jeszcze kilka razy. Byli w komiksie „Trzynaste piórko Eufemii” i kryminale „Tajemnica szyfru Marabuta”, ale mimo że byłam wtedy jeszcze w odpowiednim wieku, nie polubiłam tych książek tak bardzo jak pierwszej. Oryginalne historie zostały wznowione w tomie „Bromba i inni (po latach także)”, uzupełnione o informacje o tym, jak bohaterowie radzili sobie w czasie, który upłynął od pierwszego wydania. Były też tomy „Bromba i filozofia” oraz „Bromba i psychologia”, a teraz mamy „Brombę i politykę”.

W tej najnowszej nie znajdziemy (na szczęście !) odwołań do bieżącej polityki w naszym kraju (choć jakby się przyjrzeć uważniej niektórym ilustracjom…), jest to raczej propedeutyka politologii w niektórych historiach z Naszej Okolicy. Zgodnie z definicją, którą możemy znaleźć w kończącym tę książkę Spisie dość ważnych pojęć politycznych, które Bromba i przyjaciele próbowali jakoś wyjaśnić, polityka to: działania zmierzające do zapewnienia władzy określonym osobom oraz grupom społecznym Najsmutniejsze jest to, że brak polityki to też polityka… (a dalej już mamy odwołanie do pewnej historii z tej książki). W tym spisie znajdziemy także definicje (z odwołaniami) takich pojęć jak: fakty, emocje, manipulacje, światopogląd, wizerunek czy wolność. Po prostu wszystko, co jest w polityce ważne od A(utorytetu) do Z(arządzania). Jest tam również Niezbędnik polityka, zawierający wszystkie zwroty, których używanie także bardzo pomaga – od Ja panu (pani) nie przerywałem do Trochę kultury proszę 😉

Czytałam „Brombę i politykę”, kiedy się ukazała, a wróciłam do niej niedawno, mając na świeżo kampanię wyborczą w wyborach samorządowych w mojej małej podwarszawskiej gminie. Przeprowadziliśmy się tu już po poprzednich wyborach, więc pierwszy raz miałam okazję poobserwować, jak to wygląda w takiej kameralnej społeczności. Przekonałam się naocznie, że emocje, które mogą zostać rozpętane wokół wyborów i tematów związanych z władzą, wcale nie są małe. I że absolutnie WSZYSTKO może obrazić czyjeś uczucia, WSZYSTKO może stać się powodem kłótni i WSZYSTKO może być przedstawione w sposób dokładnie odwrotny, niż jest to w rzeczywistości.

Myślę, że czytając historie zawarte w „Brombie i polityce” każdy (niezależnie od wieku) znajdzie w nich coś, z czym się zetknął osobiście. I odwrotnie. Bo, jak napisał Tomasz Mann w „Czarodziejskiej górze”: Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką.

P.S. A wiecie, że ta moja Bromba z Budki ma prawdziwą torbę, do której można coś schować ? Nie wiem co, ale można. To taka zupełnie apolityczna uwaga na koniec 😉

Maciej Wojtyszko (tekst & ilustr.) „Bromba i polityka”, wyd.: Ezop, Warszawa 2023